***

Warszawa 2019

 

Przypisy:

1) Adam Dylewski - Ruda, córka Cwiego. Historia Żydów na Warszawskiej Pradze. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018r. s. 332. Obok zajmujących się ubojem rytualnym wyróżniali się świetnie zarabiający flaczarze, zwani trybkarzami lub szlamownikami. Patroszyli oni zwierzęta, wydobywając ich wnętrzności - żyły i ścięgna, które następnie przesyłano w blaszanych kadziach do daleszej obróbki, na przykład przez wędliniarzy. Wsród flaczarzy panowała ostra konkurencja. 28 marca 1927 roku na terenie rzeźni doszło do kłótni, a nastęnie strzelaniny pomiędzy zrzeszonymi rzeźnikami a braćmi Kolniczańskimi, starającymi sie działać na własną rękę. W jej trakcie Chaim Świcarz postrzelił w głowę Joska Kolniczańskiego; śmierć poniósł też stojący w tłumie gapiów przypadkowy świadek Abram Puterman.

2) Adam Dylewski - Ruda, córka Cwiego. Historia Żydów na Warszawskiej Pradze. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018r. s. 332. Bogactwo życia duchowego wykraczało poza ramy synagogi gminnej, znajdującej odbicie w licznych, rozsianych w wielu miejscach na Pradze domach modlitwy. Zestawiony przez Eleonorę Bergman spis takich obiektów z 1926 roku zawiera niemal 30 adresów. Znakomita większość z nich - łącznie 18 - znajdowała się przy ulicy Targowej albo przy bezpośrednio z nią sąsiadujących ulicach Ząbkowskiej i Brzeskiej.

3) Adam Dylewski - Ruda, córka Cwiego. Historia Żydów na Warszawskiej Pradze. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018r. s. 332. Przed II wojną światową na Pradze mieszkało około 8 procent warszawskich Żydów. Tworzyli trzy duże skupiska. Najwieksze obejmowało teren między ulicami Jagielońską i Brzeską oraz wzdłuż ulicy Ząbkowskiej do ulicy Markowskiej. Oś życia żydowskiego Pragi stanowiła niezmiennie Targowa, "gęsta od zgiełku, kotłowaniny, szwargotu polsko-żydowskiego". W swych wspomnieniach Jerzy Kasprzycki opisuje główną ulicę Praci po 1936 roku, zapełnioną przez przekupki sprzedające bajgieły oraz małych chłopców wciskających przechodniom ulotki reklamowe fabryk i sklepów. W życiu żydowskim Targowa rozdzielała dwie strefy - stricte zarobkową, mieszczącą się z grubsza między Targową, Brzeską i Ząbkowską, od jakby bardziej "duchowej", na zachód od Targowej, z synagogą, mykwą, Gmachem Wychowawczym, Domem Studentów Żydów i eleganckimi kamienicami mieszkalnymi.


 

Płonąca Praga w 1939 r., w: "Warszawska Praga dawniej i dziś. Katalog wystawy zorganizowanej w 350-lecie nadania praw miejskich", Muzeum Warszawy & Wydawnictwo DiG, Warszawa marzec–maj 1998, s. 141

Od kilkunastu minut stałem nieruchomo w oknie swego mieszkania zapatrzony w ogród. Dochodziła ósma, a słońce już przypiekało... Raptem dał się słyszeć warkot silnika samolotowego, narastał z każdą sekundą. Samolot przeleciał tuż nad nami, omal nie zawadził kołami o komin naszego domu, i pomknął w kierunku szosy. Po chwili znów usłyszałem szum silników samolotowych, jeszcze potężniejszy i bardziej przejmujący. Leciało kilka maszyn. Wybiegłem na podwórze. I właśnie wtedy, kiedy przelatywali nad nami, powietrze przeszyła seria z karabinu maszynowego. – Mają czarne krzyże! – krzyknęła żona. Na podwórzu zebrali się wszyscy mieszkańcy naszego domu. – Jak to się stało, że już dziś, w pierwszym dniu wojny, aż nad Warszawę przylecieli? – zauważyła ponad siedemdziesięcioletnia staruszka, Maciejewska. Hiobowe wieści spływały jak lawina na nasze głowy, potęgowane przez najdziwniejsze plotki. Zapanowała histeryczna panika. Ludzie rzucili się na sklepy, wykupując wszystko, co w nich było do sprzedania, zwłaszcza produkty żywnościowe: cukier, mąkę itp., a także mydło. I mnie żona wysłała na bazar Różyckiego. Na Targowej panował nieopisany ruch, tłok. Wszyscy latali od sklepu do sklepu, od straganu do straganu, jak obłąkani.

Symeon Surgiewicz,

działacz ruchu robotniczego,

publicysta

Przekazanie 36. Pułkowi Piechoty Legii Akademickiej w praskich koszarach na ul. 11 Listopada ciężkiego karabinu maszynowego i granatnika ufundowanych przez handlarzy z bazaru Różyckiego, sierpień 1939 r.

Zamykanie sklepów żydowskich na znak protestu przeciwko prześladowaniu niemieckich Żydów, ulica Targowa 45, lata trzydzieste. Szyld reklamuje sklep z norymberszczyzną Moszka Cwibelzafta. Jego właściciel zginął w getcie warszawskim

Matka "Pięknego" gotowała rybę po żydowsku, rosół, piekła chałkę albo strudla. To samo było w domu "Szlamy". Zawsze w piątek wieczorem uroczysta kolacja. Obowiązkowo zakropiona pejsachówką. Ci bardziej wierzący wkładali świeżo wyprane jedwabne chałaty, a na głowę krymkę, taką śmieszną czapeczkę z maleńkim daszkiem. Niektórzy młodzi wkładali czarne spodnie i naciągali na nie białe skarpetki. To był barwny tłum, pełen dziwaków, zaperuczonych starych dam, umorusanych dzieciaków... W Warszawie zostałem tylko 3 dni. Wciąż byłem u „Mordy” na liście. Ale naprawdę zadecydowało to, że Róża chodziła teraz z "Sufitem", "Szlama" założył własną rakietę, Kurczak odsiadywał rok na czerwoniaku, Władek był w wojsku i w sumie poczułem się niepotrzebny… Tak więc ucałowałem matkę i wróciłem do Wilna. Tam też zastała mnie wojna.

"Ferajniarz", ur. 1918

Żydzi warszawscy, 1920, w: Olgierd Budrewicz, "Warszawa w starej fotografii", Wydawnictwo BOSZ, Wydanie I, Olszanica 2012, s. 28

Każde ważne wydarzenie, większa sensacja albo zwycięstwo sportowca na arenie międzynarodowej było przez restauracyjnych gości specjalnie czczone. Hucznie oblewano mistrzostwo Europy Antoniego Kolczyńskiego w boksie w kwietniu 1939 r. Knajpy w Warszawie pękały w szwach.
 

Do Warszawy przyjechałem dopiero po roku. Smutna była ta wizyta. Gdy wysiadałem na Wileńskim, zapadała noc. Szedłem na piechotę do domu, a w kieszeni miałem depeszę o śmierci ojca. Akurat wypadały Kuczki i z mijanych bram dochodziły smętne żydowskie zawodzenia. Po podwórkach błądziły tajemnicze światełka, w powietrzu czuło się zapach czosnku, wanilii i gotowanej ryby. Kuczki to żydowskie święto. Na tydzień czy dwa budują oni małe drewniane chatki. Wieczorem palą w nich naftowe lampy, modlą się i śpiewają. Starsi Żydzi, przynajmniej ci, których znałem, byli bardzo wierzący. Przywiązywali dużą wagę do swoich obrzędów. Na przykład szabas. W piątek po dwunastej bazar już zamierał. Wszyscy wcześniej kończyli pracę.

"Ferajniarz", ur. 1918

Wiesław Wiernicki,

pisarz, dramaturg,

publicysta i felietonista
 

Antoni Kolczyński po powrocie z USA, prawdopodobnie z żoną, NAC

Tłum kibiców przed Dworcem Głównym w Warszawie wita "Kolkę" po powrocie z USA, 01.06.1938, NAC

Kolczyński postawił na jedną kartę, wiedział, że boli go ręka i wiedział, że trzech rund może nie wytrzymać, chciał walczyć jak najkrócej - 5-6 minut. Wystarczyły 2,5 minuty.
 

Rozeszła się wtedy fama, że za oceanem menażerowie ofiarowywali mu grube dolary, aby przeszedł na zawodowstwo. Gadka! Wzruszył ramionami i wrócił na Targówek. Tam był jego świat. Tam był honorowany, ubóstwiany i... w końcu rozpijany przez złych przyjaciół.
 

Polonia amerykańska rzucała szalami, futrami żeby został, ale Stamm go jednak ściągnął do Polski.

Walka Antoniego Kolczyńskiego z O’Malleyem

Ktoś w końcu zauważył, że z niego byłby bokser, bo jak pan go widział, to on miał długie nogi, długie łapy, szczupłe, jak u kobiety, tylko on był prawdopodobnie trochę bojący, ale jak zabrali go na ring i zobaczyli, że ma dobre uderzenie, to wzięli się za niego, żeby został bokserem.
 

Do boksowania namówiono go "na siłę", w siedemnastym roku życia. Miał za mało wiary w siebie. I to mu pozostało do końca kariery.
 

Urodzony 25 sierpnia 1917 roku w Zdunowie, w powiecie płońskim, wyrastał na warszawskiej Starówce.
 

Już jako dziecko przyjeżdżał z ojcem do Warszawy na "Zieleniak". Stary lubił wypić, więc nie za bardzo interesował się berbeciem, zdanym na własną dolę i niedolę. Tolek, podczas takich wypraw do stolicy, sypiał na tyłach straganów, często na kapuście, i jakoś rósł, i dojrzewał, stawał się sprytnym i silnym chłopcem.
 

Zanim trafił do sportu, pedałował po stołecznych ulicach jako "majdaniarz" objuczony plikami gazet. Pewnego dnia "Kolka", pędząc w pośpiechu ze swoim "majdanem", wjechał pomiędzy dwa mijające się tramwaje, zleciał z roweru i o mało nie udusił go rzemień wiążący oba pakunki gazet.
 

Chodziłem na jego walki. On uderzał w ucho przeważnie, jego punkt to było ucho. Cios to miał japoński – uderzał i jednocześnie przekręcał pięść. Tak jakby wyrywało to ucho. Jak ktoś tak dostał, to chodził później zamroczony i "Kolka" go lał. Przed wojną walczył z nieoficjalnym mistrzem świata Jimem O’Malleyem, Amerykaninem. Wyjechał na mistrzostwa jako jedyny polski bokser. Miał wtedy 19 lat. Razem z nim jechał trener Feliks Stamm.
 

Kolczyński wszedł na ring. O’Malley już na niego czekał. Amerykanie byli absolutnie pewni swojego pupila. Do mego rogu podchodzi jeden ze znajomych dziennikarzy amerykańskich i proponuje zakład: "Za 5 dolarów płacę pięćdziesiąt!". Niestety, 5 dolarów było dla mnie zbyt wielką sumą.

Ryszard Wójcicki,

fryzjer,

Rozm. L.N., LR
 

Bohdan Tomaszewski,

dziennikarz sportowy
 

Jerzy Zmarzlik,

dziennkarz

Ryszard Wójcicki,

fryzjer,

Rozm. L.N., LR

Jerzy Zmarzlik,

dziennkarz

Aleksander Reksza,

dziennikarz

Ryszard Wójcicki,

fryzjer,

Rozm. L.N., LR
 

Jerzy Zmarzlik,

dziennkarz

Aleksander Reksza,

dziennikarz

Feliks Stamm,

trener boksu

Na targu panowali niepodzielnie "bliźniacy" - dwóch braci. Niscy, szerocy w barach, obaj jakby trochę garbaci. Tak ich przynajmniej zapamiętałem. Nosili się elegancko. I to dla nich pracował mój brat. Oficjalnie był przeganiaczem w rzeźni, ale większość czasu spędzał w kawiarni u Wicka na Targowej 27. Tam zawsze można było zastać bliźniaków. Mieli swój stolik, zaraz przy oknie. Nawet kiedy stał pusty, to nikomu innemu nie wolno było przy nim usiąść. Często widziałem ich przez szybę, jak grają w warcaby albo przyjmują jakichś interesantów. Jeden z tych braci, nazywali go "Szmaja", dał mi kiedyś srebrną pięciozłotówkę. Na Różyckim władza była podzielona. Bliźniacy kontrolowali jatki. "Szmaja" ustalał ceny, po jakich sprzedawano mięso, wskazywał dostawców, u których można było się zaopatrywać. Jeżeli zauważyliśmy wieśniaka, który chciał z wozu sprzedać świnię, to biegliśmy do knajpy u Wicka i zaraz szły w ruch gazrurki. Tak właśnie było z tą pięciozłotówką. Kiedyś zobaczyłem, jak chłopaki od Mariana ciągnęły po bruku pokrwawionego chłopa. Rozdarty kożuch, koszula... A Marian stał z boku między furmankami i tylko palił papierosa. Gdy zapytałem go o to, odpowiedział krótko "Takie tu prawo. Jak zobaczysz, że jakiś cham sprzedaje półtusze, to tylko przyjdź i mi powiedz". No i chyba w miesiąc potem przyuważyłem takich dwóch... Pobiegłem do tej knajpy u Wicka i mówię Marianowi, co widziałem. Ten powtórzył to "Szmai". Wszyscy wstali, zapieli płaszcze, a "Szmaja" sięgnął do kieszeni, wyjął gruby czerwony portfel i dał mi srebrną piątkę. "Chodź, pokażesz, który to". Na miejscu otoczyli ich w kółko. To było dwóch Żydów. Chyba ojciec i syn. Obaj w ciemnych zniszczonych chałatach. Przywieźli gdzieś ze wsi wozem poćwiartowanego wołu. Marian podszedł do tego starszego i coś powiedział. Nie dosłyszałem co, ale wszyscy zaczęli się śmiać. A temu Żydowi zaczęły trząść się ręce i zaczął prosić "Nie trzeba, panie, nie trzeba...". A wszyscy dalej się śmiali. Wtedy Marian znowu coś powiedział i syn wziął z furki bat. Stary odwrócił się, podciągnął chałat i wystawił chudy, brudny tyłek, a syn zaczął bić... Cała tandeta na bazarze i tak zwane wyroby kolonialne należały do człowieka, na którego wołali "Kruk". To był wysoki, ciemno zarośnięty facet. Zawsze ponury. U "Kruka" pracował drugi z moich braci - Władek. Raz w miesiącu szli przez bazar i zbierali "gwoździowe". Kto nie płacił, temu zabijano budę gwoździami. Nikt nie śmiał sam zdjąć desek, nikt nie śmiał donieść na policję. Wyjątkiem był sprzedawca książek. Na bazarze był stragan z wymalowanym ręcznie szyldem "Księgarnia i sprzedaż dewocjonalii". Należał do śmiesznego małego człowieczka z przerośniętymi przednimi zębami. Stąd też nikt nie mówił o nim inaczej jak "Królik". Na ścianie była przyklejona gazeta do sprawdzania wzroku, bo "Królik" sprzedawał też okulary. Miał pełen wybór używanych oprawek. "Królik" prowadził również bezpłatną bibliotekę. Każdy, kogo znał, mógł u niego pożyczać książki. Nie było tłumu, bo czytanie w tej okolicy nie było w modzie. Ale ja lubiłem książki. Do dziś pamiętam te tytuły: "Czarny Mendoza i piękna seniorita", "Noc trującej mgły", "Uwiedziona cnota", "Rinaldo Rinaldini"... wydania w miękkich oprawach lub zeszytowe po 2 grosze. Podobno "Królik", jak mu pierwszy raz zabijali budkę, to się popłakał, ale nie z powodu budki, tylko dlatego, że robiły to chłopaki, które jeszcze parę lat wcześniej przychodziły do niego po komiksy. Wszystkim zrobiło się tak głupio, no i chłopaki odpuściły. Ale to był wyjątek. Zresztą nikt się nie buntował. Te opłaty chyba nie były zbyt wysokie, z drugiej strony nie mieli wyjścia. Policja na bazarze to była dekoracja. Istniała niepisana umowa, że tam ich władza nie sięga. Nie do pomyślenia było, żeby zbierający opłaty za to trafił do więzienia.
 

Piosenka więzienna. Jest rzeczą niemożliwą, by nie powiedzieć jednak o piosence, której powstanie i egzystencja wiązała się z tęsknotą za "wolnością kochaną". Język więzienny, mowa, a właściwie żargon dodawał piosenkom poczucia siły, osnuwał przestępcę urokiem tajemnicy, romantyzmu. Taki właśnie język nazywali przestępcy blatną muzyką. Kryminaliści często "wilczą część" swojego życia spędzali za kratkami. Tam właśnie powstawały wiersze i pieśni będące często bohaterskimi rapsodiami opiewającymi życie i czyny "wybitnych bandziorów". Natomiast złodzieje, kryminaliści i cały szeroko pojmowany margines społeczny tłumaczył się wszem i wobec: "Podobno się pali czapka na złodzieja głowie. Lecz gdyby to prawdą na nieszczęście było, Toby z pół Warszawy czapek się paliło."

Zabudowania rzeźni miejskiej na Pradze przy ul. Sierakowskiego ok. 1920-1930, fot. K. Giedroyć, Muzeum Warszawy

Stanisław Wielanek,

muzyk,

Rozm. G.S., LR

"Ferajniarz", ur. 1918

Gdy miałem 17 lat, żyłem już na całego. Zarabiałem naprawdę sporo. Miałem na drogie ciuchy, na knajpy, na prezenty dla dziewczyn, a co zostawało, dawałem matce. Kroiłem tylko na bazarze. To był wspaniały układ, wymarzony. Człowiek wiedział, że nikt z handlarzy go nie przypucuje, że dopóki nie opuści bazaru, jest bezkarny. Mało tego – fakt, że człowiek tam się kręcił, nie był niczym dziwnym, podejrzanym. Rozumie pan, jeżeli by pan codziennie zaczął pojawiać się na Dworcu Wileńskim, to po tygodniu już by pan siedział. A tu nie wzbudzało to niczyjego zdziwienia. Pracowałem na zmianę z "Sufitem", a "Szlama" z Kurczakiem odbierali towar. W końcu wpadłem. Przyciął mnie tajniak na Targowej. W myśli zasady: "złapią cię za rękę, mów, że to nie twoja", do niczego się nie przyznałem. Ale i tak dostałem pół roku. Z Pawiaka przewieźli mnie na Rakowiecką. Trafiłem do celi z samymi urkami. Mogło być źle, pomógł mi przypadek. Zaraz drugiego dnia miałem widzenie z matką. Z pokoju widzeń był widok na spacerniak. Patrzę, a tu stary "Sufit" maszeruje. Posadzili go 2 miesiące wcześniej. Zaraz poszły grypsy i stary wstawił się za mną. Jak wyszedłem, kumple wynajęli całą knajpę i urządzili mi bal na 2 dni.
 

Wielokrotnie się zastanawiałem, dlaczego tak się dzieje, że przestępcy i złodzieje, ludzie powszechnie potępiani doczekali się swoich ballad? Co nieuchwytnego i pociągającego kryło się w postawach tych ludzi, które z cech ich charakterów powodowały, że powstawała legenda, a ludek Warszawy czynił z nich idoli i bohaterów. Sergiusz Piasecki wyrażał się o nich: "Są to ludzie pełni buntu, siły i energii. Są szczodrzy, dobrzy i serdeczni. Zawsze gotowi pomóc słabszym, biednym i chorym. Nie złamią słowa, nie zawiodą zaufania, nie okradną tych, z którymi żyją... W więzieniach i szeregach przestępców jest procentowo więcej istotnie uczciwych ludzi niż w normalnym społeczeństwie… Dureń niedołęga i tchórz może być ministrem, wodzem, artystą i politykiem, nauczycielem, kaznodzieją, lecz nie zawodowym złodziejem. Zawodowy złodziej musi mieć spryt, inteligencję i odwagę". Niepisany kodeks moralny złodziei zabraniał im podnoszenia ręki na kobietę. Oni bili się tylko pomiędzy sobą. Prawdziwy szanujący się z łodziej dbał o swoją brzanę. Nie puszczał jej w miasto, harował na jej zachcianki, zaopatrywał w błyskotki. Pogardzano alfonsami. Dopóki biniawka była wierna, wszystko było dobrze, lecz kiedy poszła w cug, czekała na nią "kosa".
 

Na wiosnę siostra "Pięknego" zaprosiła mnie i "Szlamę" na studniówkę do swojej szkoły. To była taka lepsza szkoła, mieściła się przy Jagiellońskiej, już po drugiej stronie Targowej. Chodziły do niej różne wypomadowane bubki, synkowie zamożnych kamieniczników, którzy zdzierali z naszych matek lichwiarski czynsz, albo właścicieli dużych warsztatów, gdzie nasi ojcowie, gdyby tam pracowali, musieliby się nisko kłaniać, żeby nie dostać kopa w dupę. Poszliśmy we trzech: ja, "Szlama" i "Piękny". Rozróba była już po godzinie. Nie pamiętam, o co poszło. Zdaje się, że najpierw "Szlama" wdał się w jakąś szarpaninę. No i taki cherubinek w blond loczkach, a za nim wataha takich samych mówią do nas "Może szanowni koledzy pozwolą na słówko na zewnątrz". Mówię: "Z przyjemnością, tylko płaszczyki weźmiemy, bo zimno". Stoimy tak przed tą szkołą. Deszczyk lekki kropi. "No i o co chodzi" – pytam. "A no o to, że koledzy tu nie pasujecie" – no i jeszcze coś tam. W każdym razie doszło do krótkiej bójki. Krótkiej, bo "Szlama" założył kastet, a ja wyjąłem gazrurkę. To znaczy taką wąską rurkę zalaną ołowiem, z paskiem na rękę, żeby nie wypadła. Jeszcze tego samego wieczoru przybiegł "Piękny" i mówi, że nie mogę nocować w domu. Cherubinka ze złamanym obojczykiem odwieźli do szpitala, a tatuś – jakiś działacz społeczny – zrobił wielką aferę, ściągnięto do szkoły samego pana przodownika. No, a wszyscy nas znali, byliśmy "na wystawie", musieliśmy na jakiś czas zniknąć. I tak właśnie pojechaliśmy z "Sufitem" do Wilna.

"Ferajniarz", ur. 1918

"Ferajniarz", ur. 1918

Stanisław Wielanek,

muzyk,

Rozm. G.S., LR

Stanisław Wielanek,

muzyk,

Rozm. G.S., LR

Marek Miller,

reporter

***

Miałam koleżankę, której ojciec został na bazarze stróżem. W dni świąteczne pozwalał nam dzieciom się tu bawić. Zsuwaliśmy skrzynki, tworząc z nich coś w rodzaju sceny, i na niej urządzaliśmy własnego pomysłu przedstawienia. Zakamarki bazaru stały się doskonałym terenem do podchodów i gry w chowanego, a alejki między straganami służyły do urządzania wyścigów i gonitw.
 

Dzieciaki się tam zawsze zbiegały i krzyczały za sprzedawcami: "Oranżada na arraku, spirytusie i koniaku. Lody, lody - jedno jajko, kubeł wody!".
 

Często staliśmy na bazarze i obserwowaliśmy szczury, które wychodziły spod budek z mięsem na wybrukowaną kostkę pić wodę z rynsztoków.

Stanisław Wielanek,

muzyk,

Rozm. G.S., LR

Barbara Jarosławska,

kupiec,

Rozm. K.M., LR

Często zastanawiam się, skąd się to wszystko bierze. Dochodzę do wniosku, że z biedy. To bieda daje światu grandę. Ci, którzy wyszli z biedy, rzadko się z nią rozstają. Ona ich ściga i pożera, a terror pieniądza czyni człowieka złodziejem. Ale były też wesołe strony tej biedy. Dzięki niej powstały bazary. Ależ tam wesoło było. Wszystkie kapele uliczne wcześniej, czy później tam przychodziły pograć i pośpiewać. Wszyscy tu zachodzili i to nie tylko w celach handlowych, ale także towarzyskich i rozrywkowych. Tak było z "Kolką", czyli Antonim Kolczyńskim.
 

Kiedy zyskał sławę jako bokser, Kolczyński stał się prawdziwą ikoną bazaru Różyckiego.

Radio, Fragment 44

Stanisław Grzesiuk, moralitet ludowy (Autentyczny, anonimowy tekst uliczny), Audycja "Bujaj się Fela" Jerzego Skokowskiego z 1962 roku, Archiwum PR – Nr sygnatury 9548, D 12375

Radio, Fragment 45

Stanisław Grzesiuk, Ballada o kacie (Autentyczny, anonimowy tekst uliczny), Audycja "Bujaj się Fela" Jerzego Skokowskiego z 1962 roku, Archiwum PR – Nr sygnatury 9548, D 12375

Radio, Fragment 47

Stanisław Grzesiuk (Autentyczny, anonimowy tekst uliczny), Audycja "Bujaj się Fela" Jerzego Skokowskiego z 1962 roku, Archiwum PR – Nr sygnatury 9548, D 1237

Zakochałem się w dawnej piosence warszawskiej. Dopiero jednak, kiedy ta piosenka schodziła na ulicę, kiedy nuciła ją każda kucharka, każdy graciarz, dorożkarz, zdobywała ona naprawdę popularność. Ludzie rozczulali się wówczas nad tułaczym losem zwykłych ulicznych opryszków.
 

Nie było dnia, żeby nie dochodziło do bójek. Zapamiętałem to, jak przyniesiono Mariana, mojego najstarszego brata. Wnieśli go do kuchni i położyli na stole. Cały był we krwi. Ojciec blady jak ściana, matka poleciała po sąsiada. Był, co prawda, tylko weterynarzem, ale leczył wszystkich w kamienicy. Marian ledwo przeżył, stracił jedno oko. To były porachunki w rzeźni miejskiej. Bo wtedy to nie bazar był najważniejszy, najważniejsza była rzeźnia na Namiestnikowskiej i targ wołowy. Tam robiono największe interesy, tam chodził prawdziwy pieniądz.

Radio, Fragment 42

Stanisław Grzesiuk, autentyczna piosenka 20-lecia międzywojennego (Autentyczny, anonimowy tekst uliczny), Audycja "Bujaj się Fela" Jerzego Skokowskiego z 1962 roku, Archiwum PR – Nr sygnatury 9548, D 12375

Zaraz, jak to było "Raz pocałuje, raz w mordę bije, i jakoś, chwalić Boga, się żyje". Albo "Przy fontannie, usiadł chłopak przy swojej pannie. I stracił miarę – on ją całował, a ona ukradła mu zegarek". Ja wszystkie kapele lubiłam – czerniakowskie, praskie, no jeszcze i lwowską, i wileńską. W tej praskiej można było tą dawniejszą Pragie widzieć i posłuchać. Można było poczuć, jak to było.

Bazar Różyckiego i jego okolice, Ząbkowska, Brzeska tętniły życiem magicznym. Po tych ulicach i podwórkach kamienic krążyli handlarze, trupy cyrkowe, grajkowie, kapele.

Stanisław Wielanek,

muzyk,

Rozm. G.S., LR

"Ferajniarz", ur. 1918

Olgierd Budrewicz,

reporter,

Rozm. M.P., LR

Teresa Szejwian,

mieszkanka Pragi

Teresa Błaszczyk,

mieszkanka Pragi

***

Okolicznościowe przyjęcie w schronisku weteranów Powstania Styczniowego, aut. NN ok. 1930 r.

Ulica Targowa. Dwudziestolecie międzywojenne. Wejście na Bazar Różyckiego, zbiory potomków Juliana Różyckiego, z: Praga na Starych Fotografiach/Facebook

Administratorem przed samą wojną był Antoni Potocki. Potocki ożenił się z wnuczką Juliana Różyckiego. Znałam go osobiście, piliśmy kiedyś razem kawę u Bliklego. Był ciemnym blondynem średniego wzrostu. Miał szczęście, bo Janina Różycka była bardzo piękna. Miała gruby warkocz ufryzowany tak, jak u Halki. Tej od Moniuszki.

Kupcowa R.,

sprzedaje wyroby z wikliny

***

W 1932 roku prasa donosiła, że los syfonu bazarowego jest zagrożony: "Stary syfon przechylił się nieco, górna część przypomina człowieka z opuszczonym nosem". I dalej zapewniano: "Możemy być spokojni, syfon będzie naprawiony i doprowadzony do porządku". Nadzieje chyba okazały się płonne, zwłaszcza że było to w okresie wielkiego kryzysu. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa konstrukcja owa zniknęła z pejzażu praskiego w latach 1935-1939.

Marek Miller,

reporter

***

Od Brzeskiej znajdowała się brama prowadząca na bazar Różyckiego i jak się wchodziło tamtędy, to w szeregach stali zawsze Żydzi, mieli masło i jajka w bardzo dobrym gatunku.
 

Zawsze panował tu tłok i kurz. Chłopi z wozami tłoczyli się przy wejściu na bazar. Mieli brudne kapoty. Często nosili dwie pary spodni - jedną założoną na drugą. Prosto z furmanek sprzedawali warzywa i owoce. A między furkami wiejskie baby. Cynowane bańki z gęstą śmietaną, kosze z jajami, zawinięte w cienkie szmatki osełki masła, w zatkanych korkiem butelkach domowe żurki, zakwasy... w lato grzyby, jagody, a nawet raki. Wszędzie zapach koni, nawozu, obroku...
 

Chodziłam tam ze służącą zawsze ciekawa, jak ona sprawunki załatwia. Przy bramie zaraz znajdowały się stoiska ze śledziami, trochę dalej dużo warzyw, potem kramy z gotową odzieżą. Ale przede wszystkim to był bazar z artykułami żywnościowymi: owoce, jarzyny, mięso. Przy bramie sprzedawano uliki, żydowskie śledzie w olbrzymich beczkach. Nazwa śledzi specjalnie tuczonych, tłustych.
 

Cała alejka z rybami. Cała alejka - jatki z mięsem. Wszystkie gatunki mięsa. Co pani chciała. Z drugiej strony owoce i jarzyny. Wszystkie owoce przez cały rok. Tu funkcjonował przewspaniały targ i naprawdę te owoce sprzedawano tanio i były świeże. Tam się można było we wszystko zaopatrzyć, czego dusza zapragnęła.
 

Przyjeżdżały na bazar zielarki. Zioła rozkładano na płachtach, na betonie. Dalej stały już budki z ubraniami - ślubne suknie, do komunii, wszystko. Jak pani weszła na bazar, nie musiała pani już nigdzie chodzić. Wracało się do domu z pełnymi zakupami. Towar musiał być świeży. Wiadomo, że smaczniutki. I rzeczywiście, to wszystko przed wojną było ekstra smaczne, bo świeże, żadne mrożonki, żadne podrabianki, bo nie istniała możliwość fałszowania towaru. Od razu się psuł i do widzenia.
 

Kiedyś mama przeholowała, bo handlarz dał cenę masła - dziesięć złotych, a mama mówi: ja mogę dać pięć. To on już tylko oczy duże zrobił: - Pani, a skąd Pani przyszła?! Moja mama mówi: - Z Honolulu. - To idź pani lulu. No to odwróciłyśmy się - ale gdzie tam! Pobiegł zaraz za nami. - Pani, no co, nie dobijemy targu? No co, nie kupi pani u mnie? I zaraz następował powrót z opuszczeniem ceny. I w końcu gdzieś w środku stanęło.
 

Ząb za ząb, że tak powiem, jak nie, to szło się do innego kupca, to ta przekupka wtedy latała, ciągnęła za kapotę tak jak na targu w Konstantynopolu, w Stambule, że jak klient interesuje się czymś, ale mu cena nie odpowiada, to sprzedający, oczywiście, zawraca i obniża cenę. Moja ciotka, Wołczyńska, miała dużą budę na bazarze. Budę z odzieżą damską, męską, dziecięcą. Można powiedzieć, iż utrzymywała z tego całą moją rodzinę. Bardzo dobrze jej się powodziło. Mieszkała na Kępnej. Miała dwie służące. Jeszcze przed okupacją zatrudniała też krawcowe i hafciarki, które haftowały monogramy na bieliźnie. Od tej ciotki miałam sukienkę na komunię.
 

Tam na bazarze mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona, poszłaś boso, wyszłaś ubrana, tam wszystko się kupiło, od a do z, od koszuli, jak się mówiło, od majtek do, do... futra.
 

Szczególnie wryły mi się w pamięć ubrania i mundury. Żydowskie chałaty, długie wojskowe palta białych Rusków - tych, co zbiegli z Sojuza. Szyte ze sztywnego materiału, trudnego do rozpięcia, mundury stacjonującego przy ulicy 11 Listopada pułku piechoty. Ciemne płaszcze kolejarzy - na Brzeskiej mieszkało dużo kolejarzy. Eleganckie surduty wszelkiej maści farmazonów, tych, co zawsze mieli do zbycia rodzinną biżuterię lub inną "okazję". Jednym z lepszych w tej branży był podobno ojciec "Pięknego". Podobno, bo poznałem go dopiero pod koniec trzydziestego piątego roku, kiedy wyszedł z okazji amnestii. Odsiadywał jakiś strasznie długi wyrok. Wydał go jego najlepszy wspólnik, a poszło właśnie o matkę "Pięknego". "Piękny" nie chodził na robotę. Czasem stał na lipie albo zaniósł towar, ale na robotę to nie... Po prostu go to nie ciągnęło. On musiał być w centrum uwagi, uwielbiał, kiedy wszyscy się na niego gapili. Zawsze miał przy sobie lusterko, grzebień, co pięć minut poprawiał fryzurę, co dziesięć czyścił buty. Ale to, czegośmy "Pięknemu" najbardziej zazdrościli, to powodzenia u dziewczyn. Wszystkie się za nim oglądały. W lato często chodziliśmy na "kozaki". To były łąki po ruskich koszarach. Był bimber, dziewczyny. "Piękny" zabierał gitarę, bo do tego wszystkiego on ładnie śpiewał. Leżeliśmy tam na słońcu, w trawie. Świat gdzieś się toczył, a tu tylko brzęczały pszczoły. Kochałem się w siostrze "Pięknego", Róży. To była chyba najładniejsza dziewczyna na Brzeskiej. Pachniała słodyczami. Dosłownie słodyczami, bo często pomagała matce, która na bazarze trzymała kram z grecką chałwą, czekoladą i cukierkami. Róża miała świetne balkony, no i pięknie się całowała. Nie zamykała oczu, tylko patrzyła. W 3 lata później w obozie koncentracyjnym Niemcy spalili ją żywcem.

Bazar Różyckiego w październiku 1935 r. Wejście od ul. Ząbkowskiej; prywatne archiwum Zdzisława Różyckiego

Hanna Sujecka,

mieszkanka Pragi

"Ferajniarz", ur. 1918

Anna Gulmantowicz,

mieszkanka Pragi

Jadwiga Konarska,

mieszkanka Pragi

Ryszarda Zielińska,

mieszkanka Pragi

Hanna Sujecka,

mieszkanka Pragi

Zofia Bogucka,

mieszkanka Pragi

Anna Gulmantowicz,

mieszkanka Pragi

"Ferajniarz", ur. 1918

Butelki Haberbuscha

Cmentarz żydowski na Bródnie, rodzina przy grobie Hudesy Brmer, zapewne koniec 1938 roku

Pamiątowe zdjęcie ślubne rodziny żydowskiej

***

Na bazarze Różyckiego funkcjonowała jatka, która należała do Jankiela i Rywki Celnikierów. Ludzie ci nie szczędzili swego czasu, serca i pieniędzy na niesienie pomocy ludziom, którzy tego potrzebowali: a to biednej rodzinie na szabat, a to ubogiej pannie młodej. Zaopatrywali w lekarstwa i udzielali wsparcia na różne sposoby. Celnikerom się nie odmawiało, gdyż wszyscy wiedzieli, że robią to na większą chwałę niebios. Rywka i Jankiel Celnikerowie niejednokrotnie zaniedbywali swoje interesy, by móc nieść pomoc ubogim, potrzebującym pomocy ludziom.
 

Na Brzeskiej 60% mieszkańców to byli Żydzi - wszystko handlowy naród. Bazar Różyckiego obsługiwali ze wszystkich stron. Jedna trzecia to Polacy, a dwie trzecie handlowców to byli Żydzi.
 

 

Mieszkałam na Targowej 32 - w żydowskiej kamienicy, gdzie na podwórku stawały kuczki i odprawiano nabożeństwa po żydowsku. Miałem serdeczne przyjaciółki - trzy Żydówki - w mojej klasie, cudowne dziewczyny. Nie czułam żadnej rozbieżności między sobą a tymi moimi żydowskimi koleżankami. Na bazarze to się nawet szukało stoisk żydowskich, bo były tańsze.
 

Wiedziałam jak wyglądają Nalewki, dzielnica żydowska. Nie patrzyłem na to, jak na coś egzotycznego, u mnie w domu nie uprawiało się żadnego antysemityzmu ani filosemityzmu. Żydzi byli dla mnie takimi samymi ludźmi jak wszyscy, tyle tylko, że odmiennymi w swych obyczajach, w swej kulturze, zachowaniu, języku. Z domu wyniosłem otwartość, nie patrzyłem na Żydów jak na jakieś egzotyczne motyle.
 

Od końca XIX stulecia do października 1940 roku Praga była drugim co do wielkości - po Dzielnicy Północnej i Nalewkach - skupiskiem warszawskich Żydów. W latach 30. społeczność ta stanowiła 45-50% ogółu mieszkańców kwartału zabudowy okalającej bazar Różyckiego: Targowej, Brzeskiej i Ząbkowskiej nazywanej "praskimi Nalewkami". Kwitło tu życie religijne.
 

Cadykowie, rabini, chasydzkie sztible, stowarzyszenia dobroczynne i jesziwy... Na Pradze największy wpływ mieli chasydzi z Góry Kalwarii, Kocha i Aleksandrowa Łódzkiego. Dawni mieszkańcy Pragi pamiętają cadyka z Kazimierza Dolnego vel Dawida Tauba, cadyka Lenstera, będącego potomkiem świętobliwego Mendela z Kocha i pomniejszych cadyków. Oprócz sztibli były też praskie domy modlitwy, gdzie młodzież dzień i noc siedziała nad książkami. Studiowano także na ulicy Brzeskiej, na Targowej 45, a później na ulicy Targowej 21 (w podwórzu Michaela Szenkera). Na Brzeskiej były także bożniaki, gdzie prosty lud odmawiał psalmy i zgłębiał rozdział Tory, którego czytanie przypada na bieżący tydzień. Stałymi bywalcami byli tam masarze, handlarze, rzemieślnicy, robotnicy i prości Żydzi.(2)

Warszawscy Żydzi, w: Jarosław Zieliński, "Przedwojenna Żydowska Warszawa. Najpiękniejsze fotografie", Wydawnictwo RM, Wydanie I, Warszawa 2012, s. 110-111

Mandel Margines,

publicystka

Tadeusz Liszka "Gryf",

Zgrupowanie "Żywiciel"

pluton 230,

mieszkaniec Pragi

Anna Wartenberg

"Nina", batalion

"Oaza",

mieszkanka Pragi

Marek Nowakowski,

pisarz,

Rozm. W.P. , LR

Janusz Sujecki,

varsavianista,

historyk, publicysta

Awigdor Fridman,

publicysta

No i raz przyszło dwóch aktorów kupić sobie jakąś nadzwyczajną walizkę na podróże, ze świńskiej skóry. Patrzą, ale takiej nigdzie nie ma. Stanęli zmęczeni i jeden z nich mówi: "Nie, nie dostaniemy tego. Nie, nie, nie, nie dostaniemy, wątpię, wątpię". Nagle wychodzi Żyd: "Przepraszam bardzo, u mnie jest 'świeże wątpię' ".
 

Żyd zawsze mówił: panie, siadaj pan, jak tu nie ma tego, co pan chce, to ja panu przyniosę. On nie odpuścił, jak zobaczył klienta. Wiedział, że on musi kupić. Mieli do tego głowę. Mnie ich śpiewy, ich kultura żydowska się podobała. Bo oni mieli w sobie więcej jak warszawiacy tego dowcipu, tego humoru. I prażanie się od nich uczyli tej wesołości. Bazar Różyckiego był wspaniały z tego powodu. Żydzi potrafili klienta rozbawić i zabawić. "Nie ma jak u mnie, nigdzie pan tak nie kupi!" No, tak umieli zachwalać, że to się nie da opowiedzieć. I naprawdę wszystko wyłożyli. I nie wypuścili klienta, dopóki towar się nie sprzedał.

Ryszarda Zielińska,

mieszkanka Pragi

Teresa Szejwian,

mieszkanka Pragi

Handlarz starzyzną Żydek; 1957; rys. Jerzy Zaruba; źródło: Aneta Bukowska / Galeria Stara Praga

Większość ludzi myśli, że u doliniarza najważniejsza jest biegłość ręki. Nieprawda, najważniejsza jest spostrzegawczość. Trzeba umieć wybrać klienta: po pierwsze – czy ma hajc, po drugie – czy nie jest "elektryczny". To znaczy... no wie pan, jednego pan dotknie i nic, a drugi od razu podskoczy. Trzeba dobrze obserwować otoczenie – czy ktoś nie obcina, gdzie idą blacharze, czy klient jest sam czy z kimś. Trzeba umieć przewidzieć drogę odwrotu dla "odwodu", jeżeli pracuje się w grupie, lub drogę ucieczki, jeżeli jest się samemu. Bo znacznie trudniejsze od samej kradzieży jest odejście. Trzeba w mgnieniu oka spojrzeć wszystkim w twarz. Jeżeli ktoś "przyciął" i widać, że będzie reagował, a to można poznać z twarzy, to trzeba błyskiem zwrócić towar. Setki razy rezygnowałem z roboty, bo nie było dobrego odejścia. Setki razy otworzyłem już faceta, setki razy miałem już towar między palcami i rezygnowałem... Umiejętność szybkiego patrzenia to podstawa. Wtedy, gdy pierwszy raz wpadłem, stary Lejba nie złożył żadnej skargi, bo na swojego nie wolno złożyć skargi. Bo tam u nas nie było podziału Żydzi – Polacy, tam był podział na swoich i nie swoich. Swoi – wiadomo, ci co tam mieszkali, nieswoi – to cała reszta.
 

Funkcjonowało wówczas na Pradze paru "niebieskich ptaków", nazwiska niektórych pamiętam do dziś: Rabin Pankiewicz, Jankele Wojler, Abracham Cholewiarz, Icchok Chumek, Mosze Cukerman, Mordche Mandele, Szlamie Chazer (herb świnia). Swoją robotę zaczynali od tego, że widząc porządnego chłopaka spacerującego z dziewczyną, krzyczeli za nim i grozili: "Ty, frajerze, to nasza dziewucha". Jeśli młody człowiek z miejsca zapłacił wykupnego – nazywało się to pretensje gelt – pozwalali im iść dalej. Ta "chewera" zajmowała się również paserstwem. Kupowali wszystkie kradzione rzeczy.
 

Wychowałem się na Szmulkach, gdzie większość stanowili Żydzi. Przeważnie Polaków w kamienicy mieszkało dwóch, trzech – dozorca, czy inny biedniejszy. A na bazarze przed wojną to handlowało może 5-10% Polaków, a tak to wszystko żydowskie budki stały - 90%.(3)
 

To byli najlepsi kupcy świata. Wszyscy o tym wiedzieli i dlatego chodziło się we dwoje, żeby ktoś oglądał przód i tył.
 

"Panie tramwajarz, poczekaj pan" – mówi Żyd do mojego ojca. "Ja mam dla pana garniturek. Specjalnie on tu czekał na pańskiego syna". Więc przymiarka wyglądała w ten sposób, że Żyd stawiał delikwenta przed lustrem. Z tyłu pociągał za marynarkę, tu pogłaskał, tam pogłaskał. "Widzisz pan jak pasuje?" Potem odwracał klienta i ta sama historia z tyłem. A że był za długi? To na wyrost, bo zwykle chłopak rośnie. Jak sprzedawca zaproponował ojcu cenę, to tata dawał połowę. Oczywiście wybuchały krzyki, zaklinanie się na żonę, na dzieci. Kończyło się tak na 60% ceny wywoławczej i towar sprzedawano. Zresztą, jakby przyszedł kupujący i gdyby zapłacił tyle, ile kupiec chciał, to byłaby to podejrzana transakcja.

"Ferajniarz", ur. 1918

Abraham Królicki,

mieszkaniec Pragi

Zygmunt Pągowski,

kupiec,

Rozm. A.R. , LR

Ryszarda Zielińska,

mieszkanka Pragi

Tadeusz Szurek,

żołnierz AK,

mieszkaniec Pragi,

Rozm. Marek Miller, LR

"Ferajniarz", ur. 1918

Stefan Kłyszewski,

kupiec,

Rozm. studentka X., LR

"Ferajniarz", ur. 1918

Stefan Kłyszewski,

kupiec,

Rozm. studentka X., LR

Zygmunt Broniarek,

dziennikarz,

Rozm. M.K. , LR

Ubikacja znajdowała się zwykle na podwórzu. To był szalet. Latryna, można powiedzieć. Wyżej mieściły się pokoje z kuchnią, balkon wspólny. Przypuszczam, że ludzie, którzy tu mieszkali, wyrobili w sobie uczucie zazdrości w stosunku do tych ze Śródmieścia, że muszą mieszkać na takich podwórkach jak studnie. A więc panowała zazdrość, a z drugiej strony dążenie do tego, żeby tych burżujów trochę wykiwać. Żeby nie byli tacy mądrzy, żeby nie byli tacy silni. I to wyrobiło smykałkę, która pomagała przetrwać. Pomagała w samym sposobie życia. Uważam, że ludzie, którzy mieszkali na Pradze, stali się silniejsi psychicznie, charakterologicznie od tych inteligencików ze Śródmieścia. 
 

Bieda uczy wszystkiego. W dowodzie, tam gdzie imiona rodziców, mam wpisane NN. W zakładzie zostałem chowany u księdza Siemca, na Lipowej 13. Księża mnie dobrze wychowali. I tam do wieku 7 lat wytrzymałem. Dyrektorowie z banku na Bielańskiej chcieli mnie adoptować, bo ja byłem taki czarnulek, ładny chłopak. A ten dyrektor to miał takie same pochodzenie jak ja, też bez rodziców. Od razu mnie wybrali. Ja mu się na szyję rzuciłem. Ale gdyby mnie adoptowali od razu, to by mnie wykształcili. Ale oni chcieli na razie tylko opłacać wszystko i w niedzielę mnie odwiedzać. I tak się stało, odwiedzali mnie, ubranka przynosili, ale mnie to nie urządzało. Mnie pachniała wolność. Zacząłem uciekać. Najpierw kupiłem lepy na muchy i po podwórkach chodziłem. To było modnie coś sprzedawać. Jak się już tak rozkręciłem z tymi lepami, to kupiłem koszyczek na fiołki, bratki i pod cukiernią u Bliklego stałem. Jak jaka para wychodziła, narzeczeństwo, nie narzeczeństwo, on w bryczesach, to ja buch tej pani kwiatuszki dawałem, to on mi złotówkę albo i dwie dawał. I tak zacząłem się rozkręcać. Miałem wtedy z 8 lat. Później zacząłem handlować grubszymi rzeczami. Jak już miałem uzbieranych trochę pieniędzy – jakieś 600, 700 złotych – to zacząłem rozwozić mleko z mleczarni. Od butelki miałem złotówkę. I wypatrzyłem sobie garaż od frontu u sędziego. Poszedłem do niego i zapytałem, czyby mi tego garażu nie wynajął na sklepik. Miałem wtedy 17 lat. Sędzia zgodził się, ale z góry musiałem zapłacić za 3 miesiące. To miało miejsce na Żoliborzu, a tam nie przychodziły kupować panie, tylko służące. A ja byłem ładny, czarny chłopak, to te służące umawiały się ze mną do cukierni, do kina. Lubiły mnie, a chociaż tam wokół znajdowały się wielkie spółdzielnie, to one wszystkie do mnie przychodziły kupować. Pewnego dnia przyszła do sklepu taka pani i mówi: "to tu przychodzą moje służące kupować, bo mówią że im się towar podoba, ale ja myślę, że im się coś innego tu podoba". Zacząłem mieć tyle towaru, że przed sklepem się sprzedawało, na zewnątrz i wewnątrz. A tuż obok znajdował się duży sklep wspólników. Za jakiś czas przyszedł do mnie ich kierownik i powiedział, że ja się bardzo dyrektorowi spodobałem i proponuje mi stanowisko kierownicze i tyle będę dostawał, co w tym sklepiku mam. Ja im straszną konkurencję zrobiłem. Szło mi jak cholera. Najpierw jedną ekspedientkę miałem, później dwie. No to ja temu kierownikowi mówię, żeby powiedział swojemu dyrektorowi, że ja do swojego sklepu kierownika szukam. To po co tam pójdę? "Jak ja bym tu bankrutował, to byście mnie nie brali, a ja wam tu w skórę daję". "A z pana to cwaniak" – powiedział, zabrał się i poszedł. (1)
 

Mój ojciec był trybkarzem – kupował flaki z jatek, czyścił je i sprzedawał wózkarzom. To był dobry interes. Mieliśmy duże mieszkanie w kamienicy na Brzeskiej. Urodziłem się w 1918 roku. Większość moich kumpli to paczka z podwórka, tylko Szlama był z Targowej. Naprzeciwko mnie mieszkał "Sufit". "Sufit" stąd, że był strasznie wysoki. Ojciec "Sufita" został doliniarzem i "Sufit" uczył nas wszystkich kieszonkowego fachu. Stał u niego w domu manekin krawiecki, ubrany w spodnie, kamizelkę i surdut. Cały był obwieszony małymi mosiężnymi dzwonkami. Jeżeli w trakcie "krojenia" poruszyłeś dzwonek, to wpadłeś. Sufit chodził już z ojcem w "rakiecie" jako "odwód". Odbierał towar. Nad nami mieszkał Kurczak. Najmłodszy z nas, a co za tym idzie i najmniejszy. Ale Kurczak to nie dlatego – on się po prostu tak nazywał. Jego ojciec był z profesji ślusarzem, a z zawodu złodziejem, włamywaczem, mistrzem w robieniu klawiszy, czyli wytrychów. Kiedyś mój ojciec chodził razem z nim. Potem wpadł, siedział i został jakiś żal między nimi. Stary Kurczak też od czasu do czasu znikał, wtedy wszyscy wiedzieli, że siedzi. Ale dla nas to normalna rzecz – w mojej kamienicy nie było chyba takiego, który by nie siedział. Stary Kurczak miał na bazarze budę z częściami rowerowymi. Wykonywał też różne drobne naprawy. A nocami okradał mieszkania. Ten rejon bazaru, od Ząbkowskiej, po wierzchu, to był taki "dział techniczny". Handlowano tam różnymi narzędziami: młotkami, trzonkami do siekier, piłami. Stały błyszczące maszyny do szycia "Singera", pudełka igieł krawieckich, patefony na korbę, radia na słuchawki, żelazka na węgiel… Mnóstwo tego typu rzeczy. Ale funkcjonowali też i tacy "sprzedawcy", co nie mieli żadnego towaru. Kręcili się między tymi straganami i tylko od czasu do czasu kogoś zagajali: "A pan szanowny czego uważa?". U nich, choć nie mieli żadnego towaru, można było dostać wszystko. To byli paserzy. Czasem barwne osobistości. Na przykład taki pejsaty Żyd. Miał przezwisko "Chory", bo jak mu się zanosiło towar, to zawsze była taka mowa: "Ty chcesz mnie do grobu wpędzić?! Ty chcesz tyle pieniędzy?! A ty wiesz, że ja chory jestem?! Ja na szpital zbieram!".
 

Mocno się rozkręciłem, ale do wojska zostałem powołany, do Pińska, jak jeszcze polski był. Ja już wtedy sporo pieniędzy w banku miałem, ten sklepik odstąpiłem komu innemu. W tym wojsku to mieli marne żywienie, to ja się stołowałem w oficerskim kasynie i przez 2 lata wszystkie pieniądze przejadłem. Jak wyszedłem, nie miałem grosza. I znów musiałem od czegoś zaczynać. Ale już byłem starszy i te firmy, co mi przedtem dawały towar (Stowimkol i inni). na rękę mi poszły. Znów budę wynająłem na sklepik, ale jeszcze nie na bazarze Różyckiego. Później dostałem się na Koszykową, sprzedawałem owoce i prowadziłem ich hurt. Jak się ożeniłem, to miałem tyle pieniędzy, że ryksza mnie woziła. Żonę poznałem, jak ten sklepik na Żoliborzu miałem. Jej siostra tam przychodziła – ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać. Podobała mi się, ale była naciągaczka, a ja skromny chłopak. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No i z tą przyszłą żoną zacząłem trochę chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje. Tamtą rzuciłem i z tą się ożeniłem.
 

Po Brzeskiej chodził stary Żyd, wołano na niego Lejba, handlował tytoniem i papierosami. To rzadkość. Handlarze papierosów stanowili elitę wśród naręczniaków. Musieli mieć koncesję, a to rzecz dla Żyda nie do zdobycia. Nie wiem, czy Lejba był wyjątkiem, czy też handlował bez zezwolenia. Nosił drewnianą gablotę, opartą o brzuch i zawieszoną na szyi. No i któregoś dnia "Sufit" mówi do mnie, że może czas, żebym się sprawdził. Wybrał mi tego Lejbę, bo to miała być prosta robota – zegarek na łańcuszku. Zaszedłem go tak z boku i gdy był zajęty wydawaniem reszty, wyciągnąłem delikatnie zegarek. W drugim ręku miałem obcążki, którymi uciąłem łańcuszek. Zegarek podałem do tyłu "Sufitowi" i w tym momencie Lejba, chowając do kieszeni pieniądze, zauważył obcięty łańcuszek. Spojrzał na mnie i w krzyk: "Gdzie zegarek?!, Gdzie mój zegarek?!". Ale to jeszcze nie najgorsze. Najgorsze to, że to był czwartek. A w czwartek "Morda" zbierał dolę od dorożkarzy. Jak zobaczył, co się dzieje, to zostawił dryndziarzy i cap mnie za włosy. "Morda" to miejscowy policjant, znał dobrze mego ojca. Zaprowadził mnie do domu i mówi tak: "Powie, kto z nim był, to o wszystkim zapomnę, a nie powie, to zabiorę go na posterunek". Patrzę na ojca, a on tylko siedzi milczący. No i powiedziałem. Ojciec, poczekał, aż drzwi się za "Mordą" zamknęły, i jak mnie nie zdzieli "Zapamiętaj, szczeniaku, kumpli nie sprzedajesz!". Potem podniósł mnie za frak, popatrzył i zdzielił jeszcze raz. "Zapamiętaj też… że swoich się nie robi!" Ta wpadka zadecydowała o całym moim życiu. Stary "Sufita" wziął mnie do terminu. Całymi dniami ćwiczyłem "robotę od kuchni" i "parkany". "Od kuchni" – to tylna kieszeń spodni. "Pierwszy parkan" to wewnętrzna kieszeń marynarki, a drugi – kamizelki. "Od kuchni" robiliśmy wojskowych. Oni zawsze nosili portfele w spodniach. Nie wiem, chyba dlatego, że były wypchane i w mundurze źle to by wyglądało. Czego oni tam nie mieli: zdjęcia żon lub kochanek, listy od matek, jakieś przepustki, zezwolenia, legitymacje… no i forsę. "Parkany" zacząłem robić, dopiero jak podrosłem: raz dlatego, że to trudna robota, szczególnie "drugi parkan", a dwa – że trzeba mieć już pewien wzrost.

Anonse w przedwojennej gazecie żydowskiej "Hajnt" z 12 maja 1924 roku. Napisany po polsku anons informuje o zaginięciu portfela, w jidysz zaś o sprzedaży mieszkania na ul. Franciszkańskiej; s. 4 za "Odkrywanie Żydowskiej Pragi", wyd. ŻIH, s. 389

Ulica Ząbkowska przed 1939 r., fot. Czesław Olszewski, BCPW

Była to jednak głównie dzielnica proletariatu i lumpenproletariatu. Mieszkało tu dużo biedoty. Mówiło się, że Praga to schody kuchenne Warszawy, bo wiele dziewcząt z Pragi pracowało jako służące po drugiej stronie Wisły.
 

Niewielu bogatych ludzi mieszkało na Pradze, a reszta to robotnicy, kolejarze, tramwajarze, rzemieślnicy. Największe mieszkanie w tej dzielnicy to był pokój z kuchnią, a jak miał ktoś ubikację, oznaczało to już luksus. Jeden kran przypadał na pięciu, sześciu lokatorów. Wanny, łazienki istniały tylko w bogatych domach.

Zygmunt Pągowski,

kupiec,

Rozm. A.R., LR

Olgierd Budrewicz,

reporter,

Rozm. M.P., LR

Ulica Targowa. Gmach Dyrekcji Kolei Państwowych w 1932 r., fot. Henryk Poddębski, PKP PLK

Ulica Targowa w 1929 r. Widoczny gmach Dyrekcji Kolei w ostatniej fazie budowy i budynek Dworca Wileńskiego, Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji, NAC

Przy bramie od ulicy Brzeskiej lokowały się zwykle gospodynie wiejskie z przywiezionym pociągiem świeżym towarem: masłem, mlekiem, serem, śmietaną, jajkami. Wszystkiego można było spróbować i potargować się bez zobowiązań. Śmietanę kupowano tylko gęstą, choć wiadomo, że często zaprawiano ją mąką pszenną. Obok nabiału oferowano także żywy drób: kury, koguty, kaczki, gęsi, a nawet indyki. Na życzenie klienta drób uśmiercano na miejscu... W koszach wyściełanych pokrzywą sprzedawano nawet raki. Można było także kupić płody ziemne, runo leśne, zakwasy i żurki domowej roboty. Wszystkie przekupki chowały pieniądze do woreczka zawieszonego na szyi za pazuchą. To było jedyne pewne i bezpieczne miejsce przed wytrawnymi kieszonkowcami, których tu nie brakowało... Od strony ulicy Ząbkowskiej, na odkrytych straganach, rozkładali swoje towary handlarze-specjaliści. Oferowano tu przeróżne używane narzędzia, rowery i części rowerowe, maszyny do szycia "Singera", patefony z tubą i nowsze modele szafkowe, radia na słuchawki i lampowe, aparaty telefoniczne, żelazka na węgiel i na "duszę". Nie brakowało także instrumentów muzycznych, jak: skrzypiec, mandolin, banjoli, gitar, harmonii włoskich, fletów, trąbek, okaryn, a nawet harmonijek ustnych "Hochnera". Dla zachęty uruchamiano często patefon, nadając na płytach "Odeon" popularne wówczas szlagiery, jak "Ta ostatnia niedziela", "Ach Ludwiko!". To wytwarzało właściwy, towarzyski nastrój... Tu można było "okazyjnie" kupić złote obrączki i pierścionki. Często okazywały się zwykłym tombakiem, czyli metalem imitującym złoto... Bywało, że przyszedł taki naiwniak z silnym postanowieniem kupna modnych spodni i obuwia, a nabył okazję, czyli zegarek ręczny firmy "Omega" na 17-tu kamieniach tylko za... 10 zł. Zegarek okazywał się zwykłym "buksiakiem" o wartości kilkakrotnie mniejszej... Gorzej, jak się znalazł hazardzista, a było ich wielu. Skuszony łatwą wygraną w "trzy karty" lub "lusterka" tracił w ciągu kilku minut całą gotówkę. Zanim się zorientował, właściciele "stoliczka szczęścia" znikali jak kamfora... Pobliskie ulice Ząbkowska i Brzeska pozostawały niezwykle ruchliwe. Tłoczno robiło się zarówno na jezdniach, jak i na chodnikach. Ulice te były bogate w sklepy i sklepiki, warsztaty rzemieślnicze i różnorodne punkty usługowe, w większości prowadzone przez Żydów (usługi krawieckie, szewskie, jubilerskie, szklarskie, zduńskie, bednarskie, malarskie, rymarskie i inne). Ulica Brzeska znana była wówczas, oprócz sklepów i warsztatów, z czynnego młyna, jatek... końskich, zamieszkałych tu licznie wozaków, dorożkarzy i Żydów związanych z bazarem. Warto także wspomnieć, że przy ulicy Targowej 48 (tuż przy bazarze) prosperowała znana księgarnia "Gebethner i Wolff". Na ulicy Białostockiej natomiast furorę robił duży sklep obuwniczy firmy czeskiej "Bata" oraz salon maszyn do szycia "Singera". Szeroka ulica Targowa była handlowo-barowo niezwykle atrakcyjna.

W latach 20. Targowa nabrała charakteru Marszałkowskiej prawobrzeżnej Warszawy.

Marek Miller,

reporter

Dionizy Szulski,

pisarz, varsavianista

***

Przekupka z Targowej; 1936; rys. Jerzy Zaruba; źródło: Aneta Bukowska / Galeria Stara Praga

***

Poniższe zdjęcia przedstawiają handel uliczny, targowiska i bazary w międzywojennej Polsce.

Marek Miller,

reporter

***

Bazar, położony pomiędzy zwartą zabudową ulic: Targowej, Ząbkowskiej i Brzeskiej, cieszył się w okresie międzywojennym niezwykłym powodzeniem. Stałymi bywalcami tego popularnego targowiska byli mieszkańcy Pragi i okolic oraz przybysze ze wsi. Sprzyjało temu dogodne położenie bazaru oraz bliskość dworców kolejowych: Wileńskiego i Wschodniego. W stłoczonych, krytych straganach, ustawionych według branż, można było zaopatrzyć się w różne artykuły żywnościowe: mięso, drób, nabiał, wiele gatunków ryb (słynne uliki i minogi w sosie własnym), warzywa, owoce, przetwory mączne oraz "słodkości" ze słynną chałwą grecką... W budkach natomiast można się było ubrać modnie "od stóp do głów", nabyć sprzęt gospodarstwa domowego, wyroby skórzane, z wikliny, materiały ubraniowe, modną galanterię, zabawki i wiele innych wyrobów. Od samego rana było na bazarze gwarno i kolorowo. W niektórych alejkach i wolnych miejscach ustawiali się rzędem handlarze naręczni, oferując towar używany, ale nadający się jeszcze do użytku... Tu było jeszcze taniej niż w budach czy kioskach. Sprzedawano najróżniejsze towary: odzież, różne fasony używanego obuwia, chusty, narzuty, firanki, makaty ozdobne, kołnierze futrzane, bluzki, sukienki, landszafty z jeleniem, widoczki, obrazy święte, czapki, krawaty, fajansowe figurki i wiele innych "okazji"... Należało mieć wyjątkowe gadane i smykałkę, aby skusić klienta do kupna oferowanego towaru. Im lepszy był "bajer", tym większe szanse sprzedaży. Towar zachwalano głośno, wesoło i dowcipnie. Nie brakowało zachęt w rodzaju: złociutka, kochana, laleczko, królu, mecenasie, szefuniu! Sprzedawca często zaklinał się i przysięgał, że mówi prawdę, a towar jest "prima sort"! Już od głównego wejścia na bazar (od ul. Targowej) słychać było naręcznych handlarzy: – Szalików żymowych, skarpetów y pończochów modnych! Sam cymes! Tylko u Abrama!! – Krawaty, sznurowadła mocne, grzebienie różne, agrafki i szpilki krawieckie, komu komu, bo idę do domu!!... – Bluzki i sukieneczki – dla mamusi córeczki! Do wyboru i koloru!... – Marynarki y spodnie z rapaportu prosto od Hersego! Tani wyprzedaję... – Modne czapki i kapelusze! Tylko u mnie za pół ceny! Ludzie, co ja robię? – Firanki ażurowe, makatki modne, jaśki ręcznie haftowane! Tylko u mnie! Firma bidna lecz solidna! – Pieski z rodowodem po championie... z Sochaczewa! Oddam tanio w dobre ręce! – Obwarzanki, bajgiełe, mace i chały po żydowsku!! Tylko u mnie!! W środku bazaru na wydzielonym skrawku terenu istniał "barek pod chmurką". Tu energiczne sprzedawczynie ustawiały bańki i pojemniki ze specjalnościami domowej kuchni. – Paaróówkii... gorące z musztardą, paaróówkii!!! – Ryby smażone świeżutkieee ryyby!!! – Bigos świeżutki... palce lizać! Domowy bigosik!! Obok lokowali się sprzedawcy napojów orzeźwiających. Tu sprzedawano piwo z beczki na kufle (obowiązkowo Haberbuscha), wodę sodową z olbrzymiego, miedzianego syfonu, kwas chlebowy oraz – nieoficjalnie – "małpki" czystej wyborowej...

Dionizy Szulski,

pisarz, varsavianista

Przed zakładem wędliniarskim "Oporski" na Pradze

Kwit apteczny - Apteka Laboratorium, ulica Ząbkowska 35

Logo wydawnictwa Geberthner i Wolff

Szyld wydawnictwa Geberthner i Wolff

***

Dom firmy Gebethner i Wolff w Warszawie, na rogu ulic Siennej i Zgoda

Sklep muzyczny Gebethnera i Wolffa w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej, lata 90. XIX wieku, źródło: Wikipedia

Warszawa. Nowy Zjazd z widokiem na Pragę

***

Po 1918 – bazar Różyckiego zaczyna się odradzać i staje się stopniowo ważnym ośrodkiem handlowym nie tylko Pragi, ale i całej Warszawy. Ciągle przeważającą część kupców stanowią Żydzi, Polacy dopuszczani są tylko do sprzedaży naręcznej, która nie jest konkurencyjna. Bazar jest miejscem spotkań przedstawicieli różnych kultur i narodów, słychać tu Niemców, Polaków, Żydów, Rosjan, łatwo ich rozpoznać też po ubiorze, zachowaniu. Powstaje specyficzna wielokulturowa społeczność bazarowa.

11 stycznia 1919 – przy Ministerstwie Aprowizacji powstaje Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją, który lichwiarzom i osobom oskarżonym o spekulację artykułami pierwszej potrzeby może wymierzyć karę do 3 miesięcy aresztu i 50 tysięcy marek grzywny. Kupcy bazarowi muszą więc uważać w określaniu cen – zbyt wysokie mogą zostać uznane za spekulację. Urząd działa do 1922 r.

Początek lat 20. – w Polsce oraz wielu krajach europejskich w zastraszającym tempie zaczyna rosnąć inflacja, co wywołuje poważny kryzys gospodarczy. Pojedyncze banknoty stają się bezwartościowymi kawałkami papieru. Fatalną sytuację gospodarczą w Polsce potęgują jeszcze trwająca wojna polsko-bolszewicka oraz wysiłek scalenia w jeden organizm państwowy ziem trzech zaborów. Chaos gospodarczy jak zawsze staje się dobrym gruntem do rozwoju spekulacji. Pokątny handel na bazarach przynosi dobry zarobek. Na bazarze Różyckiego nielegalnie sprzedaje się m.in. biżuterię – czasem fałszywą, czasem prawdziwą, ale kradzioną.

2 lipca 1920 – uchwalona zostaje ustawa "o zwalczaniu lichwy wojennej", która funkcjonariuszom Urzędu do Walki z Lichwą i Spekulacją nadaje szerokie uprawnienia m.in. możliwość przeszukiwania mieszkań. Urząd może od tej pory samodzielnie prowadzić dochodzenia oraz karać za drobniejsze przestępstwa (grzywną lub aresztem do 6 miesięcy). Za najcięższe przestępstwa lichwiarzom grozi nawet kara śmierci. Kupcy bazaru Różyckiego nie czują się jednak zagrożeni, gdyż działalność policji jest na bazarze dosyć umowna, aresztowania zdarzają się bardzo rzadko.

20 stycznia 1924 – prezydent Stanisław Wojciechowski wydaje rozporządzenie o wprowadzeniu nowej jednostki monetarnej. Markę polską ma zastąpić złoty, zawierający 100 groszy i warty 1/31 grama złota. Marka polska przestaje być obowiązującym środkiem płatniczym od 1 lipca 1924 r.

1924 – do końca tego roku stabilizuje się sytuacja gospodarcza w Polsce, umacnia się nowa waluta i w konsekwencji zanika czarny rynek. Bazar Różyckiego zapełniają profesjonalni, uczciwi handlarze, głównie Żydzi.

24 października 1929 – "czarny czwartek" na nowojorskiej giełdzie. Potężny spadek cen akcji wywołuje wieloletni kryzys gospodarczy, najpoważniejszy od czasu I wojny światowej. W Polsce powoduje on w latach 1930–1935 falę upadłości przedsiębiorstw przemysłowych i handlowych, spadek produkcji o 1/3 (w porównaniu z 1929 r.) oraz redukcję zatrudnienia i spadek cen produktów rolnych, co uderza również w handel na bazarze Różyckiego.

18-20 kwietnia 1939 – wielki sukces polskich bokserów na Mistrzostwach Europy w Dublinie. Polacy zdobywają w sumie 4 medale: 3 srebrne i 1 złoty. Bronią, zdobytego 2 lata wcześniej w Mediolanie, tytułu najlepszej drużyny na kontynencie. Mistrzem Europy zostaje chłopak znany z Targówka – Antoni Kolczyński, który staje się odtąd niemal bogiem całej warszawskiej Pragi.

Sierpień 1939 – handlarze bazaru Różyckiego fundują ciężki karabin maszynowy i granatnik dla 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej. Tym samym wpisują się w powszechną aktywność społeczną, którą w przededniu wybuchu II wojny światowej był zakup sprzętu wojskowego dla polskiej armii.

  Kliknij, aby przeczytać więcej

Kalendarium


- Opracowanie Aleksandra Furtak i Joanna Wilczewska

 

<< Wstecz

Skomentuj:
Imię i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść komentarza:
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Formularz został wysłany — dziękujemy.
Proszę wypełnić wszystkie wymagane pola!