• STRONA GŁÓWNA

   

 

   

   

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu- Ojczysty – dodaj do ulubionych

 

 

„ Język polski w relacjach o dziejach Bazaru Różyckiego. Warsztaty i konkurs Laboratorium Reportażu i liceów praskich”

 

Projekt realizowany jest przez Fundację Laboratorium Reportażu przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz dofinansowany jest ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Promocja języka polskiego”, który towarzyszy kampanii społeczno-edukacyjnej „Ojczysty – dodaj do ulubionych”.
Projekt wspierany jest przez Wydziały Oświaty i Wychowania Urzędów Dzielnicowych
Pragi Południe i Pragi Północ, Muzeum Warszawskiej Pragi, Stowarzyszenie Kupców
Warszawskich Bazaru Różyckiego, Muzeum Etnograficzne.

O konkursie i projekcie

Konkurs „ Język polski w relacjach o dziejach Bazaru Różyckiego. Warsztaty i konkurs Laboratorium Reportażu i liceów praskich” zorganizowany został w ramach projektu realizowanego przez Fundację Laboratorium Reportażu przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz dofinansowany jest ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Promocja języka polskiego”, który towarzyszy kampanii społeczno-edukacyjnej „Ojczysty – dodaj do ulubionych”.

Idea

Istotą konkursu jest zebranie relacji związanych z dziejami Bazaru Różyckiego. Relacje te będą stanowiły tworzywo do warsztatów i konkursu przeprowadzonych w grupie nauczycieli i uczniów około 20 liceów praskich.

Cel bezpośredni

W przeprowadzonych warsztatach i w ramach konkursu szczególny nacisk zostanie położony na bogactwo i walory polskiego języka potocznego i języka przedmieścia, języka subkultur, wyrażeń gwarowych oraz obcojęzycznych naleciałości będących rezultatem wielokulturowości środowisk związanych z bazarem (Żydzi, Niemcy, Romowie, Rosjanie). Studiowanie tych walorów ma prowadzić do oddania istoty więzi społecznej, łączącej interesujące nas środowisko i jego specyficzny etos. Dla młodych ludzi uczestniczących w projekcie ma to być atrakcyjny i kształcący przykład promocji języka polskiego i jego znaczenia w trwaniu wspólnoty jaką stanowił bazar oraz ciekawa lekcja historii dająca możliwość poznania komunistycznych realiów PRL. Zebrany materiał, będący rezultatem warsztatów i przeprowadzonego konkursu przekazany zostanie do Muzeum Warszawskiej Pragi oraz wykorzystany będzie w tworzeniu internetowej polifonicznej powieści dokumentalnej poświęconej dziejom Bazaru przez wszystkich mieszkańców Warszawy zainteresowanych tematem.

Cel ostateczny

Zebrany materiał zostanie w przyszłości wykorzystany w przygotowywanej w Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego polifonicznej powieści dokumentalnej. Stanowić będzie też rodzaj scenariusza, inspiracji dla filmu dokumentalnego, wystawy zdjęć dokumentalnych i teatru faktu, a ostatecznie multiplastikonu – obiektu będącego rodzajem wirtualnego muzeum miejsca w technice 3D. Obiekt ten stanąłby na terenie bazaru będąc z pewnością oryginalną atrakcją edukacyjno-turystyczną nie tylko Pragi ale i całej stolicy, spełniając rolę promującą obyczaje, tradycje i dzieje Pragi.

Inspiracja, autorstwo i partnerzy

- Inspiratorem i pomysłodawcą projektu jest Marek Nowakowski (ur.1935) należący do tzw. pokolenia „Współczesności”. W swojej twórczości zajmował się oficjalnie przemilczanymi w PRL obszarami życia, ludźmi z tzw. marginesu społecznego. Od wielu lat poprzez swoją twórczość związany jest z Bazarem Różyckiego.
- Autorem polifonicznej powieści dokumentalnej jest Marek Miller (ur.1951) reporter i założyciel Laboratorium Reportażu przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.
- Partnerzy projektu: Muzeum Warszawskiej Pragi, Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie, Stowarzyszenie Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego.
Warsztaty i konkurs
W każdym praskim liceum pragniemy zaprosić do współpracy nauczycieli przedmiotów humanistycznych, gównie języka polskiego i klas dziennikarskich. Nauczyciele otrzymają odpowiednie materiały i wezmą udział w jednorazowym szkoleniu – warsztatach z teorii i praktyki polifonicznej powieści dokumentalnej oraz z technik i metod przeprowadzania wywiadu pogłębionego. Zadaniem nauczyciela będzie potem zorganizowanie zespołu (do 10 uczniów) reprezentującego szkołę w konkursie i kierowanie tym zespołem. Nauczyciele otrzymają zaświadczenie potwierdzające ich udział w warsztatach i w projekcie edukacyjnym. Laureaci i uczestnicy konkursu otrzymają atrakcyjne nagrody i upominki. Nagrodzony zostanie również najbardziej zaangażowany w konkurs nauczyciel.
Mamy nadzieję, że zorganizowany przez nas konkurs będzie atrakcyjną i i interesującą lekcją języka polskiego, lekcją historii lokalnego patriotyzmu, a jego rezultaty staną się trwałą wartością w podtrzymywaniu pamięci o dziejach Bazaru Różyckiego.
Uważamy, że młodzież licealna zbierająca relacje o dziejach bazaru nie tylko praktykuje w ten sposób technikę wywiadu dziennikarskiego, pogłębiając swoją wiedzę o języku polskim, ale również poznaje tradycje, obyczaje i dzieje wspólnoty jaką był i jest Bazar Różyckiego znajdujący się na terenie ich dzielnicy, ich wspólnoty.

Wszystkim uczestnikom konkursu życzymy owocnej i ciekawej pracy.
Z wyrazami szacunku, organizatorzy projektu i konkursu:

Marek Miller

Teresa Miller

Zbigniew Płażewski

 

Uroczystość prezentacji konkursu: „Język polski w relacjach o dziejach Bazaru Różyckiego”

  

27 listopada 2012 r. godz. 12.00

Sala teatralna LXXII Liceum Ogólnokształcącego im. gen. Jakuba Jasińskiego

Program:

 

Wprowadzenie „O idei konkursu”: Marek Miller – dziennikarz, autor i kierownik projektu.

Ogłoszenie werdyktu jury i wręczenie nagród.

Słowo na wręczenie nagród „Walory językowe nagrodzonych prac”: Piotr Wojciechowski – pisarz, członek jury

Czytanie fragmentów nagrodzonych prac: Katarzyna Bargiełowska – aktorka

Pokaz fragmentów polifonicznej powieści dokumentalnej i dyskusja nad jej ideą pod hasłem „Cała Warszawa pisze historię Bazaru Różyckiego”:  Marek Miller – dziennikarz, autor i kierownik projektu.

Pokaz zdjęć archiwalnych z dziejów Bazaru Różyckiego: Andrzej Marat – artysta fotografik

 

WERDYKT   JURY

 

Na posiedzeniu w dniu 21 listopada 2012 r. jury w składzie:

Przewodniczący: Marek Miller – dziennikarz, Członkowie: Piotr Wojciechowski – pisarz, Andrzej Marat – artysta fotografik, zgodnie z regulaminem przyznało 3 nagrody główne w konkursie „Język polski w relacjach o dziejach Bazaru Różyckiego. Otrzymują je:

I nagrodę „Notebook” – Kamil Zwierzchowski, uczeń XCIX  LO im. Zbigniewa Herberta,

II nagrodę „Tablet” – Oliwia Kalinowska, uczennica XCIX  LO im. Zbigniewa Herberta,

III nagrodę „Aparat fotograficzny”– Karolina Ćwiek, uczennica LXXXVII im. gen. Leopolda Okulickiego.

Przyznane zostały również nagrody dla nauczycieli uczestniczących w projekcie. Otrzymują je:

Nagrodę główną „dla najbardziej zaangażowanego nauczyciela” w wysokości 2500 zł – Halina Kwiatkowska z XCIX  LO im. Zbigniewa Herberta,

Nagrodę dodatkową „ za włożony wkład pracy nauczyciela z uczniami” w wysokości 1000 zł – Joanna Łagód-Krzak z LXXII im. gen. Jakuba Jasińskiego.

Wszyscy uczniowie uczestniczący w konkursie oraz wszyscy nauczyciele uczestniczący w warsztatach i pracach przygotowawczych do konkursu otrzymują dyplomy oraz książki ufundowane przez autora projektu.

 

Piotr Wojciechowski – Słowo na wręczenie nagród „Walory językowe nagrodzonych prac”

 

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Drodzy Młodzi Przyjaciele!

Zanim powiem kilka słów o języku prac, które czytałem szukając wśród prac konkursowych tych najlepszych, zatrzymam się  na samej istocie słowa, opowieści. Słowo wydobywa człowieka ze skończoności świata, z cienia śmierci.

Nasze możliwości, możliwości ciała i mózgu są ograniczone. Wiedzą o tym sportowcy i odkrywcy. Mamy ciągle za mało czasu, a życie pędzi w stronę końca. Niewiele potrafimy unieść, nie wszystko umiemy zapamiętać i zrozumieć. I nagle, kiedy wchodzimy w świat słów – stajemy się wszechmocni. Możemy powiedzieć wszystko – możemy mówić o sześciennej kuli, o królu Szwajcarii, o tym, że Wisła wpada do Pacyfiku, a stolicą Krakowa jest Serbia. Słowem możemy malować jak pędzlem, zabijać jak sztyletem, ratować jak tlenem. Słowem możemy zdobyć przyjaźń i miłość, słowa mogą wypowiadać wojnę.

Ze słów zrobiona jest literatura. Znalazłem tekst, w którym o literaturze pisze patron tej szkoły, z której nadeszły nagrodzone prace. Zbigniew Herbert:

 Po naszej stronie jest literatura i jej jedyny temat, zwierzę łowne – Człowiek.

Tropi go przez tysiąclecia.

Wyławia z anonimowej masy ludzkiej – postać, której daje ciało i duszę, twarz, charakter, los i nieśmiertelność prawie.

Śledzi niekiedy jego ziemskie dzieje od narodzin do śmierci – błyskawicę między dwoma ciemnościami.

Nie zapomina, że jest on jednostką niepowtarzalną, osobą, a zatem czymś różnym od trawy.

Bada jego cnoty, występki, sny i zbrodnie.

Bywa niekiedy wybaczająca, czasem surowa, jakby miała kiedyś składać świadectwo przed Najwyższym Trybunałem.

Konkretna, ale również przychylna marzeniom.

Wie, co znaczy samotność.

Wie, co znaczy braterstwo.

Po tych głębokich słowach poety powiedzieć trzeba coś o waszych pracach, naszym konkursie. Zasadą wywiadu jest dochodzenie do prawdy przez dialog. Kłótnia to słowo przeciw słowu, ostrze na ostrze – dialog to wspinaczka, gdzie słowo wspiera słowo w drodze wzwyż. Dobry dialog, to taki, w którym partnerzy mówią dwoma różnymi językami – bo język odbija osobność, inność osoby. Dobry dialog, to taki, w którym mimo dwu różnych języków – odkrywa się obszar wspólny, wspólne rozumienie. Dobry dialog potrzebuje dobrego czytelnika, takiego, który jest twórczy, przenikliwy i życzliwy. Dobry czytelnik odkrywa w dialogu więcej niż ten, który pytał i ten, który odpowiadał. W pytaniach i odpowiedziach, poprzez prawdę osób, czytelnik dociera do prawdy epoki, prawdy czasu, prawdy miejsca.  Dobry czytelnik wsłuchuje się w słownik, w budowę zdań, w gramatykę, wyczuwa wahania i emocje, przemilczenia i próby zagadania. I co, i co dalej?

Dalej zaczyna się literatura. Przypomnijmy Herberta.

Konkretna, ale również przychylna marzeniom.

Wie, co znaczy samotność.

Wie, co znaczy braterstwo.

Gratuluję zdobywcom nagród, gratuluję ich nauczycielkom polskiego. Gratuluję wszystkim obecnym, tego, że mamy wśród nas  nauczycielki polskiego. Nie zawsze tak bywało w Warszawie i w Polsce.

Gratuluję zdobywcom nagród – niech poczują, że stanęli na progu literatury. To ważne spotkanie i jestem szczęśliwy, że w nim uczestniczę.

 

I nagroda – Kamil Zwierzchowski

 

- Witam, biorę udział w konkursie o tematyce związanej z najstarszym warszawskim bazarem „Różyckiego”, który już od ponad 100 lat niezmiennie działa na Pradze Północ. Czy mógłbym zająć Pani chwilę i dowiedzieć się o Pani wspomnieniach związanych z bazarem?

- Siema, pytaj o co chesz -opowiem co pamiętam.

- Czy mogłaby się Pani przedstawić i opowiedzieć o swoich pierwszych wspomnieniach związanych z bazarem?

- Nazywam się Elżbieta Końca, urodziłam się w 1965 roku w okolicach bazaru, na Ząbkowskiej        i mieszkam tam do dziś. Kamienica jest z 1892 roku. Mam tam piękne dwupoziomowe mieszkanie, z którego nie mam zamiaru się nigdy wyprowadzić. Na bazarze handlowałam od 1983 roku do około 1991, a później – na „Stadionie Dziesięciolecia”. Z „Różycem” związani byli też moi rodzice, którzy donosili na bazar towar sprzedawców, który ukrywany był u nas w domu. Pierwsze co pamiętam , to setki “oryginalnych” spodni marki “Levis”, leżących stertami za drzwiami w pokoju, które trzymali tam handlarze z bazaru, bojąc się kontroli w budach. Przychodzili co godzina, biorąc po kilka par, żeby ich milicja nie nakryła z towarem w budach lub na “ręczniaku”.

- A cóż to jest ręczniak?

- Ręczniak to pośredni handlarze oferujący towar na stojąco z tak zwanej ręki. Byli to najczęściej początkujący handlarze próbujący się dostać do tzw. elity bazarowej, którą byli handlujący w budkach. Ręczniacy mieli swoje, dokładnie wyznaczone miejsca, w których tylko oni mogli handlować. Tak zwani “włóczędzy” próbujący zająć miejsce byli wyrzucani, co wiązało się z tzw. konfiskatą towaru.

- Kto był tym dbającym o porządek?

- Byli to “sami swoi” tzn. handlarze i benklarze.

- Czy wspomnienia z dzieciństwa wpłynęły na pani przyszłe życie?

- Przez całe dzieciństwo, żyjąc w cieniu bazaru (Różyckiego), widziałam, jak handlarze się bogacą i ja chciałam mieć kasę. Od najmłodszych lat nasiąkałam bazarową atmosferą, poznawałam ludzi ważnych i tych mniej szanowanych. Kiedy skończyłam liceum handlowe, wzięłam się za handel na bazarze.

- Jak przyjęli Panią handlujący tam od dłuższego czasu ludzie?

- Weszłam tam od razu do grupy tzw. starych handlarzy, ponieważ znano mnie od dziecka. Wyznaczone miejsce na ręczniaku dostałam od ręki, znajdowało się ono przy benklarzach tzn. zaliczałam się do elity ręczniaków. Kiedy policja goniła ich, moim zadaniem było układanie towarów na miejscu benkla tak, że po nich nie było śladu.

- A kim są owi benklarze?

- Benklarze to cwaniacy, a zarazem świetni psychologowie, którzy potrafili namówić ludzi do gry w trzy karty. Często tak zwani frajerzy tracili wszystkie pieniądze przeznaczone na zakupy, ale w grę także wchodziła biżuteria, którą mieli na sobie, także ubrania.

- Co to była za gra o której Pani wspomniała – trzy karty?

- Benklarz, przesuwając szybko trzy karty, kazał obstawiać gotówką tę jedną, różniącą się kolorem. W pierwszych dwóch grach benklarz dawał możliwość podejrzenia przez frajera wygranej karty. Ten, czując łatwą wygraną, obstawiał co raz wyższą stawkę. W tym czasie już wkraczali koledzy benklarza (jako potencjalni następni gracze, ubrani najczęściej jak wieśniaki) i odwracali uwagę frajera. W tym czasie sam benklarz szybkimi ręcami tak szybko przestawiał karty, że naiwniak przegrywał. Próbując odegrać się w następnej grze, tracił coraz więcej, często wychodząc z bazaru w samej koszulinie i spodniach.

- Co odróżniało starego handlarza od innych?

- Byliśmy pod specjalną ochroną. Nie ruszali nas kieszonkowcy, którzy najczęściej okradali kogo się tylko dało. Jeśli złodziej przyjezdny chciał nam coś ukraść, dostawał łomot od starych handlarzy. Święta nasze, starych różyckich kupców, zaczynały się od rana świątecznego dnia składaniem sobie życzeń, dzieleniem jajeczkiem lub opłatkiem i opijaniem rozgrzewającą gorzałką. Wszyscy byliśmy jednom, wielkom rodzinkom.

- Jak wyglądał typowy dla Pani dzień handlarza Różyckiego?

- Po otwarciu bazaru rozstawialiśmy stoliki. Przywitanie z handlującymi z boku, często rozgrzewka: kawa, herbatka, wódka. Następnie handel. Obowiązkowo koło godziny 12. wspaniałe flaki po warszawsku – jedyne prawdziwe- od pani Halinki, pyzy z mięsem lub bez, zalane zasmażką z cebuli i słoninki, podane w słoiku-od pani Basi lub schaboszczak z ziemniaczkami i surówką od Pani Ziuty. Uwierz mi, to było najlepsze żarcie w Warszawie, a Panie były pierwszymi założycielkami cateringu w Warszawie. Po skończonej pracy część sprzedających szła na zasłużoną lufę i galaretę, czyli zimne nóżki do knajpy na Brzeskiej -”Rybackiej” lub “Małej rybki” lub na Ząbkowską do “Dunajcowej”. Tam dopiero towarzystwo potrafiło się bawić! Kto oskubał frajera lub zrobił dobry biznes z Ruskimi, stawiał często wszystkim po “lufie”, tam nie oszczędzano, bo nie myślano o jutrze. Łatwo przyszło – łatwo poszło, dobra zabawa była najważniejsza. A ta była przednia! Na bazarze grywała kapela -chłopaki dorabiali sobie do pensji, grając praskie “kawałki”  : “Praska Mańka”, “W piwnicy mnie pochowajcie”, “U nas na Pradze”, “Rzuć bracie blagę i chodź na Pragę”. Często towarzystwo rzucało się w tany i wtedy była zabawa, że hej! Nikt nikogo się nie wstydził, a wszyscy świetnie się bawili.

- Czym za Pani czasów handlowano na bazarze?

- Ojj, wszystkim. Byłeś łachmytą po podstawówce, a na bazarze kupowałeś maturę z wpisem lub bez.

- Co znaczy “z wpisem”?

- To znaczy, że dokumenty były oryginały, nawet miały wpis do ksiąg szkolnych. Kosztowały dużo drożej, ale były nie do ruszenia. Ach jak cudowny był brak komputerów!

- Co jeszcze kupowano?

- Ach, te pornusy, teraz kupujecie w kiosku, kiedyś nie było ich nigdzie. Przywoziło się je z zachodu i były tylko “spod lady” na bazarze. Można było kupić nielegalną broń, a nawet i ruski czołg. Ale najważniejsze były ubrania-te modne, te cudne, te zachodnie. W sklepach szaro-buro komunistycznie, a na bazarze modnie, kolorowo, ZACHODNIO. Zawsze uważałam, że bazar był pierwszym kapitalistycznym sklepem wschodniej Europy. Te pełne autokary przywożące “Ruskich” i “Rumunów” kupujących wszystko co było, w każdych ilościach! Polak brał, oglądał i targował, a Ci brali wszystko, co wpadło im w ręce. Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy rozpoczęli w mikroskali handel zagraniczny. Na bazarze można było spotkać ludzi z różnych krajów bloku wschodniego, którzy u nas zaopatrywali się w towar ściągany przez naszych handlarzy z zachodu. Już wtedy byliśmy pomostem pomiędzy wschodem i zachodem Europy.

- Czy ktoś z bazaru utkwił Pani w pamięci?

- Oczywiście, że tak. Bardzo charakterystyczny był “Jaś-król”, który cały dzień kręcił się po bazarze w złotej koronie z tektury zagadując do wszystkich. Jeśli ktoś był dla niego grzeczny, to było ok, jak kogoś nie polubił, to krzyczał, wyzywał i wyśmiewał. Jaś był ofiarą urzędu skarbowego, który strzelił mu domiar finansowy za rzekome nieujawnienie dochodu z handlu i warsztatu samochodowego. Zabrali mu wszystko i Jasio zwariował. Domiar był stosowany dla tzw. handlarzy, teraz nazywanych przedsiębiorcami. Kto kiedyś handlował, był wrogiem ludu pracującego, dlatego często na bazar były tzw. naloty milicji i trójek pracowniczych, którzy sprawdzali, skąd się bierze towar i najczęściej kończyło to się konfiskatą, bo nikt nie miał dokumentów. To była najmniejsza kara -najgorszą był ten domiar. Milicja często wpadała na bazar. Cinkciarze i złodzieje handlujący kradzionymi przedmiotami, a także bardzo często porządni kupcy porzucali towar. Lepsze było to, niż zamknięcie na komisariacie zwanym “Cyryl i jego metody” (z powodu położenia komisariatu przy ulicy Cyryla i Metodego).To było życie -ciągle na wysokich obrotach, adrenalina w nas pulsowała, ale było to warte kasy, jaką tam zarabialiśmy, często średnią pensję miesięczną mieliśmy w jeden dzień.

- Czy coś jeszcze Pani pamięta ? Jakieś wydarzenie związane z ludźmi z bazaru?

-Tak, pamiętam jak w wypadku samochodowym zginął jeden z najbogatszych i najważniejszych benklarzy. Na jego pogrzeb wybrał się prawie cały bazar, a tyle wiązanek i zniczy nie miał chyba nikt na swoim pogrzebie. My zapamiętaliśmy Go jako wspaniałego faceta, Ci którzy przegrali kasę w benkla – pewnie inaczej. Na bazarze czuliśmy jego brak.

- Często słyszę o złodziejskim honorze -czy Pani o tym coś pamięta?

- Oczywiście każdy praski złodziej miał swój honor. Nigdy swoich nie ruszali. Pamiętam takie wydarzenie na Pradze. W naszym kościele przyjezdni złodzieje ukradli kielichy mszalne. Proboszcz, “swój chłop”, poszedł do naszych złodziei, a Ci szybko odnaleźli łup. Przyjezdni złodzieje – wieśniacy dostali łomot, który na zawsze ich zniechęcił do “pracy” na Pradze, a kielichy wróciły do kościoła.

- Czy widzi pani różnicę między bazarem “dziś” a bazarem “wczoraj”?

- Olbrzymią. Kiedyś na bazarze handlowano wszystkim – handlowano żywymi kaczkami, kurami, królikami. Babcie ze wsi przywoziły jajka. Można było kupić mięso, które było w sklepach tylko na kartki. Cudne, pachnące cytrusy, które do sklepów społem-owskich rzucano tylko raz w roku, na bazarze były dostępne cały rok (zimą ogrzewane żarówkami – “kwokami”). Pamiętam ten wspaniały zapach węgorzy i łososia, których nie można było kupić w Warszawie nigdzie poza Różycem. Można było tu kupić wszystkie wymyślne dania, niedostępne kiedyś w żadnym sklepie.

- Czy i jak bazar wpływał na życie mieszkańców warszawskiej Pragi?

- Wpływał, oj wpływał, tak zwany “praski trójkąt bermudzki” rozwijał się szybciej niż reszta Warszawy. Mieliśmy tu pierwszy kapitalizm, pierwsze prywatne inicjatywy. Dzięki bazarowi powstawały nowe knajpy, zakłady fryzjerskie i inni drobni rzemieślnicy zarabiający na bliskości bazaru. Często towar spożywczy, którego nie udało nam się sprzedać, niezepsuty, ale gorszego gatunku, dawaliśmy do Caritasu lub szkolnej stołówki.

- Mówiła Pani tyle o dobrobycie bazaru-czemu teraz bazar wygląda tak skromnie?

- Niestety, bazar został zabity przez handel na Stadionie Dziesięciolecia. Tam był lepszy dojazd i ludzie mniej bali się specyfiki naszego Różyca. Tam wszyscy byli anonimowi, czego na Różycu brakło. Po otwarciu granic potrzebne było większe miejsce do handlu i 90% naszych z Różyca przeniosło się na stadion, gdzie już były inne realia handlu. Kiepski towar sprowadzany z Chin zagłuszył nasz handel dobrym towarem. Bazar Różyckiego nie potrafił oprzeć się prawdziwemu kapitalizmowi. Na bazarze handlowali już ludzie jakby z innej epoki. Wygrywał wtedy ten, kto potrafił być bardziej przedsiębiorczy i trochę cwaniacki. Wiele osób handlujących na bazarze otwierało później swoje sklepy. Bo kto handlował na Różyckim, ten już zawsze kupcem pozostawał. I tak czar Różyca prysł.

- Dziękuję bardzo Pani za wywiad.

 

II nagroda – Oliwia Kalinowska

 

- Powiedz, Piotr coś o sobie- kiedy i gdzie się urodziłeś? Gdzie mieszkałeś?
- Nazywam się Piotr Łąka. Urodziłem się w sześćdziesiątym ósmym roku w Szpitalu Praskim Przemienienia Pańskiego. Mieszkałem na Wileńskiej 9. Mój tata pochodził z Warszawy, z Siekierek.
Tata pracował w zakładach telewizyjnych na Matuszewskiej. Wcześniej, zanim się urodziłem, pracował jako budowlaniec i budował między innymi plac Hallera, a potem wyjechał budować Puławy Azoty. I tam poznał moją mamę, bo ona stamtąd pochodzi, z miejscowości Rudki.
Do szóstego roku życia mieszkałem na Wileńskiej, ale potem też tam przebywałem non-stop, bo tam mieszkała moja rodzina. Babcia, wujkowie – pięciu braci mojego ojca, ciocia.
Mieszkanie nie miało centralnego ogrzewania, woda bieżąca była zimna. Kanalizacja była, ale nie było ciepłej wody. Trzeba było sobie grzać na takiej specjalnej kuchni węglowej, bo gaz później dopiero wprowadzili. W pokojach były takie piece kaflowe, włożone w ścianę ogrzewały na przykład dwa pomieszczenia. Tylko trzeba było węgiel przynosić z komórki. Mieliśmy dwa pokoje, ale duże. Jeden pokój to miał 50 metrów. Drugi był nieco mniejszy, może miał z 25 metrów. Do tego kuchnia. Nie było łazienki, była toaleta. Ale w tym mieszkaniu mieszkało osiem osób. Ja mieszkałem, moi rodzice mieszkali, mama i tata, plus pięciu braci taty i jego mama, czyli moja babcia. Jeden z moich wujków do dziś mieszka na Wileńskiej 9, w tym samym mieszkaniu.
Mówili, że to mafia, ale to nie była mafia żadna. Kiedyś wujek dał mi rower – kolażówkę z takim „barankiem” – kierownicą, żebym sobie pojeździł, a że byłem kajtek, to jeździłem pod ramą. Ukradli mi ten rower. Poszedłem z płaczem oczywiście poskarżyć się wujkowi. W dziesięć minut miałem z powrotem ten rower. I jeszcze mnie przeprosili.

To były lata siedemdziesiąte. Wileńska była zupełnie inną ulicą niż dziś. Tętniła życiem.
Z jednej strony Wileńskiej była Dyrekcja Kolei Państwowych. Tam były różne zgromadzenia, zjazdy. Zawsze coś się działo. A na rogu przy placu Wileńskim było dowództwo sił rosyjskich. Było pełno wojska rosyjskiego. Przyjeżdżały sołdaty rosyjskie w tych wielkich czapkach swoich.
- Bywałeś na Bazarze Różyckiego. Jak zapamiętałeś ten bazar?
-
Tętniący życiem. Sprzedawali różne rzeczy. Za moich czasów, gdy miałem czternaście lat, zegarki elektroniczne można było tam kupować. Ja tam głownie po to chodziłem. Były ich różne rodzaje. Jedne były z kalkulatorem, drugie świeciły na czerwono, pomarańczowo, różowo, były w bransoletkach srebrnych, złotych. Dużo rodzajów tych zegarków. Albo jeden gościu, co się chował przed policją, miał tych zegarków po łokieć normalnie. Jeszcze inni mieli poprzyczepiane do płaszcza te zegarki. Milicja pewnie wtedy uważała, że jest to towar zachodni, u nas nie produkowany, dlatego nie można sprzedawać. Na podrabianie rzeczy nie patrzyli, kiedyś nikt nie mógł rozpoznać. Ludzie żyli w takiej komunie, że nie wiedzieli, co jest prawdziwe, a co jest podróbką.

 

Zegarki, walutę wymieniali, dolary można było kupić, ciuchy najnowsze sprowadzane z krajów socjalistycznych. Wszystko tam było. Ludzie ubierali się do ślubów, do komunii, posilali się, sprzedawali stare, kupowali nowe. Chociaż raczej tam były budki, to sprzedażą naręczną też się zajmowali różni dziwni ludzie. Sprzedawali zegarki w dużych ilościach, prawie hurtowych, walutę, grali w “Trzy karty”. Trzy karty rozkładali, robili sztuczny tłok, stawiali na przykład na skrzynkach od pomarańczy albo jabłek, rozgrywali taką rozgrywkę. Łapali ludzi, którzy mają pieniądze, przyciągali ich do siebie, dawali im wygrywać. Oni wygrywali tam parę złotych, a potem tracili wszystkie pieniądze. Zajmowała się tym taka szajka, kilka osób. Jeden rozdawał karty, dwóch naganiało, trzeci podjudzał i normalnie wyciągali od nich pieniądze.
Za moich czasów były modne takie zegarki z kalkulatorem. Kupowałem takie rzeczy. Z rodzicami chodziłem na bazar, jak trzeba było jakiś ciuch kupić, np. garnitur na komunię. Ciuchy, sweterki, ubrania, buty, wszystko sprzedawali. W Markach była taka strefa, gdzie prywatnie w domach produkowali buty i sprzedawali na bazarze Różyckim. Bazar kreował modę, bardzo dużo szyto ubrań, np. jakieś koszule, które natychmiast stawały się trendem i cała Warszawa w nich chodziła. Wszystko co było na Bazarze Różyckiego, było modne. To była taka jedna  strefa, w której można się było ubrać od stóp do głów.

Na Różyckim można było wszystko kupić. Mówili nawet, że i maturę sobie kupisz i prawo jazdy i dowód własności czegoś. Byli fałszerze, oszuści. Wszystko można było załatwić, tylko trzeba było mieć dojście. I pistolet, i karabin, i granat i czołg. Tylko ja nie znałem takich ludzi.
- Czyli na bazarze nie było handlu spożywczego? Chemią nie handlowano?
- Nie, chemia była w zwykłych sklepach. Warzywa, owoce  można było kupić na Polnej – tam był taki prestiżowy bazar, po drugiej stronie Wisły. No i tutaj, na Różyckim, można było ziemniaki kupić, tylko w ilościach hurtowych. Jakieś kapusty… takie proste rzeczy, od chłopów. Była jedna część bazaru wydzielona od ulicy Brzeskiej i rolnicy tylko tam sprzedawali.
- Kim byli sprzedający na bazarze?
- Cwaniaczki warszawskie. Kombinowali jak tu żyć i jak najszybciej zarobić. Słyszałem kiedyś, że ktoś komuś sprzedał Kolumnę Zygmunta. Wszystkim handlowali, co się dało. Przeważnie naciągali tych przyjeżdżających spoza Warszawy. Oni jakoś to rozpoznawali bardzo szybko, że osoba nie jest z Warszawy i że przyjechała na zakupy, ma pieniądze.
- Pamiętasz jakąś akcję oprócz tych “Trzech kart”, kiedy ktoś został oszukany?
- Przeważnie robili sztuczny tłok i okradali albo przecinali torebki żyletką. Albo paski ucinali i wkładali kobietom gazetę w miejsce torebki. Różne rzeczy działy się. “Coś pani wypadło”, ona się schylała, ktoś tam w tłum uciekał… Bo tam było bardzo dużo ludzi. Tam normalnie szedł taki potok ludzi. W określonych godzinach było bardzo mało ludzi, gdy otwierano i zamykano budki. To było jedyne miejsce, w którym można było kupić wszystko. Mnóstwo cinkciarzy. Za bony się kupowało w Peweksie, który był obok bazaru. Najgorzej to oszukiwali pod tym Peweksem. Niejednego oszukali na tzw. „przekrętkę”. Sprzedawali walutę, komuś kto chciał kupić tysiąc dolarów, dawali sto dolarów. Gościu zanim się zorientował, to już nikogo nie było. Ja tam chodziłem często, bo podobały mi się rzeczy w tym Peweksie.

Niedaleko był bar Oaza, gdzie się wszyscy posilali. Ale posilali się też na bazarze. Kobiety sprzedawały pyzy, flaki, wódeczkę.. . Ja nie kupowałem tam jedzenia, ale widziałem, jak ludzie kupowali, przeważnie bywali to mężczyźni po wypłacie. Jak był dziesiąty, to wszyscy mężczyźni umawiali się i chodzili na bazar, żeby tam coś zjeść i popić wódeczki. No i były gorące pyzy, śledź z setką wódki, „lorneta meduza”, czyli galaretka z octem. Te pyzy sprzedawali w słoikach. Nie na talerzach, tylko w słoikach normalnie. Tam były pięć czy cztery pyzy i do tego dawali widelczyk. Oczywiście widelczyk trzeba było oddać, bo nie było jednorazowych. Te panie wyglądały jak kwoki. Siadały na takich taborecikach i miały wielkie gary przed sobą, poprzykrywane chustkami i krzyczały: „Pyzy, gorące pyzy!”
- A mówiłeś, że ludzie przyjeżdżali na bazar. Głównie skąd?
- Przyjeżdżali pociągami na Dworzec Wschodni albo na Warszawa Wileńska. No i ten potok szedł. Jeśli chodziło o obrzeża Warszawy, to oni zjeżdżali na Dworzec Wileński i szli na bazar albo na Targowej było mnóstwo sklepów, w których można się było zaopatrzyć. W latach siedemdziesiątych te sklepy były jeszcze w miarę zaopatrzone, później był problem. W latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było na kartki, w sklepach tylko smalec był do kupienia, bazar zaczął prosperować. Tam wszystko można było kupić. I mięso i kiełbasę i no wszystkie takie wyroby.
Najwięcej ludzi przyjeżdżało z Marek, Zielonki, Ząbek…
Przyjeżdżali pociągiem. „Pociąg do Tłuszcza peron opuszcza”. To był pociąg, który do tej pory jeździ, podmiejski pociąg do Małkini, do Tłuszcza.

Wcześniej był pociąg, który jeździł do Radzymina i to był pociąg taki węglowy, bardzo powolnie jeździł. Wąskotorówka to była. Ale to nie za moich czasów. Ja tylko słyszałem opowieści od taty no i znam ludzi, którzy potracili tam nogi. To było po wojnie. To był pociąg, który jeździł do Radzymina i zabierał tych wszystkich, którzy po drodze mieszkali. Bardzo powoli jechał z Wileńskiego Dworca, że ludzie mogli się napić piwa na dworcu i jeszcze zdążyć na ten pociąg, biegnąc do niego. Nazywali go „urwirączka”, bo ludzie potracili ręce i nogi, wpadając pod ten pociąg. Bardzo dużo ludzi jeszcze żyje. Znałem taką osobę w Markach, która straciła właśnie nogę, wpadając pod ten pociąg.
Pośliznął się. Ten pociąg był obwieszony jak winogrona, jak kiść winogron. Ludzie, którzy się nie mogli dostać do środka, wisieli na schodach. Jak mu się noga poślizgnęła, to wpadał pod pociąg.
Handel odbywał się nie tylko na bazarze. Cała Targowa aż do Dworca Wschodniego była miejscem handlu. Wszędzie handlowali. W tym Peweksie można było kupić różnego rodzaju towary zachodnie, potem otworzył się bazar na Rembertowie i ten bazar na Różyckim stracił swój prestiż, bo większość towarów zachodnich można było kupić na Rembertowie. I ludzie tam jeździli w niedzielę, aby sobie kupić już ekskluzywne rzeczy. Ja wtedy miałem 18 lat, więc to było gdzieś pod koniec lat 80.

- A pamiętasz może milicję na bazarze?
- Jeden z moich wujków był milicjantem na Cyryla. Czasem patrolował bazar. Po czterech chodzili wtedy. I kontrolowali co sprzedawano i co się tam działo. Łapali drobnych złodziejaszków, oszustów.
Zgarniali tych ludzi. Przeważnie było tak, że szli tą ulicą Targową do Cyryla. Tam był komisariat za Cerkwią. Mówili: “Jak poznasz Cyryla to poznasz jego metody”. Czyli nie było bezpiecznie na tym komisariacie.
- A jakie słyszałeś powiedzonka bazarowe ?
- Różne, na przykład: “Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź gówniarzu, bo Cię opluję”.
I odszedłem, bo co miałem zrobić?

Jak ktoś był ładnie ubrany to mówili na niego: “O, widzę, że się ładnie ubrałeś dzisiaj, kurtka szwedka i beretka”.  „Kurtka szwedka i beretka, spodnie w pasy, adidasy na obcasie”

„Mów mi Bolo – to mnie wyszczupla”

Było wesoło. Różne były powiedzonka – takie praskie, niekoniecznie bazarowe.

Pamiętam też taki tekst:  “Na podwórzu jest kałuża, a z kałuży się wynurza hipopotam – powiadacie? Nnnie, to ojciec po wypłacie”.

Albo: „Kup Pan cegłówkę za stówkę, to ocalisz Pan główkę”

 

III nagroda – Karolina Ćwiek

 

K – Karolina, 17 lat, uczennica II klasy LO

Babcia – Danuta, 65 lat, mieszka na Pradze od 37 lat, emerytka

Mama – Marta, 41 lat, wychowała się na Pradze, ma do niej sentyment, ekonomista

 

Kupcy z Bazaru Różyckiego:

Pani Ania – sprzedaje kurtki, płaszcze

Pani Kasia – sprzedaje bluzki, garsonki damskie

Pani Wanda – sprzedaje suknie ślubne

Pan Grzegorz – sprzedaje męskie garnitury

* * *

 

K: Babciu, czy Bazar Różyckiego zawsze wyglądał tak fatalnie?

Babcia: kiedyś było tam więcej towarów i więcej budek. Było ciasno. Jedna obok drugiej, więc nie było widać ich ścianek bocznych. Teraz, gdy budki podniszczyły się i część ludzi zrezygnowała z handlu, w oczy gryzie cały ten nieład.

 

K: Lubiłaś tam chodzić?

Babcia: lubiłam. Tam było zawsze wesoło no i nigdy nie wróciłam z pustą ręką. Co chciałam, to kupiłam. Na Różyku było wszystko. Zazwyczaj chodziłam tam po warzywa i owoce. Czasem jakąś wiejską kurę na rosół.

K: Czy pamiętasz jakieś wydarzenie, które utkwiło Ci w pamięci?

Babcia: pamiętam, gdy gracze w lusterka zachęcali naiwną kobietę do gry. Miała torebkę wypchaną banknotami. Grę zaczęła od zastawienia obrączki, a potem straciła również wszystkie pieniądze. Cały czas sądziła, że uda jej się odegrać. Niestety. Pamiętam jak rozpaczała na środku Bazaru.

K: A towar na bazarze był zdobywany w sposób legalny?

Babcia: a kto to wie J. Każdy chciał żyć i zarabiać. Nikt nikogo nie pytał skąd bierze towar. Ci co mieli budki byli raczej legalni. Najgorsi byli ci, którzy handlowali „z ręki” takim „gorącym towarem”. Towar był dobry i miał niską cenę. To oznaczało, że nie był zdobyty w uczciwy sposób. Handlarz chciał się go szybko pozbyć i zarobić pieniądze. Nigdy niczego takiego nie kupiłam.

K: Mamo, a Ty co sądzisz o tym wszystkim?

Mama: Bazar Różyckiego był zawsze, więc niech  zostanie na Pradze. Niektórzy boją się tego miejsca. Ale miejsce jak każde inne. Do dziś lubię się przejść główną aleją i zobaczyć co słychać. To pewnie sentyment J. Pamiętam jak w czasach PRL-u było tu dużo towaru. Od strony Brzeskiej były owoce egzotyczne, zagraniczne słodycze, kaczki, kury. W sklepach tego nie było, więc rodzice od czasu do czasu kupowali nam tu frykasy.

K: Co pamiętasz najlepiej z czasów dzieciństwa, co kojarzy Ci się z Bazarem?

Mama: woda z saturatora koniecznie z sokiem. To była tzw. gruźliczanka J. Przed wejściem na Bazar, przy Targowej stała kobieta z takim białym wózkiem, który miał zainstalowany saturator i miejsce do umycia szklanki pod ciśnieniem. Miała tych szklanek tylko kilka, a chętnych do wypicia wody w upalne dni było dużo więcej. Cały więc dzień na przemian nalewała wodę sodową – czystą lub z sokiem – i naciskając na dno odwróconej szklanki, płukała ją J. Zaznaczam, że w tamtych czasach nie była rozpowszechniona w sklepach sprzedaż wody mineralnej w plastikowych butelkach jednorazowych.

K: A buty?

 

Mama: To tandeta. Kupiłam 2 razy w życiu buty na Różyku i zaraz się rozpadły. Pamiętam do dziś. Jedne to czerwone saszki, a drugie – beżowe sandały na korkowym koturnie.

 

** *

 

K: Czy Państwo pamiętacie kim był Różycki?

Pani Ania: Handlowcem. Wielkim handlowcem.

Pan Jacek: A Ty wiesz jak on miał na imię?

K: Wiem. Julian. Czytałam trochę zanim tu przyszłam.

Pani Ania (odchodzi i po chwili wraca krzycząc z daleka): On był aptekarzem. No ten Różycki, był aptekarzem.

K: Tu przy głównej alei handlowali złotem. Dlaczego ich nie ma?

Pani Kasia: Handlują do dziś. Widocznie pracują tylko na pierwszej zmianie J

K: Czy suknie ślubne sprzedają się tak dobrze jak niegdyś?

 

Pani Wanda: Absolutnie nie. W latach 80-tych to był raj. Szło wszystko i nie trzeba było się martwić o jakość towaru. Gumka w pasie, trochę tiulu, dużo falban no i cekinki … Teraz klient ma bardziej wyrafinowany gust. Na mieście jest dużo salonów. One też padają. To wszystko polityka: mały przyrost naturalny i łatwiejsze życie „na kocią łapę” powodują, że jest mało ślubów. Na bazar przychodzi biedniejszy klient, który i tak mówi, że za drogo. Panny chcą coś do tysiąca złotych, a ja suknię za osiemset kupuję od producenta.

K: To Pani nie jest producentem?

Pani Wanda: Nie, nigdy nie było tu producentów sukien. Choć teraz podstępnie jeden wynajął budę. To nieuczciwe, bo robi nam konkurencję. Ja muszę dorzucić 30% marży do jego ceny wyjściowej. Wiadomo, on sprzedaje więcej.

K: Te suknie to jedyny Pani dochód?

Pani Wanda: Nie. Mam emeryturę ale to marne 900 złotych. Muszę dorabiać. Handlując w czasach PRL-u nie mogłam pokazywać fiskusowi wszystkich dochodów, choć były dobre. Wówczas tępiono prywaciarzy. Ubezpieczałam się na najniższą kwotę no i teraz mam niską emeryturę. Kiedyś to były czasy, po 60 sukien miesięcznie się sprzedawało…

K: Czy to prawda, że po likwidacji  Stadionu X-lecia handel na Bazarze ożywił się?

Pani Ania, Pani Kasia: To nieprawda. Trochę przyszło tu kupców ze stadionu. Przyszli i poszli. Oni byli przyzwyczajeni do dużego handlu. My mamy inne klimaty J

 

Pani Kasia: Nas zniszczyły molochy, Bułgarzy i Kitajcy handlujący  dziadostwem. Teraz jeszcze to metro. Ograniczony dostęp od strony ‘Wileniaka” , nie jeżdżą tramwaje… L

K: Słyszałam, że jeszcze przed kilkoma laty – przed wejściem na Bazar - stał pan z wózeczkiem pełnym wentyli do rowerów, sznurówek, wkładek do butów, pumeksów. Czy to prawda, że w rzeczywistości  handlował świadectwami maturalnymi?

Pan Grzegorz: Tego nie mogę powiedzieć. Ten „Wentylek” już nie żyje. Ciekawe skąd Ty o tym wiesz? J

K: Czy dziś na Bazarze pojawiają się gracze „w lusterka” i czy nadal mają naiwnych chętnych?

Pan Grzegorz: Nie, oni ze 20 lat temu przenieśli się na Stadion, bo tam mieli lepsze żniwo. Takich naiwniaków chętnych do gry nie brakowałoby  i dzisiaj. Ale bęklarze poszli i już nie wrócili na Różyka.

K: Jak Pan na nich powiedział? Bęklarze?

Pan Grzegorz: No tak, ale nie wiem jak to dokładnie wymówić . Benklarze czy bęklarze J

K: Co było specjalnością kulinarną na Różyku?

Pani Ania, Pani Kasia, Pan Grzegorz: pyzy i flaki. Mało tego – one są do dziś.

Pani Kasia: O tam po lewej stronie od bramy głównej. Kiedyś był też schabowy z kapustą. Pamiętam, bo to jadłam chętniej.

K: Na stronie internetowej jest jakaś wzmianka o naborze muzyków do tutejszej kapeli. Jest tu jakaś kapela?

Pani Ania: W czasach PRL-u grali częściej. Teraz to prezes ich ściąga ale tylko okazjonalnie. Bardzo, bardzo rzadko.

 

K: A co z syfonem? Na początku XX wieku, przed wejściem od strony Targowej stał kiosk w kształcie dużego syfonu. Podobno ma zostać odrestaurowany.

 

Pani Kasia: Nie wiem nic na ten temat.

Pani Ania: A ja wiem. On już jest zrobiony. Po zakończeniu budowy muzeum będzie postawiony na Targowej. Ten facet z zarządu ostatnio mówił.

K: No właśnie. Tuż obok jest tworzone Muzeum Pragi. Czy w Państwa ocenie wpłynie to na ożywienie Bazaru?

Pani Ania:  Oczywiście. Będzie więcej odwiedzających, więcej gości zagranicznych…

K: Czy Pani zdaniem wpłynie to na dodatkowe koszty po stronie kupców? Mam na myśli konieczność zakupu na przykład nowych budek.

Pani Ania: Absolutnie nie. W planie są nowe budki ale mają byś sfinansowane przez inwestora. Wszystkie takie same mają tworzyć klimat wokół muzeum.

 

Wejście główne – Targowa

 

K: serdecznie dziękuję Państwu za umożliwienie mi zrobienia tego reportażu.

 

 

 


Postscriptum

W związku z zakończeniem konkursu chcemy serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom, nauczycielom i dyrekcjom szkół. Zgodnie  z tym, co sobie obiecaliśmy, przygoda z tematem Bazaru Różyckiego nie kończy się. Wręcz odwrotnie. Po konkursie, który traktujemy jako wstępne przygotowanie, dopiero się zaczyna. Czekamy na Was w Laboratorium Reportażu. Na Wasze pomysły, relacje, zdjęcia. Liczymy na współpracę i bardzo serdecznie do niej zapraszamy!

 

W imieniu organizatorów, autor i kierownik projektu – Marek Miller

 

Fundacja Laboratorium Reportażu ul. Gwiaździsta 31 m. 181, 01-651 Warszawa, tel. 22 833-29-77, e-mail: miller@marymont.pl