Pędziłem ulicami Pragi, wykrzykując tytuły z pierwszych stron gazet. Któregoś dnia wykrzyczałem „Gierek pierwszym sekretarzem!” Przyszły nowe czasy, w sklepach pojawiła się Coca-Cola, w kioskach Marlboro i guma do żucia, a ja odkryłem, że najlepiej jest robić to, czego zabrania Gierek. Dalej handlowałem gazetami, tylko że już nie „Ekspresem”, a „Playboyem”. Znalazłem swoje miejsce na świecie.

reżyseria: Hieronim Przybył
scenariusz: Jerzy Janicki
zdjęcia: Jerzy Stawicki

Bywało, że – wyjeżdżając na wakacje – byłem pytany, skąd jestem. Z Warszawy, mówiłem. A z której strony Wisły, pytali. No, z prawej, odpowiadałem. A oni mi na to: no to jesteś z Pragi, a nie z Warszawy. Tak kojarzono Pragę i na wsi, i w dużych miastach – ja taką właśnie rozmowę miałem w latach siedemdziesiątych w Gdańsku.

Proszę zwrócić, wycieczko, uwagę;

Właśnie tu mamy dzielnicę Pragę.

Z prawej strony jest Wisła,

I bulwary, to przystań zakochanych.

Gdzie zresztą ich brak?

Środkiem leci arteria Targowa,

Każda inna ulica się chowa.

Tutaj są dwa bazary,

Słychać żargon nasz stary,

Ten warszawski: „Gdzie, smutniaku się pchasz?”

 

Ach, Targowa, Ząbkowska, Kijowska.

Ach, te Szmulki, Targówek, Zacisze.

Tu przyjezdny się łamie,

Tutaj kupisz gdzieś w bramie

„Lewe” buty czyszczone na „glanc”.

Na bazarze Różyckim dziewczyny

Sprzedają z kieszeni cytryny,

Kaprony, nylony, stylony,

Świeże pączki, herbatę de lux. (…)

22 lipca 1944 – zostaje ogłoszony manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, organu, który na ziemiach polskich wyzwolonych przez Armię Czerwoną wprowadza komunistyczny system władzy. Jednym z jego filarów ma być likwidacja prywatnej własności i centralna dystrybucja zasobów. Oznacza to koniec wolnorynkowego handlu.

31 sierpnia 1944 – wydany zostaje dekret PKWN o wyznaczaniu kary dla hitlerowskich zbrodniarzy oraz zdrajców narodu polskiego. Na jego podstawie na ziemiach polskich zajmowanych przez Armię Czerwoną tworzone są obozy pracy przymusowej. Początkowo więzieni są w nich Niemcy, jeńcy wojenni, opozycja polityczna, a z czasem coraz szerszy przekrój społeczeństwa polskiego, między innymi kupcy. Obozy tworzone są często w ośrodkach funkcjonujących do tej pory jako nazistowskie obozy koncentracyjne, ich charakter jest bardzo podobny.

25 października 1944 – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydaje dekret „o zwalczaniu spekulacji i lichwy wojennej”. Metodami zwalczania stają się: obowiązkowe wywieszanie cenników oraz sporządzanie faktur, wprowadzenie zakazu handlu poza wyznaczonymi do tego miejscami. Za najpoważniejsze przestępstwa dekret przewiduje nawet karę śmierci bądź dożywotniego więzienia, a także wysłanie do obozu pracy.

1945 – wojnę i okupację przeżyło zaledwie kilkadziesiąt tysięcy polskich Żydów, a znaczna część tych, którym się to udało nie chce pozostać dłużej w Polsce. Jedni nie wyobrażają sobie życia wśród wojennych ruin bez swoich bliskich, z tragicznymi wspomnieniami holokaustu, inni, zachęceni agitacyjnymi hasłami organizacji syjonistycznych, postanawiają wyjechać do Palestyny, by tam zacząć nowe życie. Dlatego też liczba Żydów mieszkających w Polsce w pierwszych powojennych latach szybko maleje, pod koniec 1946 roku wynosi 192 tysiące, a w połowie 1947 r. już tylko 110 tysięcy. Ma to wpływ na wizerunek Bazaru Różyckiego, który już nigdy nie odzyska swojego przedwojennego żydowskiego kolorytu. Przestaje też być mozaiką wielu kultur i mniejszości etnicznych, jaką był przed wojną. Po utracie Kresów Wschodnich i przesiedleniu mniejszości narodowych, głównie ukraińskiej i niemieckiej, Polska staje się krajem niemal jednolitym etnicznie, a zatem na Bazarze Różyckiego handlują odtąd w ogromnej większości Polacy, którzy zajmują również pożydowskie mieszkania na Pradze.

1945-1950 – powojenna bieda i niedożywienie są powszechne, żywności brakuje szczególnie w miastach. W latach 1945-46 dorosła osoba spożywa dziennie około 1700 kalorii, tyle ile powinno dostarczać organizmowi 4-6-letnie dziecko. Norma fizjologiczna dla młodych mężczyzn powinna wynosić 3000-3700 kalorii, a dla ciężko pracujących dorosłych nawet 3500-4500 kalorii. Mieszkańcom miast żywność dostarczają głównie drobni handlarze przywożący ze wsi worki z ziemniakami, słoninę czy „rąbankę”. Towar sprzedają przeważnie na targowiskach, których w Warszawie jest 11, najpopularniejsze z nich to targowisko przy ulicy Polnej oraz Bazar Różyckiego.

1945-1947 – upowszechnia się system kartkowy, który z jednej strony ma gwarantować całemu społeczeństwu równy dostęp do artykułów spożywczych, z drugiej strony jednak oferuje bardzo skromne normy miesięczne: 4-8 kg chleba, 0,25-0,5 kg cukru, 9-18 kg ziemniaków, 0,5-1 kg tłuszczu. To, czego brakuje w sklepach, można dostać na bazarach, z tym że towar wolnorynkowy jest znacznie droższy. Przykładowo: w połowie 1945 r. chleb kupowany na kartki kosztuje 0,75-1,50 zł, na wolnym rynku – 45-50 zł; za słoninę na kartki płaci się 2,75-10 zł, u „prywaciarzy” kosztuje ona 350-500 zł; mięso jest tańsze, prywatni kupcy każą sobie za nie płacić 70-180 zł, ale na kartki kosztuje tylko 2,25-4,50 zł; bazarowa mąka pszenna to wydatek rzędu 57-95 zł, podczas gdy w systemie kartkowym można ją dostać za 1,10-1,15 zł.

16 listopada 1945 – Rada Ministrów wydaje dekret o utworzeniu Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która funkcjonuje do 1954 r. „Szkodnikami” w powszechnym rozumieniu komunistycznych władz zostają nazwani kupcy, których Komisja bardzo często skazuje na najwyższą karę, jaką może orzec – 2 lata obozu pracy. Celem takiej kary ma być resocjalizacja poprzez pracę. Od 1946 r. Komisja dysponuje swoim własnym obozem pracy Jaworzno-Chrusty, a później obozem w Mielęcinie koło Włocławka. W całym okresie swojej działalności Komisja osadza w obozach około 84,2 tys. osób, głównie za bumelanctwo, spekulację, bimbrownictwo, nielegalny ubój zwierząt rzeźnych, nielegalny garbunek skór, włóczęgostwo i chuligaństwo. Więźniowie obozu Komisji Specjalnej mogą raz w miesiącu otrzymać paczkę z odzieżą i tzw. paczkę higieniczną zawierającą bieliznę, obuwie, szczoteczkę do zębów, gazę i watę. Dwa razy w miesiącu więźniowie mogą otrzymać paczkę żywnościową, natomiast lekarstwa tylko za zgodą lekarza obozowego.

1945 – pomimo zakończenia wojny nadal kwitnie konspiracja niepodległościowa tworzona przez osoby, które nie zgadzają się z wprowadzeniem w Polsce władzy komunistycznej zależnej od ZSRR. W 1945 roku takich osób jest ok. 150-200 tysięcy. Blisko 20 tysięcy Polaków walczy w zbrojnych oddziałach partyzanckich, dlatego nielegalny handel bronią, pomimo oficjalnego zakończenia wojny, nadal jest dochodowym zajęciem, a Bazar Różyckiego wciąż stanowi jeden z jego ważnych ośrodków.

1945-1947 – w ramach pomocy z UNRRY (Administracji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) do Polski trafiają towary o wartości ok. 480 mln $. 42% z nich stanowi żywność, a poza tym: produkty naftowe, lekarstwa, środki medyczne, samochody, ciągniki, środki do produkcji rolnej, urządzenia przemysłowe, odzież, obuwie.

5 marca 1946 – Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii, przemawia na Uniwersytecie w Fulton w USA ogłaszając istnienie „żelaznej kurtyny” przecinającej Europę „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”. Staje się to symbolicznym początkiem „zimnej wojny” pomiędzy kapitalistycznym Zachodem i komunistycznym Wschodem, trwającej, ze zmiennym nasileniem, do lat 90.

1946 – Stany Zjednoczone przeprowadzają serię testów broni nuklearnej na atolu Bikini. Nieoczekiwanie wywołuje to powstanie pierwszej polskiej subkultury zwanej bikiniarzami. Jej przedstawiciele noszą charakterystyczne kolorowe krawaty przedstawiające właśnie wybuch atomowy na atolu Bikini (jak pisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”) – stąd bierze się ich nazwa. Inni twierdzą, że pochodzi od dziewczyn w kostiumach bikini widniejących na krawatach. Stałe elementy ich ubioru stanowią też kolorowe skarpetki i buty na grubej podeszwie, tzw. „słoninie”. Takiej garderoby próżno szukać w państwowych sklepach, ale z łatwością można ją dostać na Bazarze Różyckiego, dlatego bikiniarze stają się jego stałymi klientami. Przez cały okres stalinizmu bikiniarze są tępieni przez media, milicję i działaczy Związku Młodzieży Polskiej jako „bumelanci”, „element chuligański” i „kosmopolityczny”. Dopiero w 1956 roku zaprzestano nagonki na nich.

kwiecień – listopad 1946 – funkcjonuje obóz pracy przymusowej w Chrustach, gdzie osadzani są „przestępcy” skazani przez Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Obóz jest filią Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie nadzorowanego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

czerwiec 1946 – w Warszawie dochodzi do kilku poważnych starć ulicznych handlarzy z milicją. Ostateczna likwidacja handlu ulicznego zapowiedziana jest na sierpień 1946 roku, ale wbrew zapowiedziom Bazar trwa dalej.

1946 – Bolesław Rosal vel Rusak, czyli „Bolek z Pragi” zamieszkały przy ulicy Targowej 62, trzyma na Pradze cały handel maskując się sprzedażą maszyn do pisania. Ceny na Bazarze są mocno zawyżone, za kilogram mąki płaci się 120 zł zamiast 90 zł (według oficjalnego cennika).

listopad 1946 – grudzień 1951 – Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym osadza osoby uznane za winne w obozie pracy przymusowej w Mielęcinie koło Włocławka. Przenosi tam swój obóz z Chrustów ze względu na trudności organizacyjne w jego funkcjonowaniu.

21 grudnia 1946 – wielu właścicieli budek na Bazarze Różyckiego zostaje aresztowanych pod zarzutem handlu mięsem i wędlinami pochodzącymi z nielegalnego uboju.

grudzień 1946 – w Warszawie około 4494 osób miesięcznie szuka pracy, zatrudnienie znajduje około 1893. Handel, pomimo restrykcyjnych przepisów nowej komunistycznej władzy, jest wciąż dla wielu jedynym możliwym źródłem utrzymania.

1947 – z zaopatrzenia kartkowego zostają wykluczone osoby zdaniem władz najlepiej zarabiające: przedstawiciele wolnych zawodów, spółdzielcy, prywatni przedsiębiorcy.

22 lutego 1947 – władze komunistyczne ogłaszają amnestię dla przeciwników politycznych, co kładzie kres istnieniu masowego podziemia, w konspiracji pozostaje kilka tysięcy osób. Do kwietnia 1947 roku, gdy amnestia przestaje obowiązywać, z podziemia wychodzi 53 517 osób, ujawnia się też 23 257 więźniów i osób przetrzymywanych w aresztach. W lesie pozostaje ok. 1200-1500 partyzantów. Kończy się zatem bazarowy popyt na broń.

maj 1947 – Polska Partia Robotnicza ogłasza swój program „bitwy o handel”. Przedstawia go jako sposób wyjścia kraju z trudnej sytuacji rynkowej. Władza stawia sobie za cel ograniczenie roli prywatnych kupców na rzecz spółdzielni handlowych, regulowanie cen i zysków oraz utworzenie sieci państwowych domów towarowych, tzw. PDT-ów, którym państwo będzie gwarantować pierwszeństwo w zaopatrzeniu. Zostaje powołane do życia Biuro Cen, które ma ustalać dopuszczalne marże i ceny maksymalne. W latach 1947-49 „bitwa o handel” doprowadza do likwidacji 66% prywatnych hurtowni i 42% placówek detalicznych, Bazar Różyckiego jednak ciągle funkcjonuje, wbrew centralnym rozporządzeniom i wykazom oficjalnych cen.

2 czerwca 1947 – zostaje wprowadzona ustawa o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym oraz ustawa o koncesjonowaniu. Od tej pory prywatne sklepy mogą istnieć jedynie po uzyskaniu państwowej koncesji, a żeby ją zdobyć właściciele sklepów muszą załatwić wiele formalności i uiścić wysokie opłaty. Ma to doprowadzić do upaństwowienia całego handlu w Polsce. Rzeczywiście liczba prywatnych sklepów spada w ciągu dwóch lat ze 131 tysięcy do 58,5 tysiąca, jednak wciąż „prywaciarze” wytwarzają ok. 42,4% dochodu narodowego. Pogarsza się jednak zaopatrzenie ludności, bowiem państwowych sklepów w miejsce prywatnych powstaje jedynie ok. 20 tysięcy i w większości są one źle zaopatrzone. Lepszy, ale za to znacznie droższy towar można kupić na bazarze.

16 czerwca 1947 – IV Zjazd Komisji Specjalnej orzeka, że „walka ze spekulacją jest obecnie najważniejszym zagadnieniem gospodarczym kraju. Spekulacja powojenna w Polsce stała się zjawiskiem tak masowym, iż zagraża równowadze gospodarczej Państwa”.

1947 – na Żoliborzu zostaje otwarty pierwszy warszawski PDT. Szczególnie atrakcyjnym towarem oferowanym przez Państwowe Domy Towarowe okaże się w latach 1956-58 sprzęt AGD i RTV: pralki Franie, telewizory Wisła czy Belweder, lodówki marki Mewa.

do końca 1947 – 70 tysięcy kontrolerów Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym przeprowadza kontrolę 213 353 punktów handlowych, sporządza ponad 45 tysięcy protokołów karnych, prawie 22 tysiące osób otrzymuje grzywny na łączną sumę ponad 531 mln zł, do obozów pracy wysłanych zostaje ok. 1850 osób.

1948 – z systemu kartkowego zostają skreślone kasze, ziemniaki i cukier.

maj 1948 – kupcy boją się, że państwo – poprzez reorganizację spółdzielczości i opodatkowanie inicjatywy prywatnej – chce zmusić ich do likwidacji swoich warsztatów pracy. Wśród ludności nasila się przekonanie o bliskości wybuchu III wojny światowej przewidywanego na sierpień lub wrzesień. Warszawska ulica mówi, że „należy szykować buty, by w odpowiednim momencie można było pójść do lasu”.

wrzesień 1948 – rozpoczyna się najgłębszy od zakończenia wojny kryzys mięsny. Ponieważ ten sektor w znacznej części znajduje się wciąż w rękach prywatnych, władze wykorzystują sytuację, by rozprawić się handlarzami mięsem. Rozpętana zostaje kampania prasowa oskarżająca „spekulantów” o niedobory mięsa na rynku, a w sklepach rzeźniczych pojawiają się liczne kontrole.

do końca 1948 – Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym przeprowadza 23 700 akcji kontrolnych, w których sprawdza ponad 400 tysięcy sklepów. Spisane zostają 77 744 protokoły karne.

28 stycznia 1949 – wadze oficjalnie ogłaszają rozpoczęcie akcji H (hodowla) wymierzonej przeciwko nielegalnemu ubojowi zwierząt hodowlanych. W ciągu całego roku za uprawianie tego procederu skazanych na obóz pracy zostaje 2119 osób.

1949 – w obozach pracy przymusowej uwięzionych zostaje blisko 9 tysięcy „prywaciarzy”, wielu z nich nie zostają postawione jasne zarzuty.

1 stycznia 1949 – system kartkowy zostaje całkowicie zniesiony.

początek lat 50. – handlem na czarnym rynku zajmuje się każdy, kto ma ku temu sposobność. Jest to bardzo opłacalne zajęcie, bowiem ceny tych samych produktów są na bazarach czterokrotnie wyższe niż w sklepach.

1950 – Bazar Różyckiego przechodzi na własność skarbu państwa. Jednak, co dziwne, rozkwita. Przybywa stoisk, których jest teraz już ponad 400. Wbrew prawu funkcjonują prywatne firmy handlowe, zatrudniające pokątnie dziesiątki domowych wytwórców drobnej galanterii, ubrań, butów. Paradoksalnie nastaje „złota epoka Bazaru”, między innymi dlatego, że w interesie komunistycznych urzędników całkowita likwidacja prywatnego handlu jest nieopłacalna – nie przynosiłaby sporych sum z łapówek, jakich żądają urzędnicy od prywatnych przedsiębiorców w zamian za nielikwidowanie ich działalności.

28 października 1950 – zostaje przyjęta ustawa „o zmianie systemu pieniężnego”, na mocy której Polacy tracą 2/3 swoich oszczędności (ok. 7 miliardów współczesnych dolarów). Jest to celowy zabieg władz borykających się z problemami finansowymi. W praktyce na mocy tej ustawy państwo kradnie pieniądze swoim obywatelom. Stosuje przy tym nieuczciwy przelicznik – ceny, płace, zobowiązania, wkłady bankowe i oszczędnościowe (do 100 tysięcy starych złotych) przeliczane są w relacji 100 do 3, podczas gdy gotówka 100 do 1.

1951 – załamanie rynku: brakuje wszystkiego, a szczególnie mięsa. Wprowadzone zostają kartki na mięso, ceny skaczą o 100%. Ludzie myślą, że mięso wywożone jest do ZSRR. Nie brakuje ziemniaków i pomidorów. Chleb sprzedaje się na wagę, nie na bochenki.

15 lutego 1952 – wprowadzone zostają obowiązkowe dostawy zwierząt rzeźnych pod karą do 3 lat więzienia. Jest to wyraz pogłębiających się trudności państwa w zaopatrzeniu i błędnych decyzji gospodarczych.

kwiecień – maj 1952 – władze, walcząc z trudnościami aprowizacyjnymi, wprowadzają obowiązkowe dostawy mleka, reglamentację mydła i proszku do prania (uprawnionym przysługuje 250 g środków czystości na miesiąc) oraz cukru i słodyczy. Mięso, także w restauracjach, wydaje się na kartki.

22 lipca 1952 – sejm uchwala Konstytucję Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Określa ona PRL jako „państwo demokracji ludowej, w którym władza należy do ludu pracującego miast i wsi”.

1952 – z Polski w ciągu całego roku wyjeżdża za granicę jedynie 900 osób, z czego większość w podróże służbowe. Wobec szczelnego zamknięcia polskich granic zagraniczny towar staje się na rynku prawdziwym rarytasem. Trafia on do kraju głównie w paczkach przysyłanych od rodzin żyjących na emigracji. Bardzo często są to ubrania z Zachodu, które szybko stają się jednym z najbardziej pożądanych produktów bazarowych. Ubrania z całej Polski zwożone są do Rembertowa, a następnie sprzedawane na bazarze Różyckiego, na Szembeka i na Stalowej.

3 stycznia 1953 – zniesiony zostaje system kartkowy, ale jednocześnie ceny produktów pierwszej potrzeby zostają drastycznie podwyższone. Władze tłumaczą tą podwyżkę koniecznością zrównania cen oficjalnych z cenami bazarowymi, żeby „wytrącić spekulantom broń z ręki”.

5 marca 1953 – umiera Józef Stalin. W Polsce dzień 9 marca zostaje ogłoszony dniem żałoby narodowej.

1953 – średnia pensja wynosi 1000 zł; cytryny kosztują 40 zł, spodnie, marynarka – 500 zł, buty – 1000 zł. Sklepy oferują drogie towary realizując politykę wysokich cen, która ma na celu tworzyć wrażenie, że w sklepach jest wszystko. Skoro towary są za drogie, to ludzie ich nie kupują, więc mogą długo stać na półkach i wystawach. Brakuje lekarstw, te z przemytu dostępne są na Bazarze.

1953 – władze PRL usiłują zamknąć Bazar Różyckiego, co może stać się poważnym ciosem dla warszawskiego handlu, na Bazarze funkcjonuje bowiem ponad 500 stoisk i 200 sklepów.

1953 – zostaje zamknięty ostatni obóz pracy przymusowej w Polsce, w Mielęcinie koło Włocławka, w którym więzieni byli między innymi warszawscy kupcy oskarżeni o spekulację.

23 grudnia 1954 – wydany zostaje dekret rozwiązujący Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.

31 lipca – 14 sierpnia 1955 – w Warszawie dobywa się V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów „O pokój i przyjaźń” z udziałem 30 tys. gości zagranicznych. Mimo że jest to impreza prokomunistyczna, kontakt z młodzieżą wielu krajów wpływa pobudzająco na rozwój światopoglądu środowisk młodzieżowych i studenckich, a także na zmianę obowiązujących trendów w modzie. Wymagania klientów Bazaru Różyckiego w kwestii ubioru wzrastają.

14 lutego 1956 – podczas XX Zjazdu KPZR Nikita Chruszczow wygłasza referat krytykujący Stalina za wprowadzenie terroru i kultu jednostki. Rozpoczyna się okres destalinizacji.

28-30 czerwca 1956 – w Poznaniu trwa pierwszy w komunistycznej Polsce strajk i protest społeczny, nazwany później „poznańskim czerwcem”. Rozpoczyna się w Zakładach Przemysłowych H. Cegielskiego, a później obejmuje wszystkie największe zakłady w mieście. Przed Prezydium Miejskiej Rady Narodowej gromadzi się ok. 100-tysięczny tłum. Protest skierowany jest przeciwko istnieniu reżimu stalinowskiego oraz złej sytuacji gospodarczej kraju. Do jego stłumienia władze wysyłają 11 tys. żołnierzy. Kilkadziesiąt osób zostaje zabitych a kilkaset rannych.

Na początku lat siedemdziesiątych w pobliżu Bazaru, między ulicami Markowską, Ząbkowską i Kijowską postawiono kilka bloków, w tym najdłuższy wówczas budynek w Warszawie. Robotnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa „Kijowska” miała zmienić obraz starej Pragi, wprowadzić nowych ludzi, którzy nie będą żyli z Bazaru i może doprowadzą do jego zamknięcia. Na Markowską sprowadziłam, gdy chodziłam do czwartej klasy szkoły podstawowej. Wokół znajdowały się same stare kamienice. Dla nas, którzy przedtem mieszkaliśmy na Saskiej Kępie, to wyglądało jakby człowiek sprowadził się na inną planetę. Przede wszystkim domy tu stały niskie, dwu-trzy piętrowe, nieotynkowane, z czerwonej cegły, wyglądały jakby za chwilę miały się rozpaść. Tylko że ja jako dziecko nie przywiązywałam do tego wagi, ale mama moja czuła się nieszczęśliwa. Ja odwrotnie, bo tam znajdowało się mnóstwo fantastycznych podwórek. Kiedy wchodziło się w bramę na jednej ulicy, to można było wyjść kilka przecznic dalej, idąc tylko przez bramy i podwórka; takie podwórka-studnie, na których najczęściej na środku stała kapliczka, a poza tym śmietnik i trzepak. Na niektórych podwórkach znajdowały się warsztaty, właściwie nawet nie warsztaty, małe kanciapki, gdzie ktoś coś robił. Na jednym miał swój warsztat parasolnik, tam po raz pierwszy w życiu zobaczyłam czerwone parasolki. W innym funkcjonował warsztat naprawy sprzętu turystycznego i na całym podwórku stały krzesełka turystyczne. Pierwsze moje kontakty z bazarem to wyprawy z tatą po jarzyny. Mama nie lubiła tam chodzić, bała się, a ja uwielbiałam. U nas w klasie uczyły się głównie dzieciaki handlarek. Matki handlowały i cała rodzina dobrze żyła. Nas z Markowskiej koledzy traktowali inaczej. My byliśmy obcy bardzo długi czas. Na dobre zżyliśmy się dopiero w ósmej klasie. Nauczyciele traktowali nas lepiej, może dlatego, że wywodziliśmy się z rodzin, gdzie rodzice pracowali w biurach, urzędach, to była nobilitacja społeczna. Praga nas jednak wchłonęła. Nam, dzieciom, przyszło łatwiej, bo mieliśmy kolegów, których matki handlowały na bazarze i nikt wśród nas ich nie uważał za coś gorszego. Przeciwnie, zazdrościliśmy im, bo mieli rzeczy , których myśmy nie mieli. Oni byli kimś, bo mieli dojście do ludzi, którzy mogli na bazarze coś załatwić.

Do mamy chodziliśmy prawie co dzień, niby to pomagać, a naprawdę szabrowaliśmy po innych budkach. Cukierki ściągaliśmy od jednego gościa, a jak raz bratu przypierdolił, to naznosiliśmy mu psich gówien pod budę i pod mieszkanie, na wycieraczkę.

Całe wakacje na Bazarze siedziałem. Wszystkich znałem. Raz pojechaliśmy na wakacje do Tłuszcza, bo tam dziadkowie mieszkali. Ale matka tylko trzy dni bez roboty wytrzymała. Na czwarty pirzgła wszystko i pojechała do swoich gaci. Bazar był jak wóda – wciągał. A propos wódy. Na flaszkach tośmy za gnoja nieźle zarabiali. Zbieraliśmy, zbieraliśmy i na melinę. Tam pani Krysia z Helą dawały po 15 groszy, a zimą to i herbatką z rumem częstowały, bo stary Kryśki, marynarz, jej czasem przywiózł. Starsi popili i szli świat zbawiać, a rano gołodupce. A my pany, szlachta, tylko trzeźwa. No, jak mawiają, coś za coś.

W 1967 skończyłem podstawówkę. Potem wyuczyłem się na ślusarza, zacny fach. Trochę pracowałem w zajezdni tramwajowej, ale zaraz ściągnęli mnie do woja. Służyłem w marynarce na Helu. Jak żem zobaczył morze po raz pierwszy, tak się żem wzruszył, że przez pierwszy tydzień spierdalałem po ćmoku z koszarów, żeby na plaży spać. Takie to było piękne.

Na przepustkach jeździłem do Trójmiasta. Statki oglądałem, Stocznię. Na dziwki nie chodziłem. Mnie to się pieniądz zawsze bardziej trzymał, niż uciekał. Widać ten matczyny handel, do grosza szacunek we krwi został, bom nie przepieprzał forsy. I ta forsa chyba do cinkciarzy mnie przyciągała. W porcie stało ich pełno. Obracali walutą, kalkulatory w głowach mieli. Goście!

Też tak chciałem. W Peweksach pachniało dalekim wielkim światem, na Różyckim trochę pyzą i wódą, a światem już nie tak bardzo. To się zawziąłem i w miesiąc wkręciłem się w towarzystwo. I tak zacząłem dolarami handlować. Po wojsku wróciłem do Warszawy. Tam to już stałem się panem: dolary, marki, znajomości w RFN-ie. „Midas” czasem mnie wołali, bo rękę do interesów żem miał, alem miał!

Mama handlując na Bazarze zaopatrywała nas w obfitość wszystkiego, co w innych przeciętnych, polskich domach pojawiało się incydentalnie lub wcale. Banany, pomarańcze, czekoladę, chałwę… Bazar przyciągał różnych drobnych kombinatorów np. z Wedla na Grochowskiej, którzy „zorganizowane” „ nadwyżki” upłynniali na Bazarze. Nawet nie należało się specjalnie wysilać. Idzie taki niczym nie wyróżniający się gościu alejką powoli i – niespodziewanie, od niechcenia, z cicha pęk – łapie go obojętne pytanie mamuśki.

– A co pan ma?

Skąd wiedziała, że ma, nie mam pojęcia. Okazało się, że to pracownik państwowej hurtowni herbaty z – w tym konkretnym wypadku – kilkudziesięcioma pudełeczkami Madrasa w torbie.

Nazywam się Zdzisiek, to znaczy na imię mam, i urodziłem się na Pradze w 1957. Ojciec mój był kolejarzem i zapieprzał okrutnie na pociągach. Cały Wileński miał w głowie, od rana do nocy. Tory konserwował. On po rytmie kół na szynach wiedział, skąd któren jedzie i co wiezie. Matka handlowała na Bazarze bielizną, luksusową zresztą. Weszła w spółkę z dwiema szwaczkami i one jej tam paradne dezabile szyły, gatki, gorsety, wyszczuplające albo nadymające, co tam było trzeba.

Miałam trzy lata, gdy babcia zabrała mnie na Bazar po raz pierwszy. Pamiętam ten dzień. Przede wszystkim wiklinowe kosze i stoisko z kolorowymi koralikami. Byłam zachwycona! Dlatego cieszyłam się, gdy parę lat później, dzięki staraniom babci, moja mama otworzyła na Bazarze swoje stoisko, ale nie była z tego powodu szczęśliwa.

Trafiła między handlary, stare wyjadaczki, które długo nie mogły jej zaakceptować. Dla nich pozostała paniusią z lewej strony Wisły. Wyzywały ją od najgorszych, śmiały się, że nie przeklina i nie pali. Mówiły na nią „damusia”. Jedna z tych kobiet, pani Nowakowska z Brzeskiej, była wyjątkowo przykra. Nawet wyglądała, jakby się na Bazarze urodziła. Miała wieczne wypieki i krzaczaste brwi, a riposty cięte jak brzytwa, ale koniec końców to ona mamie bardzo pomogła, jak to się mówiło „za sklepem”.

Na początku mama sprzedawała te produkty, które wcześniej babcia dostarczała na Bazar. To znaczy sery, śmietanę, jajka, grzybki marynowane, chrzan, nowalijki. Żeby zaopatrzyć stragan, mama wychodziła od nas z Dzielnej nawet o 4 rano. Potem, kiedy umocniła swoją pozycję, zajęła się handlem łososiem i węgorzami, a nawet kawiorem.

Tuż przed moim urodzeniem hypnęło matkę tutaj na Bazarze i ojciec wsadził ją w dorożkę, na Brzeskiej. Hop-siup, pojechała i już. A po fakcie mnie w kobiałkę, znaczy w wózek i normalnie na plac. Ja jestem bazarowe dziecko, ja się wychowałem na Bazarze. Jak nie rodzice, to inni się mną zajmowali. Cały dzień na dworzu – zahartowany byłem jak cholera. I ja tu sobie ganiałem, wszystko cacy, bo przedszkola przecież nie dało się załatwić, bo prywatna inicjatywa, wyzyskiwacz, krwiopijca, to jakim prawem. Miałem za to laleczkę, takie na głowie coś miała, ciągnęło ją się i ona tak sobie poiwaniała. Miałem wtedy z 6 lat.

W dzieciństwie chodziłem na Bazar, żeby się pogapić. Przyciągała mnie przede wszystkim atmosfera – chodzenie pośród ludzi, patrzenie na towary, których w sklepach nie było. Uwielbiałem stawać przy zielonej, drewnianej budce, gdzie sprzedawano płyty pocztówkowe. Ludzie tam podchodzili, kupowali pocztówki, można też było posłuchać muzyki. Odtwarzano te płyty z charakterystycznymi trzaskami. Nigdy nie zapomnę pewnego wydarzenia. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przyjechał w odwiedziny wujek i dał mi 10 złotych, to było bardzo dużo. Poszedłem na Bazar zaszaleć. Kupiłem sobie sezamki, coca-colę i stanąłem pod budką. Jadłem te sezamki, popijałem coca-colą i słuchałem „Middle of the Road”. Był to przedsionek nieba.

Sowieci przywozili ten smakołyk w puszkach 2-kilogramowych (rosyjski, prasowany i irański), 0,5 kg, 100g oraz słoiczkach 1-, 2- i 4-uncjowych, a także kawior czerwony w puszkach 140- i 200-gramowych. Puszki „dwójki” i „połówki” składały się z dwóch nakładanych połówek uszczelnionych czerwoną gumą, tak, że można było je wielokrotnie otwierać i zamykać (ale guma lubiła pękać – i co dalej?). W takich okolicznościach w większości wypadków kawior był nadjedzony, czasem uzupełniony oliwą, zapleśniały lub suchy. Pucha z niedowagą – to była okazja, bo można było karnie zaniżyć cenę, a potem sobie np. z 4 puch zrobić 3 wymiarowe. Pierwszych odbiorców znalazłem po prostu z ogłoszenia w „Życiu Warszawy” a później to już poszło. Zarobek nie był liczący się, ale za to w tych ciężkich komunistycznych czasach, kiedy ludzie stali po kaszankę w kolejkach, inna „kaszanka” stale należała do mojego jadłospisu. Uważam, że zaliczam się do ścisłej czołówki Polaków pod względem spożytego kawioru i nikt mi tego nie odbierze.

Robert Dłużniewski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Na Bazar Różyckiego kawior trafiał z Rosji. Byli zawodnicy, którzy ten kawior przerzucali dalej do Berlina Zachodniego. Bazar stał się bazą przemytową.

W 1972 r. została otwarta granica. Na wprowadzoną książeczkę walutową można było kupić dowolną ilość marek wschodnich (DDM) po 4,78 zł, ale wkrótce władze się połapały, podniosły urzędową cenę marki na 5,50 i ograniczyły sprzedaż do 100 DDM na miesiąc pod warunkiem potwierdzania wywozu. „Wschód” (właśnie ta marka) poszybował do 10 zł na czarnym rynku.

Na luzie, na dłużej jak na dzień, robiłem kurs do DDR raz w miesiącu, poznawałem niemiecki i przywoziłem przy okazji stosunkowo niewielkie ilości „zachodu” (DEM, marka zachodnia). Nie warto było kupować dużo „zachodu”, bo zarobek był zaledwie kilkuprocentowy, w odróżnieniu od towaru objętościowego – na którym zarobek dało się utrzymać na plus minus 100%. Waluty wymienialne, które nabywałem, przeznaczałem na kupno w Pewexie gum do żucia balonowych „Donald”, które w końcu zacząłem zbywać w hurtowych ilościach, głównie handlarzom, właśnie na Bazarze Różyckiego.

Na 100$ po przejściu przez gumę zarabiałem 600-700 zł, podczas gdy handlując bonami lub dolarami zarabiało się złotówkę na sztuce. Głównie ta działalność sprowadziła mnie na Bazar. Widać było, że jest tam mnóstwo turystów, więc gdy powstała potrzeba, wiedziałem, że niezbędne mi ilości „wschodu” dam radę tam wycinkciować. Mało kto wiedział, ale można już było od jakiegoś czasu założyć w banku Pekao S.A. konto „S”, na którym wpłaconą dowolną walutę kraju „socjalistycznego” dało się obrócić w inną tego rodzaju w przeliczeniu. Kupowałem więc np. od Rumunów lekko powyżej kursu ich leje, by je przewalutować w banku na „wschód” i w ten sposób marka wychodziła mi po 6 zł, a nie po 10. Zarobek nieprawdopodobny. Widać było od razu, że tym sposobem skupując także od handlarzy wszystkie możliwe waluty wschodnie mógłbym zarabiać miliony. Ale nie poszedłem tą drogą. Konto wykorzystywałem we względnie znikomym, przyzwoitym stopniu. Takiego udowodnionego dokumentami obrotu na wielką skalę mógłby się nie bać chyba tylko jakiś mocno ustawiony komunista, a ja byłem tylko początkującym studentem. Obrót wszelkimi walutami i złotem w postaci nieużytkowej został zakazany przepisem art. 47 Ustawy Karnej Skarbowej. Bałem się więzienia. Komuna potrafiła człowieka zniszczyć.

Pokusa zarobienia uczciwie grubych pieniędzy w całkowicie oczywisty dla mnie sposób była jednak nieodparta. Skoro oprócz sprzedawania gum miałaby mnie na Bazar sprowadzać tylko jeszcze chęć kupowania marek – to nie miało sensu. Jasne, że trzeba było kupować wszystko, co się trafi. Miałem dodatkowo przecież szególne predyspozycje. Oprócz angielskiego i rosyjskiego, które znałem biegle, potrafiłem się porozumieć w kilku innych językach. Spokojnie na tyle, żebym np. do Bułgara nie musieć wykrzykiwać „lewa, lewa” i gestykulować rękami. Ubrany jak przeciętny przechodzień zbliżałem się w takich razach do obcokrajowca (jako tzw. „bojka”) i w jego języku pytałem, czy ma pieniądze do wymiany, nie wymieniając nazwy waluty. Uważałem, że na tym patencie zajadę najdalej. Języki przybyszów znałem (trochę) stąd, że wychowawszy się w niebiednej rodzinie, wielokrotnie wyjeżdżałem w dzieciństwie z rodzicami na wczasy do tzw. demoludów, gdzie dla ciekawości nie traciłem okazji na szukanie kontaktu z tubylcami.
Duży, trudno powiedzieć jak, procent przybyłych do Warszawy, przeważnie z wycieczkami mieszkańców demoludów (konkretnie Sowietów, Rumunów, Bułgarów, NRD-owców, w mniejszych ilościach Węgrów i Jugosłowian), miał interes pojawienia się na Bazarze. Wszyscy mogli mieć do sprzedania swoje waluty. Najrzadziej z nich mieli je ze strachu Sowieci. Jeżeli już, to dozwolone 10 rubli, chociaż trafiali się i tacy z setką w jednym banknocie. Rumuni, przeważnie w postaci Cyganów, się nie bali i mieli dużo lei w setkach, które sprzedawali chętnie nieco powyżej kursu oficjalnego. Bułgarzy, przeważnie tureckiej narodowości, też się nie bali, przywozili dużo swoich lewa, za które brali wysoką zapłatę. Niemcy, często już obrobieni przez przewalaczy w Śródmieściu, dalej chcieli za swoje marki 1:10, chociaż za tę cenę „wschód” można było kupić od Polaka.
Jeżeli chodzi o przedmioty – Bułgarzy oferowali Słoneczny Brzeg i rzadziej Pliskę. Rumuni przywozili koniak Zared, salami z Sibiu (czasem luksusowe) oraz szlafroki. Najwięcej przeróżnych przedmiotów mieli Sowieci. Turyści czasami sprzedawali je powyżej ceny, gdyż chyba uważali, że w biednej Polsce każdy towar się przyda. Za złoto otrzymywali mniej złotówek, niż gdyby korzystnie sprzedali ruble, o czym się nigdy nie dowiedzieli. Padali z tym złotem często ofiarą przewalaczy. Bazarowe kupcowe, kiedy mogły, ostrzegały ruskie baby, ale i tak czasami transakcje kończyły się lamentem. I ja mogłem się nieraz wtrącić, ale te panie były odważniejsze ode mnie. Poza złotem Sowieci przywozili jeszcze kilka pożytecznych rzeczy: radia przenośnie VEF, Okean lub Riga o wielu zakresach fal, aparaty Zenit z obiektywem Helios (które szły na reeksport m.in. do Turcji), białe kożuchy wojskowe (sam taki sobie kupiłem za 3000 i po zbrudzeniu sprzedałem z pocałowaniem w rękę za 3000 zł) oraz kawior.

Z założenia nie zajmowałem się handlem przedmiotami, gdyż uznałem to za czasochłonne i mało efektywne. Przerzuciłem najwyżej z 5 Zenitów. To wszystko. A propos, poznany kolega z tytułu tych aparatów otrzymał ksywę „Zenitek” i doprowadziły go one do sporego sukcesu. Ale to już inna bajka. Z tematu złota znałem się jedynie na monetach, gdy tymczasem funkcjonowało dość specjalistów, którzy w dłoni potrafili zweryfikować podaną przez sprzedającego wagę przedmiotu w gramach. Zresztą specjalizacja w złocie i srebrze wydawała mi się niefektywna i taka była w porównaniu z walutą. W dodatku handel srebrem był szczególnie tropiony przez milicję, bo pochodziło ono, obojętnie czy to w postaci użytkowej czy nie, w większości z kradzieży. A szło na przemyt.
Jednak jeśli chodzi o przedmioty, to nie oparłem się handlowi kawiorem, ponieważ urodziłem się smakoszem i gotów byłem nawet cały zarobek na kawiorze przejeść.

Punktualnie o siódmej wieczorem zjeżdżałam ruchomymi schodami na peron warszawskiego Dworca Centralnego. Najważniejsze było to, aby dotrzeć do celu: do Berlina.

Tam jeszcze w nocy sprzedawałam papierosy, które szmuglowaliśmy z Polski. Upychaliśmy je, gdzie się dało. Na początku rozkręcaliśmy w przedziałach półki pod siedzeniami. Wolną przestrzeń wypełnialiśmy paczkami papierosów. Ciasno jedna przy drugiej. Potem starannie skręcaliśmy wszystko na powrót. Tak, aby nie było nic widać. Serce biło szybciej dopiero wtedy, gdy lokomotywa dotaczała się do granicy. To stres: znajdą, nie znajdą, znajdą, nie znajdą. Jak znajdą, to wszystko stracone. Nici z zarobku. Strażnicy wbijali się do wagonów. Przedział po przedziale kontrolowali pasażerów. Jeden wertował każdą stronę paszportu. Drugi świdrującymi oczami lustrował zakamarki przedziału. Wiedziałam, że jeżeli półki skręciliśmy perfekcyjnie, to nie zauważą. Nie mieli czasu, żeby rozkręcać je bez powodu. Gorzej, gdy znaleźli coś w przedziale niedaleko. Wtedy cały wagon wyrzucali na peron i zaglądali w najdrobniejsze szpary. Ale gdy już trzasnęli drzwiami od przedziału, można było spokojnie odetchnąć. I zaraz potem brać się do roboty. W niecałe dwie godziny musieliśmy przepakować towar spod siedzeń do toreb. Na dworcu wyskakiwaliśmy z pękatymi torbami. Z samego ranka papierosy wymienialiśmy na wszystko, o czym marzyli Polacy: dżinsy, walkmany, słuchawki, zegarki, kalkulatory, przenośne radia. Ładowaliśmy je do opróżnionych toreb i pędziliśmy z powrotem na dworzec. Rewolucję przyniósł dzień, w którym dostrzegłam taktykę innych przemytników: papierosy w bojlerze. Wchodziło tam sto kartonów. Tak złapaliśmy skrytkę na kolejne transporty. I to dopiero zrobił się biznes. Choć sposób ten był wymagający. Po pierwsze, musieliśmy rozkręcić bojler, konstrukcję znacznie bardziej złożoną, niż półka pod siedzeniem. Po drugie, należało spuścić z bojlera całą wodę, tak, aby zrobić w środku miejsce. I wreszcie po trzecie, musieliśmy przez całą drogę siedzieć w kiblu – bo, co gdy ktoś narobi, a wody nie ma? Siedziałam więc w WC raz ja, a raz mój wspólnik. Gdy wracaliśmy na Bazar towar znikał ze stoiska momentalnie. Czasami nawet nie minęło południe, a stałam już z pustymi rękoma.

Kiedyś, gdy stałem na Bazarze, podbiegł do mnie mały chłopiec z „Ekspresem” w wyciągniętej ręce. Na pierwszej stronie widniał tytuł: „OTWARTA GRANICA”, a pod spodem zdjęcie Edwarda Gierka i Ericha Honeckera jak tę granicę otwierają. W ten właśnie sposób Gierek otworzył dla mnie nowe możliwości. Wtedy, żeby wyjechać do NRD, potrzebna była pieczątka w dowodzie. Jedni ją dostawali, inni nie. Tak więc gdy dostałem, to z tego szczęścia upiłem się z kumplami w trupa, a jak się obudziłem, to jechałem już w pociągu do Berlina. A nade mną pochylał się celnik. I coś tam szwargocze, czegoś się drze. Ausweiss bitte! Szukam. Łeb mi pęka od kaca. „Kuglarz” śpi na półce na bagaże. „Memot” pomaga mi szukać, a reszta chłopaków się śmieje. W końcu znajdujemy ten dowód, został wkręcony jako korek w butelkę od wódki.

Nastąpił czas sprowadzania z Turcji wyszywanych swetrów i jeansów. Pojechałem do Turcji, opłaciłem z góry dostawcę i wysłał mi paczkę na teściową. Bo teściowa została już emerytką i płaciła mniejsze cło. Gdyby na mnie to poszło, to by się kompletnie nie opłacało, bo takie nakładano opłaty towarzyszące. No i stałem na Bazarze, od czasu do czasu jakieś jeansy mi ginęły. Nie wiem, czy ja w ogóle na tym interesie zarobiłem. Bo podchodziło kilku cwaniaków. Jeden przymierza, drugi mnie zagaduje, a tego, co przymierza, już nie ma.

Jeździłem też do Rosji na tzw. „kółka”. Jeździło się przez Lwów, potem na Węgry i wracało się tą samą trasą albo na Rumunię i Bułgarię i potem na każdej granicy się przebijało, czyli towar kupiony w Polsce sprzedawało się we Lwowie, we Lwowie kupowało się towar albo na Rumunię, albo na Węgry. Na Węgry to były rzeczy do ogrodu, do podlewania albo rowerki damskie. Z kolei na Rumunię świetnie szły czapki uszatki z królika.

Te „kółka” funkcjonowały w okresie, kiedy Gierek wprowadził możliwość wyjeżdżania za granicę na dowody osobiste. Tam się działy rzeczy niewyobrażalne, niezwykłe. Na przykład pociąg, który jechał z Warszawy przez Rosję do Sofii. On miał swoją nazwę i nie miał przystanku w Rosji. W miejscowości Dawidowo, położonej 10 km od Lwowa, pociąg musiał się zatrzymać na semaforze czerwonym. I wtedy wszyscy Polacy wychodzili z tobołami, a na ich miejsce wsiadali Polacy, którzy już sprzedali towar. I znowu pociąg pełny jechał dalej!.

Pierwsi aspiranci do robienia biznesu okrzepli w tych różnych działaniach i potem z nich zrobili się poważni biznesmeni. Ale to też się łączy z Bazarem Różyckiego, bo jak się chciało kupić towar na Rosję, to trzeba było przyjść na Różyca. Nasi celnicy wypuszczali na Rosję określoną ilość towaru, do którego nie można się było przyczepić, bo tak stanowiły przepisy. Cztery koszule, kurtka mogłaby być skórzana, dwie pary butów, jeansy oczywiście – jedne przysługiwały, ale tam dwie pary zakładano na siebie i jeszcze trzecią się brało, a może przejdzie. I to wszystko kupowało się na Bazarze. Za to z 1500 rubli można było dostać, 10 pensji. Mało tego, ten towar był szyty pod tych walizkowych turystów. Jeansy firmowe – firmienne tak zwane – czyli Levisy, Wranglery i inne. Ceny stawiano bardzo wysokie, ale mieć firmienne jeansy w Rosji, to coś w ogóle niewyobrażalnego, to szczyt elegancji. W Polsce też. Kto miał jeansy, ten miał przewagę u dziewczyn.

Jeszcze w roku 1974 jeździłem do NRD, choć towaru nie goniłem na Bazarze. Tu miałem zamiar kupować marki i sprzedawałem „Donaldy”. Dla bezpieczeństwa umówiłem się z handlarkami na podzielność transakcji. Przyjeżdżałem rano niecodziennie (bo studiowałem na SGPiS i roznosiłem każdej z handlarek zamówioną gumę w kartonach, co trwało minuty, i zaraz szedłem z powrotem, aby zabrać zapłatę. W razie akcji milicji handlarka powiedziałaby, że nic jej nie sprzedałem (zgodnie z prawdą), tylko oglądałem jej towar, bo kupuję. Odbioru pieniędzy to już w ogóle nie było widać. W razie czego mogłem mówić, że rozmieniam pieniądze. Rzecz jasna na Bazarze kupiłem sobie kalkulator elektroniczny – na diodach świecących, bo LCD jeszcze nie było. Do tamtego momentu używałem arytmometru. Wymieniałem trochę marek, które mogłem bezpośrednio bez rejestracji wywieźć za granicę. Ale zachodziły wcześniej wspomniane trudności. Prawdziwą rewelacją było wejście w posiadanie lei („szmat”) lub rubli („ptaków”), gdyż ich kurs czarnorynkowy tylko nieznacznie (do przeróbki na koncie) przewyższał kurs państwowy. Przystąpiłem do cinkciowania na Bazarze nietypowo, bo zupełnie bez znajomości „odbioru” (czyli handlarza skupującego). Ten stanowiłem na razie dla siebie sam. Jasne, że nie do pomyślenia jednocześnie było potraktowanie obojętnie turystów węgierskich, bułgarskich i czechosłowackich, którzy aż za dobrze byli zorientowani w czarnorynkowych kursach swoich walut. Kto zapłaci górką za nie – zorientowałem się w jakiś sposób automatycznie. Byłem obserwowany i niejeden pan zaczepił mnie pytaniem, czy nie zechciałbym odsprzedać tego, co zdążyłem nakupić. Jeden z nich stał się moim późniejszym kolegą, może jakiś inny odbiorcą, może jeszcze inny został szpiclem. Muszę zaznaczyć, że ani razu nie usłyszałem na bazarze jakiejś uwagi wypraszającej mnie jako konkurenta.

Kiedy Węgrzy tu przychodzili, to kupowali buty, bo na Węgrzech te buty szły. I taki mały zagraniczniak przyszedł z żoną. Oboje tacy niscy. Zostawili na chwile walizkę, bo buty damskie oglądali u sąsiada. No i tylko chwila moment a złodziej już tą walizkę kradnie. A sąsiad krzyczy „Halo, halo, to jest mój klient” A on :„Tak? Ciężko pożałujesz”. Oddali im te walizki. Do sąsiada przyszli na drugi dzień, powiedzieli „Dawaj haracz, bo inaczej nie będziesz tu stał, bo cię zniszczymy.” „A ile chcecie?” Tym razem „jednorazowo” 1000 zł wtedy. Na nasze pieniądze.

– A jakby nie dał haraczu, to co by zrobili?

– No to by albo go spalili, albo by go zbili, albo kto wie, co by się stało.

Mieszkałem na Pradze od urodzenia, od 1948 roku, ale przez 20 lat na Różyca w ogóle nie zaglądałem. Nie chodziłem tam, bo potwornie się bałem. Mój tatuś, inżynier, nie mógł ścierpieć, że ma w domu artystę, i wmawiał we mnie, że do niczego się nie nadaję – i ja przez długi czas rzeczywiście byłem do niczego. Dopiero mając 22 lata, gdy zacząłem pracować w Interpressie, zacząłem coś z tym robić. Wybrałem się na Bazar, by zdobyć dziennikarskie ostrogi. To miał być mój poligon. Wiedziałem, że jeśli wejdę tam i wyjdę cało, to będę fotoreporterem. Jeśli nie przezwyciężę strachu i tego odium „do niczego się nie nadajesz, nic z Ciebie nie będzie”, to nic z tego.

Rejon Pragi, charakteryzował się specyficzną odrębnością. Wspomnę tylko, że gdy jechało się tramwajem z Nowego Światu w kierunku Pragi powoli zmieniali się pasażerowie. Zupełnie jakbyśmy przekraczali etniczną granicę. Na Zielenieckiej towarzystwo było już zdecydowanie charakterystyczne w swym wyglądzie, mowie i gestach. Jeśli mieliśmy taką potrzebę i jechaliśmy dalej, skręcając w Ząbkowską, w stronę osławionych Szmulek, nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że znaleźliśmy się w innym „nowym świecie”. Było śmiesznie i groźnie.

Zdjęcia z Bazaru chciałem zrobić wyłącznie dla siebie. W tamtych czasach nikt specjalnie nie interesował się tym tematem. A nawet jeśli, to nikomu się to nie udawało, bo jeśli ktoś normalnie wszedł z aparatem i próbował zacząć fotografować, to po kilku metrach od bramy zostawał zatrzymywany. Przypadki pobić raczej się nie zdarzały, ale ludzie tracili sprzęt.

Po raz pierwszy na Bazar wybrałem się w 1970 roku, ale i potem każda wyprawa wymagała psychicznego przygotowania. „No musisz pójść! Tak, znowu! Idź!” – tak sobie powtarzałem. Kiedy się zdecydowałem, ubierałem się jak chłopak z Pragi, bez żadnej elegancji, zwyczajnie – ot, wypchane portki, podkoszulek. Podwieszałem na wysokości brzucha aparat, Pentax Spotmatic. Obwiązywałem plastrem obiektyw tak, by uzyskać dobrą głębię ostrości… pakowałem się i jechałem. Wchodziłem na bazar i zaczynałem „sprzedawać” ten mój aparat. Za taką cenę, żeby nikt nie zechciał go kupić.

Nie wołałem nic. Wystarczyło, że chodziłem z tym aparatem. Tam jedni handlarze wołali, drudzy nie, trzeci trwali tacy senni, coś sobie trzymali. I ja należałem do tych sennych. No, a mimo to parę osób brało mój aparat w ręce… Strach mnie wtedy ogarniał. Pytają „Czemu ten plaster?” to ja mówię „A, bo trochę obluzowane”, a ci zaraz „To co mi pan tutaj wciska?!”. „A przepraszam, taki znalazłem”. Albo ktoś pyta „Za ile to?” „No, za 500 zł” – mówię. „Za 500 zł?! Za 500 zł to Zenita można mieć!”. „No tak, ale to po babci”. I tak sobie „sprzedawałem.

Pstrykanie wyglądało tak… [p.Woropiński pokazuje brzuch na wysokości pępka, zaczyna iść przez pokój, rozglądając się na wszystkie strony – przyp. M.A.]. Tu wisi aparat i idę. Nie zatrzymuję się, w żadnym razie się nie zatrzymuję! Wręcz przeciwnie, nieraz patrzę w jedna stronę, a aparat wycelowany mam gdzie indziej. Szeroki kąt, nie zniekształcający! I idę przez Bazar i pstrykam z biodra. Gdyby ludzie wiedzieli, że pstrykam zdjęcia, to bym nie zrobił ani jednego, nie ma mowy. To był wybieg, to było polowanie. Ale gdy zaczynałem czuć, że to ja jestem zwierzyną, to zaraz uciekałem. Niektórzy może nawet mieli podejrzenia, że fotografuję, ale nie wierzyli – tak się zdjęć przecież nie robi! Ale strach cały czas mi towarzyszył.

Oczywiście, mnóstwo robionych w ten sposób zdjęć się nie nadawało do niczego oprócz śmieci. Ile to razy celowałem, żeby złapać w kadr ciekawą osobę, po czym przychodziłem do domu – i klops. „No nic, następnym razem ją złapię” mówiłem sobie. Wiele powstawało jednak ciekawych ujęć – np. ta zakonnica przyglądająca się skórzanym kurtkom. Ale nie zatrzymywałem się, nie przyglądałem, nie rozmawiałem. Cały czas szedłem. I pstrykałem, to było właśnie najważniejsze – rejestrowanie.

„Różyc” –

mekka gospodyń domowych,

cel wypraw po najnowsze kreacje

dzielnicowych piękności.

Źródło wszelkich lewych dokumentów,

największy kantor wszechczasów,

a dla potrzebujących także zbrojownia.

Ciuchy, buty, żarcie,

pistolety, noże, widelce,

stare srebra,

drób, warzywa,

świeże mięso,

nabiał,

obrazy, brązy, dyplomy, paszporty,

firanki, stołki, fotele, szafy, sejfy, klucze,

pierścionki,

pańska skórka, wata na patyku,

pierogi, pączki, flaki,

uprawnienia, zapewnienia, interesy,

złodziejskie wyprawy i policyjne obławy…

Cały świat.

Gwar, pisk, nawoływania, skryte spojrzenia,

tajemne gesty,

przyjaźnie…

Gra w trzy lusterka.

Bród, smród i pieniądze.

Centrum życia gospodarczego Pragi.

Uważam, że na wszelkie fotograficzne poezje jest czas kiedy indziej. Na Bazarze sytuacja jest zbyt nagła, a umysł tak skoncentrowany i zarazem wyćwiczony, że sam wyłapuje kadry. Pamiętam ten moment, któregoś lata – skrzyżowanie alejek, a na samym środku stoi facet. Niczym się nie wyróżnia, ot, menel w brudnym podkoszulku. Co chwilę podlatuje do niego chłopak i coś mu podaje. On zbierał ukradzione rzeczy! Do niego od czasu do czasu podchodził kolejny facet i to wszystko przejmował. Miałem aparat, stanąłem naprzeciwko i on na mnie popatrzył. Face to face. I ja nie miałem odwagi nacisnąć spustu. Patrzyliśmy na siebie i ani drgnąłem. Wiedziałem – jeden mój fałszywy ruch i nie wyjdę stamtąd. W najlepszym wypadku groziło mi mordobicie i utrata sprzętu. Bo to, co ja robiłem, to była kronika policyjna. Tak, najpiękniejsze są te zdjęcia, których nie zrobiliśmy.

Mieszkaliśmy na rogu Ząbkowskiej i Korsaka w domu pod figurą Matki Boskiej wymalowanej na niebiesko olejną farbą. Na Bazar chodziło się po zakupy kilka razy w tygodniu. Chodziło się po jaja, masło, śmietanę, owoce. Zwykle kupowało się u tej samej „baby”, albo u jej koleżanki. Obie siedziały na skrzynkach okutane, lato czy zima, w jakieś szaroniebieskie ciuchy: spódnice niemal do kostek, chustki, serdaki lub waciaki. Na nogach miały czarne gumiaki, walonki, albo kiedyś białe, teraz bure, kapce z noskami i napiętkami z brązowej skóry i licznymi paskami z tyłu wzdłuż łydki. Baby obstawione były koszałkami, tobołkami, wiaderkami i blaszanymi bańkami na mleko. Kupowanie nabiału odbywało się tak: baba schylała się po sporą gomółkę masła okręconą szarawą, spraną szmatką. Po odwiązaniu swojego „skarbu” nabierała na czubek noża z drewniana rączka odrobinę masła i dawała klientce na spróbowanie, zapewniając, że to jest właśnie „masło śmietankowe – królewskie, złociutka”. Jeśli mama nie zdecydowała się lub narzekała, że kwaśne, to baba sięgała po inną gomółkę i sytuacja się powtarzała. Potem baba odcinała piętkę gomółki, ważyła wybrany towar i pakowała go w wyjęty z jakiegoś koszyka pergaminowy papier. Pieniądze chowała do woreczka, ukrytego na piersi pod niezliczonymi warstwami swetrów, waciaków i kaftanów. Śmietanę gęstą i tłustą nalewała klientce blaszaną kwaterką, lub wazową łyżką z dzióbkiem do słoika, który zakręcała, podkładając pergamin pod zakrętkę, aby uszczelnić wieczko. „A jajeczek paniusia nie chce?”. Padało wtedy pytanie.

Przed wejściem na Bazar, przy Targowej stała kobieta z białym wózkiem, który miał zainstalowany saturator i miejsce do umycia szklanki pod ciśnieniem. Miała tych szklanek tylko kilka, a chętnych do wypicia wody w upalne dni było dużo więcej. Cały więc dzień na przemian nalewała wodę sodową – i naciskając na dno odwróconej szklanki – płukała ją. To była tzw. „gruźliczanka”.

Targowa, główna arteria Pragi.

Zawsze była godna uwagi.

Od Zielenieckiej po Czterech Śpiących

Ściągała wszystkich inaczej żyjących.

Inaczej, to znaczy z fantazją praską,

Nie licząc się z państwową łaską.

Po co pracować na wikt państwowy?

- tu spotykały się tęgie głowy.

Kuźnią pomysłów bez umiaru

Były alejki Różyckiego bazaru.

I tu, główkując od stu lat,

Kasę zrobił niejeden chwat.

Przyjeżdżali na Dworzec Wschodni albo na Warszawę Wileńską. No i ten potok szedł na Bazar. Najwięcej ludzi przyjeżdżało z Marek, Zielonki, z Ząbek… Przyjeżdżali pociągiem. „Pociąg do Tłuszcza peron opuszcza”. To był pociąg podmiejski do Małkini, do Tłuszcza. Cała Targowa, aż do Dworca Wschodniego, stawała się miejscem handlu.

W okresie świąt Bożego Narodzenia na środku Bazaru Różyckiego stała piękna duża choinka. Taka 4-5 metrów z pięknymi ozdobami. Na bramach wisiały różnokolorowe lampiony. Przy stoiskach z bombkami stał Mikołaj i zachęcał do zakupów.

Tu od Brzeskiej stała smażalnia ryby świeżej, bardzo dobrej, serwowano placki, piwo, wódkę.

Bazar Różyckiego był obszerny. Zaczynał się od Brzeskiej gdzie była pierwsza brama, główna, którą wchodziło się na plac. Po prawej stronie znajdował się budynek handlowy, w którym mieściły się komisy, sklepy papiernicze, sklepy z firankami.

Można kupić wszystko. Dobry obraz, dziewczynę na noc, wnyki na jeża czy maść na mole. Do tego szczeniaki, które miały wyrosnąć na bernardyny, a okazywały się jamnikami, i reklamówki z napisem Marlboro. Nie było rzeczy, której nie dało się załatwić. Funkcjonowały dwa wyznaczniki: cena i czas. Jeśli czegoś nie było na już, to handlarz mówił „No to literek i wracam za 20 minut”.

Pewnego razu o 5 rano, kiedy po imprezie przyjechaliśmy na Bazar coś zjeść, nagle podszedł do nas gość i pyta, czy czegoś nie potrzebujemy. Na to mój kolega z twarzą pokerzysty mówi, że jesteśmy zainteresowani kupnem wojskowej amfibii w dobrym stanie i niedrogiej. Do dziś pamiętam wyraz twarzy gościa i to pytanie: "Panowie, a na chuj wam amfibia?". Potrzebna i szlus. Musowo. Facio chwilę się pogłowił, zamówił nam jeszcze dwie sety, kazał się nie ruszać i wybył. Wrócił po 30 minutach, rozejrzał czy nikt nie słyszy i powiedział: panowie, to będzie kosztowało 3000 baksów. A termin realizacji 3 miesiące, bo musimy ją podprowadzić z poligonu w Kazuniu. Powiedzieliśmy, że to kupa szmalu i musimy przemyśleć. Można?

Pani Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział.

– Halinko zrób coś. Mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Pani Halina zwróciła się do syna.

–– Marku, ja cię proszę, otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

– Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem, to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się, jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami, Marek udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia, wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać, cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał.

– Co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę pani. jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć, wezwiemy milicję.

Kobieta, z trudem powstrzymując, płacz powiedziała.

– Pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała. Dzisiaj zobaczyłam tę samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam, skąd ta handlara ją ma, zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana, w sklepie pan takiej nie kupi, to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Milicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No, teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało, przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało, firma działa na tym samym cmentarzu, gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety.

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono kradzież wartościowych przedmiotów.

Historię tę opowiedziała mi żona prokuratora, czyli Pani Anna. Pani ta jest na dzień dzisiejszy członkiem Polskiej Akademii Nauk i proszę zrozumieć, że więcej na jej temat powiedzieć nie mogę. Przypuszczam, że cała sprawa rozegrała się w latach 1978 – 1979, ponieważ Pani Anna opowiadała, że jej mąż Marek doznał obrażeń podczas wybuchu w Rotundzie. Proszę sobie wyobrazić, że osobą, która jako pierwsza opatrywała rozbitą głowę Marka, była matka spotkana wcześniej na Bazarze. Obydwoje trafili na siebie raz jeszcze dokładnie w tym strasznym momencie. Na szczęście przynajmniej tej pani nic się nie stało i dzielnie pomagała innym. Zrobiła prowizoryczny opatrunek z chusteczki i swojego szalika. Jest to zadziwiające, jak losy ludzi splatają się ze sobą wielokrotnie i zawsze w momentach szczególnych, a przynajmniej nie przypadkowych.

Pracownicy firmy kamieniarskiej dostali wysokie wyroki. Ta kobieta z Bazaru dostała wyrok w zawieszeniu. Z tego, co mi wiadomo, nie wróciła do handlu. Miała poważne problemy emocjonalne. Później, mówiąc kolokwialnie, poszła w badylarstwo. Nie miała szansy powrotu na Bazar, część osób nie wierzyła jej zeznaniom. Byli przekonani, że świadome sprzedawała rzeczy wykradzione z trumien. Taki proceder to jednak naruszenie wielkiego tabu.

Nie jestem historykiem, rzeczy, którymi się zrządzeniem losu interesuję i zajmuję, w znacznym stopniu przyjmuję na wiarę. Jeśli rozmówca normalnie funkcjonuje społecznie, a jego poczytalność nie budzi moich wątpliwości, spisuję opowieść i wierzę mu tym bardziej, im bardziej prosi o dyskrecję.

Wszystko można kupić, sprzedać, nawet ludzi. Dla niektórych bardziej od człowieka liczył się pieniądz.

Gdy przychodziła na Bazar milicja, wszystko co nielegalne mieliśmy schowane po kanciapach, żeby nie znaleźli. Zresztą po to się płaciło, żeby nie szukali głęboko. Wchodził taki do budy. Sprawdzał papiery, pieczątki. Przeszukał zaplecze. Mówił głośno, żeby dookoła było słychać, że „wszystko się zgadza” i wychodził. Za każdym razem był jednak strach, bo to kryminał. I nikomu nie można ufać. Wszyscy na tym zarabiali. I my i oni. Było dobrze, bo Bazar to jak ktoś miał łeb na karku, to było Eldorado.

To były piękne czasy, ale i człowiek był młody. Całe dni się handlowało, a nocą z drugim kolegą po Warszawie w tango. Głupi człowiek był, ale teraz nawet nie żal tych pieniędzy. Bo stówa udarzyła wtedy do głowy. Wyobraź pan sobie nas, młodych chłopaków, z taką ilością pieniędzy, że z marynarek się wysypywało. A koledze nawet nie chciało się schylać, to dzieciaki na Ząbkowskiej za nami całą zgrają lecieli i tylko czekali, aż skapnie. Szybko zbierali, żeby kto inny nie pochwycił, żeby tym błotem się nie upaprało, a jak upaprało, to dmuchali, czyścili rękawem. I pamiętam, tak prosili, aby im dać na coca-colę czy gumę do żucia. Czasem dawaliśmy.

Pamiętam, chyba w grudniu 1976 albo 1975 roku, całą noc po wszystkich najlepszych lokalach taryfami jeździliśmy. W jednej taryfie my, w drugiej wódka, a w trzeciej nasze marynarki. Ludzie patrzyli jak na idiotów, bo wiedzieli, że władza zaraz się nam dobierze do dupy. Ale nie dobrała. Tak robiliśmy, że wszystko było na tip-top i cacy.

Ja handlowałem „Playboyami” z Mańkiem. Strasznie nas ganiali. Ale mieliśmy swoje układy. Wiedzieliśmy, kiedy nalot, kiedy akcja. Wszyscy brali. Każdy żył. Złodzieje, hurtownicy, milicjanci, wszyscy. Przyszło wezwanie do wojska. Poszedłem do Kazunia na sapera. Na sapera detoniera. Ale długo tam nie posiedziałem. Szkołę symulki przeszedłem na Bazarze. Zwolnili mnie po roku. Z etatowej roboty szybko zrezygnowałem, wolałem stać na Bazarze. Co dzień był świeży pieniądz. Do Niemiaszków woziliśmy głównie szminki, cienie do oczu, smoczki, torby reklamowe. Tam jechaliśmy na ruskie osiedla. Rosjanie brali wszystko. Od nich kupowaliśmy złoto. Wracaliśmy do Polski i spychaliśmy towar, braliśmy alpagi, dziewczyny i robiliśmy jazdy. Tadzio grał na harmonii. Zdrowo się piło. Trzy dni i znowu w kurs. I tak na okrągło. Jak kasy brakowało na towar, to jechaliśmy na „wędkę”. Szliśmy parami. Wchodzimy. Spokojnie. Każdy obcinał swoją stronę, jak nie było przypału, to zaczynaliśmy ładować. Najczęściej braliśmy buty albo skóry. Potem w pociągu wkręcaliśmy to wszystko w dach, w Warszawie na Bazar do hurtowników i balanga. Trzy dni i znowu kurs. To było życie! Co bym dał, żeby wróciły te czasy!

Ci, co sprzedawali buty w latach 70., dobrze finansowo stali. Moja ciocia mieszkała na Bródnie i miała stoisko z butami na Bazarze. Dobrze się jej wiodło. Córki wyjechały do Ameryki, tam skończyły studia. To wszystko dzięki Bazarowym pieniądzom. Załóżmy, że się syn żeni i ktoś pyta, co robią rodzice. „A, mają stragan na Różyckiego”. „U la la la la”. To był ktoś. Jak ktoś pracował w państwówce, miał 1,5 tysiąca, 2 czy 2,5 to mu brakowało do końca miesiąca. A ci z Bazaru pozwalali sobie. To był zupełnie inny pieniądz.

Któregoś dnia mówię do szwagra „Pojadę do miasta, kupię sobie buty”, a on „Jak jedziesz, kup i mnie”, ale zapomniałem się zapytać, jaki numer nosi. Pojechałem do sklepu i myślę sobie, chyba ma taką nogę jak ja, i wziąłem mu ósemkę. Zawiozłem, wkłada i okazało się, że ma siódemkę. On mówi do mnie, że może komuś odsprzeda, a ja mu na to „Słuchaj, po co masz odsprzedawać jak ja przy Bazarze Różyckiego mieszkam”. Pomyślałem sobie, że chociaż na jakąś flaszkę zarobię. One kosztowały 50 zł, to ja stwierdziłem, że jak już tam idę stanąć, to krzyknę za nie sto. Nie stałem z nimi piętnaście minut – podeszli, wzięli, zapłacili. Byłem bardzo zdziwiony, że tak szybko poszło, ale przeszedłem pasażem i okazało się, że ja sprzedawałem za trzy razy mniej niż facet kilka stoisk dalej. To myślę, kurcze, jak taki dobry zarobek na tym jest, to co ja się będę szczypał. W FSO pracowałem na dwie zmiany, to jak miałem drugą zmianę, jechałem do sklepu, kupowałem buty i potem z nimi szedłem na Bazar handlować. Dawałem koledze 150 od ręki, żeby za mnie zostawał i wracałem do domu. I tak wychodziłem na plus. Rozkręcałem się, później już dużo tego sprzedawałem, ale musiałem się pilnować, żeby butów nie przynosić do domu, bo co lepsze to żona wybierała, a mi zostawało samo badziewie na sprzedaż. Ale nie było butów, które nie poszły, wszystko kupowali.

Budka stała przy budce. Przejść przez Bazar było ciężko, zwłaszcza w okolicach świąt. Ludzie chodzili w jedną stronę, naokoło, albo musieli czekać, żeby jeden drugiego przepuścił. Początkowo moja budka znajdowała się pośrodku Bazaru. Dostarczałem garnitury z własnego zakładu krawieckiego, później zająłem się już tylko handlem. Zrezygnowałem z pracowni, bo wiedziałem, że chcąc coś robić dobrze człowiek się nie może rozdrabniać. Trzeba przypilnować, bo właściciel, szef musi na wszystko zwracać uwagę, musi wykonywać swoją pracę jak najlepiej, bo ludzie to widzą i cenią. Garnitury gotowe z Bytomia czy innej fabryki sprzedawano za drogo. Sam szyłem taniej. U mnie garnitur kosztował do 250 zł, taki najdroższy, Bytomia i Bydgoszczy to kosztował 800, 1200 zł. To jest ogromna różnica. Taki bogaty to u nas nie kupił, bo musiał mieć markowe. A na snobów nie ma rady. A jak materiałów w sklepach nie było, to kuponiarki do Łodzi jeździły do fabryk i stamtąd przywoziły. Myśmy je tak nazywali: kuponiarki. One też były związane z Bazarem. Przywoziły bele materiału, cięły na kupony i rozprowadzały.

Na pierwszy patrol poszedłem z facetem, co miał ksywkę „Krwawy Olo”. Lekko tłusty, czerwona gęba. Nikt z nim nie chciał chodzić. To był rok 75. Byłem młodym, niedoświadczonym milicjantem. Mówi do mnie tak: „Masz iść trzy metry za mną! I nie podchodź mi bliżej!” No to idę trzy metry za nim. A on szedł tak... (Facet wstaje od stołu i idzie przez gabinet, żeby mi pokazać, jak „Krwawy Olo” chodził). Brzuch wypięty, ręce w kieszeniach, głowa zadarta, krok pewny, zamaszysty. Tak mógł chodzić dziedzic po swoim folwarku. – Wchodzimy na Bazar – ciągnie dalej – i on, ten „Olo”, podchodzi od jakiejś baby, przystaje, to ja też przystaję w tej odległości trzech metrów, gada chwilę i idzie dalej, znowu do kogoś podchodzi, przystaje, gada i dalej. W końcu podchodzi do jakiejś kobiety i widzę, jak wyciąga bloczek z mandatami. Wybiera jeden, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty. Daje jej te wszystkie mandaty, kobiecina gdzieś znika, a my idziemy dalej. Zanim dochodzimy do wyjścia, ta kobiecina dobiega do niego i daje mu podpisane mandaty i plik kasy. On nawet ich nie ganiał. Musiał mieć jakiś wynik z patrolu i oni sami musieli ustalić, kto wpada i kto płaci.

Tam nie było wtedy jakiejś określonej podziemnej struktury. Ale Bazar był podzielony na kasty. Na szczycie stali ci od futer, kożuchów i ci od złota, na dole naręczniacy. Naręczniak to było dla tych z góry mniej niż gówno. Było tam paru gości, którzy mieli specjalny szacunek. Wynikało to głównie z kasy, którą robili, a co za tym idzie – z układów, które mieli. Przecież na Bazar przychodzili wtedy wszyscy. Politycy, aktorzy, dziennikarze… I oni ich wszystkich znali. Mieli układy na milicji, mieli układy w różnych urzędach, szpitalach… wszędzie. Potrzeba, żeby córka zdała egzamin na studia – nie ma sprawy, potrzebne zwolnienie lekarskie, miejsce w sanatorium, na wczasach, przydział na samochód – nie ma sprawy. Wszędzie układy. Oni byli na topie. Domy, samochody. Bawili się w najdroższych knajpach. Forsę nosili w grubych rulonach owiniętych gumką. Taki szpan.

Kiedyś żona poprosiła, żebym kupił parę ziarenek gorczycy. No, ale gdzie ja tam będę szukał tej gorczycy – nawet nie wiem, jak to wygląda. Stoję, rozmyślam. A tu podchodzi Kazio. Malownicza postać. Dzielnicowy na Bazarze. Niezła oliwa. Potrafił wypić szklankę wódki duszkiem i nie było nawet od niego czuć. Kazio skinął ręką i nim przypaliłem papierosa, ktoś przynosi mi tę gorczycę… cały worek!

Lata siedemdziesiąte to czasy, kiedy funkcjonował tam i benkiel, i kieszonki, i paserzy, i były miejsca na Bazarze, w które wiadomo, że nie należy zaglądać. Można było tam dostać kosę, a w najlepszym razie stracić zęby.

Trwała obława na ludzi z marginesu i jednemu udało się uciec z zegarkami i złotem. Od Brzeskiej czekały policyjne wozy – te oznakowane i te udające cywilne. I on dopada do takiego wozu i mówi „Panowie, macie dwa pierścionki i wieźcie mnie stąd, bo tu psy łapią”. A oni go na Cyryla wiozą. I on na to: „A gdzie wy mnie zawieźliście?”. Jak zobaczył, to powiedział: „Ale się wpieprzyłem!”.

Kiedyś świeży milicjant przyleciał, bo chciał sobie zarobić. No i jak dziś pamiętam, to było tak na jesieni, wnosiłem po parę sztuk jesionek na sobie, ale się rozleniwiłem i jedną bramą wszedłem. Samochód parkowałem w kółko w jednym miejscu. No i namierzył mnie. Zastavę wtedy miałem 1100. Wysiadłem, kapotę na siebie, zamykam samochód, wychodzę. Na co on pokazuje blachę i słyszę „poproszę dokumenty” – miał prawo sprawdzić, czy ma się koło zapasowe, lewarek, klucze… Nie miał prawa mi otworzyć bezpośrednio bagażnika, bo nic na mnie nie miał, więc mówi „Koło zapasowe, lewarek, klucze, proszę pokazać!”. Czyli de facto myślał, że ja otworzę bagażnik i wyciągnę to wszystko, ale się naciął. Dlatego że Zastava miała to wszystko z przodu, przy silniku. No to ja łup do samochodu: „No, proszę, jest!”. Wreszcie się ulitowałem nad nim, mówię „Bagażnik otworzyć?”. On „Tak, proszę bardzo”. Jak by tam coś leżało, to oczywiście bym mu nic nie pokazywał, ale że pusto było, to otworzyłem. „No, panie – mówi. – Uważaj pan, bo pan tu raz w kożuszku, raz w jesionce, raz w futrze, tak pan latasz tutaj”. Ja mówię „Proszę pana, jeszcze mam dwa kożuchy w innym kolorze, ale dziękuję za ostrzeżenie”.

Na Brzeskiej, tu gdzie teraz jest sklep z zabawkami, to był sklep z materiałami, dodatkami itd. i z watoliną. A watolinę, żeby kupić na jesieni, to było coś. Kolega – krawiec – kupił taką wielką belę watoliny, miał ją zawieźć na Dworzec Wschodni i go złapali z tą watoliną. Poprosili o dokumenty, a on był zameldowany w małej wiosce pod Warszawą, pytają się: „A po co to panu?”, a on: „Jak to po co? Kupiłem stodołę, obłożę watoliną, krowom będzie ciepło”. Zaczęli się śmiać, że chłop to zawsze kombinuje i jeszcze go na wschodni zawieźli, kulturalne chłopaki.

Tajniaków zrobiło się tyle… Wszędzie się kręcili. Podsłuchiwali, podglądali, kto czym handluje. Nie można było iść ulicą z torbą, bo ona już stawała się podejrzana. Kontrolowano, co człowiek niesie, co wyjmuje z samochodu, co ma w bagażniku. Na Targowej łapali ludzi. Milicjanci z tego żyli, łapali tych, którzy przywozili towar z prowincji. Jak się nie opłacili, to towar przepadał. Przeprowadzano fikcyjne zakupy, żeby sprawdzić, czy rejestruje się sprzedaż. Robiono rewizje w domach. Ciągle szukano sposobu, jak nas tu stłamsić. Wszystko podstępem, znienacka. Wpadali, zabierali towar, oddawali jego połowę, przetrzymywali godzinami na komendzie. Byli bardzo aroganccy, ludzie bali się choćby pisnąć. Jak kogoś złapali, to dawali potężne kary, domiary, że często człowiek był skończony. Urzędy skarbowe doliczały nawet z trzech lat wstecz. Za co? Nikt nie wiedział. Myśmy Boga prosili, żeby oni powiedzieli nam: tyle i tyle musicie płacić i macie spokój, możecie spokojnie handlować, ale oni ciągle coś nowego wymyślali.

Powoli zaczęły pojawiać się w handlu towary z importu, przybywało nowych wytwórców, poszerzała się oferta produkowanych przez rzemiosło wyrobów – coraz trudniejsze jednak stawało się zdobywanie zamówień na nasze towary. Należało pilnie szukać nowych artykułów do produkcji. Początkowo pracę traktowałem jako konieczność życiową. Z czasem dobre prowadzenie warsztatu, jego rozwój, stało się dla mnie wyzwaniem: nie pozwolić się zniszczyć, nie dać się zrujnować. A nie było łatwo.

W latach siedemdziesiątych można już było podróżować, gdzie się chciało, ale nie można było pokazywać, że się ma pieniądze. Bo polityczne nastawienie funkcjonowało takie, że kto ma, to mu trzeba zabrać. I nawet jak się miało parę złotych, to należało to zakamuflować, bo jak by się urząd skarbowy dorwał, to by puścił człowieka bez skarpetek.

Na Pradze była uliczka mała

Ile nam ona „popić” dawała,

Szczególnie każdy, kto tam posiedział,

I o tem potem nam opowiedział.

Zwała się Cyryl no i Metody,

Piwnice miała dwa piętra w dół.

Tam był ten ziemski straszliwy padół,

Co nas niewolił ze wszystkich sił.

UB i „Menty”, choć się nie kochali,

Metody swoje równo dawali,

Bili po mordzie, łamali gnaty,

Tam były pierwsze na Pradze kraty.

On jak ten osioł był tam porucznikiem,

Wąchał każdego, co był podejrzany

O „bandę” AK-owską lub udział w Powstaniu.

Każdy był winien jak wujek – lotnik co został w Londynie.

Gdy synek dostał w szkole po buzi,

To pan komendant się mocno wkurzył.

Wysłał patrolkę – wzięli uczniaka

I skatowali na śmierć chłopaka.

Przenieśli wodza na inną komendę,

Menty pokrewne ratowali mendę.

Takie to były czasy powojenne –

Kto pomści zbrodnie, na Cyryla legnie.

Jeden z moich wujków też był milicjantem na Cyryla. Czasem patrolował Bazar. Po czterech chodzili wtedy. Przeważnie szli ulicą Targową do Cyryla. Mówili: „Jak poznasz Cyryla, to poznasz jego metody”.

W moim domu, na ścianie, na macie wisiały dwie maczety do ścinania trzciny cukrowej. Fajnie się prezentowały, ale pary razy zleciały na podłogę. Więc mama poprosiła, alby się ich pozbyć, bo maczeta spadając utnie komuś głowę. Wziąłem maczetę, owinąłem w „Trybunę Ludu” i tramwajem „szóstką” pojechałem na Bazar Różyckiego. Weszłem tyłem od ulicy Ząbkowskiej i odwinąłem maczetę z gazety. Miałem niefart, bo akurat walkę toczyło dwóch worychów (tak się wtedy nazywali hersztowie bandy). Chłopy chyba ze dwa metry każdy. Ubrani w modne wtedy białe, długie kożuchy. Otoczeni ciasnym wianuszkiem gapiów. Walka nie na żarty, ale na śmierć i życie. Nagle jeden z nich podleciał do mnie i spytał: „Po ile ta maczeta?” Nie zdążyłem odpowiedzieć, wsadził mi w dłoń chyba 50 zł i zaatakował tą maczetą przeciwnika. Co było dalej. nie wiem, bo natychmiast uciekłem. Zatrzymałem się dopiero przy ZOO. Potem dowiedziałem się, że milicja szukała tego, co sprzedał tę maczetę. A to ciekawe, czy odważyłby się ktoś nie sprzedać czegokolwiek temu hersztowi? „Należało uciekać, nie musiałeś mu jej sprzedawać” – mówili niektórzy. Tak, kurwa, nie musiałem. Mogłem odpowiedzieć „Nie, dziękuję, ona nie jest na sprzedaż, tak?”. Takiego (Wojtek w podirytowaniu pokazuje „gest Kozakiewicza”). Zajebali by mnie obaj tą maczetą. Mój teść był milicjantem – też raz się porządnie pobiliśmy. On to miał piękne opowieści z Pragi, ale już niestety nie żyje. Kiedyś opowiadał, że przykuł kajdankami do kaloryferów herszta na dołku na Cyryla i Metodego, a on wyrwał ten kaloryfer, wybiegł z komendy i razem z tym kaloryferem biegł Targową, zanim go nie złapali.

To był kiedyś budynek cerkwi, zakonnicy tam mieszkali, a zaraz po wojnie mieściło się tam NKWD. Na komendzie pracowała pani, która rejestrowała prawa jazdy na rower i sprzedawała w tym celu specjalne znaczki skarbowe. Któregoś razu przyszło do mojego domu wezwanie na komendę. Matka, przerażona, wzięła mnie za chabety i tam zaciągnęła. Okazało się, że sprzedająca znaczki pani brała przyjmowane pieniądze do kieszeni, zamiast zdawać je do kasy. Dobrze to pokazuje, jak działała cała praska policja. Przypomina mi się również historia, którą swego czasu żyli moi rówieśnicy na Pradze. Na Cyryla i Metodego zabrano naszego kolegę, bo wdał się w bijatykę. Przewieziono go suką i zaprowadzono do środka, a tam, na drzwiach, tkwiła wizytówka – „płk Dupek”. Chłopak wchodzi do środka, facet rzuca się na niego, krzyczy „Ty taki, owaki”. A kolega na to: „Tylko bez tykania, panie Dupek”. Kolega został naszym bohaterem.

Klasycznym tego dowodem może być olśniewająca kariera „Eleganta” w latach 70. Zaczynał od solidnych podstaw. Terminował w złodziejskim fachu. Był małym paserem jakiejś szajki małolatów. Siedział w pudle. Wreszcie osiadł na terytorium Bazaru Różyckiego. Talent handlowy niewątpliwy. Wspiął się bardzo szybko po stopniach Bazarowej kariery. Śmiałe pomysły, skuteczność dokonań. Wysokiej miary kunszt ubezpieczania się za pomocą korumpowania służb milicyjnych i skarbowych. Zasłynął jako monopolista od wywozu do NRD ogromnej liczny literatury porno, tak zwanych świerszczyków dla potrzeb wojska tam stacjonującego. Dowcipnie o tym mówił „Wyrównuję zaległości seksualne radzieckiego społeczeństwa. Dzięki mnie uczą się, że seks to sztuka i rafinada. Nie tylko bydlęce ruchanie w pozycji tradycyjnej!”.

Zatrudniał rzeszę przewoźników, zorganizował stały dopływ porno ze Szwecji. Zajmował się również masowym skupem dolarów na Węgrzech. Tam były znacznie tańsze niż w Polsce. Nie gardził lewizną, towarem z kradzieży. Inwestował w niektóre śmiałe skoki. Został po kilku latach kolejnym królem Bazaru z elekcyjnego wyboru. Interesy prowadził za fasadą skromnej budki z książkami. Miał pewien sentyment do drukowanego słowa i na zapleczu tej budki odbywały się transakcje pełne rozmachu i przebiegłości. Wysoki, śniady, w średnim wieku, nie stronił od wypitki i towarzystwa ładnych kobiet. Serce miał litościwe i wspomagał hojnie różnych nieudaczników. „Nie każdy może mieć fart” – powiadał.

Swoistym klubem, gdzie gwarzyliśmy w męskim gronie, był zakład fryzjerski na Ząbkowskiej. Pracował tam nasz przyjaciel Stefan, który był człowiekiem tolerancyjnym i ciekawym nowinek ze świata Bazaru. Wpadały tutaj na pogwarki rozmaite znaczące persony z praskiego matecznika, częstym gościem bywał monopolista dań gorących (flaki, pyzy) na Bazarze, mężczyzna o sinej twarzy, lewostronnie sparaliżowany po udarze mózgu. Stracił mowę i po latach odzyskał zdolność wypowiadania w miarę zrozumiale dwóch tylko przekleństw „Kurwa twoja mać!” oraz „Nie pierdol!”.

Agenci bezpieki działali na Bazarze non stop, choć nie było ich widać. To mógł być każdy. Na Bazarze gromadziły się wszystkie informacje – kto co planuje, gdy coś podłoży, kogo okradnie. Kurs obowiązywał taki, żeby tego nie niszczyć.

Na Bazarze i w okolicach przez dziesiątki lat trwała rzeczywistość przedwojenna. Pragi więc nikt nie ruszał, bo stała sama i stoi tak od sześćdziesięciu lat, odrapana z tynków. Po wojnie to właśnie tam meldowano wszystkich ludzi, którzy byli „uporczywie naganni”. Co więcej, ta architektura narzucała styl życia – jeśli żyjemy w slumsach, to zaczynamy się zachowywać jak ludzie z marginesu. Parę razy w mordę można dostać, ale można też żyć. Każdy wiedział, jakie miejsce zajmuje. Obowiązywała hierarchizacja – wiadomo, kto był silny, kogo trzeba unikać. Tam panowały reguły działania organizacji mafijnej i od czasu do czasu następowały próby przejęcia władzy, jak w każdym stadzie dzikich zwierząt.

Z czasem poznawałem lepiej konkurentów. Odnosiliśmy się do siebie kulturalnie, później po przyjacielsku. Doszło do tego, że organizowaliśmy zmieniane co jakiś czas miejsca spotkań w odległości ok. 1 km od Bazaru, dokąd codziennie – kto miał interes lub nadzieję – przyjeżdżał między 12:00 a 13:00. Wtajemniczonych zostało też kilka osób spoza bazarowych środowisk biznesowych. Te nasze giełdy pod chmurką to były niepodpadające, średnio zaludnione miejsca bez nazwy. Na Bazarze spotykaliśmy się przypadkowo, bo każdy tu przyjeżdżał, kiedy mu było wygodniej. Ludzie stąd nigdy się nie dowiedzieli, że współpracowaliśmy ze sobą. Z czasem wytworzyła się sytuacja, że kilku z nas miało bezpośredni zbyt za granicą. Rozumieliśmy się bez wyjaśnień, że zapowiedź typu „w poniedziałek będę potrzebował ptaki” oznaczała, że będzie wyjeżdżał kurier i w tym dniu będzie można oznajmiającemu sprzedać ruble po najwyżej cenie po prostu dlatego, że nie będzie on ponosił kosztu zamrożenia kapitału. Można też było w razie potrzeby dać mu przykładowe ruble na króciutki kredyt, co jeszcze powiększało wydajność przerzutu. W ten sposób każdy z nas się napychał towarem według zdolności, a jeden bez porozumienia z resztą organizował wentyl. Rzecz jasna zbyteczne było przeliczanie plików banknotów, tak zresztą jak przy zakupach. Między nimi po prostu przekazywało się reklamówkę z deklarowaną zawartością. U dostawców zdarzały się rzadko pewne nieścisłości w większości przypadków na minus, co dopiero ujawniało się przy sortowaniu. To ostatnie wykonywałem w najętym mieszkaniu, gdzie też trzymałem towar. W domu mogłem mieć co najwyżej złotówki i dolary, na które przecież miałem pokrycie z wypłat z konta. Dolary na koncie prawie nie pochodziły z rozliczeń przemytniczych, ale z przewalutowań „dzików”. Te z kolei to były waluty posiadające wymienialność w Pewexie na bony.

Jak wspomniałem, głównie sztuka polegała na tym, aby zebrać jak najwięcej walut socjalistycznych. Technologię miałem taką. Wchodziłem na Bazar ze złotówkami i dolarami. Sprzedawałem dolary a potem lub w międzyczasie ustalałem, gdzie leży odłożony dla mnie towar, odliczałem należność za towar, płaciłem, lecz go nie oglądałem ani nie odbierałem. Teraz miałem czas na rekonesans, umawianie się na grubsze transakcje na mieście lub po domach, rozmowy towarzyskie, spotkania, w tym nie planowane, wypicie dobrego drinka do kanapki, o ile były czyjeś imieniny i sprawdzanie, czy może gdzieś czegoś przybyło. Umawiałem się w pobliżu po towar, który na Bazarze nie leżał. Swoje zajęcie nazywałem przemysłem spacerowym. Na Bazar mówiliśmy „biuro”.

Zatrzymywałem się przed placówkami benklarzy, aby podziwiać ich kunszt. Tak się składało, że kierowników znałem, przybijałem z nimi piątkę. Benklarze wiedzieli, ze nie należy mnie namawiać ani odganiać, co należało do ich zwyczajów w stosunku do osób zatrzymujących się. Kiedy dalszy spacer uznałem za stratę czasu, zgarniałem wszystkie już zapłacone paczki plus ewentualnie te, na które mi nie starczyło w danym dniu gotówki. I odjeżdżałem. Tak dwa razy dziennie. Czasem dla obopólnej wygody sprzedawałem dolary, których nie było. Gdy zabrakło mi dolarów a potrzebowałem sprzedać więcej, to brałem zapłatę dziś, a dolary wręczałem jutro. W moim bazarowym środowisku kredytowanie nie było praktykowane, natomiast panowała niezmierna życzliwość i solidarność, przez co oszczędzanie drugiemu czasu – aby nie musiał jechać specjalnie po pieniądze, które i tak wiadomo, że ma – było powszechne.

Ludzie z okolic Bazaru to nigdy nie byli intelektualiści. Jedyna ideologia, jaka tam panowała, to ideologia przyrody. Przetrwa silniejszy, bystrzejszy. Na Pradze znajdowała zastosowanie podstawowa zasada miejskiego survivalu – nie patrzeć w oczy. Żeby to wszystko zrozumieć, trzeba cofnąć się o sto lat. Rejon Szmulek był od zawsze warszawską enklawą przestępczości. Tam stały rogatki – policja dalej nie miała swojej jurysdykcji. Państwo w państwie, tam się wszystkie szumowiny zbierały w jednym miejscu i to było dobre. Z tych samych przyczyn mógł istnieć Bazar – wiadomo, że jak się chce kogoś ścigać, to się idzie na Bazar. To stało się wygodne. Bardzo dużo ludzi spoza Bazaru czerpało z niego korzyści, łącznie z milicją. Dopóki ktoś kogoś nie dźgnął nożem, wszystko było okej.

Za oknem świta, siąpi deszcz.

W melinie życie jak co dnia zajadle wre.

Ferajna śpiąca, zwykły kac, grypsem rozmowa.

Butelki puste, gęsty dym i pić się chce.

 

Antek pochlastał się, a Ziutek w słoik leje,

Na łóżku tłok, na szybach lepka mgła,

Karty znaczone są, w git wzorki jak złodzieje.

Węgle w piecyku syczą i zdarta płyta gra.

 

Dziwkę ktoś spienił – sypie bluzgi jak konfetti,

Do czapki zrzutka i cieć na metę rwie,

I znów balanga, gra muzyka i krew leci,

I gruby Franek czarną Mańkę w kiblu rżnie.

Żule gest mają, szyk szemrany, wdzięk luzaków,

Fantazję, bajer, szarm i zagraniczny but.

Frajerski styl jest gites dla chamów i prostaków,

A charakterny złodziej nie lubi drętwych mów.

 

A kto mi w drogę wejdzie lub mi na odcisk stanie,

To go na łeb nadziewam albo go kosą w pysk.

Bo mam złodziejskie życie, krwią w gwiazdach zapisane,

I chcę go czuć pod sercem, tak jak nie poczuł nikt.

 

Kocham złodziejski fach, tak czule jak kobiety,

Ten błogi dreszcz i łom, wytrychów słodki zgrzyt,

Noc zimna, gwiazdy mdłe i klawisz księżyc świeci,

I lubię dla kurażu pociągnąć wódki łyk.

 

Bo życie twarde mam, pośród złodziejskiej braci,

Knajacki świat nie cierpi podrasowanych prawd,

Za fałsz, obłudę, zdradę, nabojka kosą płaci,

A wczasy mam w więzieniu za kilka grubych spraw.

 

Wolę żyć krótko, ale mocno i z fasonem,

Pić koniak, wódkę i zakanszać baleronem.

Mieć po dwie dziwki naraz w łóżku i cygara,

Do tego szampan, kawior, łosoś i gitara.

– Niedługo potem jak wyciągnęli z ubikacji na podwórku nieboszczyka, a Flankowa tak pobiła swego syna, że zmarł, Irka zaprosiła na imieniny lokatorów z tego domu. Trzy dni nie było widać Irki na podwórku i okazało się, że leży nieboszczka Irka w mieszkaniu, obok jej dziecko z watą w krtani i pies – wilk w nogach. No, przecież gdyby ich zabił ktoś nie z tego domu, to wilk by szczekał. A nie zawarczał nawet. I co teraz jest? Z tego wszystkiego zwariował mąż Hanki. Mówią, że wiedział, kto zabił Irkę. Zerwał się w nocy i poleciał. Ci, co sprzedają wódkę w bramie, mówią, że skręcił w Ząbkowską. Miał na sobie szarą marynarkę w supełki, buty brązowe, wykrzywione...– Pani zaznaczy, że silny mężczyzna z głową krzywą na prawą stronę – prosi teść Kowalskiej.– Kiedy znaleźli trupa pod siódmym – mówi dalej Kowalska – mówimy do Hanki, jego żony: leć, może to twój mąż. A ona na to: jak mój mąż, to po co mam lecieć? Ale to nie był on. Trup w piwnicy pod trzynastym też nie był do niego podobny. Do dziś męża Hanki nie znaleźli, a Hankę właśnie wyprowadzili do radiowozu.– Ja po dziesiątej wieczór w ogóle po Brzeskiej nie chodzę – wtrąca teść Kowalskiej.– Bo teść jest bojący – chichocze Kowalska.Ile było na Brzeskiej morderstw i samobójstw, nie udało się ustalić. To wie tylko milicja.Trudno też doliczyć się melin, ponieważ są różne formy sprzedaży. W melinie właściwej wódka stoi w dzbanku koło zlewu. Pół litra – 120 złotych. Można też kupić setkę i do tego chleb z cebulką. Bardzo smaczne. Są również ruchome punkty sprzedaży, najczęściej w bramach, prowadzone przez przedsiębiorców z innych części miasta. Punkt czynny jest od dwudziestej trzeciej do świtu. Meliny świadczą usługi dla miejscowej ludności oraz całej Warszawy.

Nasza wielka kamienica

Okaz to prawdziwy.

W niej się dzieją dniem i nocą

Nie do wiary dziwy.

W naszej kamienicy

Schody trzeszczą pod stopami,

W naszej kamienicy

Ktoś się znowu zalał łzami.

W naszej kamienicy

Ktoś potrącił kogoś w bramie,

A z drugiego piętra płynie śpiew:

„Niech mu gwiazda pomyślności…”

Śpiewa chór szemranych gości.

W oknach sąsiadek ciekawych rząd:

„Pani słyszała? tego spod czwartego

Podobno milicja zabrała.”

Pod dziewiątym, na parterze,

Skrzypce ktoś piłuje.

Płoche dziewczę już od mroku

W bramie się marnuje.

Pod dwudziestym od godziny

Ktoś Niemena męczy,

Sąsiad mój za ścianą

Z bólu zęba strasznie jęczy.

Kamienica drży w posadach,

Znów ktoś ścianę kuje.

A z podwórka słychać znany krzyk:

„Szmaty kupuję – stare szmaty,

Garnki lutuję – kupuję graty!”

Chłopaków z Mokrej harmonia łka,

Orkiestra z Chmielnej tu dzisiaj gra.

Rzucajcie, panie, ile kto ma!

„Panie kierowniku, dla tej pani w papilotach »Mańkę z Towarowej«!”

„Szmaty kupuję – stare szmaty,

Garnki lutuję – kupuję graty!”

Nasza wielka kamienica… itd.

Ojciec Zenka pił i nie pracował. Zajmował się głównie psem. Całe dnie stał z nim w bramie na Brzeskiej.

– Ja mogę nie zjeść, ale pies musi mieć – mawiał. W Wielką Sobotę przyszedł do domu i powiedział do żony:

– Wiesz co? Ja się chyba powieszę.

– A wieszaj się! – żona na to.

Więc się powiesił. Żona oglądała telewizję. Zorientowała się dopiero po programie. Wisiał na klamce w tym samym pokoju – jeden tylko mieli. Dwa miesiące później umarła. Teraz Zenek opiekuje się psem i pies w dalszym ciągu dobrze się miewa.

– Bo tu na Brzeskiej każdy grzeszy – wyjaśnia mi Kowalska. – Wypruje pani serce, położy – każdy nadepnie.

Więc, żeby nie było wiadomo, że to ona właśnie opowiada mi o swojej kamienicy, żeby jej się nic złego nie przytrafiło, zrobimy tak: ona mi powie inteligentnie, a ja sobie rozwinę. I mówi.

Na Bazarze i w jego okolicach kwitła prostytucja. Nieraz słyszałem od kolegów, że o, ta dziewczyna z naprzeciwka, to sami wiecie. Były i takie, że stały same na Bazarze, ale lepsze panienki miały tu tylko swoich przedstawicieli, alfonsów, którzy podprowadzali im klientów, bo same czekały w mieszkaniach nieopodal, na Brzeskiej. Ale już wieczorową porą, po zamknięciu Bazaru, praktycznie w każdej bramie stała dziewczyna i proponowała swoje usługi wprost – nieraz mi się tak zdarzyło. Wielokrotnie tamtędy przechodziłem i nieustannie składały mi oferty. Taka z góry określała cenę, co zrobi i za ile. W całej Polsce mówiło się, że na Bazarze można było wszystko dostać. To dotyczyło także dziewczyn, żadna w tym była tajemnica – wystarczyło, że zapytał pan dowolnego z właścicieli straganów, gdzie można „dziewczynkę” znaleźć, a ten od razu bez wahania kierował pana do właściwego człowieka. To był specyficzny, ciemny świat.

W latach 70. w Polsce Ludowej dużo się balowało. Kiedy przychodził moment wychodzenia nad ranem z przyjęcia, prywatki albo z lokalu, a człowiek miał jeszcze ochotę coś wypić – a jeszcze bardziej coś zjeść – to należało pojechać w okolice Bazaru Różyckiego. Tam, nawet o 4 rano, czekały panie w chustach i miały w garnkach pozawijane schabowe, a przede wszystkim gorące pyzy. I oczywiście wódeczkę. To był sposób na zakończenie zabawy, zakończenie wieczoru. To było genialne! Pyzy z mięsem – nic nie może oddać tego smaku! Bo taki podpity młodzian posiada nieposkromiony apetyt i naprawdę wtedy wszystko smakuje. Jedzenie znajdowało się w wiadrach, zakutane w koce izolujące od chłodu. Sprzedające je panie w wieku nieokreślonym wyglądały jak matrioszki okryte chustami. Chusty przypominały koce w kratę. Rustykalny charakter miał sposób, w jaki one zawijały się w chusty, tworząc z nich zawoje. Chodziło o to, żeby nie marznąć. Te kobiety stanowiły absolutnie uosobienie tego miejsca. Takiego właśnie jeszcze międzywojennego. Bo istotę zakończenia wieczoru stanowiło nie tylko smaczne jedzenie, ale ten klimat warszawskości, trochę podziemia gospodarczego, trochę szemranego półświatka.

Nieraz po pracy, jak się z nocki schodziło, a sklepy jeszcze stały pozamykane to się szło na Bazar. Tam do flaków od razu wódeczka się znalazła, popitka i co kto chciał. W lecie zawsze schłodzone. Profeska. Jak się wypiło po kieliszku, grajki podchodzili, pytali się czy mogą zagrać i zaczynali. Niektórzy, jak popili, to od razu tańczyli. Wesoło. Jak handlowałem butami, a Bazar już zostawał zamknięty, my urzędowaliśmy. Na tych stołach, co sprzedawali mięso, robiliśmy wódeczkę. Nikt nas tam nie wypędzał. W tamtym czasie jak człowiek chciał poimprezować, jechał na Pragę.

Gdy przyjechali do mnie przyjaciele z Londynu, to zaraz po opuszczeniu samolotu chcieli iść na Bazar. I jak ich tam wziąłem, to nie mogli się przestać dziwić, jak u licha można piwo podawać w taki sposób. W końcu dorastali w Londynie, wśród tamtejszych pubów. Również sposób handlu był dla nich całkowicie egzotyczny – te krzyczące baby z naręczami rzeczy, stragany z najdziwniejszymi towarami, wrzask targujących się ludzi, kobiety roznoszące pyzy…

W barach konsumpcja była do setki obowiązkowa, czy to golonka, czy śledź. W takich miejscach stały ze dwa-trzy stoliki, reszta jadła na stojaka, przy szynkwasie. Klient musiał zjeść cokolwiek, aby tylko można się było napić. Nie podawano tu kulinarnej egzotyki, jadło się podstawowe dania, takie jak bigos. I to było smaczne… ale na dobrą sprawę, co można spieprzyć w bigosie?

Miejscem stałego pobytu właścicieli straganów na Bazarze była Brzeska. Tam każda brama wieczorową porą przeistaczała się w metę, o każdej porze dnia i nocy można było kupić tu alkohol – to co w sklepach, ale drożej. Oprócz tego funkcjonowały tam ze cztery bary. Najlepiej pamiętam ten od strony Brzeskiej, naprzeciwko wejścia na Bazar, gdzie znajdowała się nieduża zatoka. W niej mieściła się wozownia, kowal, ale również właśnie bar. Zamawiał pan grzane piwo, a oni nalewali chochlą z wielkiego gara stojącego na palniku, do którego cały czas dosypywali korzenie. A gdy chciało się piwo zimne, to lali z beczki, pompując ogromną wajchą, tak że zawsze w kuflu więcej było piany jak piwa.

Dyżurka lekarzy pogotowia to była klitka z oknem wychodzącym na ulicę Brzeską. Po drugiej stronie, trochę po skosie, w kierunku ulicy Ząbkowskiej, vis à vis szpitala znajdowało się zaplecze Bazaru. Latem – gorąca noc, otwarte okno, mam dyżur o 2-3 w nocy. Wiem ile w hurcie kosztują ziemniaki albo kalafiory, bo tu dobijano targu na ulicy, prawie przed szpitalem. Co prawda obowiązywał tam zakaz zatrzymywania się wszelkiego rodzaju wozów, ale kto go tam przestrzegał. Przyjeżdżali tu producenci wszelkiego rodzaju dóbr spod Warszawy i przywozili swoje płody rolne. To była specyfika tej ulicy. Jej mieszkańcy to – jakby powiedzieć, żeby nikogo nie obrażać – lumpenproletariat zmieszany z półświatkiem przestępczym. Jak środowisko półświatka, to muszą być i panienki. Ja powiem szczerze, że podchodziłem i podchodzę nadal do każdego zawodu z szacunkiem. Jak to ludzie, czasem potrzebowali pomocy i jak coś się przydarzyło, to gdzie pójść? No to wiadomo, do szpitala. One nas znały. Personel szpitala był stały. I muszę powiedzieć, nie doznawaliśmy żadnej konfuzji i szkody na ciele i umyśle ze strony okolicznych mieszkańców, mimo że byliśmy obcy. Oni wiedzieli, że tam znajdą pomoc i opiekę, dlatego traktowali nas poprawnie. Pielęgniarki – młode dziewczyny, wychodzące wieczorem, o 10 ze zmiany popołudniowej, nigdy nie doznały zaczepki fizycznej. Mógł być jakiś komplement „Te, cizia, jak ty wyglądasz”. Był jeden kolega, który trochę się wywyższał i jak szliśmy do pracy, to te panienki mówiły „Dzień dobry, doktorku”. A on nigdy nie odpowiadał na to, więc padło pytanie „Dlaczego nic nie mówisz?”. No, przepraszam, użyję tu słów, jakich użył, „Kurwom się kłaniał nie będę”. No, ale tak drugi, trzeci raz. Aż tu patrzymy, kolega przychodzi w ciemnych okularach. „Co ci się stało?” – pytamy. A tu okazało się, że jeden z opiekunów tychże pań dał lekcję savoir vivre’u panu doktorowi i powiedział: „Co, kobiet nie szanujesz?”. Od tej pory kolega pierwszy mówił panienkom „dzień dobry”.

Przy Brzeskiej funkcjonował szpital kolejowy, ciało obce w tej okolicy. Mający chwilę wytchnienia lekarze i pielęgniarki stawali w oknach, chłonąc w najwyższym napięciu akcję dramatów i komedii rozgrywających się na ulicy, w bramach i mieszkaniach. Więc teatr uliczny? Brzeska jest stałą sceną musicalu, gdzie tańczy się, śpiewa, wygłasza efektowne kwestie i gdzie nieustannie leje się krew, przeważnie prawdziwa.

„Bar pod 3” na Ząbkowskiej stanowił integralną część Różyca. Tu rozgrywały się poufne przetargi, decydujące rozmowy, umowy, targi, wymiany… W beztlenowej atmosferze, oparach podłego piwa, parujących golonek, smrodu przepoconych kożuchów i fufajek, w rytm donoszonych ciągle „setek” czystej z czerwoną kartką powstawały i upadały fortuny bazarowych bonzów i drobnych cwaniaczków.

Dzień w dzień wnętrze „Baru po 3” wypełniało się postaciami mogącymi być natchnieniem dla Boscha. Mętny wzrok, czerwone, nalane twarze, zgrubiałe, przepocone dłonie ściskające rulony banknotów spięte gumka recepturką, podniesione głosy, próbujące przebić się przez wszechogarniający rejwach, smród tanich papierosów i ciągłe trzaskanie otwieranych i zamykanych drzwi na malutki moment wpuszczające do środka haust świeżego powietrza, które zderzało się w progu ze ścianą gęstego dymu i kwaśnego smrodu.

Tak wyglądała bazarowa kancelaria, giełda, szulernia, pasernia i jadłodajnia z kelnerami poruszającymi się między obskurnymi stolikami jak zła duchy. „Goloneczka dla szanownego Pana”, „…jeszcze trzy setki, Pani Zosiu…” i ten nieodłączny ruch brudną szmatą strącający okruchy z zaplamionego, niegdyś białego obrusa…

Trzeba było pożyć na Bazarze, żeby to można dobrze zrozumieć.

Przy komisie skręcało się w lewo, a tam stały jatki, na hakach wisiały świnie, baranie udźce, konina; sprzedawano żywe kaczki, koguty, zające, króliki.

Ludzie wstawiali tam eleganckie rzeczy. Wejść sobie do komisu, oderwać się od tego chaosu, bajzlu, bazarowego zgiełku, to było naprawdę coś. Pogapić się, pomarzyć, żeby sobie narty kupić…

Kochałem przychodzić na Bazar – patrzeć na kipiące życie. Tłum ludzi. Nie można przejść. Jak wychodziło się od Targowej, to najpierw stały „naręczniaki”, potem komis, największy w Polsce, czego tam było? Drogie futra, radia, kolorowe marynarki, zagraniczne długopisy.

„Rybacka” robiła w tamtych latach zdecydowaną karierę, to tam zaglądali aktorzy z Teatru Powszechnego. Chodzili tam, bo w ukryciu mogli wypić swoją słuszną dawkę.

Kolację można było jeść codziennie w innym miejscu. „Limba” to jedna restauracja, druga „Portowa” od strony Wisły, potem „Rybacka”.

Od 6 rano do 19 – praca. Po trzynaście godzin się stało. Nawet zimą. Panie jedzonko nosiły w garnkach. Na kolację chodziło się do restauracji „Pod strzechą”, do „Wisełki” albo do „Baru pod 3".

Wspieraliśmy się nawzajem. To było miejsce-państwo. Inny świat. Powiedziałabym, taki kawałek wszystkiego: Nowego Jorku, Paryża, afrykańskiego targu, plebsu z ubłoconymi nogami i muzealnych wystaw. Tam się cały czas coś działo.

Każdy urządzał tutaj urodziny, imieniny czy inne rocznice. Ja też. Zapraszało się Kapelę Czerniakowską, wszyscy tańczyliśmy i piliśmy, i bawiliśmy się. Byliśmy jak rodzina, mimo ciężkiej pracy.

Mało tego! Tam jeden drugiego pilnował. Nikt sobie nawzajem nie kradł. Jak ktoś znalazł nie swoje, to chodził i pytał po znajomych, który to zgubił. Obowiązywały zasady i kultura. Panowała rodzinna atmosfera. Całe alejki tworzyły wspólne klany. Świętowało się imieniny, pępkowe, urodziny i każdą możliwą uroczystość. A jak ktoś wyprawiał wesele, to nie było możliwości, żeby nie zaprosił bazarowych znajomych. Dobry interes robiły kwiaciarki na Brzeskiej, bo co chwilę opijało się czyjeś imieniny. A na Krystyny i Bożeny, to już w ogóle cały Bazar imprezował.

Dobrze było znać ludzi z Pragi, by mieć plecy w razie co, bo w grupie nigdy nie zginiesz. W tamtych czasach ludzie byli ze sobą zintegrowani.

Na Brzeskiej stoi 21 domów. Większość wybudowali żydowscy kamienicznicy. Mieszkali tu polscy i żydowscy kupcy, rzemieślnicy, dorożkarze, kolejarze i robotnicy – towarzystwo niezbyt wytworne, ale zacne.

Nieopodal wejścia od Ząbkowskiej stał niewielki pawilon. Po jego jednej stronie tkwiły jatki, po drugiej, pod murem, „galeria” malarstwa naiwnego – głównie sceny myśliwskie i tematyka religijna, wszystko autorstwa malarzy amatorów. Wisiały tam przeważnie wariacje nt. "postrzelony wilk", "pędzący jeleń". Tak, to właśnie stamtąd pochodziły te przysłowiowe jelenie na rykowisku. Mieli tam nawet jelenie wytłaczane w papierze. Sprzedawano obrazy w bogatych ramach, monidła i kicze – coś strasznego. Chodziliśmy tam jako dzieci patrzeć, jak nie można malować. Ja byłem malarzem niemalże od dziecka, rysowałem, nim zacząłem chodzić, ale nawet moi koledzy widzieli, że to było absurdalne. Ale ludzie przyjeżdżali z prowincji i kupowali sobie takie obrazy w bogatej ramie.

Następna aleja: tam można było dostać kształtki hydrauliczne, ubrania robocze, rajstopy, narzędzia, co kto chciał. Potem skręcało się znowu w aleję kwiatów. Dalej była smażalnia ryb: łososie, śledzie, węgorz wędzony, krewetki, kawior czarny, czerwony. Wszystko i kawior i flaki i pyzy.

Przychodziłem na Bazar przeglądać to, co wystawiali bukiniści. Mieli wszystkie trudno dostępne wydawnictwa, np. pięknie wydane albumy, chociażby o Ermitażu i innych galeriach świata. Z drugiej strony leżały też zachodnie świerszczyki, mocno przechodzone. Leżało muzyczne pisemko „Bravo” dla dzieci. Mieli wszystkie możliwe wydawnictwa z serii Tygrysa. Bukiniści ochoczo przyjmowali wszelkie zamówienia, wiedząc, że jak nie następnego dnia, to po tygodniu, ale będą mieli, czego ludzie chcą.

Raz mi się trafiło kupić wydanie „Morza” z 1923 roku. Miałem wszystkie roczniki powojenne, a wiedziałem, że pismo ukazywało się na długo przed wojną, parę przedwojennych roczników też miałem. I udało mi się kupić za psie pieniądze. Tanio dostałem też parę bardzo starych egzemplarzy tygodnika „Mucha”, ludzie się tym nie interesowali. O, gdybym miał to dzisiaj, to byłoby to sporo warte, ale gdzieś pożyczyłem i nie wróciło.

Lewa odnoga z wejściem od Ząbkowskiej miała charakter bardziej złodziejski i rzadko się tam pojawiałem. W głównej alei biegnącej od Targowej było jeszcze ciaśniej, jak gdzie indziej. Stali tam ludzie z interesującymi rzeczami np. sprzedawcy zegarków. Czasami grała, chodząc, orkiestra Cyganów. Głównie kupcy dawali im datki. Moje zakupy na Bazarze jednakże nie były obfite. Czasem kupiłem jakiś ciuch. Stale kupowałem Pliskę, pięciogwiazdkową Zareę, biały ser, wołowinę, mieszankę wedlowską składającą się z samych „bajecznych” i „pierrotów”. Przyjeżdżało dwóch ludzi z Sopotu z walizkami pełnymi wędzonych węgorzy i łososi. Zostałem ich stałym klientem. Wytłumaczyłem im, że powinni mi przy okazji przywozić marki, bo orientowałem się, że na Wybrzeżu były najtańsze a na Śląsku najdroższe. Spodobał im się pomysł. Rozkręcili się, przywozili za każdym razem więcej. Ja „wschód” gromadziłem przeważnie przez cały rok, aby sprzedać wszystko na Święta, bo wtedy cena obowiązywała najwyższa.

A.K.: Gdzie dają prawdziwe warszawskie pyzy?

H.S.: Na Różycu. Takie, jak sama robię, to są dla mnie prawdziwe warszawskie pyzy.

A.K.: A jak je Pani robi?

H.S.: Robię tak. Bieram kartofle, ze dwa kilo, jak na cztery osoby, potem gotuję i część mielę przez maszynkę. Do starych dodaję całe kartoflei rękami, broń Boże łyżką, wyrabiam. Na samym końcu dodaję ćwierć kilo mąki. Musi być ziemniaczana, bo inaczej pyzygumowy smak mają. Potem ciasto trzeba znowu wyrobić.

A.K.: Ale pyzy są okrągłe…

H.S.: A bo w rękach ciasto na okrągłe kulki kręcę. Dokładnie, żeby grudek nie było, bo pyzy z grudkami to rzecz najgorsza. Wrzucam je na gotującą, osoloną wodę, a jak gotowe, to okrasę dodaję – cebulkę czy słoninę. I tyle. Gotuję w domu, a pyzy przynoszę na Bazar, bo blisko tu mieszkam. Stoję już od 7. rano.

A.K.: Klienci ci sami, czy się zmieniają?

H.S.: Raczej ci sami, choć nowych też przybywa. Przychodzi do mnie taki klient i za jednym przysiadem 15 pyzów zjada. To taka porcja w sam raz. Mam też słoiczki, jak ktoś chce do domu zabrać moje pyzy.

A.K.: Gdzie się Pani nuczyła pyzy robić?

H.S.: Na Różycu. Mama handlowała nimi, kiedy byłam mała. A ja sama robię je tutaj już od 35 lat.

Łaknącego nakarmić,

Pragnącego napoić,

Milicja – nie żandarmi,

Nie ma czego się boić…

Byle równo fasować:

Dobra waga i miara,

To i będzie smakować –

Już się mama postara.

Pyzy! Pyzy! Prosto z garka!

Te gorące! Te na skwarkach!

Dyche porcja! Cały słoik!

Lizać palce, ludzie moi!

Łaknącego nakarmić,

Pragnącego napoić,

Milicja – nie żandarmi,

Nie ma czego się boić…

W poniedziałek ten pości,

Kto się władzy przymila,

Kto chce krzepę mieć w kościach,

Je golonkę i tyla!

Pyzy! Pyzy! Goloneczka!

Lizać palce! Miód w usteczkach!

Brać te reszte – tak jak leci,

Bo zabraknie, moje dzieci!

Jak przyszedł dziesiąty, to wszyscy mężczyźni umawiali się i chodzili na Bazar, żeby tam coś zjeść i popić wódeczki. No więc gorące pyzy, śledź z setką wódki, „lorneta i meduza”, czyli dwie setki i galaretka z octem. Te pyzy sprzedawali w słoikach. Nie na talerzach, tylko w słoikach, pięć czy cztery pyzy i do tego dawali widelczyk. Oczywiście widelczyk należało oddać, bo nie było jednorazowych. Te panie wyglądały jak kwoki. Siadały na takich taboretach i miały wielkie gary przed sobą poprzykrywane chustkami i krzyczały: „Pyzy, gorące pyzy!”.

Pewnego razu, pracując jako pomocnik murarza na dachu budynku w Legionowie, zauważyłem bardzo dużo zwykłych słoików po dżemie. Pomyślałem wówczas, że skoro tyle handlarek pracuje na Bazarze Różyckiego i dobrze z tego żyje, to i ja wezmę się za handel pyzami i flakami. W ciągu kilku następnych dni zwiozłem słoiki do piwnicy. Kiedy je z grubsza umyłem, odwiedziłem moje starsze koleżanki. Pytałem, czy mi pomogą w moim nowym interesie. Zgodziły się pod warunkiem, że przed każdym pójściem na Bazar postawię im butelkę „alpagi”. Wtedy poszedłem do matki i opowiedziałem jej o moich planach. Poprosiłem, żeby rano wstała i ugotowała pyzy i flaki.

Któregoś dnia matka wszystko przyszykowała i tak oto ruszył mój pierwszy biznes. Brała w nim udział matka i kilka znajomych kobiet, ale kierowałem tym wszystkim ja. W taki sposób z zabiedzonego, suchego zdechlaka wyrósł szef własnego interesu. Mieliśmy na początku kłopoty z handlarkami, ale w końcu nas zaakceptowano i szło nam nieźle. Zarabiałem na tym kramie dużo więcej niż jako pomocnik murarza.

Sąsiadki gotowały flaki w suterenie na Brzeskiej. Maroniowa przywoziła z rzeźni dwieście kilo flaków z fekaliami, płukała w zlewie, ściągała błony i gotowała od osiemnastej do trzeciej rano na wolnym ogniu. Potem wystawiała flaki na klatkę schodową, żeby odparowały, siekała i doprawiała margaryną z zasmażką z mąki. Zdarzało się, że nie sprzedane flaki puchły. Wtedy Maroniowa gotowała je kilka razy i niosła na Bazar. Takich flaków nigdy znajomym nie dała. „Dziś flaki nie dla nas”, mówiła.

Moja ciotka na Brzeskiej pod dwudziestym gotowała flaki. Mieszkali na parterze, gary z flakami nastawione mieli na okrągło i wuj stale kursował z bańkami i donosił tym, którzy je na Bazarze sprzedawali. W pewnym momencie, tak w 75-77 roku, to nastąpił problem z flakami, nigdzie nie można było ich kupić, a jak już się je dostało, to na ogół kradzione z zakładów mięsnych z Żerania. Kradli je w nocy całymi samochodami, nad ranem tu przywozili i ludzie je kitrali po komórkach, w jakieś lodówki, chłodnie, co kto miał. I jak milicja robiła od czasu do czasu nalot, to te flaki zabierała. Więc jak ktoś już je miał, to nie chciał ich oddawać i stąd spółki – jak mojej ciotki z żoną majora komendy stołecznej. On miał dojścia, układy i dzięki niemu tych flaków jej nie zabierali. Jego żona handlowała nimi na Bazarze, ciotka gotowała, a wuj je stale donosił. To szło taśmowo. Całą noc i cały dzień. Krótka przerwa była tak między 23 a 2 nad ranem.

Pyzy to raczej nie był problem, bo kartofle zawsze są, i mąka, i słonina. Jeżeli ktoś handlował pyzami, to cała rodzina brała w tym udział. Jedna osoba handlowała, a cała rodzina przy tym robiła. Funkcjonowały tak zwane mety w pobliżu Bazaru, typu ulica Ząbkowska, Brzeska, że tam się wynajmowało u kogoś mieszkanie i oni gotowali wszystko.

Ale Bazar to miał i inne krajobrazy. To także – czesane metalową szczotką przez sprzedawczynie modne berety ze zwykłej wełny imitującej prawdziwy moher. Były bajecznie kolorowe, wypchane gazetami i poukładane równo w budach, tak że tworzyły rzędy.

Bazar to miejsce, gdzie chodziło się i po garnitur ślubny, zupełnie jak zachodni, markowy i po suknię ślubną lub komunijną, tańszą niż w sklepie, a wyglądającą prawie tak samo.

Widziałem na Bazarze kurtkę amerykańską, jaką nosił Michael Jackson – czerwoną z żółtymi, skórzanymi rękawami. Kosztowała bajońską sumę! Mój kolega dostał taką od cioci z Ameryki.

Wchodziły w modę – Wranglery. Dużo pieniążków się za to płaciło. Zresztą za każdą modę dużo się płaci. Jak człowiek jest jeszcze młody, to zawsze chce się modnie ubrać. A to były złote lata siedemdziesiąte. I z Prus i z Rus tu po towar przyjeżdżali.

Pierwsze to noszono piramidy, takie bardzo szerokie. Ja miałam Levi Straussy, oryginalne, z ręki można je było kupić. Rajfle, Superrajfle, Parysy. A jeans generalnie pochodził z Turcji. Parysy były dopasowane i kieszenie miały cięte, a doły szerokie.

Bazar miał klimat ni to wiejskiego targowiska, ni to ekskluzywnego sklepu. Bazar to rzeczy szyte u nas i tu sprzedawane, z materiałów z odrzutów z Mody Polskiej, niby lepsze niż nasze. Tu kupowało się rzeczy modne: spodnie dzwony, potem szwedy.

Ludzie z dobrą kasą nie załatwiali spraw na Bazarze. Bazar to była firma, dla takich, co to dla nich za wysokie progi w klubie jazzowym na Mazowieckiej.

Tam ubraliśmy się do ślubu. Ja sobie garnitur kupiłem z krempliny, żona sukienkę i wszystkie dodatki. Po ubrania na komunię dla dzieci to tam się szło. Zawsze tam. Dla wyższych sfer funkcjonował Bazar w Rembertowie, tam jeździła cała Jabłonna, wszyscy badylarze, ci co mieli wyższe dochody i aspiracje. Natomiast Różycki miał rzeczy dla ludzi o najniższych dochodach i dla średniej klasy.

To był marcowy, chłodny, lecz bardzo słoneczny dzień. Spacerując pomiędzy straganami, doszłam do miejsca, gdzie rozłożyły się panie, które sprzedawały towary z paczek zagranicznych. Moją uwagę przyciągnęła biała bluzeczka, która w słońcu srebrzyście się perliła. Podeszłam i wzięłam to cudeńko do ręki. Bluzka miała bardzo śliską fakturę, prześlizgiwała się miedzy palcami i ten nieznany mi zapach – pachniała innym światem. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że to mógł być zapach proszku. W latach 70. w naszym kraju sprzedawano tylko Pollenę Rex, Ixi, Cypiska i płatki mydlane zupełnie pozbawione zapachu. Nie zapamiętałam wzoru bluzki, ale ten zapach pamiętam do dziś. Prowadził moją wyobraźnie w obce, nieznane, intrygujące innością miejsca na świecie, do którego nie miałam dostępu.

Kwitła swojska moda. Nosiło się czarne buty, wysokie, getry, sznurowane. Na szczupłych nogach wyglądało to bardzo dobrze. I poza tym mini. Do tych butów to bardzo pasowało. I jeszcze plastikowe kurtki. Te kurtki i bluzki sprzedawano w bardzo jaskrawych kolorach. Ja to sobie dopiero później uświadomiłam, że to były rażące kolory, na przykład jaskrawy żółty – taki, jak teraz na kamizelkach noszą robotnicy.

Z koleżankami chodziłam na Bazar po pocztówki dźwiękowe. Pocztówka kosztowała tyle, ile ciastko – dwa złote. Była różnica między polską i zagraniczną. Zagraniczne były droższe, ale różnica groszowa. Budek z płytami było sześć co najmniej. Jedna stała oddzielnie i tam grał adapter. Na kopercie napisany tkwił angielski napis – tytuł piosenki w wersji fonetycznej i często kupowało się w ciemno.

Świetny towar – wszystko gra,

tylko kasa ciut nie ta,

a wokoło na bazarze jest… wesoło…

świetny towar – wszystko gra,

no i ktoś kasety ma

i przegrywa śmieszny szlagier ciągle w koło…:

                       Szpule, koszule, vistule i targ –

                       trzeba handlować – kto może – na start!

                       A pan szanowny nie pytaj, lecz kupuj co jest, co jest!
                       Szpule, koszule mam lepsze niż tam,

                       no a vistule najlepsze ja mam,

                       na pierwszy zakup pan zakup ich setkę – miej gest!

Oprócz kasy wszystko gra,

stoję już półtora dnia,

a mój towar, świetny towar jest nietknięty…

Oprócz kasy – wszystko gra,

kasa o mnie słabo dba –

więc już sam kasetę puszczam dla zachęty:

                       Szpule, koszule, vistule i kram,

                       A w kramie krocie towaru ja mam

                       wygodne, tanie, solidne, mój panie to jest, to jest!

                       Szpule, koszule, vistule i ja

                       kupujcie ludzie! – Pan chcesz tylko dwa?

                        Pan zakup więcej – bo u mnie jest towar „the best!”

Na bazarze wszystko gra –
choć pochmurny dzień i mgła,

tu zjechała Chavroletem jakaś dama…

Na bazarze wszystko gra –

zwijam budę – szkoda dnia,

a ktoś woła: „Mą szeri” i „proszę pana!” –

                       Odzież Wranglera, Levisa pan ma!

                       Och, jaka piękna! I ta nie jest zła! –

                       Na całym świecie nie było tak pięknej jak tu, jak tu!

                       Odzież Wranglera, Levisa… i cud,

                       skąd tych klientów-natrętów mam w bród?

                       Cud, proszę pana, sprawiła ta dama w tym dniu…!

Mój syn uwielbiał chodzić na Bazar właśnie z tego względu, z rozmuzykowania. Ja, jak szłam do domu, to też zawsze przez Bazar. Nawet nie musiałam nic kupować, ale chciałam poczuć jego atmosferę. Grała kapela, śpiewali znane warszawskie piosenki. Wróżyły Cyganki.

Tam funkcjonował taki Pawłowski i on z żoną handlował muzyką. On się do mojej żony zalecał przy mnie, bo ładna była dziewczyna i ja zły byłem na niego. Cały czas muzyka leciała. I tam ktoś codziennie przychodził i wzdychał z zachwytu.

Tu kupiłem zakazaną płytę pocztówkową z nagraniem piosenki francuskiej pt. „Je t’aime”, uznanej za początku lat 70. za pornofoniczną.

Ledwie coś weszło na listę przebojów Radia Luxemburg, a dwa dni później już ktoś na Bazarze krzyczał, że ma to na pocztówce dźwiękowej.

Siedzieliśmy w budzie, a tu biegnie handlara z lisami pięknymi, a za nią kobieta z legitymacją w ręku, że jest z milicji. Ta pierwsza uciekała, bo handlu lisami zabraniano. Co się później okazało. Ta, co ją goniła, złapała tego lisa. A tamta uciekła. Za jakiś tydzień dowiedziałam się, że to podpucha i milicjantka po prostu udawała. Zupełnie jak w filmie.

Mówiło się na przykład „szemrana rozmowa” albo „towarzystwo przyszło względem wychlapania”, albo „miał twarz jak wydłubany słonecznik”. Na pewno nie mówiło się „Pragie”, tylko „Prage”, z takim lekko zmiękczonym „e” na końcu.

Pamiętam takiego gościa, on był chyba lekko na cyku. Mówił tak: „Maść na szczury, maść na szczury, łapiesz pan szczura z dziury, smarujesz pod włos do góry, po trzech latach smarowania szczur zdycha z wyczerpania”. On nie miał nic do sprzedania, tylko po prostu sobie stał i gadał.

Jeden strasznie dziobaty typ zachwalał skuteczną i jedyną maść na szczury. Kiedyś, biedna w swej nieświadomości kobiecina spytała, jak używać tego medykamentu. Typ objaśnił krótko, że to proste. „Po złapaniu szczura” – powiedział – „kładziemy go na plecach i smarujemy maścią łeb oraz brzuch. Gwarantowana i murowana śmierć gryzonia". Starsza pani chytrze odpowiedziała, że po kiego wała ceregiele z maścią – jak już złapie gada, to po prostu ukręci mu łeb. Na to dziobaty odrzekł bardzo poważnie „Szanowna pani, są różne sposoby zabicia szczura”.

Pewien starszy pan sprzedawał słynną pańską skórkę, którą dzisiaj można kupić tylko na cmentarzach pierwszego listopada. I ten dziadek woła: „skórka pańska, skórka pańska”. Dwóch żulików podeszło do niego, wyglądali jakby się natapirowali pod pachami. „Zaraz może być niepańska”. I poszli.

Inny facet sprzedawał warzywa. Podchodzi do niego jedna pani i zagaduje „ładna pogoda dzisiaj”. A on „ładna, ładna, przejaśniasie w Hondurasie”. I dalej te kartofle nakłada.

Wykrzykiwali „Tu się sprzedaje, tu się kupuje, odejdź gówniarzu, bo cię opluję”. I odszedłem, bo co miałem robić? Jak ktoś był ładnie ubrany to mówili do niego.

 „O, widzę, że się ładnie ubrałeś dzisiaj, kurtka szwedka i beretka”,

„Kurtka szwedka i beretka, spodnie w pasy, adidasy”,

„Mów mi Bolo – to mnie wyszczupla” – tak mówili.

Ludzie krzyczeli reklamując swój towar, „Mucha nie siada! Lep na muchy, lep na muchy”.

Na bazarze Różyckiego,

idzie handel na całego.

Stare buty, nowe gacie,

Twarde porno, słoń w krawacie.

Puszka farby, jasne piwo,

Pączki, wódka i pieczywo.

Kawior, szampan, śledzie z beczki,

Czapka z daszkiem, hełm niemiecki.

Jakiś rower bez pedałów,

Czajnik z gwizdkiem, sztyft z regału,

 

Zegar z szybkim cyferblatem,

Kałasznikow z termostatem.

Rura z pieca, kran, walizka,

Elektroluks na łożyskach.

Nóż, dziczyzna, sześć granatów,

Maść na szczury dla wariatów.

 

Puszka farby, rtęć czerwona

Z tartej cegły przyrządzona.

Krzyżyk złoty prawie nowy,

Sygnet z oczkiem tombakowy.

Siedemnaście lat w Teatrze Powszechnym pełniłem funkcję wicedyrektora ds. organizowania środków inscenizacji. Współpracowałem ze scenografem i z działem zaopatrzenia, żeby kostiumy kupić jak najtaniej i usatysfakcjonować artystów. Ale oni mieli lekką rękę do wydawania pieniędzy. Należało więc ich pilnować, bo wydawaliśmy pieniądze społeczne. Byli oczywiście aktorzy, którzy zakładali tylko ubrania z wyższej półki. Miały miejsce sytuacje, kiedy upór aktora stawał się nieznośny, no i lecieliśmy po perfumy do Guerlaina.

Naprawdę stawiali wymagania. Pewnego razu musieliśmy kupić garnitury dla mężczyzn. Idziemy, oczywiście po najdroższe marki. Ale ja patrzę na ceny i mówię, że są nie do przyjęcia. Nie szalejmy! – Ale tego się nie da kupić tanio.

– Nie da?

Idziemy na Bazar Różyckiego! Żeby aktorzy nie poznali, że to garnitury z Bazaru, to zatuszowaliśmy metki i powiedzieliśmy, że ubrania są już u krawców. Krawcy w kupionych strojach zawsze jakieś poprawki wprowadzali, więc wszystko się zgadzało. Nikt nie protestował. Ja miałem satysfakcję, a Bazar Różyckiego stał się naszym dostawcą.

Dużo filmów powstało na Bazarze w tamtych latach. Praktycznie w każdym kwartale jakaś ekipa kręciła filmy, a to „Stawiam na Tolka Banana”, a to „Akcja pod Arsenałem”.

Na Bazar przychodziłam z Panią Honoratą. Spotkałyśmy się na dwa dni przed moim pierwszym ślubem, w kościele. Ona - biednie ubrana, wiejska, stara kobieta ze śmiesznie zadartym nosem (perkatym, jak potem zawsze mówiła), ja - studentka III roku PWST, przerażona, że za dwa dni wyprowadzę się od rodziców i będę musiała rozpocząć samodzielne życie.

Zapytałam, dlaczego płacze. Odpowiedziała, że była dwanaście lat u krewnych, wychowała im dzieci, teraz jest już niepotrzebna, a na wieś wrócić nie może, bo oddała gospodarstwo wychowankowi, który jej nie chce. Słowem - nie ma gdzie się podziać.

Bez namysłu zaangażowałam ją jako gosposię i przyprowadziłam mamie do domu. Miała nocować u moich rodziców (pod Warszawą) i dojeżdżać codziennie rano do naszej małej, wynajętej kawalerki. Robić zakupy, gotować, sprzątać i na noc wracać znów do rodziców.

Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni. Wyglądała bardzo biednie, nikt nie rozumiał, co mówi, bo mówiła najczystszą, najpiękniejszą gwarą z Tarnowskiego, a ja, dziwnie spokojna, czułam, że jest to jedna z najsłuszniejszych decyzji w moim życiu.

Z okazji wszystkich uroczystości i rocznic chciała, żebym jej kupowała ciepłe „galoty” i wełniane pończochy, a raz w roku, na wiosnę, wiozłam ją na Bazar Różyckiego po dwie pary butów - czarne sandały i brązowe półbuty.

Pani Z.

rozmawiała K.Kub., Laboratorium Reportażu

Krystyna Janda

aktorka

Krystyna Janda, Bożena Janicka "Gwiazdy mają czerwone pazury", W.A.B., Warszawa 2004 s. 140-141
i s. 143-144

Pani Z.

rozmawiała K.Kub., Laboratorium Reportażu

K.Kub.: Czy jakieś słynne postacie filmowe odwiedzały Bazar?

Z.: O tak. Widziałam na Bazarze Janusza Gajosa, Władysława Kowalskiego, Emilię Krakowską i Zygmunta Hübnera – dyrektora Teatru Powszechnego, Krystynę Jandę…

A wie pani, ile mam lat? Całe życie tu jestem. Sprzedawałem, co się dało. Akty urodzenia i zgonu, jak zaszła potrzeba. Opowiadałem to już wiele razy. Tu nie było niebezpiecznie. Każdy wiedział, jak ma się zachowywać. Kiedy przyjechał ktoś ważny, to mógł samochód luksusowy zostawić otwarty i wiadomo było, że nikt nie ruszy, a jakby ktoś inny przyjechał, to w trzy minuty samochód znikał. Tu panowały zasady. Nie były zapisane, ale oczywiste. Kto tu jest od zawsze, to zna. Dziś takich rzeczy nie ma. Kradną tylko. Kradli i kiedyś, tylko więcej, bo było kogo okradać.

Można powiedzieć, że mówię w kilkunastu językach, ale nie w jakimś angielskim czy niemieckim, tylko ludzkim. Bo jeden ubrany w glany, inny w katanę. Należy znać słowa, słówka, slang. Ulica ma swój język. Bazar ma swój język. Ja go znałem i dlatego mnie szanowali. To zostało do dziś, tylko teraz już bogaty nie jestem.

Moi rodzice mieli znajomą, prowadzącą Pracownię Kołder róg Brzeskiej i Ząbkowskiej. Kobieta słusznych kształtów za wybranka życia miała niewysokiego, szczupłego, ale bardzo wesołego mężczyznę. Ona była świetną rzemieślniczką, pod której kołdrą sypiam do dziś.

On, milicjant na emeryturze, towarzyszył jej do ostatnich dni. Nazywał ją Żabcią. Stanowili naprawdę sympatyczny duet. W trakcie jednego z przyjęć w naszym rodzinnym domu mój pechowy szwagier, otwierając rosyjskiego szampana, niechcący trafił korkiem pod Żabci sukienkę. Ta zrobiła wielkie oczy i spokojnie podsumowała:

– Bingo!

Do babiny ze wsi handlującej na Bazarze jajkami podchodzi wyrostek.

– Po ile te jajka? – pyta.

– Po 50 groszy – odpowiada babcia.

– Tak drogo!? No, niech będę stratny, da pani jedno. – Kiedy podaje mu jajko, chłopak ściska je w dłoni i krzyczy – O rany! Stówa!

– Gdzie, w środku? – ożywia się babina.

– No, a gdzie jak nie tam? Pani daje jeszcze pięć!

Kiedy trzeci raz w ten sam sposób młodziak "wyciąga z jajka" stówę, stojący obok koleżka rzuca się: na jajka - Dla mnie też 5, albo nie, 10! 10!

Na to babcia szybko - Zaraz, zaraz, moje! - I łapie jedno z jaj. Trzask – ściska w garści. Zdziwiona i zawiedziona, sięga szybko po kolejne i znowu – trzask, trzask, trzask!

Nie ma? – No co pani! – dopytują "osłupiałe" wyrostki. – To może ja znowu spróbuję? Babina się godzi i znowu stówa trafia do kieszeni młodego. Wtedy babina nie traci już czasu na zgniatanie, zaczyna trzaskać pozostałymi jajami o ziemię...

Kurpie mają swój folklor. Górale swój, a Żydzi swój. A w Warszawie to był tygiel. Te słówka i te żargony. Ta kmina więzienna stosowana tylko wśród ludzi, którzy siedzieli. Nikt inny się nie odważył nią mówić. Grypserki się nie prowadziło. Ja nie siedziałem, to nie mogłem. Jakbym się odezwał, to od razu bym w papugę dostał.

Powiedziałbym, że szczególny był nie tylko język – jak ulyca, stolyca, lyst, ale ta charakterność. Mnie to zawsze interesowały powiedzonka. Ja do dziś mówię, jak wchodzę na Koło – „Cieszcie się kupcy, bo przyszli głupcy”. Ja zacząłem te powiedzonka zbierać, np. spisywać toasty. Najbardziej podoba mi się toast „Piję do ciebie suficie, boś ty nie pił całe życie”. Okupacyjny był toast – „Ile jest w drabinie szczebli, ile Hitler nakradł mebli, ile szkopów leży w grobie, tyle zdrowia życzę tobie”. Albo „Co ci życzyć drogi wuju, czy ci śpiewać, czy ci grać, żyj nam w zdrowiu drogi wujku k… twoja w dupę mać”. Himilsbach miał takie powiedzenie na temat picia wódki, że wprowadza element baśniowy w szarą rzeczywistość.
Na przykład „Kukurydza źródłem jest radości, daje zdrowie, wzmacnia kości”.
Ciotka mojej żony handlowała na Bazarze, ale zmarła niedawno. Ona miała praskie powiedzenie „Co to za chłopy dzisiaj, troki od kaleson. Przed wojną jak chłop pierdnął, to mu się dwa tygodnie jajca bujały”.
„Lody, lody, jedno jajko, kubeł wody”.

I każdy, kto tam coś sprzedawał, to cały czas nawijał tym językiem. Jeszcze w czasie okupacji „Szmaty, krawaty, bomby, miny, karabiny”.
Ta cała gwara jest wymieszana, dużo słów wprowadzili Żydzi – jak ferajna, dintojra.
Jak mój ojciec żył, to śpiewał „Dzisiaj u nas szabes, jutro będą Kuczki, wlazł tata na mamę, pokazuje sztuczki”.
Mam pocztówki, które narodowcy przed wojną wydawali, szkalujące Żydów. Jak pieką chleb w piecu, dzieciak siedzi na nocniku, jakieś karaluchy po ścianie latają. Oni tam są brudasy. Ale jak grałem w Teatrze Żydowskim, jak przyjechali na Szurmieja benefis, to jak stali w kolejkach, to eleganccy, perfumy, wszystko. Ale byli tacy cwani, że jak staliśmy po piwo, to w czasie tego stania, przez 15 minut to zmieniali język sześć razy, żebyśmy nie wiedzieli, o czym rozmawiają. I tu jest ich siła.

Gawęda Marka Nowakowskiego
o języku przedmieść

Audycja z 1993 roku
„Zapiski ze współczesności”,
Archiwum Polskiego Radia 

Oszukiwali zawsze, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Oszustwa były wredne, bez klasy, a nawet prymitywne.

Jako dziecko miałam poczucie, że Babcia sprawdza każde warzywo i każdy owoc, który kupowała. Wystarczyło na moment przestać kontrolować i w torbie lądowała obita gruszka, albo nieświeży kawałek mięsa. Mimo patrzenia na ręce handlarkom i tak często dawały wybrakowany towar.

Najbardziej wrednym przykładem oszustwa, którego sama doświadczyłam, był kwiatek na szpilce. Modne gerbery i zawsze piękne róże i wszystkie inne kwiatki czasem więdną. Czasem nie pomaga im maczanie we wrzątku i zmiana wody i kwiatek po prostu robi się starawy, zwiędnięty i opadają mu płatki. W takiej sytuacji w zwiędniętą część łodyżki – pod główką kwiatka – umieszczano szpilkę lub wykałaczkę. Kwiatek stał sztywno jak gdyby nigdy nic do czasu owinięcia w papier. Potem najczęściej odpadał, czasem przy odrobinie szczęścia, odpadał dopiero w domu. Zdarzało się też, że złamany kwiatek przyczepiali do innej łodyżki. Pamiętam jak dziś, jak kupiony dla Mamy kwiatek odpadł, okropnie się czułam oszukana. Dziecko oszukać na kwiatku? Gdzie ten kupiecki bazarowy etos? Nigdy go nie było, bo etosem handlarzy jest zarobić za wszelką cenę.

Kiedyś jakaś sukienka spodobała się Mamie. Na tyle wpadła jej w oko, że zdecydowała się na przymierzenie. I, jak to z takimi sukienkami bywa, tu się ciągnie, tam wisi. Handlara, widząc, że chyba tym razem transakcji nie będzie, od razu skwitowała „no bo jak ma leżeć dobrze, jak ktoś ma takie krzywe plecy”.

W moim dzieciństwie na Bazarze nie handlowali „kupcy”, tylko „handlarze” lub częściej „handlary”. Nikt inaczej nie powiedział. Przykro mi, ale określenie „kupiec”, którym dziś nieco na siłę nazywa się osoby handlujące na warszawskich bazarach i tak stanowi dla mnie synonim oszusta, często dodatkowo był chamem i pyskował. I był gruby. A handlary miały palce upierścienione wielkimi ruskimi pierścionkami z czerwonego złota z czerwonymi oczkami. O dziewczynach, których rodzice mieli jakiś proceder z Bazarem związany mówiło się „bazarówa”. Potem to określenie przylgnęło do osób w miarę zamożnych i odstrojonych w tandetę kojarzoną z Bazarem. Z dużą domieszką kiczu, oczywiście. Już jako dziecko odnosiłam wrażenie, że dzieci tych z Bazaru były inne, wychowywaliśmy się jakby w dwóch światach. Światach, gdzie z jednej strony wartością był pieniądz, cwaniactwo i siła, z drugiej, wartością była wiedza, uczciwość i postępowanie zgodnie z prawem i przepisami. Wraz z kolejnymi klasami szkoły bazarowe dzieci miały coraz gorsze wyniki nauki i coraz droższe, i bardziej kolorowe ubrania. Nieliczne dzieci lokalnej inteligencji, w tych samych spodniach i granatowych swetrach – coraz lepsze. Nieświadomi przyczyn, jakoś radziliśmy sobie wszyscy.

Wszyscy byliśmy z Pragi. Mieliśmy wspólny kulturowy kontekst, bezpośredni sposób załatwiania spraw, nie pokrętną komunikację. Szybko podejmujemy decyzje. Zdarza mi się dostrzec ten zestaw cech i zachowań już w pierwszej rozmowie z nowo poznanym człowiekiem. I po sprawdzeniu, skąd pochodzi, okazuje się, że rzadko się mylę. Powiedzenie, że pochodzi się ze Szmulek, z Targowej z Okrzei do kogoś, kto też jest stąd, jest jak wypowiedzenie zaklęcia. To oczywiście jest zupełnie niewytłumaczalne i nieracjonalne, ale nas wobec siebie uwiarygadnia. Bo da się to sprawdzić, czy mówimy prawdę, kim są moi znajomi. I szybciej damy komuś w pysk niż wobec siebie skłamiemy. Takie są zasady.

A propos „dawania w pysk”. Na Bazarze ujawnił się po raz pierwszy mój praski charakter. Pamiętam jak dziś, przechodziłyśmy z Mamą przez Bazar od Ząbkowskiej na ukos do Kępnej. Miałam wtedy około siedemnastu lat. Błoto jak zwykle, tłum i smród też. W błocie leżały wspomniane płyty chodnikowe w następującej konfiguracji – środkiem ułożono w miarę większe kawałki, na odległość kroku. Po bokach, mniejsze, najwyżej na dwa buty, bo akurat tam po bokach tego przejścia nie było bud, tylko wolne miejsce, wzdłuż którego stali handlujący. Tam akurat stały Rosjanki i z ręki sprzedawały towary: rajstopy i złoto. Ludzie mijali się w czułych objęciach, aby ten z przeciwka nie musiał wpaść w szlam. I tak sobie przechodzimy w braterskich uściskach, aż naprzeciw mnie pojawił się ogromny, gruby i wielki jak wół, obleśny chłop. Wszystkich zwalał ze ścieżki. Od razu mnie tym zdenerwował i czekałam z niepokojem aż dojdzie do mnie. A kiedy mieliśmy się minąć, on tym grubym brzuchem specjalnie mnie popchnął, aż wpadłam w błoto. A ja, całkowicie bezwolnie, jak go w pysk trzasnęłam, jak mu powiedziałam, tak całkiem po prasku, co ja o nim myślę! Do tej pory sama z siebie się śmieję. Zanim się zorientowałam, co zrobiłam, zobaczyłam tylko przerażenie i jednocześnie rozbawienie Mamy. Widząc, co się dzieje, Rosjanki, jak jedna drużyna, rzuciły się z pięściami na chłopa. My, bez zbędnej zwłoki, w nogi. Nie wiedziałam do tamtej chwili, że umiem tak płynnie, składnie (i doniośle) przeklinać.

Dorota Zbińkowska

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Andrzej Nowakowski

mieszkaniec Pragi

Pani Maria

mieszkanka Pragi

rozm. Maria Dąbrowska, polonistka z LO im. Jacka Kuronia, ul. Złota

Grażyna Dylewska

kupcowa

Jerzy Woropiński

fotoreporter

W latach 70. kupiłem samochód, w którym zainstalowałem radio. Poszedłem na Bazar dokupić część do tego samochodu. Nie udało mi się dostać poszukiwanej części. Wróciłem na ulicę i widzę, że w moim samochodzie siedzi facet, który wymontowuje z niego radio. Podskoczyłem do złodzieja z krzykiem. On zostawił radio i uciekł. Wskoczyłem do samochodu i chciałem go gonić. Na ulicy Ząbkowskiej, na trotuarze, siedziała przekupka. Miała rozłożony na chodniku towar. Dramatycznie zawołała do mnie „Niech Pan tego nie robi! Niech Pan go nie goni!”. To było tak przekonywające, że zrezygnowałem z pogoni, zawróciłem i pojechałem w kierunku ulicy Targowej. Jechałem pod prąd, bo ta ulica była jednokierunkowa. Zatrzymała mnie milicja. Milicjant zwrócił się do mnie „Co obywatel robi!?”. Wytłumaczyłem, że miałem łapać złodzieja, ale ktoś mnie ostrzegł i powstrzymał przed realizacją tego zamiaru. Milicjant odpowiedział, że dobrze zrobiłem. Musiał być ustawiony.

Na Bazarze był hałas. Krzyki, nawoływania, targi, dyskusje. Kakofonia. W ogólnym hałasie w uszy uderzało walenie w cygańskie garnki i patelnie. Cyganie w taki prosty sposób zwracali na siebie uwagę. Do tego wołanie „pyzy gorące, pyzy!”. Krzyki grających w trzy karty. I muzyka! Choć oczywiście muzyką trudno to nazwać.

Poza tym na Bazarze panował tłok. Oprócz wieczorów i poranków, zawsze tłum. Biorąc pod uwagę wcześniej opisane wrażenia, ocieranie się o innych w błocie, hałasie i smrodzie nie należało do przyjemności.

I wreszcie – najważniejsze – na Bazarze kradli i oszukiwali. Kradli złodzieje kieszonkowi, ale nie tylko.

Bazar robił na mnie jak najgorsze wrażenie. Odrapane elewacje otaczających targowisko kamienic, bramy cuchnące uryną, tłumy niedomytych ludzi z prowincji o „niepachnących” tłustych włosach, osobników w beretkach, wszechobecnych ortalionach i gumofilcach zawijanych fantazyjnie tuż nad kostką, agresywne dialogi podpitych jegomościów… dominujący zapach już nie moczu, a nadpsutych ludzkich trzewi, potu przesiąkniętego charakterystycznym aromatem – mieszanką nieprzetrawionej wódki i zwymiotowanej gdzieś w pekaesie wypłaty…

W każdy deszczowy dzień, po deszczu, wczesną wiosną, kiedy topniał śnieg, po prostu, zalegało błoto. Pod lustrem wody nie wiadomo było, która kałuża jak jest głęboka. Handlarze układali płyty chodnikowe – na odległość kroku i kładli na to błoto kartony. Robiło się lepiej przez chwilę, potem te kartony nasiąkały błotem. I stawało się jeszcze gorzej. Dodatkowo, te chodnikowe, ruszające się płyty, rzucone zostawały na klepisko i działały jak pułapka, nie wiadomo, w którą stronę się kiwną i z której strony wyleci fontanna błota. Wspomnienie konieczności przymierzenia czegokolwiek i balansowania na tych błotnistych kartonach do dziś wywołuje we mnie dreszcz obrzydzenia.

Na Bazarze, przepraszam, ale nie mogę użyć innego słowa – rzeczywiście śmierdziało. Śmierdziało rozmaicie: po pierwsze błoto i wszystko, co nim lądowało, po drugie śmierdziało mięso i wszystkie wypatroszone trzewia. Okropność. Śmierdzieli też ludzie. Zimą skisłym brudem, latem słodkawym smrodem z nieumycia i potu. Wszechobecny smród mieszał się z zapachem jedzenia i zapachem perfum lub innych pachnideł damsko-męskich różnej jakości i mocy.

Najgorszy do zniesienia pozostawał smród krwi i drobiowych trzewi: kur, gęsi, kaczek. I błoto. Zawsze na Bazarze było błoto i ten smród...

Działo się to na oczach wszystkich, przy pomocy noża, siekierki lub tasaka. Toteż nikogo nie dziwiły walające się po ziemi odchody i kurze, kogucie łebki.

Michał Komar

pisarz, krytyk, publicysta

Stanisław Wielanek

muzyk

Widziałem, jak Cyganie kupowali kury i od razu im głowy urywali. Nawet kiedyś wybuchła awantura, bo ktoś miał japońskie kury, ozdobne. A oni ciach, ciach, łby pourywali. Nie patyczkowali się, bo to służyło im do jedzenia.

Jeśli zbliżały się święta, rodzice wybierali żywy drób, który baby trzymały w drewnianych skrzynkach, po kilka sztuk w jednej. Podczas wyjmowania kurczaka ze skrzynki wydobywały się niewyobrażalne piski, hałasy i zaduch. Potem baba zawiązywała kurze nóżki i dawała ją nam do siatki, z którą szło się już do domu. Kogutów nie kupowaliśmy, bo jeden tak piał na balkonie szarym świtem, budząc całą kamienicę, że zirytowany brat oblał go garnkiem zimnej wody. Skutek był nieoczekiwany, kogut nie tylko nie uspokoił się, ale wydawał z siebie wciąż głośne, ale za to przeraźliwe dźwięki – coś pomiędzy chrypieniem, a rykiem. Dlatego na Bazarze niektórzy kupujący życzyli sobie uśmiercenia drobiu na miejscu.

Przy bramie od strony Brzeskiej, wzdłuż kamienicy czynszowej przylegającej do Bazaru można było napotkać wozy konne, z których bezpośrednio sprzedawano płody rolne. Szczególnie utkwiły mi w pamięci końskie odchody gęsto leżące na chodniku, które z uwagą należało omijać.

Wzdłuż bramy od strony Brzeskiej unosił się zawsze zapach ryb. Dla mnie szczególnie przykry był zapach śledzi z beczek, których wiele stało dookoła zarówno na zewnątrz sklepu rybnego w murowanym pawilonie, jak i wokół budek oferujących ryby.

Pod ścianą tej kamienicy ustawiały się także kobiety z drobiem, miały kury, indyki i gęsi, które trzymały w koszach wiklinowych albo w metalowych klatkach. Na skrzynkach i pudłach leżał też drób bity z zaschniętą krwią, od którego zawsze odwracałam oczy. Często kupowało się wówczas żywy drób, który biło się i skubało dopiero w domu.

Pewne rzeczy wychodziły w praniu, w samej mowie. Ja wyrosłam na Pradze, jak ktoś tu przyjeżdżał z innej dzielnicy, to słychać było od razu, że miał inny akcent. Tu mamy sklep metalowy, do którego przychodzą „gruzini”. Tak mówimy na degeneratów. Biorą „białą damę”. A to spirytus z denaturatem. Gwara praska i praski klimat mają ze sobą związek. Słownictwo rdzenne jest przecież tu po to, by nikt inny nie wiedział, o czym się rozmawia.

– Co za nygus tu świruje?

– Lu go w cymbał, to spasuje!

Już go ktoś za krawat ciągnie,

Równo, zgrabnie i przytomnie.

– Co mi tu z mendownią leziesz!

– Zaraz z glana w nochal zbierzesz!

Facet pobladł, drży ze strachu,

Bo narobił se obciachu.

W taki sposób moi drodzy,

Chytry zawsze sobie szkodzi.

Bo na Pradze krótka mowa:

Prosta, zwięzła i stylowa.

Zachodzące zmiany najbardziej stały się widoczne w sposobie handlu. Nie polegał on na rzetelności kupieckiej, nie było tak, że sprzedawca nie tylko sprzeda, zarobi, ale i chce, by klient był zadowolony. Kupcy bazarowi chcieli przede wszystkim pozbyć się towaru i wziąć kasę. Facet wiedział, że buty, którymi handluje, nie wytrzymają na mrozie dwóch tygodni, ale świadomie obracał takim towarem. Tu miało miejsce cwaniactwo od pierwszej do ostatniej chwili. A niechby ktoś się burzył, chciał takiego sprzedawcę pobić, to cała alejka by za nim stanęła. Solidarność stała się doskonale widoczna, mógłby przyjść i pluton wojska, a oni by go roznieśli. Jeden za drugim stali, jak mur, choć doskonale wiedzieli, że to z reguły klient miał rację.

Ale w miarę upływu czasu coś zaczynało się psuć. Raz taki pan, ziemianin, chciał kupić kurę na rosół. Podszedł do handlarki i pokazuje na jakiegoś koguta. Patrzy się, patrzy i mówi, że ten kogut nie jest żółty, tylko jakiś biały. A handlarka mu na to „Panie, sam pan jesteś żółty”. Jak tam przy straganie zaczynał ktoś marudzić, to one nie miały wątpliwości, co robić. Każda chwytała za odważnik. Tam nie należało marudzić: że oszustwo, że waga nie taka. Ludzie ze wsi potrzebowali kupić jesionkę. Gdzie indziej to im głupio było do sklepu wejść, a tu na zewnątrz i obsługa dobra. Przychodzi taki człowiek, mierzy tę jesionkę, wisi na nim jak na psie frak, a sprzedawca jeden z drugim mówi, jak świetnie w niej wygląda. Biega z lustrem dookoła niego. Szybki interes, zawijali w papier i już. On zabierał, co dali, a to, co się w domu okazało, to było co innego. Mówili: widziały gały, co brały. Ktoś przymierza buty i narzeka, że cisną. To co pan nie wiesz – słyszy – że miejskie buty nie pasują do wiejskiej nogi. Przed Bazarem znajdowała się słynna kawiarenka, ale nie pamiętam nazwy. Weszliśmy tam z kolegą, żeby kawy się napić, ciastko zjeść. Patrzymy, a na szklance ślad szminki, czerwone usta, więc mówimy kelnerce o tym. A ona nam na to „O co wam chodzi, to wy nie znacie tych szminek na co dzień, wy je znacie lepiej niż my”.

Leżał zawsze po drodze, „zahaczało się” o niego przypadkiem, bywało się chętnie, bo tętnił życiem. Mój przyszły mąż – żoliborzanin zawsze szedł do mojego domu przez Bazar, nadkładając drogi. I przynosił mi nowinki, np. że kogoś okradli, albo że przyjechała orkiestra cygańska. Bazar żywił, ubierał i dostarczał wrażeń, czasem także rozrywki. Był sławny i to nie tylko jako miejsce do handlowania. Żył prawdziwym, pełnym życiem. Trwał na dobre i na złe.

Ja się nie lubię targować, ale na Bazarze zawsze można się było targować. Towary nie miały swojej określonej ceny, tylko cena pozostawała inna w zależności np. od tego czy byłam stałą klientką. Jak zostawałam stałą klientką, to cena dla mnie była niższa, jak kupowałam czegoś więcej, to cena też stawała się niższa. Panie z Bazaru wiedziały, co ja kupuję, że lubię jabłka czerwone i małe, a nie duże i zielone. Wiedziały, że czegoś już nie kupowałam przez trzy dni, więc prawdopodobnie będę tego potrzebować, więc mi to oferowały. Na jednym stoisku kupowało się sałatę, na innym cytrusy i nikt się nie obrażał, bo wiadomo było, że np. inna pani miała lepsze owoce. To był prawdziwy bazar.

Straszny smród – od Brzeskiej, gdzie zabijano ptaki, i z drugiej strony, gdzie funkcjonowały przez całą dobę jatki. Moją uwagę na Bazarze skupiali jednak przede wszystkim ludzie, każdy mówiący w innym dialekcie, i ich teatr. Traktowałem ten obszar jak jedną wielką scenę. Ludzie grali – te uśmiechy, te gesty, to zabieganie o klienta. Klienci też spięci, bo złodziej, bo z każdej strony ktoś nawołuje. Ktoś się targuje.

Czasem krew się we mnie burzy, jak przychodzą tu takie babcie po trzydziestu latach nieobecności i mówią, że strasznie się tu pozmieniało. To ja im czasem odpowiem, że one przez te trzydzieści lat też na pewno na twarzach nie wypiękniały. Bo tego miejsca bronić trzeba. Może i żyć się tu nie da, ale umrzeć też niełatwo.

W latach 70. wiadomo było, że w różne dni można dostać konkretne towary. Na przykład w soboty buty z Niemiec – różne znane marki: Salamandry czy Oswaldy. I to pewne źródło. Panowało wśród kupców zaufanie. Jedna strona dawała pieniądze drugiej i musiało się wszystko zgadzać. Nawet mój mąż powiedział kiedyś, że jeśli zdarzy się, że dadzą mi za dużo pieniędzy – to trzeba oddać… Bo tym sposobem sprawdzali, czy człowiek jest uczciwy.

Raz przyszła para, mąż i żona. On miał może z 1,60 m wzrostu i 120 w pasie. Dobrałem mu coś, znalazłem, żeby na niego pasowało. On mówi „fajnie”, obejrzał się, wszystko cacuszko, a ona popatrzyła na niego, z jednej, z drugiej strony i mówi: „Wiesz co, ale ty w tym grubo wyglądasz”. Uśmiechnąłem się pod nosem i tak sobie pomyślałem „A bez tego to on jest, kurna, Apollo?”. Po 25 latach w handlu to jakby mnie dali na psychoanalityka, to byłbym niezły. Bo przecież z każdym człowiekiem trzeba gadać o czym innym, trzeba kombinować. Jak przyjdzie, powiedzmy para, on 70 lat, ona 20, to trzeba się zastanowić, czy to jest żona, czy to jest córka, czy wnuczka. Jak walnie człowiek czasami nie tak, to można nie sprzedać nic. Przyzwyczaiłem się w tej pracy do pewnej swobody. Bo bądźmy szczerzy, to jest jednak swoboda, a ciągnie to jak narkotyki, jak papierosy, jak wódka. Bo tutaj nie ma oklepanych rzeczy, cały czas coś się dzieje, coś świeżego. Z każdym klientem rozmawiam, do każdego trzeba podejść inaczej, z każdym porozmawiać o czymś innym. Nie będę czekał i dłubał w zębie, aż mi klient odejdzie. A jeżeli ktoś łyknie bazarowego bakcyla, to już tu zostanie. Raz, to jest przyzwyczajenie, a dwa, ja sobie nie wyobrażam, żebym gdziekolwiek indziej pracował. Poza tym to my wszyscy się znamy. Tu człowiek więcej spędza czasu niż w rodzinie.

Henryk Rejmer: – Byłem tego świadkiem. Grała kobieta trzydzieści kilka lat, ładna, atrakcyjna.

Pan Janusz: – Przyjechała z prowincji, z Grójca. Zahaczała się po budkach, łaziła to tu, to tam. Zobaczyła, że grają, to zaczęła grać. Ładna dupa.

Henryk Rejmer : – Zagadywali ją, pokazywali, jak łatwo się wygrywa.

Pan Janusz: – Zobaczyli, że sama przyszła, że nie stąd, że pieniądze jakieś ma.

H.R.:– No i namówili ją.

p. J.: – Skusiła się na łatwy zarobek. Myślała, że chwyciła Pana Boga za nogi, a oni ją ogołocili z całej gotówki. Chciała się odgrywać. Bo co miała w domu powiedzieć, że ją okradli?!

– Ta kobieta przegrała wszystkie pieniądze, ale dla nich to było mało. Widzą, że ma obrączkę.

– Mówią: „Niech pani postawi obrączkę. Jak pani wygra, to wszystkie pieniądze oddajemy".

– Ustalili, że za obrączkę będzie mogła odegrać całą przegraną. Ona nie wie, że oni są wspólnicy, bo oni niby jej pomagają. „Ma pani oko, ale ma pani pecha, to teraz obrączkę żeby się pani mogła odegrać. Ty, koleś, zgadzasz się, ile dajesz?”. No to 500 zł. No, ale ta obrączka nie chce zejść z palca. Jeden z tej grandy pluje jej na palec i z wysiłkiem obrączkę ściąga. Ona czerwona na twarzy, przerażona, rozdygotana.

– Obrączka to wtedy była pensja albo nawet dwie. No i ona postawiła.

– I oczywiście przegrywa. Koniec gry. Więc ona w płacz.

– Histerii dostała!

– Błaga: „oddajcie mi chociaż obrączkę, bo mnie mąż zabije”. Więc oni mówią „Tak? To chodź z nami, zabawimy się”.

– Nikt nie był wzruszony, bo to rzezimieszki.

– I ona poszła.

– Wzięli ją na melinę przy Brzeskiej. Jeden po drugim na nią wchodził. Nawet nie robiła przeciwwskazań. Oddali jej wszystko. Na następny dzień znajomi opowiadali, co brali udział.

H.R.: – Jakiś czas później spotkałem chłopaków z Brzeskiej i zapytałem o tę dziewczynę, bo to była głośna spawa. I jeden mówi „Oczywiście, zabrali ją na drugą stronę Brzeskiej, gdzie wśród ruder jest niezabudowany plac. Zarzucili jej na głowę kurtkę, żeby nikt nie widział i ona wszystkich obsłużyła. Pytam, czy oddali jej obrączkę. „Coś ty”. Dla nich to wielki honor popisać się przed innymi okrucieństwem i bezwzględnością.

Widziałem taki przypadek, jak grało małżeństwo. Tak troszkę było widać, że oni nie są z Warszawy, a raczej ze wsi. Mieli dosyć dużo pieniążków. A ci tam prowokowali ich do grania. Pieniądze przegrali. Babka zdjęła obrączkę i też ją przegrała. A mężczyzna nie mógł zdjąć swojej obrączki, a też chciał ją położyć. Płakali obydwoje.

Jedna z naszych koleżanek – pielęgniarka, która przyszła dopiero do szpitala na staż – dała się skusić, bo tak łatwo wygrać, bo jak się patrzy, to na 99%, jak ktoś jest bystry, tę kartę w sposób właściwy zaobserwuje. Naiwna, skusiła się na to i oczywiście pierwsze pieniądze wygrała. Jak człowiek wygra, to żyłka hazardu się budzi. Umoczyła wszystko to, co miała ze sobą. Jeden z księży podwarszawskich parafii przegrał teczkę pieniędzy, które były przeznaczone na dzwonnicę. W każdym razie chciał powiększyć kapitał, bo tak łatwo to idzie. Osoba duchowna myślała, że zbożny cel i Duch Święty spojrzy z łaskawością, a tu teczka pieniędzy poszła!

Facet przyjechał kupić traktor. Pojechał do Ursusa i zabrakło mu pieniędzy. Przyjechał na Bazar i w benkla zaczął grać. Opieprzyli go do cna. Ten facet zgłupiał i chodził dwa tygodnie po Bazarze, bo bał się do domu jechać. Ludzie z litości dawali mu to kanapkę, to ogórka. Musiał mieć jakąś silną kobitkę, że bał się wracać. Boże, żal mi go było. No, ale jak chciał grać, to grał. Przecież wiadomo, że tam nikt nie wygra. Musiał przegrać! A nawet jakby wygrał, to i tak nie wyjdzie. Nie ma takiej możliwości, bo jest okrążony jak w getcie. Do bramy z forsą nie dojdzie.

Sukno raz!

Karty w tas!

Cały szpas:

Gdzie jest as?

Raz, dwa, trzy,

Raz, dwa, trzy!

Jeszcze raz…

Gdzie jest as?

Kto zauważy?

Za dychę – dubel!

Za stówę – rubel!

Zaobserwować!

Zaobligować!

Zainkasować!

Kto zauważy?

Jeszcze go raz!

Odszukać – gdzie jest as?

Nic się nie zrażać!

Lepiej uważać!

Powtórzyć kazać!

Karty w tas!

Cały szpas:

Gdzie jest as?

Raz, dwa, trzy,

Raz, dwa, trzy!

Jeszcze raz…

Gdzie jest as?

W 1974 roku trafiłem do Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce. Kilku kolegów prosiło mnie, by im w czasie urlopu pokazać Bazar.

W ten sposób Lutek przyjechał na urlop do mnie i oczywiście pojechaliśmy na Bazar, gdzie pechowiec dał się zauroczyć grze w lusterka. Przekonany o swojej wyższości i rozpracowaniu krupierów wyszedł z Bazaru w skarpetkach. Całe szczęście, że był po cywilnemu, bo z uzupełnieniem marynarskiego sortu miałby w stolicy problemy.

Pechowy Lutek miał zakaz przyjeżdżania do rodzinnego domu, ponieważ przy okazji pierwszego urlopu na wiejskim balu ukradli mu rower, a przy okazji drugiego pobytu, motocykl. Ojciec stwierdził:

– Synu, nie przyjeżdżaj więcej do domu, bo został nam już tylko traktor…

Gra polegała na tym, że są trzy karty i pod każdą z nich jakiś obrazek, oni te trzy karty mieszali, a potem trzeba było zgadnąć, gdzie jest dany obrazek. Na początku dawali wygrać dwa-trzy razy, ale potem traciło się wszystkie pieniądze. Nie było się sensu awanturować. Widziałam kiedyś, jak taki jeden awanturował się, chciał, żeby mu pieniądze zwrócili, to go w pewnym momencie pchnęli nożem w brzuch. Ja rozumiem – uderzyć, postraszyć, ale to było straszne. Zanim przyjechała policja, wszyscy zniknęli. Policja pytała, czy ktoś coś widział, ale nikt nic nie widział. Kupcy mówili, że akurat na chwilę gdzieś poszli. Ja powiedziałam, że przebywałam akurat gdzie indziej. Może i coś bym powiedziała, ale wiedziałam, że jak nadam, to następnego dnia ja będę mieć nóż w brzuchu. Przecież nie jestem samobójcą.

Zaczął płakać, dostał w japę,

Potem po łbie własnym batem.

– Spadaj chamie do Chamowa,

Bo na Pradze krótka mowa,

Prosta, zwięzła i treściwa,

I bajerem się nazywa.

Tu fetniaków cała kupa,

Tylko czeka na przygłupa.

Bazar działał od samego rana, bo chociaż bramy otwierano oficjalnie o 6, to już o 4 przyjeżdżali hurtownicy, sprzedawali towar hurtowo i już o 6 wyjeżdżali. Przyjeżdżali z całej Polski. Bramy Bazaru zamykali o 19. Jak zaczynali to robić, to zaraz ustawiały się pod nimi kolejki, bo tu jeszcze każdy chciał wejść i ci, co zamykali, to zawsze parę złotych dostali, żeby jeszcze kogoś wpuścić. Kupcy stąd przed 20– 21 to nigdy nie wychodzili. Po 19 tej handel przenosił się na ulice i trwał co najmniej do 22 – 23. Pełno stało takich, co kupowali tanio towar od tych, co nie zdążyli sprzedać go na Bazarze i rano odsprzedawali go dalej z zyskiem. Każdy zarabiał, więc i ja chciałem spróbować.

Henryk Rejmer

bard Pragi, poeta, pieśniarz

 

oraz

 

Pan Janusz

mieszkaniec Pragi

Raz facet przyjechał córce kupić suknię ślubną. Pół dnia chodził po Bazarze. Alejki ciasne, ale i dziewczyna się nie mogła zdecydować. Chodzili wte i wewte. A benklarze wołali za nim, żeby zagrał. Bo było widać, że z kasą facet. Garnitur markowy, buty wypastowane na błysk, z innego świata. Początkowo udawał, że nie słyszy, nie widzi, że grają, ale później, gdy dziewczyna już wybrała, ojciec poszedł po pieniądze. Po drodze diabeł durnia skusił. Raz postawił. Rach, ciach, wygrał tysiąc złotych. Zaraz stawka kilka razy taka. Wygrał. Potem jeszcze większa. Benklarze pożyczają między sobą zdenerwowani. Facet już myślał, że jeszcze zarobi na Różycu, ale dupa. Postawił i przegrał. Chciał grać dalej, ale ktoś w alejce krzyknął, że milicja. Grajki myk i w trzy sekundy zwinęli kram. Jeden wziął matę, drugi skrzynkę, trzeci pieniądze i każdy w inną stronę. Rozpłynęli się. Facet został sam. Tłum się odsunął, choć wszyscy patrzyli, co zrobi, a ten stał jak wryty. Pobladł, czoło mokre, bo czerwiec. Powietrze gorące stoi w miejscu i duchota. Tak przełknął ślinę i spojrzał na mnie, że do dziś pamiętam to błagalne spojrzenie. Ten proszący o pomoc wzrok. A może wzrok wstydu i poniżenia, jakiego doznał w nie jego świecie. W swoim był panem, a tu śmieciem, frajerem. Tak dał się zrobić. Przegrał wszystko, nawet zegarek i na bilet do domu musieli ze łzami w oczach pożyczać. Córka wybłagała u tych, co suknie chciała kupić. Obiecała, że odda. Nie wiem, czy oddała.

Milicjanci chodzili po cywilnemu, ale i tak wyczujesz sprawę. Jak ja butami handlowałem, to klient przyszedł, przymierzył i na końcu pytał, ile kosztuje, a jak taki „pies” po cywilnemu przyszedł, to od razu mówił „Ile to?”. Nawet o numer nie zapytał, nic.

To ja mu na to: „To nie dla ciebie te buty”, a on: „Ale dlaczego?”.

To ja: „Zobacz w lusterko. To nie dla takiej gęby te buty”.

Zły był strasznie, ale co ci zrobi? Nic. Jakby zaczęli zamykać wszystkich, co tam handlowali, to miejsca by im nie starczyło w aresztach. Czasem podchodzili i mówili wprost „Ty zarobiłeś, to ja też chcę zarobić”. To dałem mu coś, on policzył i wyliczył, że mam spokój do następnego piątku, nie wiem, jak on to wyceniał. Później powstał społeczny komitet handlarzy. Raz w tygodniu trzech chodziło, wiedzieli, kto handluje i w przysłowiową czapkę zbierali od nas pieniądze. Każdy wrzucał, ile tam uważał i jak komenda miała robić nalot, to oni na dobę wcześniej przychodzili i ostrzegali tych, którzy dawali pieniądze, że jutro będzie nagonka i wtedy się nie przychodziło. Kiedyś z ciekawości poszedłem zobaczyć, jak to się odbywa. Z tych co dawali pieniądze nikogo tam nie było, wpadali tylko przypadkowi. Miały miejsce też sytuacje, że milicjanci przychodzili po pracy, bo chcieli se wypić i zarobić, wtedy „na żywca” taki mówił, że on odbierze towar. Wtedy ktoś z komitetu zaraz biegł do dzielnicowego. Dzielnicowy przychodził, zrugał takiego i wypędził, a towar musiał oddać. Ten dzielnicowy to wszystko wiedział, nos miał duży i tęgi był, mundur miał zawsze rozpięty, tylko wypchane kieszenie mu latały na wietrze. Wiadomo po co te kieszenie tak latały rozpięte, żeby tam pieniądze można było wsuwać.

Złodzieje na Bazarze to co innego – to byli bardzo dobrzy rzemieślnicy, bo wzięli i krzywdy nie robili. Pilnowali, by ludzi nikt obcy nie okradał. Co pani jeszcze powiedzieć? Bo za dużo nie wolno. Ja pani coś powiem. Pani to opublikuje i będą nieprzyjemności. Niech pani lepiej weźmie jeszcze sobie czekoladkę zamiast rozmawiać o złodziejach i milicjantach.

Ci dozorcy nakryli trzech włamywaczy i, próbując ich zatrzymać, wdali się z nimi w bójkę. Włamywacze zabili dozorców i zaczęli uciekać. W tym czasie któryś z okolicznych mieszkańców, obserwujący całe zdarzenie z okna swego mieszkania, zawiadomił milicję. Jednego ze sprawców udało się ująć podczas przekraczania granicy z Czechosłowacją, pozostali dwaj zostali schwytani dopiero poza granicami Polski, po tym, jak dokonali kolejnych przestępstwa na terytorium naszego południowego sąsiada. To byli zawodowi bandyci.

Było dwóch dozorców i pies. Pod koniec 1978 roku [3.09.1980 – przyp. red.] bandziory w nocy przyszli. Dozorcy zaczęli interweniować i tamci ich zabili. Ciała znaleziono w budce na środku Bazaru.

Była raz taka sytuacja, że milicja złapała złodziei na gorącym uczynku, bo przy szpitalu się na nich zasadzili i widzieli, jak tamci okradają samochód, i od razu ich złapali. Wsadzili ich do więzienia, ale oni następnego dnia wyszli. Dlatego że prokurator uznał, że nie ma wystarczających dowodów winy, albo że mała społeczna szkodliwość czynu… Więc na Bazarze się mówiło, że nic się nigdy nie widziało, bo nawet jakby winnych zaaresztowali, to oni następnego dnia by wyszli. Tak było, ale zdarzały się wyjątki.

Na Różycu z lewej strony

Stoi grupka nawiedzonych.

Patrzą na grę w trzy lusterka,

Jeden stawia, reszta zerka.

Wszyscy zwarci, czujni, spięci.

Szczerzą zęby wniebowzięci.

Ref.: Wyluzuj koleś, odpuść sobie,

Bo już ci się lasuje w głowie.

Tu ferajna z leszczy żyje

I od rana piwko pije.

Tu fetniaków cała kupa

Tylko czeka na przygłupa.

Wygrał bańkę, cztery przegrał,

Teraz chciałby się odegrać.

Trzech go ciągnie, dają rady.

Śmiechu kupa, chłopek blady.

Tak mu dobrze doradzali,

Aż go do cna oskubali.

Tu się rzeźbi, tu się kręci,

Tu nie może się poszczęścić.

Spadaj koleś do Chamowa,

Bo tu gra jest koronkowa.

Chyba diabeł cię podkusił,

I dlatego przegrać musiał.

Facet pobladł, drży ze strachu,

Bo narobił se obciachu.

W taki sposób moi drodzy

Chytry zawsze sobie szkodzi.

Bo na Pradze krótka mowa,

Prosta, zwięzła i stylowa.

Zawsze, kiedy chciałem sprzedać zgromadzoną walutę, krzyczałem w ciemno kilkadziesiąt groszy więcej za sztukę i wtedy spotykałem się z pytaniem, „no, ale ile ty tego masz?”. Zrozumiałem od razu, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju hurtu odwrotnego i im większą porcję na jedną transakcję zaoferuję – tym większą wyciągnę cenę za sztukę. Zacząłem sprzedawać waluty w coraz większych porcjach, w dodatku tylko wtedy, gdy miałem na horyzoncie koniec gotówki lub przed sobą ekstra okazję cenową. Jeszcze poważniej wyglądało to, gdy nie oferowałem końcówek, tylko pełne tysiące. Tak się rozwijałem przez kilka miesięcy, aż zaliczyłem wpadkę. Milicjanci mnie przyuważyli, aresztowali i spędziłem kilka tygodni na Białołęce. W domu znaleziono, owszem, „wierzchołek góry lodowej”. Skasowali mi stempel w dowodzie i w ogóle położyli szlaban na wyjazdy za granicę. Później zostałem skazany na karę w zawiasach i grzywnę – dwuletnią pensję, którą mogłem odrobić w 2 miesiące. Co zrobiłem po wyjściu z pudła? Nie wróciłem na studia, gdyż wiązałoby się to ze zbyt wieloma komplikacjami. Zresztą nie chciałem.

Trafiłem na Bazar. Powiedzieli mi, że przez ten czas, kiedy mnie nie było, chodziły pogłoski, że „Robert kapuje”. Jednakże okazało się, że Robert nie kapował i od tej pory poszło lepiej i szybciej. Milicjant, który mnie z jeszcze jednym pechowo skręcił, przepraszał mnie, tłumaczył, że mnie nie znał a ja przecież mogłem uciekać, a oni by mnie nie gonili. Jeszcze ostatnie 2-3 razy zostałem zatrzymany i przeszukany bezowocnie przez „Boksera”, a później mnie już nikt nie tknął. Padła raz jeden jedyny propozycja donosicielstwa. Odpowiedziałem, że jak najbardziej im opowiem, jak tylko o czymś się dowiem, bo tak się dobrze składa, że oni złodziei ścigają, a mnie złodzieje przeszkadzają. Tylko jak milicja o tym doskonale wie, środowisko złodziejskie jest mi obce, więc niestety będą trudności. Z kolei, że milicjanci dobrze wiedzą, czym się zajmuję i żeby nie szukali we mnie debila, który podcina gałąź, na której siedzi. Później znajomym milicjantom mówiłem „dzień dobry”. Łapówki ani ode mnie nie chcieli, ani im nie proponowałem. Wydaje mi się, iż oceniali, że także ja mogę mieć pojęcie o interesach, które oni robią. Przecież bywaliśmy w tych samych i sąsiednich budach. I faktem jest też, że gdy się do takiej budy zbliżałem w jakimś celu, a w środku był milicjant, to pan czy pani mrugali do mnie okiem. Gdy wchodziłem, kiedy już gość odszedł, trafiałem na taki tekst: „Wiesz kto to był, Nie? To zapamiętaj go. To był pies”. No, ale żeby wyjaśniano mi, na czym polegał interes, to aż nie. Ale przecież i tak wiedziałem, co się w danej budzie załatwia. Przez całą karierę na bazarze ani razu nie zostałem okradziony, a tym bardziej napadnięty, chociaż wchodziłem do wielu bram na Brzeskiej i Ząbkowskiej. Wchodziłem też do baru mlecznego na rogu Ząbkowskiej i Targowej, kiedy nie było lepszego pomysłu na przeprowadzenie transakcji. Stąd tylko wiem, jaki był ten zapach PRL-u.

Pewnego razu z jednym z konkurentów handlowych a zarazem kolegą byliśmy na wczasach nad morzem. Poderwaliśmy bliźniaczki. Zapytały, czym my się zajmujemy. Spojrzeliśmy po sobie i ja po błyskawicznym zastanowieniu się odparłem, że drobiem. Pozostali byli zdziwieni. Wyjaśniłem wiec dalej, że „ptakami”. W tym momencie kolega zatrybił i potwierdził. Nie łatwo nam było opowiadać, jak przebiega praca przy ptactwie, ale było wesoło.

Kolanem jeszcze pierdolnąłem w bruk. Coś tam pękło czy puściło, nie wiem, ale od tamtej pory girę bardziej ciągam, niż nią chodzę. Świat mi się wtedy skończył. Próbowałem z robotą: a to na myjni, jakaś mechanika, a to klucze dorabiałem. Ale gdzie tam było do Midasa! No, chlałem jak wszyscy, jak im się życie pod nogami rozpierdoli. Teraz mam rentę, to nie bardzo jest za co. A tak się kręcę, czasem coś komuś naprawię, brykę zatrzaśniętą otworzę, siostrze w maszynach do szycia dłubię, bo zakład ma. Bazar dał, Bazar zabrał. Czasem pójdę, pogadamy, flaszkę zrobimy z kolegami. Ale to tak, jakbyśmy na cmentarzu pili.

Teraz pan Zdzisław demonstracyjnie się rozdziawia i wyjąwszy sztuczną szczękę, demonstruje ubytki. Mówi, że przez te zęby to miał ogólnie w życiu przesrane, bo prawie wrósł w dentystyczny fotel, ale przede wszystkim sfera uczuciowa zanikła, bo każda dziewczyna wytrzymywała z nim do czasu, gdy się uśmiechnął.

Wtedy to ja chodziłem ubrany, wypucowany na glans. Camele jarałem, Malborki. Sygnet! Sygnet, kurwa, nosiłem, gówniarz dwudziestoparoletni! Lord po prostu, walutowy bosman. Panny oczy za mną gubiły, a ja? Wiadomo, w każdym porcie… Ale na dziwki nigdy, na dziwki nie!

I w najlepszym czasie zostałem prawie kaleką! Ja tam nie wiem, czy fatum pierdolone jest, czy go nie ma, ale czasem ten świat to o kant dupy, człowiekowi na złość i utrapienie. Było tak, że dogadałem się z klientem za dwa tysiące dolarów. Grubsza rzecz, gość z tak zwanej góry. Lato było, gorąc jak skurwysyn, tak że ani marynarki, ani nic. To powtykałem tę forsę, a to w kieszenie, a to w gacie, tu i tam. Gdzie się dało, a sporo tego było. Kręcę się więc z całym tym kramem po Kijowskiej, a gnoja nie ma. Wtem zewsząd, z powietrza, wszędzie mendy! Blokują bramy i wyloty ulic, regularna obława. Poleciałem na Bazar, bo wymyśliłem, że po dachach spierdolę. Dobrze szło, ale gira mi się omskła na blasze falistej. Omszałe gówno było, czy jak? Poleciałem na ryj. Z niewysoka, ale prosto na papę. I za jednym zamachem, kurwa, siedem zębów poszło… no, nie ma.

W kraju naszym za komuny istniał faktyczny obowiązek pracy, co taki facet jak ja powinien traktować szczególnie serio. Niemożność okazania się pracą lub nauką groziła przy byle legitymowaniu odprowadzaniem na komendę, a tam przeszukaniem. A ja poza Bazarem miałem najczęściej przy sobie albo trefny towar, albo furę pieniędzy. Zdałem więc egzamin do dziennej szkoły pomaturalnej, do której przyjeżdżałem samochodem na niezbędne lekcje, tak aby móc spokojnie być 2 razy dziennie po ok. 2 godziny na Bazarze. Samochód był nie na mnie. Kiedy się uczyłem, leżały w nim w schowku zawsze jakieś waluty i gotówka. Po ukończeniu szkoły z najlepszą oceną znalazłem sobie fikcyjną pracę jako preser. Ale za nią już musiałem odpalać comiesięcznie na ZUS.

Szybko poznawałem konkretnych ludzi, ale też zbędnych znajomości unikałem. Miałem coraz szerszą wiedzę, gdzie zdobyć towar i komu go najkorzystniej obżenić. Po mniej więcej roku zaprzestałem osobistego „klepania bojków” (kupowania waluty od zagraniczniaków). Była to zmiana jakościowa, bo stałem się z cinkciarza waluciarzem. Ze względu na oszczędność czasu i bezpieczeństwo zacząłem brać towar wyłącznie od handlarzy. Tym się różniłem od innych odbiorców, że nawet nie próbowałem urywać handlarzom końcówek. Wypłacałem co do 10 zł. Lubili mnie za to i z ich relacji wynikało, że trzymali specjalnie dla mnie towar, no, chyba że kto inny mnie przebił cenowo. Wycieczki do NRD i handel gumą zostawiłem już dawno biedniejszym. Uznałem się za eksperta od autentyczności banknotów. Miałem do tego zdolności, bo byłem numizmatykiem. Wołano mnie do ekspertyz nie tylko dolarów, ale też np. starych edycji „dzików”. Bywało śmiesznie – zdarzało się, że nikt nie chciał wierzyć w wartość przedstawionych banknotów, więc z satysfakcją kupowałem je sam po jakiejś niskiej cenie. Doszkalały mnie dziewczyny w bankach, gdzie miałem konta. Znały mnie. Były nie tylko uczynne, ale też dziwnym trafem wyjątkowo atrakcyjne.

W 1973 wyszedłem z wojska i zostałem cinkciarzem. Na tramwaje nie wróciłem. W dupie mi się trochę poprzewracało, bo świata niby żem liznął, dolara w kieszeni miętoliłem. Żałowałem trochę tej marynarki wojennej. Belkę miałem na gajerze, a jakbym admirała dostał! No nic. Na Bazarze też wielki świat: kręcili się ci z ambasad, partyjni, Niemce i Ruskie. Z kacapami robiliśmy trochę interesy. Na czym? No, myśmy im byle gówno, a oni za to rublami płacili? To samo z Niemiaszkami. O, ci to mieli pierdolca z tymi krasnalami, co se po ogrodach lubieli poustawiać. Nadal lubieją? Wesoły naród, że mu się takie gówno podoba. To myśmy im wciskali, że to unikatowe wzornictwo, Enzelstücke niby, że to, taka okazja się nie powtórzy. I szły marki do nas. Złote czasy.

Był taki jeden, co nosił obraz Ostatniej Wieczerzy, a wiadomo, że handlował dolarami. Dzięki temu wszyscy wiedzieli, czym handluje. Chodził też niewidomy i sprzedawał okładki na dokumenty. Niewidomy był, to go nikt nie sprawdzał, nikt go nie przeszukiwał, więc przy nalotach wszyscy cinkciarze koło niego się przesuwali i jemu te dolary do kieszeni wpychali, bo wiedzieli, że jego nie sprawdzą.

Tym łapówkarzom to ja bym, za przeproszeniem, uciął ręce, bo to jest nie tak, jak być powinno. Tak samo ja złodziejowi bym uciął ucho, żeby było widać, że to złodziej. Ostatecznie małżowina nikomu nie jest potrzebna. Co innego oczy.

Czasami robili kontrole, ale ci najważniejsi na Bazarze wiedzieli o tym z góry – wiedzieli, że czasem trzeba kogoś wystawić, żeby ten wpadł, bo musieli kogoś zgarnąć. Ale nigdy nie wpadali ci najważniejsi. Ten dzielnicowy z komendy na Cyryla, to został potem rozliczony. Były plotki, że się powiesił na komendzie. Nie wiem, czy to było wtedy, kiedy już mu postawili zarzuty. Czyli kiedy już było wiadomo, że trafi do więzienia na długie lata.

Dzielnicowy nosił teczkę wypchaną wędlinami. Ale to był mały człowiek. On tam może i straszył, ale spraw nie prowadził. Jakby coś wykrył, to prowadziłoby do PG, do wydziałów kryminalnych, wywiadowczych. On się tylko plątał w tym mundurze. Ktoś dał mu dwa pomidory i szedł dalej.

To bazar nieporównywalny w skali świata. Tam można było żyć i szukać ratunku. Władze polskie chciały zlikwidować Bazar, ale milicja polska na Cyryla i Metodego nie. Bo tam na Bazarze funkcjonowało skupisko złodziei. Milicja miała ich wszystkich w jednym miejscu. Kiedy urzędowałem na ulicy Floriańskiej jako pełnomocnik rządu ds. hodowli buraka cukrowego [rok 1978 – K.M.], złodziej wszedł do gabinetu. Mnie nie było, sekretarka gdzieś się zawieruszyła. On wziął mój płaszcz, ubrał się i wyszedł. Poszedłem do komisariatu na Cyryla i Metodego i powiadam, że ukradli mi palto. „No to my może damy sygnał, wyślemy agentów, ale pana palto to nie pępek świata”. Następnego dnia wziąłem swojego kierowcę, zaczęliśmy szukać i dopiero na Bazarze go odnaleźliśmy. Pozostawiłem wóz z kierowcą i jeszcze jednym kolegą. Przeszedłem przez Bazar raz i drugi, no i w końcu widzę swój płaszcz. To był płaszcz lotniczy, na jednym rękawie widniała przypalona plama. No i ja stanąłem, patrzę: milicji nie ma. Widzę, że złodziej stoi w grupie bandziorów. Podszedłem do niego. Zapytałem o cenę płaszcza, a potem powiedziałem: „A gdzie kaszkiety sprzedają?”. „Tam”, powiada. A ja pytam, „Gdzie? To niech pan podprowadzi”. I kiedy on mnie podprowadził do stoiska z czapkami, to ja machnąłem ręką, kierowca z samochodu wyskoczył i myśmy go już mieli. Zwrot, od razu za rękę i do samochodu. On oporu nie stawiał. Zawieźliśmy go do komisariatu na Cyryla. Wchodzę z nim do tego posterunkowego, któremu zgłosiłem kradzież. Tego złodzieja naturalnie aresztowała milicja. Na komisariacie do mnie się zwrócili z prośbą „Czy pan nie ma nic przeciwko temu, że my napiszemy, że nie pan go znalazł, ale milicja?”. Ja mówię „proszę bardzo”. Położyli płaszcz na posterunku i zapytali, czy rozpoznaję swój płaszcz. Ja mówię, że tak. A oni na to „Tak? A ile guzików ma pana płaszcz?”. Głupie pytanie. Ten złodziej miał jeszcze rozprawę o skradzioną maszynę do pisania. A kiedy był za to w komisariacie, milicja nie zwracała na niego uwagi, no to skradł im drugą maszynę i wyszedł. Potem była rozprawa sądowa na Lesznie, a ja siedziałem jako świadek. Zacząłem szkicować karykaturę tego człowieka. No i wtedy on wstał z ławy i mówi „Panie sędzio, on mnie rysuje”. W czasie rozprawy powiedzieli „Nie wolno malować oskarżonego. Jak pan będzie go malował, to my pana posadzimy”.

Wszyscy przymykali oczy, dlatego Bazar istniał. Co roku go zamykano, ale przeżył. W końcu ciężkie pieniądze tam szły. Nie zabija się kury, która znosi złote jaja. Jak kura znosi złote jaja, to trzeba ją głaskać, czasami dać klapsa, ale broń Boże uszkodzić, musi być zdrowa.

Panowała powszechna opinia, że na rynku nie ma cytryn i pomarańczy, bo kupcy z Bazaru nimi handlują, szmuglują i żeby to ukrócić, zrobili nalot na budki z warzywami. Przyjechali milicjanci. Na Brzeskiej się zatrzymali i jak gdzie zobaczyli cytryny czy pomarańcze, to konfiskowali. To się nazywało, że oni potem to do domu dziecka oddadzą, ale sam widziałem, jak jeden przyniósł taką paletę i każdy łapał pomarańcze i wsadzał do kieszeni. Kradli jak mogli.

Na przełomie lat 70. i 80. pracowałem w Polskiej Agencji Prasowej, która wydawała wówczas tzw. „Biuletyn Specjalny”. Nie obejmowała go cenzura. Wszystko można było w nim napisać. Był to druk nieoficjalny, przeznaczony dla redakcji gazet, radia, telewizji, uniwersytetu i episkopatu. Władza wychodziła z założenia, że biskupi i tak mają dostęp do informacji z Watykanu. Czasami zabrakło nam jakiegoś numeru, skończył się nakład. Dowiedzieliśmy się w PAP-ie, że są 2 stragany na Bazarze Różyckiego, na których można kupić nasz „Biuletyn…”. Rozumiem, że ktoś, kto go prenumerował, dostarczał towar na Bazar. To były oryginalne egzemplarze z PAP-u. Widniał na nich czerwony napis „Biuletyn Specjalny”. Na tekstach szczególnie „delikatnych” czasami pojawiała się uwaga w nawiasie: „Nie do przedruku w prasie”. Środowisko dziennikarskie wiedziało, gdzie na Bazarze Różyckiego można kupić „Biuletyn…”. Był oczywiście ukryty, pod straganem. Nie każdemu sprzedawali. Jedno z tych stoisk – rodzaj antykwariatu – prowadziła starsza pani. Sprzedawała stare lampy, książki, okucia no i materiały drukowane. Podchodziło się i mówiło: „poproszę Biuletyn” (nie trzeba było mówić jaki biuletyn), a sprzedawczyni pytała „a który numer?”.

Biuletyny pojawiały się na Bazarze zaraz po ich opublikowaniu, z jedno czy dwudniowym opóźnieniem. To potwierdzało fakt, że PRL był „najweselszym barakiem” obozu socjalistycznego. Coś podobnego nie mogło zdarzyć się w żadnym innym kraju demokracji ludowej.

W pewnym momencie zostałem szefem „Biuletynu Specjalnego”. Chyba zbyt dosłownie pojmowałem, że można w nim publikować wszystko, bo kiedy opatrzyłem materiał z ówczesnego NRF-u tytułem: „Fiasko wizyty Breżniewa w Bonn”, to po 15 minutach już nie byłem szefem Biuletynu. Telewizja tego wieczoru zaprosiła mnie, pod jakimś głupim pretekstem, żebym wygłosił komentarz w Dzienniku Telewizyjnym. Nie wiedziałem dlaczego tak nagle i dlaczego zapraszają mnie w tym dniu, w którym mnie wylali. Potem dowiedziałem się o plotce, która rozeszła się po Warszawie, głoszącej, że zostałem aresztowany za ten materiał. Dlatego trzeba było pokazać mnie w telewizji jako dowód, że jednak nie trafiłem do więzienia.

FILM, FRAGMENT 12 – CAŁYFILM

PODPIS: Cały film „Praskie pożegnania. Wielki kram” z roku 1977, scenariusz i realizacja Tadeusz Makarczyński, komentarz Jerzy Kasprzycki, Lektor Aleksander Bardini, zdjęcia Zbigniew Karpowicz, dźwięk Halina Paszkowska, montaż Maria Rutkowska, produkcja Wytwórnia Filmów Dokumentalnych (Warszawa).

Ostatnie zdjęcia na Bazarze wykonałem w 1975 roku. Wtedy zdarzył się ten jedyny raz, kiedy chwyciłem aparat i chciałem zrobić zdjęcie z góry. Na samym środku Bazaru, na skrzyżowaniu alejek, zrobiło się jakieś zbiegowisko, coś się działo. Ludzie się nad czymś pochylali, ja tego nie widziałem i nie wytrzymałem. Miałem nadzieję, że aparat mi powie, co tam jest. Podniosłem go nad głowę… i reakcja była natychmiastowa. „Spierdalaj stąd z tym aparatem …już!” – usłyszałem koło głowy. Nie wiem, kto to był, ale nawet mnie to wtedy nie interesowało. Może to był któryś z szefów złodziejaszków? A może raczej ktoś z bezpieki? To by tłumaczyło, dlaczego tak miło się to skończyło. Do dziś nie wiem, co tam się działo, może to po prostu jakaś baba sprzedawała coś atrakcyjnego? Wystarczył sam mój jeden gest. Nie chodziło, podejrzewam, o to, co chciałem sfotografować, a o to, że w ogóle spróbowałem. To był koniec. Zrozumiałem, że już nie mam wstępu na bazar. Ostro i bez dyskusji.

Jako mały dzieciak chciałem być księdzem. Zakładałem długie sukienki mojej matki, stawałem na stołku i odprawiałem mszę. Potem chciałem być żołnierzem. W rodzinie było kilka osób zawiązanych z wojskiem. Miałem brata ciotecznego, który został zawodowym żołnierzem. Raz jak przyjechał na przepustkę, to założyłem jego mundur i wyszedłem na miasto. Miałem piętnaście lat. Dobrze, że mnie milicja nie zatrzymała. W końcu jak poszedłem do wojska, to miałem już tam zostać. Ale że służyłem w Szczecinie i rodzice nie chcieli bym służył tak daleko, bo mnie jednego mają, to w końcu nie zostałem. Wyszedłem z wojska w 1973 roku, wróciłem do domu i przez przypadek znalazłem się w naszej kochanej milicji. Ojciec miał kolegę sąsiada, który został dzielnicowym w Radości i to on mnie namówił. Ja wcześniej byłem karany za wypadek samochodowy, dostałem rok w zawieszeniu na dwa, więc myślałem, że mnie nie przyjmą. Zresztą mówiłem mu, że to nie dla mnie, ale i rodzice mnie przekonywali i pieniądze zapowiadały się nie najgorsze. No i ten sąsiad ciągle mi powtarzał, żebym złożył te papiery i w końcu je złożyłem, myśląc, że mnie odrzucą. A oni nie wzięli tego wyroku w ogóle pod uwagę i mnie przyjęli. Później dowiedziałem się, że ten sąsiad za to, że mnie wprowadził, jakąś premię dostał, że tak wynagradzali tych, którzy kogoś tam przysłali. Zostałem przyjęty i na początku miałem iść do ZOMO, ale nie chciałem i po miesiącu skierowali mnie na szkółkę. Na szkółce byłem w Warszawie i jak ją skończyłem, to skierowali mnie do komendy stołecznej, do pogotowia milicji. To była praca interwencyjna, tak jak pogotowie ratunkowe. Wszystkie interwencje w mieście załatwiało pogotowie – bójki, awantury. Raz to nawet do obecnej, a wtedy jeszcze przyszłej żony, przyjechałem na interwencję. Potem, jak już byliśmy razem, po 1979 roku, to teściowa mnie poznała i miała trochę zastrzeżeń do zięcia milicjanta. Zresztą nie tylko ona. Wszyscy mieli. Milicja nie była wtedy organem lubianym, więc co się dziwić? Wtedy takie czasy nastały, że niczym dobrym się ta milicja nie wykazywała tylko złym. W szczególności to ZOMO psuło wszystko. Starzy zawodowcy to trochę inaczej myśleli. Nikt z nich nie strzelałby do ludzi. Znałem ich, znałem ich poglądy, wiedzieliśmy, że jakby co, to my nawet palcem nie kiwniemy. A ZOMO zostało ustawione inaczej. W szkółkach im głupot do głowy nakładli. Zresztą przychodzili tam tylko po to, żeby się wyżyć i czasami trzeba było ich wręcz powstrzymywać, bo to byli zwyczajni bandyci.

Zamieszkałam na Pradze blisko Dworca Wschodniego w 1969 r., miałam wtedy 8 lat. Bardzo bałam się tej dzikiej Pragi, innych ludzi, starych i brudnych kamienic, tajemniczych podwórek. Bardzo niechętnie wychodziłam z bezpiecznego wtedy obszaru nowych bloków przy ulicy Bliskiej. Jednak, jak wszystkie dzieciaki z tych okolic, chętnie biegałam na Bazar po upragnioną gumę Donald. Pewnego dnia znalazłam dużą sumę pieniędzy w pobliżu stoiska z gumami i oddałam je właścicielowi, on zdziwiony powiedział tylko „Jesteś charakterna dziewczynka”. Nie pamiętałam jego twarzy, ale pachniał gumami Donald. Bazar Różyckiego znałam wtedy z opowieści starszych kolegów i przelotnych zakupów z rodzicami, bałam się strasznie głównej alei pełnej różnych typków grających w karty, pamiętam kłótnie i krzyki oszukiwanych ludzi, ścisk i słowa mamy „Trzymaj się za rękę, bo porwą cię Cyganie”.

Koledzy z podwórka mieli wujka pracującego w zakładach ZWUT przy ulicy Żupniczej. To on ułatwiał nam wejście na teren. Już wtedy zapanowała moda na kolorowe ozdoby z plastikowych żyłek, osłonek produkowanych tam kabelków, szabrowanych z terenu zakładu. Rozwinął się domowy przemysł, oczyszczaliśmy druty z kolorowych żyłek i robiliśmy „pytki”. One służyły jako ozdoby do kluczy a czasem jako biżuteria. Nie pamiętam kto miał dojścia na Bazar Różyckiego i jak odbywała się dystrybucja, ale zarabialiśmy niezłe kieszonkowe.

Pewnego razu, któryś z dystrybutorów „pytek” zachorował i ja zostałam wyznaczona na nowego dostawcę. Byłam wysoka i z uwagi na budowę ciała, wyglądałam na starszą. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, na jakie niebezpieczeństwo się narażam. Wiedziałam, że jestem odważną dziewczyną z Kamionka. Otrzymałam wskazówki, gdzie i do kogo mam dostarczyć towar i o której godzinie. Jednak byłam tak pochłonięta atmosferą Bazaru przed Świętami Wielkanocnymi, a zwłaszcza kolorowymi palmami, kwiatami, pisankami, że nie zauważyłam, jak minęła wyznaczona pora.

Trafiłam jednak do wskazanej budki, właściciel miał stoisko z książkami i gazetami. Ja miałam towar w lnianej torbie. Nie kojarzył mnie z dostawcą pytek. Wtedy zobaczyłam, jak rozmawia z nim młody chłopak, coś zabierał do dużej torby, dyskutowali przy tym zdenerwowani. Ja nic nie słyszałam, ale właściciel spostrzegł mnie i złowrogo potraktował. Na nic nie pomagały tłumaczenia, pokazywanie towaru. Trzymał mnie za rękę i krzyczał, że jestem złodziejką. Nie pamiętam już, jak to się stało, ale udało mi się wyrwać z mocnego uścisku, uciekłam do głównej alei, bo wiedziałam, że tam jest tłum i uda mi się z nim zmieszać.

Nagle na mojej drodze stanęło dwóch milicjantów, ze strachu nie byłam w stanie uciekać. Wtedy brak dokumentów był karany, a ja nie miałam przy sobie legitymacji szkolnej.

Oczami wyobraźni widziałam siebie na komendzie przy Cyryla i Metodego. Zaczęłam płakać. Wtedy z tłumu wyszedł mój wybawca, podszedł do patrolu, coś szepnął, a dwóch funkcjonariuszy wycofało się w tłum gapiów . Nazywali go Cygan, ale on chyba nie był Romem, choć do dziś nie jestem tego pewna. Byłam tak zdenerwowana, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć, ale on śmiał się głośno i wspomniał tylko, że lepiej było jak zbierałam papierki po gumie Donald i znajdowałam pieniądze. Wtedy już wiedziałam, że mój wybawca to właściciel stoiska z gumami Donald. Miał na Różycu ogromne poważanie, bo już wtedy okoliczni handlarze wzdłuż głównej alei kiwali do niego głowami, niektórzy podwali mu rękę.

Rozgorączkowana i podniecona dziękowałam mu za pomoc, ale nie byłam wtedy w stanie zapamiętać jego twarzy. Po powrocie do domu nie powiedziałam ze strachu mamie o całym zajściu, ale musiałam oddać towar koledze i jemu wyspowiadać się z własnej głupoty.

Naraziłam się strasznie kolegom z podwórka. Już nie mogłam być pośrednikiem w sprzedaży drogocennych osłonek na kabelki. Jednak byłam już dorastająca nastolatką, miałam prawie szesnaście lat i mój wybawca śnił się mi się po nocach. Myślałam, jak można znaleźć jednego mężczyznę pośród mrowia ludzi na Różycu. Byłam jednak uparta i chodziłam tam z mamą na codzienne zakupy.

We wrześniu 1977 r. mama chciała mi kupić płaszcz do nowej szkoły, a panowała wtedy moda na dużą kratę.

Wtedy pojawił się mój Cygan. Chyba był przystojny, bo nawet moja mama spojrzała na niego z zainteresowaniem, ale on był zajęty rozmową z dwoma mężczyznami. Coś im pokazywał, chyba jakieś zdjęcie. Ja wymyślałam wszystko, aby zwrócić jego uwagę, głośno rozmawiałam, wymieniałam spostrzeżenia na temat mody z właścicielką stoiska. Mama zauważyła moje dziwne zachowanie, jednak nie zorientowała się, że to była tylko gra i prowokacja, dlatego zachowywała się naturalnie, kiedy on podszedł i powiedział: „tak ładna panna nie powinna kupować takiego spadochronu”. No i wtedy już wiedziałam, że muszę go lepiej poznać. Został moim idolem, tajemniczą postacią. Marzyłam o nim całymi dniami.

Wtedy bywałam na Bazarze codziennie z nadzieją, że spotkam go choć na chwilę. O mały włos nie zaliczyłabym roku szkolnego, ale moja chęć poznania go bliżej była niezwyciężona!

Zaczął się 1979 r., pojawiali się ciągle tajemniczy panowie w płaszczach lub w marynarkach często w ciemnych okularach. W tamtych czasach uczyłam się dopiero komunistycznej logiki, więc nie umiałam sobie wytłumaczyć roli mojego tajemniczego amanta. W powietrzu coś wisiało, ale ludzie na Bazarze niezbyt chętnie interesowali się polityką, wszyscy tam chcieli się jak najszybciej dorobić, zbić swój pierwszy kapitał.

Jednak czasem widziałam, jak ktoś komuś podawał dyskretnie jakieś gazetki, czy ulotki – jak w prawdziwej konspiracji. Pewnie kwitło tam drugie polityczne życie, bo pewnych panów znałam już z widzenia, a i oni przyglądali mi się podejrzliwie. Wtedy na Bazarze było chyba więcej ubeków niż kwiatów u okolicznych handlarek. Nie mogłam jednak przez rok spotkać mojego Cygana, aż tu nagle pod koniec roku tuż przed Świętami Bożego Narodzenia pojawił się na mojej drodze, w głównej alei.

Stałam i gapiłam się jak prawdziwa małolata na mojego wymarzonego amanta, a on powiedział „Szukasz guza dziewczyno, czy jesteś na usługach bezpieki?”

I tak zaczął się „nasz romans”.

Byłam dziewczyną Cygana, ale nic o nim nie wiedziałam – ile ma naprawdę lat, gdzie mieszka i czym się zajmuje. Był wobec mnie szarmancki, zapraszał mnie do kawiarni lub do kina ale nie wtajemniczał w swoje interesy. Czasem znikał nagle na kilka dni, ale tłumaczył to wyjazdami. Bardzo dobrze znał niemiecki i rosyjski, to dzięki niemu uczyłam się tych języków.

Nasza znajomość była dziwna, bo ja musiałam ukrywać ją przed rodzicami, a on ukrywał mnie przed swoim światem.

Jednak moja kobieca wścibskość nie dawała się uśpić, intrygowało mnie zdobycie informacji o moim Cyganie. Babcia mojej koleżanki była od lat sprzedawcą flaków na Różycu i znała wiele ważnych postaci i to ona miała być moja informatorką. Jednak niewiele mi powiedziała albo bała się mówić, bo mój tajemniczy wielbiciel okazał się być jedną z ważniejszych postaci Bazaru.

Nigdy nie dowiedziałam się kim naprawdę był, ale jego zachowania już wtedy wydawały się dziwne i dwuznaczne.

Rozmawiał z milicjantami i najgorszymi oprychami z Różyca, miał zawsze pieniądze, ale jednocześnie ogładę i wrodzoną inteligencję. Nigdy nie mówił prawdy, bawił mnie śmiesznymi historiami, ale jednocześnie nie skrzywdził, był prawdziwym dżentelmenem.

Bawił się w politykę, chyba roznosił po Bazarze bibułę lub inne nielegalne wydawnictwa. Bywały dni, że się ukrywał. Wyraźnie mnie chronił. Ja dorastałam, a on się starzał jak Bazar, nasze drogi się powoli rozchodziły. Kiedyś chciałam mu zrobić pamiątkowe zdjęcie, jednak się nie zgodził, mnie natomiast namalował czarną kredką, do dziś mam ten portret.

Kiedy mogłam wyjechać z rodzicami do ciotki, która mieszkała w dawnym RFN, musiałam skorzystać z tej możliwości. Wtedy byłam zależna od rodziców, nie miałam wyjścia, pozostała mi po nim tylko pamiątkowa broszka w postaci ptaka.

Oczywiście! Dochodziło do ślubów i mówiono, że się hajta „ten stragan z tamtym”. Bywało, że zakochani te stragany łączyli. Bywało wiele uniesień, motylków w brzuchu. Amantów nie brakowało. Robili sobie fryzury na Limahla i podbijali serca. Były też rozwody. Miało być pięknie, ale w interesach nie zawsze jest kolorowo, więc czasem szło o głupotę, choćby o to, że ktoś nie odebrał towaru, bo stał w kolejce po lodówkę. A i bazarowe romanse kwitły. Plotki chodziły równo, ale raczej nie należało donosić o zdradach, bo na tym człowiek mógł tylko stracić dojście do konkretnych produktów.

Przychodziłem na Bazar najpierw z kolegami, a potem już chodziłem za Haliną. Oj, ile ja się za nią nachodziłem. Jej ojciec sprzedawał odzież na Bazarze i ona często tam siedziała. No i tak się zaczęło. Wspólne przesiadywanie, spacery i imprezy. Wychodziłem co moje, aż została moją żoną.

Jasia omówiła sprawę z milicjantami. Rozstawiła na Bazarze stolik i nakryła go sporym obrusem. Ułożyła bluzki z Peweksu, elastyczne, w pastelowych kolorach. Przed każdą akcją przeciw spekulantom milicjanci dawali jej cynk. Wręczała im dolę, wiązała rogi obrusa z towarem w środku i z tobołkiem na ramieniu opuszczała Bazar. Nigdy więcej nie stanęła przed sądem.

Marysię Goldiner spotkała po trzydziestu latach w Klubie „Dzieci Holocaustu”. Była wychudzona i blada. Obiecała zadzwonić. Umarła po paru miesiącach. Syn skremował zwłoki, a urnę zabrał ze sobą do Wiednia.

Zaczęła się bawełna z Turcji, z Seulu. Mąż – murarz pił i mocz przedostawał się do krwi. W szpitalu odwiedziła go z córkami, zięciami i wnuczką. Lekarz powiedział „Zaraz zaśnie”.

Było gorąco, wstąpili do kina „Praha” na coca-colę. Nazajutrz pielęgniarka powiedziała, że po ich wyjściu zeskoczył z łóżka i ruszył do drzwi.

– Jakby uciekał przed kimś – skomentowała pielęgniarka. – Jakby chciał uciec przed śmiercią. Nie uszedł daleko, dwa, może trzy kroki.

Wkrótce po pogrzebie zagotowała pięćdziesiąt papierosów i wywarem popiła oxazepan. Obudziła się w szpitalu.

– Przecież pił – mówiła córka. – Przecież ci ubliżał…

– Ale przed obcymi bronił. Rodzoną siostrę sprał okrutnie, kiedy powiedziała mi „ty Żydówo”!

– Zdradzał cię, mamo. Pamiętasz te jego kochanice?

– Ale mnie kochał najbardziej. I nikt już mnie tak nie pokocha. Nigdy nikt.

– Może byś porozmawiała z psychiatrą? – powiedziała córka.

Psychiatra spytał, czy zdarzyło się to po raz pierwszy. Wyjaśniła, że był już chlor w domu dziecka i powróz w areszcie. Spytał, jakie miała dzieciństwo i czy chce mu opowiedzieć o nim trochę więcej. Wyjaśniła, jak umiała najgrzeczniej, że skoro nie był, gdzie ona była, niczego nie zrozumie. Nie warto dla niego języka sobie strzępić.

Chce pani historię o miłości? Ja pani powiem jedno słowo: zdrada. Ja już żadnemu facetowi nigdy nie zaufam, oni wszyscy zdradzają. Kobieta to więcej o rodzinie myśli, dzieciach, obowiązkach, nie ma czasu, a facet choćby nie wiem, jaki dobry był – zawsze zdradza. Mi się wydaje, że miłość to musi zaiskrzyć. Jakaś iskra musi być. Sprzedawałam artykuły spożywcze na Bazarze, a on do mnie do pracy przyszedł. I tak na mnie spojrzał za wystawą, a ja na niego i wie Pani, była jakaś iskra, rzeczywiście, coś takiego na chwilę przeleciało. I jemu też. On mi potem o tym mówił. To było takie niebywałe coś. Ja byłam niebrzydka, wiedziałam, jak się stosownie ubrać, uczesać. Robił zakupy. Potem znów przyszedł, po śniadanie, bo on blisko pracował. I mówi do mnie „A ty to nie masz Bożenka na imię?”. Ja mówię „Nie”. Ale tam kolejka ludzi do mnie stała, ja nie mogłam z nim długo rozmawiać. A potem wychodzę z pracy, a tu „Dobry wieczór”. „Dobry wieczór”. „Poznaje mnie Pani”. „Poznaję”. Odwiózł mnie do domu, no nie tak zupełnie, tylko na przystanek. Wsiadł w tramwaj do siebie i już żeśmy się pożegnali. „A może umówiłabyś się ze mną?” „Ja nie mam tak dużo czasu?”. I jakoś dopiero przy pierwszej niedzieli umówiłam się z nim. Poszliśmy na spacer, posiedzieliśmy na ławce, żeśmy sobie pogadali nad Wisłą, tu obok zoo. Potem na obiad zaprosił mnie do siebie, mamusia tak mi się przyglądała. Krótko żeśmy się znali, trzy miesiące. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata. A ja taka skromna byłam, ani mnie przytulić, ani pocałować. A po trzech miesiącach wziął mnie na bal maturalny i mówi do mnie, żebyśmy się pobrali. A ja mu: „Słuchaj, my się znamy za krótko. Ani ty mnie nie znasz, ani ja ciebie nie znam”. A bal był ładny. Miałam sukienkę szaro-niebieską z garsoneczką, taką skromniutką. I pamiętam, że profesorzy ze mną tańczyli. Orkiestra grała.

Tworzyliśmy ładną subtelną parę. Pasowaliśmy do siebie. Wszyscy nam o tym mówili. Ojejku, a on z pracy po mnie przychodził. Jechał do domu, potem do mnie. Rodzinę całą swoją zaprosił, żeby mnie zobaczyli. Gdy pierwszy raz spotkałam jego brata, to powiedział do mnie „Ty zostaniesz żoną mojego brata”. A ja do niego „Tak? A skąd to możesz wiedzieć?”. Widocznie coś już tam wtedy rodzinie powiedział…

Kiedyś wychodzę z pracy i słyszę znajomy głos! „A co ty tutaj robisz?”. Dowiedział się od kierowniczki, gdzie ja mieszkam i przyjechał do moich rodziców. Tak się zaczęło. Ale moja mama mówi „Wisz, Krysia, to jest dla ciebie chyba nie coś, co powinno być. Ale to twoja sprawa.” Nie wtrącali się. No i tak się stało, że do tej pory jesteśmy. Ślub mieliśmy tylko kościelny, bo na inny moja matula by nie pozwoliła. Sukienkę miałam wypożyczoną tu, na Solidarności, taką długą, że aż po ziemi się ciągnęła, taka z koronki i z puszkiem, wtedy takie modne były.

Przechlapane życie. On ciągle myślami był ku tamtej. Wie pani, 7 lat się znali, a tu tylko 3 miesiące. Miał się z nią kilka razy żenić, garnitur już miał uszyty, wszystko …A czemu się z nią nie ożenił – nie wiem, bo tego nigdy mi nie powiedział. Więc chyba za mną nie przepadał. A mi się podobał, mimo wszystko. I się zdecydowałam. A to głupota była. Wszyscy mi doradzali, że powinnam go zostawić. Rodzice mówią: „Zdecyduj się na rozwód”. Pojechali ze mną do adwokata, zapłacili.

Wracałam z pracy i zobaczyłam, że wsiada do taksówki z taką wysoką, ładną dziewczyną. Ja wsiadłam do innej taksówki i pojechałam za nimi. Zatrzymali się. Było buzi-buzi w taksówce. A ja stałam obok niego, tyle że on nie pomyślał, że ja tam mogę być. Podjechałam pod restaurację, tutaj. „Stary Niedźwiedź” się nazywała. Wychodzę, zapłaciłam, o on do mnie tak „Co ty tutaj robisz?”, a ja mówię „A ty? Co robisz?”. Proszę pani, wepchnął ją, weszli, a ja sobie poszłam. I się nie zainteresował moją osobą. Powiadomiłam rano swoją mamę, spakowałam się. Jeszcze pięć minut i on by mnie nie zastał. Przyszedł, nie dał mi tych moich rzeczy, no i my sobie pogadali. Powiedział, że spotykał się ze swoją byłą. I wie pani, tak płakał, tak pozamykał drzwi, że ja to wszystko bym mu przebaczyła, że to nieprawda, że on się tylko z nią spotkał, chciał z nią tylko porozmawiać, a ona miała ślub niedługo. I wie pani, no odpuściłam. Poza tym nie myślałam o sobie, tylko o dziecku, bo bez ojca być nie może. Nie miałam do niego serca. Byłam, bo byłam, prałam, gotowałam, sprzątałam, ale serca do niego nie miałam. Znajdowałam się w poważnym stanie: czwarty miesiąc, już widać. Poszłam do pracy, wróciłam, a sąsiadka do mnie wyszła. Mąż jej wrócił, a ona do niego „To jest pana Jurka bratowa. Jej mąż jest w mieszkaniu z inną kobietą”. Powiedziała mi, że jest z taką czarną dziewczyną, wysoką, szczupłą. Od razu pomyślałam, że to ona. A chodził z nią długo, 7 lat, ale ożenił się nie z nią, tylko ze mną. Nic. Ja mu się nie pokazałam. Ta sąsiadka nie mogła wytrzymać, mówi „No niech się pani pokaże!”.

Rozmawiałam z nim później o tym. Powiedział, że to nieprawda, że ona wychodzi za mąż, że chodzi o zaproszenia i zaprosił ją do domu. A ja nie rozumiem, czy nie było jakieś ławki, miejsca czy coś? Czy nawet parę kroków ulicą przejść… A oni nie, sam na sam. I długo tam siedzieli, od 16:00 do 20:00.

Raz podsłuchałam taką rozmowę. Wchodzę do teściowej, miała otwarte drzwi i słyszę – oni głośno rozmawiają. A teściowa to chyba czuła, że on za mną nie przepada. I mówi do niego „Miałeś Halinkę – trzeba było mieć Halinkę”. Tyle że wcześniej nie podsłuchałam, o czym rozmawiali, tylko ostatni moment. I stąd wiem, że miała na imię Halinka. A z teściową nie miałam żadnego kontaktu.

I wie pani, potem cały czas przypominał mi się ten widok, jak oni siedzieli i się całowali w tej taksówce. Jak on z nią wszedł, jak on mnie potraktował. Tak jakbym jego żoną nie była. Wszedł z nią, prawda? Zamiast się ciężarną kobietą zainteresować, że ja się mogłam zdenerwować, mogłam na przykład upaść na ulicy, poronienia dostać czy coś.

Ja mężczyznom od tej pory nie ufam i nie będę ufać. Chyba że syn. On jest inny człowiek, taki poważniejszy jest. Raczej podobny do mnie, ma mój charakter. Pilny, obowiązkowy, czysty bardzo. Gdyby coś brudnego zobaczył – to koniec. Kiedyśmy tak sobie rozmawiali, a on do mnie „Mama, wiesz? Ja dla swojej żony to chcę być dobrym mężem”. On się jeszcze nie ożenił. A kiedyś, jak już się dowiedział o wszystkim, tak do mnie mówi „Mama, wiesz, coś ci powiem. Poniżasz się. Nie poniżaj się. Nie wspominaj w ogóle o tym”. Ale wie pani, to się pamięta. Bo gdybym ją zobaczyła na ulicy – to nie wiem. Góra z górą się nigdy nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem, tak.

W tej chwili jesteśmy razem. (Po chwili, cicho) Bo ja się wstydziłam rozwodu. I tak jesteśmy całe życie, a on teraz chory, po udarze. Ale ja po prostu nie mam serca do tego człowieka.

Ale wie pani, on ciągle gdzieś wychodził: a to do pracy, a to na myjkę, a to samochód się popsuł. Ciągle się zagadywał. Ona wyszła za mąż, ale mieszkała niedaleko bloku jego matki i on zawsze matkę o nią wypytywał. Dlatego ja się nie dziwię ludziom, którzy się rozchodzą. Poza tym byłam wierząca, dlatego nie brałam tego rozwodu. Przebaczyłam. Bo moja siostra to nie przebaczyła. A dzisiaj są wolne związki i to chyba lepsze jest. Później nie ma podziału majątku, kłótni, a dziecko jak będzie – to będzie. Ale wie pani, to takie bez Boga jest.

Zbigniew Bodziecki

szewc

„Wycieczka na Pragę”

słowa: Ryszard Konwerski i Wojciech Mścichowski
muzyka: Wojciech Mścichowski

Bronisław Wieczorkiewicz „Warszawskie ballady podwórkowe”, PIW, Warszawa 1971, s.295-296

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 26-27

Pani Katarzyna

mieszkanka Pragi

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Pan Zdzisław

mieszkaniec Pragi

Marian Pręgowski

kupiec

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana

Zbigniew Kozłowski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Pan Zdzisław

mieszkaniec Pragi

Maria

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 26-27

Robert Dłużniewski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Henryk Rejmer

bard Pragi, poeta i pieśniarz

Henryk Rejmer

bard Pragi, poeta i pieśniarz

Pan Paweł

kupiec

Robert Dłużniewski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Jerzy Woropiński

fotoreporter

 

rozm. M.A., LR

oraz

Jerzy Woropiński, „Moja magiczna Praga”, wyd. Biuro Promocji miasta, Warszawa 2006 r., ze wstępu

„Bazar Różyckiego”

Jerzy Woropiński

tekst udostępniony przez autora

Jerzy Woropiński

fotoreporter

W. Słomczyński, „Stuletnia huśtawka bazaru Różyckiego”

„Bazar Różyckiego. Zabytek Starej Pragi, świadek i uczestnik historii Warszawy, ostoja jej folkloru – folder informacyjno- promocyjny wydany z okazji obchodów 101. rocznicy powstania bazaru Różyckiego”, czerwiec 2002

 

Piotr Łąka

mieszkaniec Pragi

 

Pani Maria

mieszkanka Pragi

rozm. Maria Dąbrowska, polonistka z LO
im. Jacka Kuronia, ul. Złota

 

Marta Ćwiek, ekonomistka

rozm. Karolina Ćwiek, uczennica II klasy LO

 

Tadeusz Pawlak

mieszkaniec ul. Białostockiej, emeryt

Pani Z.

kupcowa

rozm. Karolina Kubiak, uczennica II klasy LO

Pani Z.

kupcowa

rozm. Karolina Kubiak, uczennica II klasy LO

Czesław Soszyński

kupiec

 

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 108

 

Kupiec

Prywaciarze: 1945-1989”, red. Agnieszka Knyt, Alicja Wancarz-Gluza, Ośrodek Karta, Warszawa 2006, s. 70

 

Czesław Soszyński

kupiec

 

Konstanty Królik

szef ochrony Bazaru Różyckiego

Tadeusz Pawlak

mieszkaniec ul. Białostockiej, emeryt

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 26-27

Pan Bohdan

mieszkanie Pragi

Beata Kampa „Edel”

blogerka

„Historia kryminalna z duchem w tle”;
blog „Strefa tajemnic”

Pan Franciszek

kupiec

Pan Franciszek

kupiec

Pan Franciszek

kupiec

sprzedaje na Bazarze wyroby z mosiądzu, rzeźby, ozdobne figury, posągi, wojskowe buty, spodnie, a także obrazy i ramy do obrazów;
od ponad 30 lat w tej samej branży

Policjant K.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 17

Konstanty Królik

szef ochrony Bazaru Różyckiego

Marian Pręgowski

kupiec

 

Ballada na Cyryla”

na melodię: „Żyli w pałacu hrabia z hrabiną…”

 

autor: „Król Zygmunt”

 

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.] s.194

Piotr Łąka

mieszkaniec Pragi

Pan Wojtek

mieszkaniec Pragi

„Bazar Różyckiego”, tekst z bloga „Życia nie można powtórzyć” pod adresem: http://warsawman.blogspot.com/;
autor bloga ma nick: Vojtek Sobta

Marek Nowakowski

pisarz

„Moja Warszawa. Powidoki”,
Iskry, Warszawa 2010, s.155

Jerzy Woropiński

fotoreporter

Jerzy Woropiński

fotoreporter

Robert Dłużniewski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Jerzy Woropiński

fotoreporter

Zbigniew Radzicki

szewc

Tadeusz Pawlak

mieszkaniec ul. Białostockiej, emeryt

Zbigniew Radzicki

szewc

Piotr Ikonowicz

działacz opozycyjny, poseł na Sejm, publicysta

Barbara Łopieńska

reporterka

"Łapa w łapę i inne reportaże", Iskry, Warszawa 2004, s. 81-82. i s. 78

Zbigniew Radzicki

szewc

„Nasza kamienica”

słowa: Ryszard Konwerski i Wojciech Mścichowski

muzyka: Wojciech Mścichowski

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony
przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.], s. 205

Barbara Łopieńska

reporterka

"Łapa w łapę i inne reportaże", Iskry, Warszawa 2004,  s. 78-79

"Ballada o melinie na Stalowej", dedykowana Leszkowi Płażewskiemu

Henryk Rejmer
poeta, bard szemranej Pragi

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony
przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.], s. 205

Dr Zbigniew Miller

lekarz, były dyrektor ds. lecznictwa
Szpitala im. Michała Okońskiego,
na ul. Brzeskiej w Warszawie

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Warszawskie małe ojczyzny”, Iskry, Warszawa 1985, s. 143

Jerzy Woropiński

fotoreporter

ze wstępu do albumu „Moja Praga magiczna”,
Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, Warszawa 2007

Pani P.

Pani P.

Pani P.

Jacek Hugo-Bader

reporter

„Ulica Brzeska”, [w:] „Gazeta Wyborcza”, 05.09.1997

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Ryszard Jakubisiak

reżyser teatralny, były wicedyrektor Teatru Powszechnego

Pani L.

mieszkanka Pragi

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 24

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 25

Pani P.

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana

Zbigniew Radzicki

szewc

Robert Dłużniewski

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Andrzej Newelski

malarz

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 24

Hanna Suska

„producentka” pyz
 

oraz
 

Anna Krężlewicz

reporterka

 

Anna Krężlewicz [w:] Alex Kłoś „Dziś warto na Różyca iść”, „Gazeta Wyborcza”, 14.06. 2002

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Pani Z.

Dowiedz się więcej

Henryk Niewiadomski, pseudonim „Dziad”

domniemany szef gangu wołomińskiego

„Świat według Dziada. Sensacje XXI wieku”, redakcja korekta, skład i łamanie, druk i oprawa Henryk Niewiadomski – pseudonim „Dziad”, więzień polityczny III Rzeczypospilitej, Warszawa 2002, s. 9-10

Barbara Łopieńska

reporterka

"Łapa w łapę i inne reportaże", Iskry, Warszawa 2004,  s. 75-76

Piotr Łąka

mieszkaniec Pragi

„Pyzy”

słowa: Jerzy Sułkowski
muzyka: Władysław Słowiński

Bronisław Wieczorkiewicz „Warszawskie ballady podwórkowe”, PIW, Warszawa 1971, s.399

Zbigniew Hołdys

muzyk, kompozytor, dziennikarz

Pan Zdzierski

kupiec

Pani L.

mieszkanka Pragi

Pani Katarzyna

mieszkanka Pragi

Pani Maria

mieszkanka Pragi

rozm. Maria Dąbrowska,
polonistka z LO im. Jacka Kuronia, ul. Złota

Elżbieta Pietrzykowska

poetka

Grażyna Dylewska

kupcowa

Pan Bohdan

mieszkaniec Pragi

Tadeusz Pawlak

mieszkaniec ul. Białostockiej, emeryt

„Wesoły bazar”

Elżbieta Janiak

udostępnione przez autorkę

Tadeusz Czarnecki – Babicki

 publicysta, mieszkaniec Pragi

„Gatki z chatki – pismo folkowe”,
nr 35/36, kwiecień/maj 2001

Konstanty Królik

szef ochrony Bazaru Różyckiego

Zbigniew Radzicki

szewc

Pani Katarzyna

mieszkanka Pragi

Grażyna Dylewska

kupcowa

Pan Zdzierski

kupiec

Ryszard Jakubisiak

reżyser teatralny,
były wicedyrektor Teatru Powszechnego

„Ballada o bazarze Różyckiego”,
fragment I

Henryk Rejmer, poeta, bard szemranej Pragi

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.], s. 199

Pan Bogdan

mieszkaniec Pragi

Stanisław Wielanek

muzyk

Pan Bogdan

mieszkaniec Pragi

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz parafii św. Floriana

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz parafii św. Floriana

Piotr Łąka

mieszkaniec Pragi

Grażyna Dylewska

kupcowa

Sylwester Kozera

muzyk

Pan Tadeusz

kupiec

Dariusz Osiński

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Emilia Chilińska

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

„Ballada o bazarze Różyckiego”
fragment II

Henryk Rejmer, poeta, bard szemranej Pragi

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.], s. 201

Klientka

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 61

Pani L.

mieszkanka Pragi

Pani Maria

mieszkanka Pragi

rozm. Maria Dąbrowska, polonistka z LO im. Jacka Kuronia, ul. Złota

Pani Maria

mieszkanka Pragi

rozm. Maria Dąbrowska, polonistka z LO im. Jacka Kuronia, ul. Złota

Zbigniew Kozłowki

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Dorota Zbińkowska

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Mirosław Ikonowicz

dziennikarz, korespondent PAP-u

Dorota Zbińkowska

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Zbigniew Rudnicki

szewc

Marian Pręgowski

kupiec

Olga Wyżkocha

mieszkanka Pragi

Pan Zdzierski

kupiec

„Ballada o bazarze Różyckiego” fragment III

Henryk Rejmer, poeta, bard szemranej Pragi

"Ocalić od zapomnienia", Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 2001, [wspomnienia i wiersze nadesłane przez mieszkańców i miłośników warszawskiej Starej Pragi na drugi konkurs ogłoszony przez Towarzystwo Przyjaciół Pragi w 1999 r.], s. 199

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Dariusz Osiński

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Grażyna Dylewska

kupcowa

„Trzy Karty”

słowa: Jerzy Sułkowski
muzyka: Władysław Słowiński

Bronisław Wieczorkiewicz, „Warszawskie ballady podwórkowe”, PIW, Warszawa 1971, s.400

Konstanty Królik

szef ochrony Bazaru Różyckiego

Dr Zbigniew Miller

lekarz, były dyrektor ds. lecznictwa
Szpitala im. Michała Okońskiego,
na ul. Brzeskiej w Warszawie

„Tadek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 13

Pan Franciszek

kupiec

„Benkiel na Różycu”

słowa: Henryk Rejmer
muzyka: Andrzej Zarycki

tekst udostępniony przez autora

Jacek Kurczewski

socjolog

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 140

Konstanty Królik

szef ochrony Bazaru Różyckiego

Tadeusz Pawlak

mieszkaniec ul. Białostockiej, emeryt

Pan. L

kupiec

Czesław Soszyński

kupiec

Grażyna Dylewska

kupcowa

Pan Zdzisław

cinkciarz

Andrzej Nowakowski

mieszkaniec Pragi

Marian Pręgowski

kupiec

Grażyna Dylewska

kupcowa

Robert Dłużniewski

cinkciarz

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Pan Zdzisław

cinkciarz

rozm. Marta Fiszer, Laboratorium Reportażu

Pan Zdzisław

cinkciarz

Marta Fiszer

Laboratorium Reportażu

Robert Dłużniewski

cinkciarz

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Sergiusz Grudkowski

malarz

Marian Pręgowski

kupiec

Andrzej Nowakowski

mieszkaniec Pragi

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Jerzy Woropiński

fotoreporter

Mirosław Ikonowicz

dziennikarz, korespondent PAP -u

Beata Malisz

praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Hanna Krall

reporterka, pisarka

„Tam już nie ma żadnej rzeki”, Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s. 121-125

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

"Kupiec"

Pani Krystyna

ma 67 lat, choć wcale na tyle nie wygląda; jest niewysoka, szczupła, ma piękne wyraziste oczy, mówi na mnie „kocie”; dzisiaj sprzedaje koszulki i sweterki raczej dla starszych pań

rozm. L.Naid., Laboratorium Reportażu

Fragment filmu „Milion za Laurę” z roku 1971

Handlarz Karol Bulak (Bogdan Baer) rozmawia ze znajomym handlarzem (Adam Mularczyk) na Bazarze Różyckiego. Uczulony na muzykę Bulak płaci bazarowym muzykom, żeby jak najszybciej odeszli. Bulak dobija interes z chłopcami sprzedającymi stare przedmioty

Piosenka „Kto na Pragę”
wyk. Jarema Stępowski,
orkiestra pod dyr. Tadeusza Suchockiego

nagranie z 1969 roku, Archiwum Polskiego Radia

Piosenka „Na Różyckiego”
wyk. Jarema Stępowski,
zespołu instrumentalnego
pod dyr. Tadeusza Klimonda

nagranie z 1975 roku, Archiwum Polskiego Radia

Fragment serialu „Stawiam na Tolka Banana” z roku 1973,
odc. 6 pt. „Filipek”

Fragment serialu „Stawiam na Tolka Banana” z roku 1973,
odc. 7 pt. „Tolek”

Fragment serialu „Stawiam na Tolka Banana” z roku 1973,
odc. 6 pt. „Filipek”

Za Solidarności

Za Gomułki

Za Solidarności

Fragment filmu „Róg Brzeskiej i Capri” z roku 1979

Mężczyzna na Bazarze Różyckiego sprzedaje abażur, Zbyszek (Zbigniew Bartosiewicz) reklamuje tarkę do warzyw

reżyseria: Krzysztof Wojciechowski
scenariusz: Leszek Płażewski i Krzysztof Wojciechowski
zdjęcia: Jacek Prosiński

ks. Bogusław Kowalski, fot. Mariusz Gaczyński, East News, [w:] „Angora”, nr 3, 15.01.2017, s. 28

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Jerzy Woropiński – autoportret, lata 70., archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70.,
fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Na zdjęciu saturator, 17.09.1968 r., fot. Danuta B. Łomaczewska, East News

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Handel naręczny na bazarze Różyckiego, lata 70, fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński,
archiwum prywatne autora

Pijak na bazarze Różyckiego, lata 70, fot. Magdalena Hajnosz, archiwum prywatne autorki

Handel naręczny na Ząbkowskiej, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Targowa 50/52, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Brzeska 14A, fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Kiedyś jeździłyśmy autobusem (nie miałam samochodu). Po wejściu do warszawskiego autobusu mówiła głośno „pochwalony”, szukała miejsca, po czym, często zganiając jakiegoś młodego mężczyznę, sadzała mnie – zawstydzoną, młodą, dwudziestoparoletnią – siłą, a sama (staruszka) stawała przy mnie, głośno oznajmiając pasażerom.

– To moja pani. Jedziemy po zakupy na bazar.

I uśmiechała się radośnie do wszystkich.

Potem zaczepiała pierwszą kobietę przede mną albo za mną i pytała, czy jest zdrowa, czy ma dzieci, do jakiego kościoła chodzi i co u nich ksiądz mówił w niedzielę na kazaniu. Wysiadając, życzyła całemu autobusowi szczęść Boże, a do mnie krzyczała.

– A pocekajze, a nie pędź ze tak jak kuń wyścigowy!

Na początku wstydziłam się tego wszystkiego, później nie zamieniłabym tych podróży na nic innego.

Na bazarze zaczynał się niebywały teatr z targowaniem się, obrażaniem na sprzedawców, udawaniem, że nam nie zależy (bo i mnie kazała w tym uczestniczyć). Początkowo wściekła, chciałam płacić za wszystko i prawie ze łzami w oczach syczałam do niej, że to moje pieniądze i mogę sobie z nimi robić, co chcę. Później zrozumiałam, że to nie chodzi o pieniądze, że ona nie potrafi inaczej i że to jej sprawia przyjemność. A dumy z utargowanych dwudziestu złotych nie da się z niczym porównać.

Pani Honorata [w:] Krystyna Janda, Bożena Janicka, „Gwiazdy mają czerwone pazury", W.A.B., Warszawa 1998

Brzeska 21 obok bazaru Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński,
archiwum prywatne autora

Brzeska 21 obok bazaru Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński
archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński,
archiwum prywatne autora

Handel drobiem na bazarze Różyckiego, lata 70.
 fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

„Na Różyckiego” – artykuł prasowy podpisany inicjałami J.O.
„Stolica”, nr 26, 30.06.1974, s.3

kliknij, aby powiększyć

Bazar Różyckiego, lata 70., fot. Jerzy Woropiński,
archiwum prywatne autora

Punkt informacyjny dla ciekawych przyszłości, Cyganka, fot. Jerzy Woropiński,
„Praga w starej fotografii” , BOSZ, Olszanica 2015, s. 74

Bazar Różyckiego, Lata 70., fot. Jerzy Woropiński, archiwum prywatne autora

Dowiedz się więcej

Dowiedz się więcej

Pewnego wieczoru przyszedł do nas taki niepozornie wyglądający facet. Siedział z tatą cały wieczór oglądając telewizję, jedząc, popijając, rozmawiając. Na stole pojawiły się same frykasy: szynka, baleron, ruska ryba z puszki „Saura”, o takiej charakterystycznej, żółto- niebieskiej ściance puszki  i - oczywiście -wódka czysta, wyborowa, z odkręcanym kapselkiem, nie- lakowana jakaś, z czerwoną kartką, prostacka gorzała, nie... Po kilku godzinach facet sobie poszedł, chowając głęboko grubą kopertę i wszystko się uspokoiło.

Zbigniew Kozłowski

praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Dowiedz się więcej

Ci, którzy sprzedawali, doskonale się bawili. Nie była to radość okazywana na zewnątrz, bez żadnego zacierania rąk, że o, sprzedałem i mam kasę. Kupcy cieszyli się, że jest klient, cieszyli się, że jest ruch – to była czysta radość, ale wewnętrzna, oni się nie uzewnętrzniali. Ale widać było, że jak dobrze interesy szły, to zaraz kupowali butelkę i rozpijali z sąsiadami. I tak było praktycznie codziennie więc interesy źle nie szły. Sprzedawcy jednak się nigdy nie upijali. Tam dookoła pijanych było mnóstwo, ale wyłącznie klientów.

Zbigniew Rudnicki

szewc

12 grudnia 1970 – rząd wydaje decyzję o podwyżce cen detalicznych artykułów przemysłowych i spożywczych (rzędu 10-38%).

14-22 grudnia 1970 – trwa strajk robotników na Wybrzeżu, głównie w Gdyni, Gdańsku i Szczecinie. Jego bezpośrednią przyczyną jest podwyżka cen, która wpisuje się w szerszy kontekst kryzysu gospodarczego i politycznego. Do stłumienia strajków i demonstracji władze wysyłają 5 tysięcy milicjantów i 27 tysięcy żołnierzy. Wojsko strzela do ludzi. Co najmniej 45 osób zostaje zabitych, ponad tysiąc rannych, a około 3 tysięcy aresztowanych. Te wydarzenia doprowadzają do zmian personalnych w PZPR. Rozpoczyna się „dekada Gierka”.

20 grudnia 1970 – Edward Gierek zostaje I sekretarzem KC PZPR.

1970 – przeciętne wynagrodzenie pracownika budownictwa wynosi 3000 zł brutto, pracownika ochrony zdrowia czy opieki społecznej – poniżej 2000 zł, nauczyciela – ok. 1500 zł. Męski garnitur polskiej produkcji kosztuje ok. 2000 zł, wełniany płaszcz – 1500 zł, buty – 300 zł, bochenek chleba – 4 zł, gazeta codzienna – 50 groszy. Przez cały dotychczasowy okres PRL-u ceny i wynagrodzenia utrzymują się na podobnym poziomie, co wśród osób mniej zarabiających wykształca poczucie stałego niedostatku.

Lata 70. – na polskim rynku pojawia się guma do żucia Donald produkowana przez holenderską firmę Maple Leaf. Można ją kupić w każdym kiosku RUCH-u, a na Bazarze Różyckiego spotkać kolekcjonerów historyjek. Każda guma bowiem owinięta jest w papierek z mini komiksem o disnejowskim Kaczorze Donaldzie. Wraz z nastaniem „dekady Gierka” na polskim rynku pojawiają się też inne zachodnie produkty, jak Coca-Cola, papierosy Marlboro, „Playboy” a także amerykańskie filmy w kinach, muzyka w dyskotekach czy striptiz.

1 stycznia 1971 – rząd wydaje decyzję o podwyżce płac, rent i emerytur. Przez kolejne lata płace systematycznie rosną, o około 7% rocznie i w połowie lat 70. są wyższe o niemal 50%. W tym samym czasie ceny pozostają bez zmian, dzięki czemu wielu Polaków odczuwa poprawę swojej sytuacji materialnej. Jest to pierwszy w powojennej Polsce tak wyraźny wzrost stopy życiowej.

Kwiecień 1972 - Wydział Przemysłu i Handlu PDRN Praga Południe podejmuje decyzję o likwidacji targowiska przy ul. Skaryszewskiej i Lubelskiej – popularnych warszawskich „ciuchów”. Teren ma zostać wykorzystany pod budowę dworca PKS.

10-11 maja 1972 – Edward Gierek na V plenum KC PZPR występuje z postulatem budowy „drugiej Polski”, która ma powstać w okresie życia jednego pokolenia i być zasobnym, nowoczesnym krajem przemysłowym.

14 września 1972 – zostają nawiązane stosunki dyplomatyczne między Polską i RFN.

1972-1980 – obowiązuje bezwizowy ruch graniczny między Polską i NRD, który przyczynia się do rozwoju w Polsce handlu produktami zza zachodniej granicy. Na szeroką skalę pojawiają się one na bazarze Różyckiego, gdzie można kupić, albo chociaż dotknąć, dżinsów, skórzanych kurtek czy butów. Popularny staje się handel złotem i zachodnimi walutami, głównie dolarami. Dla wielu kupców z bazaru Różyckiego rozpoczynają się czasy największego zarobku.

1972 – władze podejmują kolejną próbę zamknięcia Bazaru Różyckiego. Kończy się ona fiaskiem Po otwarciu granicy z NRD ogromne pieniądze na bazarowym handlu zarabiają nie tylko kupcy, ale i milicja oraz urzędnicy pobierający od handlujących wysokie łapówki. Zatem zamknięciem bazaru tak naprawdę nikt nie jest zainteresowany.

Wrzesień 1974 – odnotowuje się znaczny wzrost przychodów społeczeństwa, dużo wyższy niż przewidziano w planie gospodarczym. Powoduje to problemy z zaopatrzeniem, bowiem obywatele dysponujący gotówką wykupują ze sklepów wszystkie towary szybciej niż oczekiwano. W Warszawie zaczyna brakować m.in. lepszych gatunków mięsa, pralek, lodówek, mebli, sprzętu radiotechnicznego. Artykuły przemysłowe sprzedaje się po uprzednim zapisaniu się na listę oczekujących.

Od 1974 – pogłębiające się trudności z nabyciem dóbr i usług skłaniają coraz większą liczbę osób, zwłaszcza tych, które zdążyły już przywyknąć do wyższego standardu życia, do szukania zysków na czarnym rynku i w sektorze prywatnym. Liczba prywaciarzy wzrasta z 469,2 tysięcy w 1975 roku do 602,7 tysięcy w 1980 r.

25 czerwca 1976 – w całym kraju wybuchają strajki, dochodzi do agresywnych starć ulicznych. Ich bezpośrednią przyczyną jest zapowiedź podniesienia cen żywności (m.in. mięsa o 69%, masła i serów o 50%, drobiu o 30%, cukru o 100%). Największe protesty mają miejsce w Radomiu, Ursusie i Płocku. Według oficjalnych danych w Radomiu i Ursusie ponad 1,1 tysięcy osób zostaje dyscyplinarnie zwolnionych z pracy. W zajściach giną 2 osoby, ponad 200 zostaje rannych.

13 sierpnia 1976 – wprowadzona zostaje reglamentowana sprzedaż cukru w wymiarze 2 kg na osobę po cenie oficjalnej.

Lato 1976 – na szeroką skalę odradza się nielegalny handel, a prasa ponownie zaczyna straszyć „spekulantami” i „czarnym rynkiem”. Wynika to z wprowadzenia reglamentowanej sprzedaży cukru oraz zapowiedzi podwyżki cen żywności, którą jednak szybko odwołano i co w konsekwencji zrodziło stan paniki rynkowej. Władza zapowiada powołanie zespołów antyspekulacyjnych, które mają kontrolować głównie obrót płodami rolnymi i mięsem, a także handel i transport.

1977 – rozwój czarnego rynku powoduje wzrost przestępczości, który w obszarze gospodarczym wynosi 8%. Za najbardziej zagrożone władza uznaje sektor żywnościowy, handel, budownictwo i transport (szacuje się, że skradziono paliwa za 3,6 mld zł). W całym kraju zostaje stwierdzonych 4351 poważnych przypadków spekulacji, z czego w 18,6% przypadków winni zostają skazani na karę więzienia. Do końca lat 70. liczba przestępstw spekulacyjnych ciągle rośnie, w 1979 roku wynosi 4727, w 1980 – 5229.

Lipiec – wrzesień 1977 – w Polsce odnotowuje się niedobór ok. 130 produktów o łącznej wartości 15,6 mld zł, co stanowi poziom wyższy o około jedną trzecią „od najwyższych niedoborów rejestrowanych w najtrudniejszych dla rynku okresach”. Na bazarze Różyckiego za odpowiednią kwotę wciąż można wszystko kupić.

Październik – grudzień 1977 – niedobór produktów na rynku szacowany jest na 25 mld zł. Brakuje między innymi mięsa, tkanin, odzieży, obuwia, sprzętu AGD i RTV, samochodów, mebli, węgla kamiennego, mydła, pasty do zębów.

 Kalendarium

Za sprzedaż kawioru, łososia czy węgorza mama mogła wylądować w więzieniu nawet na 15 lat! Pierwszy raz trafiłam na komendę kiedy miałam 12 lat! Wystarczy, że byłam na bazarze, w trakcie nalotu Państwowej Inspekcji Handlowej. Milicja PG oprócz mnie i mamy zabrała na posterunek kilkanaście innych osób. Mama była wściekła, prosiła, żeby mnie wypuścili, bo jestem niepełnoletnia, ale dopiero na komendzie pokazała na co ją stać. Zagroziła, że jeśli mnie nie wypuszczą, roztrzaska rzeźbę Lenina i powie, że to funkcjonariusze ją na nią popchnęli. Widzieli jej determinację i pozwolili mi iść do domu.

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

„Dziad” rozpoczął „karierę” od handlu pyzami na bazarze. Następnie rozwoził węgiel, prowadził warsztat samochodowy, lombard, kantor, handlował złotem i udzielał pożyczek na wysoki procent. Kilkakrotnie aresztowany szybko wychodził na wolność legitymując się zaświadczeniami lekarskimi o złym stanie zdrowia. Od 1990 r. obwinia się go o przemyt narkotyków, handel bronią i materiałami wybuchowymi, napady rabunkowe, produkcję i dystrybucję fałszywych banknotów i dokumentów, wymuszenia, kradzieże samochodów, przywództwo w zorganizowanej grupie przestępczej, podżegania do porachunków gangsterskich.

Jerzy Foks

publicysta

Nikoś, Pershing, Dziad… ABC przestępczości zorganizowanej w Polsce,
rozdział XVII: "Wołomin w agonii",
SAMUELSON & NORDHAUS, Warszawa 2000, str. 127

Saturator na bazarze Różyckiego, 17.09.1968 r.,
fot. Danuta B. Łomaczewska, East News

Kontakt