Całe dzieciństwo mieszkałam w kamienicy dokładnie vis a vis głównego wejścia na bazar, przy ulicy Targowej.

Z balkonu na trzecim piętrze widać było całą ulicę od Cerkwi i Dworca Wileńskiego – po lewej stronie, do przejazdu kolejowego nad Targową – po prawej, a naprzeciwko rozciągał się widok na bazar. Zawsze stanowił szaro-czarny patchwork.

Do tego mieszkania przy Targowej, dziadkowie wprowadzili się po wysiedleniu Żydów do getta. Pewnego dnia koleżanki powiedziały babci, że na Pradze są „wolne mieszkania po Żydach”. Ponieważ babcia pracowała w fabryce u Wedla, to lepszą lokalizację trudno było sobie wyobrazić. W tym domu w 1943 roku urodziła się moja mama. Niecały rok później dziadek siedział już w obozie koncentracyjnym. Najpierw w Oświęcimiu, potem został przeniesiony do obozu pracy, do kopalni w Wansleben. Wojnę na szczęście przeżył. Właściciele mieszkania nie przeżyli, więc dziadkowie na Targowej zostali.Jeszcze się rwały pociski, ale handel na Bazarze już funkcjonował – i od Ząbkowskiej, i od Targowej.

Chodziłem do szkoły na Kamionku Warszawskim, na ul. Grochowskiej. Codziennie przez 5 lat jeździłem ulicą Targową, tramwajem, bo mieszkałem na Muranowie. Wracając ze szkoły, zawijaliśmy na Bazar Różyckiego. Moja ciotka miała tam stragan.

Jestem z rodziny, w której dziadek reprezentował prywatną inicjatywę, handlował fryzjerskimi produktami. Byłem więc wdrożony w kapitalizm obwoźny, zakazany. Na Bazarze Różyckiego dziadek miał swoich dostawców i odbiorców. Należeliśmy do konfraterni kupców i sprzedawców, którzy mówili wielkie „nie” komuchom. Próbowaliśmy kontynuować najbardziej normalną rzecz na świecie, czyli kupowanie i sprzedawanie. Mój dziadek zamawiał u prywatnych przedsiębiorców wałki do włosów i sprzedawał je w prywatnych drogeriach. Poznałem wszystkie drogerie w Warszawie, w Wołominie i w Tłuszczu. Dziadek pozostawał wolnym człowiekiem, nigdy nie pracował dla systemu komunistycznego. Dlatego atmosfera bazaru bardzo nam pasowała, reprezentowała nasz świat. Stanowiła wycinek rzeczywistości, w zupełnej kontrze do PRL-u, enklawę normalnej, wolnej Polski, gdzie życie toczyło się niezafałszowane, nieposiniaczone przez ten koszmarny ustrój. To było cudowne doświadczenie znaleźć się na bazarze, bo życie aż tam skwierczało. Bazar miał swoje dźwięki i wibracje.

Człowiek wchodził na bazar i był mile widziany. Natomiast w PRL-u klient to był wróg.

Urodziłam się na ul. Stalowej, gdzie mieszkałam przez trzy lata. Niedaleko bazaru Różyckiego pracowała w lodziarni moja „przyszywana” ciocia. Zawsze, gdy przyjeżdżała do nas, przywoziła lody z cukierni przy ul. Ząbkowskiej. Mieszkał tam również mój wujek, który miał motocykl z przyczepą. Woził mnie w tej przyczepie po Warszawie. Na bazar Różyckiego jeździłyśmy z babcią bardzo często. Interesowały nas przede wszystkim ciuchy.

Na tych „ciuchach” spełniały się marzenia! A ja całe życie marzyłam o lakierkach. Można je było dostać tylko tam. Konkretnie marzyłam o pantofelkach, które zapinały się na paseczek i były ozdobione perełką albo kokardką. Kosztowały ok. 400 złotych i długo nie było mnie na nie stać.

Ogólnie jednak ceny obowiązywały niskie a ubrania sprzedawano ciekawe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. Pamiętam szpileczki i dziwne szerokie sukienki, które pasowały do epoki rock’n’rolla. Kupiłam sobie kiedyś modny komplecik z dzianiny tzw. „bliźniak” – różowy pulowerek i na to sweterek. Pamiętam też amerykańską żółtą sukienkę, trochę falbaniastą, którą kupiłam jako dwunastoletnia dziewczynka. Występowałam w niej w przedstawieniu – w kółku teatralnym prowadzonym przez Krysię Kłosowską. Grałam Żabkę Wścibinoskę. Sukienka była żółta, słoneczna i pasowała do roli. Doszyło się trochę zielonego tiulu, przyczepiło oczka na głowie i żabka gotowa!

Miałam już 18 lat i pojechałam na bazar Różyckiego kupić buty. Jacyś ludzie trzymali pieska na sznurku. Zobaczyłam go i zamiast butów przywiozłam do domu psa. Wtedy wszyscy młodzi ludzie czytali „Przeminęło z wiatrem”. Nazwałam go Rhett – jak Rhett Butler. Miał z niego wyrosnąć wilk syberyjski.

Kiedy byłam mała, w naszej rodzinie zamieszkała pani Helena, która pracowała jako salowa w Szpitalu Praskim. Ta pani się mną opiekowała. Ona bez tej Pragi nie mogła żyć, mimo że mieszkaliśmy na Ochocie. Jazda na Pragę stała się dla mnie codziennością, a pretekstem do tego były zakupy na bazarze Różyckiego. Bazar niesamowicie różnił się wówczas od kolorytu ulic reszty miasta. Wokoło panowała głęboka komuna, a więc wszystko szare, w sklepach pustki, tymczasem na bazarze kipiało życie – nawoływania, wrzawa, ludzie krzyczeli i śmiali się. To było miejsce wielu kolorów, wielu głosów. Sklepy komunistyczne trawiła ospałość, tymczasem bazar się ruszał. Jeździliśmy tam przynajmniej raz w tygodniu tramwajem, albo dorożką. Na bazar jechało się głównie po prawdziwy nabiał, po jajka, po ser, no i przede wszystkim po masło, które było zupełnie czym innym niż to w sklepach sprzedawane. Na bazarze kupowało się zające z futrem, ale też kurę na rosół. Tu funkcjonowała Warszawa, która sobie radzi, która radzi sobie z trudnym życiem.

Tu kwitła spontaniczność. Słyszało się „Chodź tu paniusiu, mam coś ładnego dla pani.” To było zupełnie coś innego niż milcząca sprzedawczyni w państwowym sklepie, która powtarzała w kółko „Nie ma”.

Na bazarze istnieli ludzie, z zawadiackim poczuciem humoru. Pamiętam taką sytuację: ktoś z bazaru wybiega i prawie wpadłby pod koła tramwaju. Usłyszałam wtedy „To, że Twojej mamusi dobrze jest w czarnym, to nie znaczy, że musisz tak biegać.” Kiedyś szukałam jakiegoś mebla. Sposób, w jaki ten pan, który sprzedawał, do mnie mówił zapamiętałam do dziś. „Pani dokładnie powie, ja pani załatwię, to już jest moja sprawa, jak”. To jest też bardzo charakterystyczne dla tego miejsca, nie pytamy, nie wnikamy, załatwiamy.

W dzieciństwie mieszkałem na Muranowie. Wyprawy na Pragę odbywały się na dyszlu od tramwaju wystającym z tyłu wagonu. Nazywaliśmy to „jeżdżenie na cycku”. Wskakiwaliśmy na „cycek”, przejeżdżaliśmy przez most Gdański i wysiadaliśmy przy ZOO albo obok bazaru. Wyjazdy za Wisłę, przekraczanie linii rzeki tramwajem, to było dla nas zagłębienie się w tajemniczy, nieznany świat – tak naprawdę przedwojenny. Wielkie wrażenie robił na mnie fakt, że bazar to „zjawisko wiejskie”, że to jest wieś w mieście. Siedziały tam kobiety z żywymi kurami w klatkach, albo martwymi, które skubały z piór na oczach klienta. W tle stały furmanki wożące ziemniaki i ogórki. W powietrzu unosił się zapach końskiego potu. To było dla nas niezwykle egzotyczne.

Tam jeszcze panował warszawski sznyt. „Tu się sprzedaje, tu się kupuje – odejdź gówniarzu, bo cię opluję” – cały czas leciała „nawijka”. Hazard, trzy karty, ścisk, gwar… Tłum ludzi przepływających nieustannie we wszystkich kierunkach. Rejwach wszędzie. Tu istniało kipiące życie w środku Polski Ludowej.

Na Pragę przyjeżdżało się najeść – słynęła z tego. Na Śródmieście jechało się za kulturą, żeby iść do teatru, kawiarni, a na Pragę w celach przyziemnych – zakupy, jedzenie. Centrum to była mekka kultury, a na bazarze kwitło życie.

Ale jak ktoś zapytał się, gdzie ta Praga, to mówili: koło bazaru Różyckiego, Brzeska – i już każdy wiedział, o co chodzi. Sprowadziłem się na Brzeską z Bródna. Na Bródnie wtedy jeszcze krowy się pasły, a tu już było wielkie miasto.

Jak ktoś przyjeżdżał do Warszawy, to mówiło się taksówkarzowi: ZOO jest na Pradze potem kościół i Różyckiego bazar. Na Różyca to musieli się kierować właśnie tak: most Śląsko-Dąbrowski, kościół św. Floriana, przez Pragę do Wileńskiego.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Dorota Zbińkowska

mieszkanka Pragi

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Stanisława Celińska

wokalistka

Marek Dzierżyński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Pan Czarek

kupiec

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Joanna Szczepkowska

warszawianka, aktorka

Rodzice jednego z moich kolegów mieli pracownię torebek przy ul. Brzeskiej. Często, bywając tam, widziałem, jak od zaplecza ktoś zaglądał z pytaniem:

– Szefowo, czy można pożyczyć szklaneczkę?

Mama kolegi kolekcjonowała musztardówki, by w tego typu okolicznościach bez bólu, udzielić bezzwrotnej pożyczki potrzebującym. Dzięki takiemu zabiegowi żyła z tubylcami dobrze i mogła liczyć na nietykalność.

Wokół bazaru znajdowała się meta przy mecie. Wtedy alkohol sprzedawano droższy na mecie niż w sklepie. Gdyż był dostępny przez 24 h. Tymczasem oficjalnie sklepy z alkoholem były czynne jedynie w dziwnych godzinach, np. do 19. lub od 14. Tu w co drugiej bramie handlowali alkoholem. A z czego mieli żyć? Wódka na metach pochodziła tylko ze sklepu, oryginalna. Bo jakby ktoś raz sprzedał gównianą wódkę, to od razu tracił klientów. Cenę wszyscy mieli taką samą. Jak ktoś miał dużo taniej, to zaraz reszta go pytała „Co ty robisz?! Psujesz interes!” Jako nastolatki dorabialiśmy na sprzedaży wódki w bramie. Robiliśmy wyścigi, kto szybciej upłynni towar.

Raz w nocy na bazarze chciałem kupić wódkę, a facet się spytał, ile butelek, a ja że jedną: „A co pan jest chory?”, potem się spytał czy chciałbym zakolegować się za stówkę z jedną panienką. Nie była za bardzo w moim typie, więc powiedziałem, że nie, wtedy zapytał: „A co, pan jest pedał?”.

Nie trzeba na bazarze filmików z gołymi babami oglądać. Można było sobie prawdziwą gołąbeczkę za flaszkę przygruchać. A te to potrafiły takie cuda zrobić, że facet i kilka razy pod rząd mógł małym powywijać, a i kaktus mu następnego dnia nie wyrósł. Pizdki miały przepastne, wilgotne, a tyłeczki grubiutkie, aż nie wiadomo było, w co się zanurzyć… Skończyła taka, to majtki na dupę podciągała, kiecę w dół i bez zbędnego gadania… Te Niemki z tych filmików pornograficznych, to by się od naszych sporo mogły nauczyć.

Prostytutek mnóstwo. W dzień to na bazarze można je spotkać, a wieczorem to przeważnie w bramach. W podwórkach załatwiały swoje sprawy. Jedną nawet znałem, bo do podstawówki z nią chodziłem. Taka niby niewinna, grzeczna, a potem to się wycwaniła. To były takie modelki, że tylko po dużym pijaństwie i zasłonięciu twarzy, to może by coś z tego wynikało. Były strasznie brzydkie. Przerzucały się nawzajem przezwiskami. Słyszałem, jak jedna drugiej coś tam przygryza, a tu odzywa się trzecia. – Co wy chcecie? Przecież ona starsza kurwa, jak syrenka warszawska! – W śmiech cały bazar poszedł… Prostytutki można było rozpoznać od razu, po wyglądzie. Może nawet nie zawsze ubierały się w sposób wyuzdany, ale miały to coś, co sprawiało, że wiedziałeś, że to panna lekkich obyczajów. Może tak bardziej kolorowo ubrane, wymalowane, z papierosami w ustach. Klient wiedział, jak je znaleźć, gdzie ich szukać. One gromadziły się zwykle w okolicach sprzedawanych flaków. Wystarczyło, że się tylko odezwały. Po ich mowie można było wyczuć, że to prostytutki. One same zaczepiały.

Panie te zwykle były utrefnione, znaczy wytapirowane. Umalowane. Szminka na czerwono, paznokcie na czerwono, makijaż ostry jak nóż. To te co się źle prowadziły, te gorszego pochodzenia.

Urodziłem się w 1948 roku w bardzo biednej rodzinie. Ojciec mój był alkoholikiem, ciężko chorym na gruźlicę. Dorywczo pracował na bazarze Różyckiego, matka natomiast nigdzie nie pracowała, ponieważ wychowywała czworo dzieci. Ojciec umarł młodo w wieku 33 lat. Ja miałem wtedy lat 13, starszy brat miał 15, a pozostali 11 i 8 lat. Mieszkaliśmy tam, gdzie się urodziliśmy, to znaczy na słynnym Targówku. Była to dzielnica o nienajlepszej sławie, o której jednak śpiewano piosenki. Na przykład „Na Targórku szwagra zięć, ulica Mokra numer pięć”.

W naszym drewnianym domku, który składał się z jednej izby o powierzchni 20 m2, nie było światła ani żadnych wygód. Przeciekał dziurawy dach. Przed swoją śmiercią ojciec dostawił do tego budynku kuchnię z pojedynczej cegły, pod dachem bez sufitu, i tak żyliśmy. Niewielu czytelników potrafi to sobie wyobrazić, jak mieszkało nam się zimą. Nie mogliśmy się nawet umyć, ponieważ woda w wiadrze była zamarznięta, a na węgiel nie było nas stać. Trochę przepalaliśmy drzewem. Po śmierci ojca matka musiała pójść do pracy, ponieważ nie otrzymaliśmy żadnej renty. Pracowała jako sprzątaczka zarabiając 850 zł miesięcznie. Dodatkowo dorabiała jeszcze na pół etatu, za co otrzymywała 400 zł. W sumie zarabiała 1250 zł, ale pracując tle godzin dziennie, nie miała czasu zająć się nami.

Musieliśmy sami dawać sobie radę.

Różni dobrzy ludzie przychodzili do mojej matki i doradzali jej, żeby dwóch synów oddała do domu dziecka. Będzie jej trochę lżej i dzieciom będzie lepiej. Matka nie zgadzała się na to i mówiła, że ma nas czterach i wszystkich jednakowo kocha. Pamiętam, że pewnego razu przyszedł do naszego domu mój nauczyciel. Podsłuchałem ich rozmowę, stojąc pod drzwiami. Nauczyciel przekonywał matkę, aby oddała mnie do domu dziecka. Odpowiedziała mu, że nie może tego zrobić. Nauczyciel nie dawał za wygraną. „Może pani. Trzeba powiedzieć dzielnicowemu, że syn przynosi do domu kradzione kury. Sami go zabiorą”. Stawał się coraz bardziej natarczywy, a ja z bijącym sercem czekałem, co powie matka. Nie zgodziła się.

Mama na długo przed urodzeniem mnie, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Nie bardzo odpowiadało tej urodziwej dziewczynie, „wyemigrowanej” ze wsi pod koniec lat 40, siedzenie w domu na garnuszku dwutysiącozłotowej pensyjki męża. Więc po zrobieniu 2 klas wieczorowego LO, przeplatanego pracą windziarki w fabryce żarówek im. Róży Luksemburg, urodzeniu mojej siostry, trafiła na bazar. Nie mając jakiegokolwiek kapitału, podpatrzonym gdzieś sposobem zgarnęła pod pachę wystane na mieście kaprony (pończochy z nylonu), ówczesny szał, i zaczęła nimi handlować.

Po jakimś czasie, a nie było to kilka tygodni, a raczej kilka lat, dochrapała się regularnej budki 2x2 m, handlując tam już to torbami, już to kreacjami ślubnymi.

Mój ojciec przed rokiem 1939 pobierał nauki w Pracowni Krawieckiej przy ul. Wilczej 15 w Warszawie. Po wojnie – pracując w Służbie Ochrony Kolei – skorzystał z możliwości zasiedlania ziem odzyskanych i założył rodzinę w Sławnie koło Słupska. Tam też doszedł do wniosku, że jako wykwalifikowany krawiec może produkować na własną rękę czapki. Uznał ten fragment męskiej garderoby za niezbędny, a jednocześnie mniej kłopotliwy w szyciu od skomplikowanych jesionek czy garniturów. Poza tym czapka wymagała sporo mniej materiału, co w owych ciężkich czasach nie było bez znaczenia. W 1951 roku wrócił na Mazowsze i osiedlił się w Marysinie Wawerskim. Czapki za namową znajomego zaczął sprzedawać na bazarze Różyckiego.

Do tego celu stolarz z sąsiedztwa skonstruował mu drewnianą walizę o rozmiarach 28x55x85 cm. Pamiętam, jak wypakowaną czapkami taszczył do pobliskiej stacji Kolei Nadwiślańskiej. Szybko dogadał się z jakimś właścicielem bazarowej budy i zaczął zostawiać u niego swój mały stragan.

Pamiętam wizytę z mamą na bazarze. Walizka taty stała gdzieś pod murem, bo jej wieko stało o niego oparte.
Z wieka połyskiwało lusterko, które
pomagało klientom w dokonywaniu wyboru.

Pan Czarek

kupiec

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi,
członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

Henryk Niewiadomski, „Dziad”

kupiec, domniemany przywódca gangu wołomińskiego

„Świat według Dziada. Sensacje XXI wieku”, redakcja, korekta, skład i łamanie, druk i oprawa Henryk Niewiadomski – pseudonim „Dziad”, więzień polityczny III Rzeczpospolitej, Warszawa 2002, s. 5-6

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Dariusz Osiński

mieszkaniec Pragi

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Janusz Głowacki

pisarz, dramaturg

Paweł Smoleński, „Bida musi pofolgować, czyli na szlaku hańby”, wywiad o piciu z Januszem Głowackim. „Gazeta Wyborcza”, 21.05.2009

Klient

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie Bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 88

Jeden przyjdzie w to środowisko i ono go nie zrazi, nie wtopi się w to, nie podda się. A są tacy, co wpadną w nałóg. Załamują się. Piją.

Za mojej młodości, w latach 60., na Bazar chodziło się głównie na piwo. Ja i moi znajomi mieliśmy swoje miejsce po lewej stronie od bramy od strony Targowej. Nikt nie mówił, że dokładnie tam będziemy się spotykać, ale finalnie zawsze lądowaliśmy w tym miejscu.

Mój ówczesny znajomy o ksywie „Łysy” był wtedy dobrze znany na Pradze. Szkoda, że już nie żyje, bo to od niego mógłby pan usłyszeć najciekawsze historie. Niestety, miał w zwyczaju wychodzić z domu przez okno i po rynnie, pewnego razu się pośliznął i już nie ma człowieka.

Gdy tylko potrzebowałem coś kupić lub załatwić, zwracałem się do Stefana, czyli „Łysego”, a on mówił „Dzieciaku, gdzie będziesz szedł? Choć lepiej ze mną na bazar” i faktycznie cokolwiek by to było, zawsze załatwiał w którejś budzie lub, jeśli sprawa tego wymagała, poza budą.

W trakcie picia zawsze panowała pełna kultura. Nie spotkałem się z rozróbami czy bijatykami, chyba że akurat trafił się ktoś „nie stąd” i chciał po swojemu urządzać picie. Miejscowi tego nie tolerowali. Od razu takiego jegomościa prosiło się o opuszczenie bazaru, jeśli nie chciał i się stawiał, to wtedy pojawiały się innego rodzaju argumenty.

Pamiętam jak piliśmy spokojnie piwo. Nagle Stefan się poruszył i mówi „Idziemy. Teraz”, na co ja odpowiadam, że przecież spokojnie, mamy jeszcze browary, gdzie mu się spieszy. Kazał mi wszystko zostawić i iść ze sobą. Po chwili pytam, co się stało, a on na to krótkie „Psy szły”. On jako starszy wiekiem i dobrze zaznajomiony z bazarem poznawał ich po twarzach.

Idąc po Pradze z „Łysym” zawsze czułem się bardzo pewnie. Nikt nie mógł się do mnie przyczepić. Stefanowi to w ogóle załatwiłem występ w telewizji! Był taki cykl „To się w głowie nie mieści” i „Łysemu” został poświęcony cały program dotyczący mundurów wojska niemieckiego z czasów ostatniej wojny. Łysy to był prawdziwy oryginał – artystyczna dusza, malarz, a miał swój system, w którym szedł do więzienia przetrwać każdą zimę. Dokonywał jakiegoś małego przestępstwa, dawał się złapać i miał całą zimę z głowy. W więzieniu na Białołęce znali go wszyscy łącznie z naczelnikiem, któremu zwyczajowo malował mieszkanie.

Andrzej Tomaszewski

kierownik pracowni ślusarskiej
w Teatrze Powszechnym

Pan Czarek

kupiec

Początek lat 60. Pamiętam brudny kraj. Ludzie ubierali się po prostu w to, co mieli, co było dostępne w sklepach. Uczniowie chodzili w jednakowych mundurkach. Dziewczynki ubrane w granatowe spódniczki. To wspomnienie przypomina trochę obrazki z Korei Północnej. Raz na jakiś czas można było w sklepach trafić np. płaszcze ortalionowe. Wtedy 80% ludzi na ulicach pojawiało się w jednakowych płaszczach. „Socjalistyczna moda” charakteryzowała się tym, że jednakowo ubrana chodziła połowa Polski. Produkowano np. trzy miliony par butów w jednym wzorze. Wszystko było jednakowe. np. jednakowe jesionki z materiału w jodełkę. Jakby nie istniały inne materiały! Po raz pierwszy na bazar Różyckiego trafiłem jako czternastolatek, czyli w roku 1964 lub 1965. Moja ukochana cioteczna babcia jako jedyna w rodzinie rozumiała moje „zachcianki” i dbała, żebym był szczęśliwy i mógł je spełniać. Woziła mnie raz lub dwa razy w roku na bazar i pozwalała mi wybierać wymarzone spodnie i buty. Po takich zakupach wywoływałem swoim wyglądem sensację. Chodziłem ubrany najmodniej z całego podwórkowego towarzystwa. Bazarowe ubrania wyróżniały się od razu! Choćby spodnie! Standardowo nosiło się zwykłe spodnie. Potem „normą” były spodnie z patkami na dole. Ale marzenia chłopców były zupełnie inne! Chcieli nosić tzw. „rurki” (obcisłe niemal jak damskie rajtuzy). Nie można było ich kupić w żadnym państwowym sklepie. Wizyta u „zwykłego” krawca stawała się wtedy dużym wydatkiem. Tymczasem na Bazarze funkcjonowali tani krawcy szyjący seryjnie spodnie o takim fasonie. Nazywaliśmy je „opnijdupki”, bo materiał był tak skąpo krojony, że rozłaził się, gdy kupiło się za mały rozmiar. Jednak istotny był modny fason! Krawiec nie zwracał uwagi na detale, nie dobierał najlepszych podszewek itp. Czasami nawet rezygnowało się z kieszeni w spodniach, jeśli klientowi bardzo zależało na czasie. Wszyscy byli zachwyceni! Spodnie kosztowały ok. 300 zł, podczas gdy uszycie ich u zwykłego krawca to wydatek ok. 1000 zł.

Kupcy sprzedający na straganach z ubraniami brali miarę z klienta, inkasowali zaliczkę i już nawet za trzy dni przychodziło się po odbiór gotowych spodni. Na zapleczu jednego ze stoisk krawcowa wyposażona w maszynę na pedały i inne instrumenty potrzebne do szycia, dokonywała od razu poprawek.

Na Bazarze oferowano spodnie np. w kolorze bordowym czy nawet czerwonym. Wtedy noszenie takich szokowało. Można było też kupić niedostępne gdzie indziej „spodnie sztuczkowe” czyli uszyte z materiału w prążki lub cienkie paski. Co najważniejsze – podobne ubrania widywaliśmy na zdjęciach np. Rolling Stonesów. Gdy szedłem ulicą ubrany w takie spodnie, przechodnie zaczepiali mnie i pytali, skąd je mam. Duma człowieka rozpierała!

Miałem znajomego, który pracował w Monopolu Spirytusowym na Ząbkowskiej i on ciągle miał alkohol, i wszyscy się zastanawiali, jak on to wynosił. Dopiero po wojnie zdradził swój sekret. Podczas pracy wpompowywał alkohol w ramę roweru i po przyjeździe do domu spuszczał z ramy prawie pół litra. Codziennie był pijany. W czasie okupacji, gdy był wypłacany deputat alkoholowy, by rozpić społeczeństwo, to on był ciągle na bani. Pewnego dnia zebrały się sąsiadki i poradziły jego żonie, żeby troszeczkę z nim piła, to wtedy będzie miała wszystko pod kontrolą. I gdy już w latach sześćdziesiątych, w okresie pracy w Teatrze Wielkim, pojechałem na Pragę, bo kręciliśmy tam krótki film o Ząbkowskiej, spotkałem wtedy tego pana, no i widzę, że on w świetnej formie, elegancko ubrany i spytałem. „Co słychać u pana?” „U mnie wspaniale” – mówi, „A „żona” spytałem. „Rozwiodłem się, przecież to alkoholiczka”. Kręciliśmy wtedy na Nieporęckiej vis a vis mojego domu i robotnicy remontowali fasadę tego domu i krzyczeli „Panie Wiesiu, dopieprz im pan” i to jest typowo praskie, że nie wie się o co chodzi, ale się wtrąca.

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Zbigniew Hołdys

muzyk

Każdy człowiek musi należeć do jakiegoś plemienia. W celu zachowania tożsamości szuka się innego plemienia, o odmiennej tożsamości, które staje się jego wrogiem.

Powojenna Warszawa odbudowała się jako miasto imigrantów z wielu miejsc i środowisk. Pragę wojna zniszczyła najmniej więc przetrwała w swoim charakterze i z mieszkańcami z czasów międzywojennych. Zrujnowane Śródmieście odbudowano i zasiedlono przyjezdnymi spoza Warszawy – mieszkańcami wsi, młodymi oficerami. To powodowało różnego rodzaju starcia. Przybysze ze wsi uważali Warszawiaków za zadzierające nosa mendy. Rdzenni Warszawiacy natomiast przyjezdnych uważali za „ćwoków”, bo zdarzało się, że w centrum stolicy, na balkonach hodowali świnie albo kurczaki.

Stąd wzięły się wojny między dzielnicami. Mieszkańcy Pragi i Woli – dzielnic robotniczych, mogli się jeszcze dogadać ze sobą. Ale z mieszkańcami Śródmieścia już nie. Na te konflikty międzydzielnicowe nałożyło się w latach 60. pojawienie się hipisów. W tamtym czasie mężczyźni nosili włosy bardzo krótko ostrzyżone, elegancko, z przedziałkiem na bok. A hippisi chodzili z włosami do łopatek i to prowokowało. Zadaniem milicji stało się wyłapywać ich i aplikować przymusowe strzyżenie.

Takie akcje zdarzały się wszędzie. Tymczasem na bazarze hippis mógł spotkać się najwyżej z nieuprzejmą obsługą. Jeśli handlarzowi zależało na pieniądzach, to nie dał nic po sobie poznać. Jednak co do zasady, ubrań dla hippisów tam nie było. Ewentualnie w grę wchodziły damskie bluzki, jeśli miały wystarczająco duże rozmiary i np. żaboty. Przypominały ubrania z XVII i XVIII wieku, z epoki płaszcza i szpady. I to już było w stylu hipisowskim.

Jak przyjechał Charles de Gaulle do Polski w 1965 roku, to strasznie się zrobiły modne tzw. czapki degolówki – okrągłe, cylinder z daszkiem. Na Marchlewskiego, gdzie mieszkałem, stały prywatne pawilony i tam sprzedawano degolówki. Sprzedawano je również na bazarze Różyckiego. Zapanował szał, wszyscy młodzi faceci chcieli chodzić w degolówkach. Ja nie chodziłem, bo nie byłem zwolennikiem Charlesa de Gaulle'a.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Hipisi udawali się na bazar głównie po dzwony, z nogawkami obcisłymi i mocno rozszerzanymi u dołu. Nogawka obcisła w kolanach potrafiła mieć 40-50 cm klosza w dolnej części, jak spódnica. Jednak poza dzwonami hipisi mieli potrzeby estetyczne, których nie dało się zrealizować na bazarze. Oni chcieli mieć np. spodnie w kwiatki, a takich spodni nie sprzedawano. Przede wszystkim z powodów kulturowych. Praga uważała, że hipisi to frajerstwo i cwelostwo. Traktowano ich, jak mężczyzn poprzebieranych za kobiety – czym Praga pogardzała i pogardza do dziś. Miała do nich stosunek podobny do podejścia Putina do homoseksualistów. Jednym słowem: co do zasady dla pedałów na bazar nie sprowadzano ciuchów. Niechętnie patrzono też na mężczyzn z długimi włosami. Mnie trochę rozpoznawali i dawali mi święty spokój, ale wszędzie toczyła się swoista wojna kultur.

W latach 60-tych Warszawa została podzielona na dzielnice- podwórka. Miały miejsce walki, alianse. Wola nienawidziła Ochoty, Praga trzymała z Wolą. Ci wszyscy chuligani chcieli się modnie ubierać. Pojawiały się zespoły rockowe. Przyjeżdżali do Polski Animalsi, Johny Hallyday, Rolling Stonesi. Pojawiły się kolorowe koszule. Kwiaty na nich malowane, wielkie, dosyć ordynarne. Wzory te nie były subtelne i to się od razu rzucało w oczy. Nastała moda hipisowska. Wtedy już noszono modne dzwony. Chodzenie w prawdziwych dzwonach to był największy szpan. Tłumaczyłem krawcowi, żeby mi uszył dzwony. Odbieram spodnie w umówionym terminie, a one są proste. Jego mały móżdżek nie zrozumiał, że ja chcę dzwony.

Ja mieszkam tu już od 60. lat i nie jestem ani złodziej, ani bandyta i żyję jak normalny człowiek. Mam żonę, dzieci a teściowa siedzi. Zostałem git człowiekiem z Brzeskiej. Po prostu jest frajer, cwel, nygus i są normalni ludzie, którzy na policji nie kablują. Praga, wiadomo, nie dla frajerów. No i jak szedł jakiś gitowiec, to on się pytał „Kto ty jesteś?” I trzeba było odpowiedzieć „Zapytaj się ludzi”. „Jakich ludzi?”, „Tych ,z którymi chodzę”. Takie były odzywki. Jak źle odpowiedziałeś, to dostałeś w nos. Tak jak w więzieniu, są zasady.

Sześćdziesiąte lata to ten czas, kiedy garownicy byli bardzo szlachetni. Porozumiewali się swoim językiem, czyli grypserą, w więzieniu. Funkcjonowała też gwara złodziejska tzn. kmina. Jak to się mówi, złodzieje kminili. Grypsera to był język więźniów, żeby klawisze nie skumali, o co chodzi. Grypsera nie była jeszcze „sprzedana”, potem ulica zaczęła tym mówić czyli gitowcy. Jest różnica pomiędzy garownikami, a gitowcami. Garownicy byli szlachetni. Wyróżniali się kodeksem honorowym, mieli sznyty, cięli się, mieli dziary, mieli cyngwajse pod lewym okiem. Kropka, która znaczyła, że to jest git człowiek. Kropka między oczyma znaczyła, że to świr. A pod prawym, że to cwel. A na ustach to jeszcze gorszy cwel. Oni się tą mową, grypserą, na początku nie porozumiewali poza więzieniem. Jak została „sprzedana” na zewnątrz, to ulica – czyli tzw. gitowcy, ci gówniarze, chuligani, którzy często nie siedzieli, nie garowali – przejęli ten język grypsery. Nawet jeżeli ktoś nie należał do tego środowiska, musiał ten język znać. Pewne słowa stanowiły tabu. Jeżeli się źle odpowiedziało, można było zostać zgwałconym, a nawet zabitym.

"Gierek"

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004,
s. 26-27

 

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

My, hipisi, byliśmy znienawidzeni przez gitowców. Walczyliśmy z nimi. Musieliśmy też wiedzieć, jak z nimi rozmawiać, żeby nie narazić się na ciężkie pobicie, zgwałcenie, a nawet zabicie. Żyliśmy w lekkim terrorze.

Ja jeździłem na Pragę do szkoły, tam ludzie nie lubili długowłosych. Hipisi byli tępieni również przez gitowców. Na bazarze Różyckiego na szczęście nie było gitowców. To znaczy byli, ale to nie było ważne. Tam po prostu chodziło o to, żeby coś sprzedać i kupić.

Pan Czarek

kupiec

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Kto na Pradze nie grypsował, ten zostawał frajerem. Frajerowi nikt piątki nie przybijał. A sam by człowiek nie przeżył. Bójek miało miejsce sporo. Ale funkcjonowały zasady. Solo. Jeden na jednego. Nie należało kopać. Chyba że sobie zażyczono wolnoamerykankę, ale to też tylko z kolana można było twarz obić. Miałem wtedy dziewczynę na Muranowie. Jolka. Zdrowa kicha, duża klata. Chodziłem z nią. Raz mnie zobaczyli ci „mistrzowie” stamtąd, potem drugi raz, trzeci. Podchodzą i pytają, czego szukam. I coś mi tam churgoczą. To ja im mówię „A co wy jesteście, tacy figuranci? Że jestem sam? Poczekajcie pół godziny, przyjedziemy tu całym wagonem i zobaczymy, kto jest mocny”. No to zaczyna się gadka: „A znasz tego i tego?” A ja na to, że znam, i to dobrze. I tak się wypytywali. A jak się wypytali to mówią „Git jesteś, też ich znamy”. Piątka, piątka i w porządku. Potem z Jolką się rozstałem, a kumple zostali.

Muzyka zapamiętana z bazaru w latach 60. to było coś, co istniało jeszcze przed „muzyką chodnikową”. Słyszało się przeboje w rytmie „umpa, umpa”. Określiłbym je jako ludowo-pornograficzne. Słowa piosenek najczęściej bardzo wulgarne i bardzo erotyczne. Oczywiście młodych ludzi to niezwykle ekscytowało. Wiadomo – PRL to pruderia, a bazar to ludyczność. Zasłyszane tam piosenki ociekały ludowym, wyuzdanym seksem. Funkcjonowało absolutnie niecenzuralne, erotomańskie „podziemie piosenkarskie”, które śpiewało o tym, co Maniek z Kaśką robili w szczegółach… Moim zdaniem to już zaczynało się chamowo – nie było to warszawskie. Warszawskie to miało swój sznyt, a te piosenki to chamowo, kilka pięter niżej od folkloru warszawskiego.

Ta muzyka, to był folklor praski, często jeszcze przedwojenny. To był folklor najdłużej utrzymujący się, niezależny. Druga wojna światowa, okupacja nie zrobiła mu zbyt wielu szkód, bo kwitło życie warszawskie. Kapele, zespoły, gwara i zasady. Na bazarach leciała muza warszawska, Wielanek, Grzesiuk.

Na początku lat 60. kupowałem piosenki Presleya, Beatlesów, Rolling Stonesów, pierwsze nagrania Cliffa Richarda i Wandy Jackson. Pamiętam jak dziś, że miałem jakieś 14 lat i dokonywałem aktów bliskich masturbacji słuchając Rolling Stonesów i Kinksów. Wybrałem się na bazar Różyckiego i odnalazłem stoisko z płytami pocztówkowymi. Leżały skatalogowane, ponumerowane, w kopertach. Do drewnianej obudowy straganu przypięto gwoździem kartkę z listą przebojów. Jak się okazało, co tydzień ogłaszano w ten sposób listę najlepiej sprzedających się płyt. Ja pytałem oczywiście o płyty Rolling Stonesów. Sprzedawca ze zdziwieniem odpowiedział, że u nich sprzedaje się tylko najlepsze płyty, czyli te z piosenkami Janusza Laskowskiego.

– Znasz Laskowskiego?

 Nie znałem. Pierwszy raz słyszałem to nazwisko. Nie miałem pojęcia, kto to jest.

– Człowieku!... jak ty nie wiesz, co to jest „Żółty jesienny liść” albo „Beata z Albatrosa”, to co ty w ogóle wiesz…?

Rzuciłem okiem na listę przebojów. Obejmowała ok. 40-50 tytułów. Pierwsze 20 to niemal wyłącznie piosenki Laskowskiego. Okazało się, że to ten sam autor, który później napisał słynne „Kolorowe jarmarki”. To była zupełnie inna kategoria muzyki – piosenka podwórkowa.

Tamtego dnia zdałem sobie sprawę, że reprezentuję zupełnie inną kulturę. Wydumaną trochę, piękną, ale wywodząca się ze źródeł anglosaskich. Chcieliśmy grać jak Anglicy i Amerykanie. Naszymi polskimi idolami byli: Czesław Niemen, Polanie, Czerwono-Czarni. Oni wszyscy chcieli grać jak Amerykanie. A na Pradze spotkałem się z zupełnie inną kulturą, rdzennie polską. Z muzykami grającymi warszawskie melodie pod oknami, na podwórkach. Rozbrzmiewało tam wtedy np.: „Na lewo most, na prawo most” itp. a ludzie rzucali z okien pieniądze. Na Chmielnej grała Orkiestra z Chmielnej. I tkwił w tym wszystkim nieznany mi Janusz Laskowski, który śpiewał „Żółty, jesienny liść o Tobie mi opowiedział…”

Można powiedzieć, że tamtego dnia „spadłem z krzesła”. Dotarło do mnie, że istnieje inna kultura, której w ogóle nie znam. I to kultura dominująca tak naprawdę. Po dziś dzień ewoluuje i jej odmiany funkcjonują. Nadal mamy takie swego rodzaju „dwa światy”.

Tamto odkrycie było dla mnie fascynujące. Kupiłem wtedy chyba z 10 tych pocztówek, żeby posłuchać, co to jest, o co w tym chodzi.

Wśród nagrań znalazłem m.in. piosenki więzienne. „Przyleciał do mnie na kraty, biały gołąbek skrzydlaty, spojrzał na nędzne me szaty i odleciał w siną dal”. Zostałem sprowadzony do parteru! To doznanie otworzyło mi oczy. Początkowo nie mogłem „dogadać się” z tą sytuacją. Wcześniej sądziłem, że muzyka, jakiej słucham ja i znajomi z mojego szkolnego środowiska, była najważniejsza na świecie. Tymczasem okazało się, że są ludzie, którzy nie mają takich aspiracji. Chcą wyglądać tak, jak wyglądają – po prasku (a to też jest do dziś trochę różniąca się od reszty świata moda) i chcą mówić swoim językiem.

Nigdy złotówki z tych pocztówek nie było tylko paczka śliwek w kapelusz i popalić. Podpisywałem je na festynach. To były czasy „Dzisiaj, jutro zawsze”… czy „Boguś trzymaj się”. Potem w „Życiu” Wołka któraś z kupcowych wyznała „U mnie ubierali się Polański i Łazuka”. Paszporty pozostawały wówczas nie do osiągnięcia, ale atrakcyjną wizą pozostał bazar Różyckiego.

Bogdan Łazuka się nie przyzna, ale on był mistrzem, gdy pojawiły się pocztówki dźwiękowe. Pocztówka kosztowała 10-15 zł, chociaż może trochę więcej. A na bazarze istniało studio i można było nagrać taką pocztówkę (z grubsza to brzmiało „dla mojej kochanej Heli”). Tam sprzedawano różne piosenki i należało dograć coś od siebie. Łazuka zaśpiewał jedną piosenkę pocztówkową i się wstawiało dowolne imi „Daniela, Daniela, moje oczko w głowie…”

Jako fan muzyki byłem oczywiście zagorzałym słuchaczem płyt – towaru deficytowego w Polsce. Czasem ktoś przywiózł z zagranicy „winyla” [płytę winylową]. Drogo kosztowały. Nawet trudno mi to opisać… to były relikwie. Posiadacz nowej płyty Beatlesów lub innego tego typu zespołu nosił ją w specjalnej folii. Nie pozwalał dotykać. Bał się, by jej nie uszkodzić. To były dla nas święte przedmioty!

Prawo autorskie wtedy nie istniało. Istniała za to produkcja płyt pocztówkowych podłej jakości sprzedawanych na bazarze. Dziś nazwalibyśmy ten proceder piractwem. Jak to wyglądało? Całą powierzchnię pocztówki (widokówki, kartki pocztowej) pokrywało się specjalną, plastikową folią, przypominającą taśmę „skocza”. W środku wycinało się otwór i nakładało na specjalne urządzenie, które działało odwrotnie niż gramofon: igła ryła melodię odtwarzaną z innego urządzenia. Powstawała płyta bardzo złej jakości. Trzeszczała niemal od nowości. Magnetofony były bardzo drogie. Kasetowce jeszcze nie istniały. Co mógł zrobić fan przeboju usłyszanego w radiu? Pozostawało mu jedynie modlić się, żeby piosenkę nadano ponownie, żeby mógł ją usłyszeć. Płyta pocztówkowa rozwiązywała ten problem. Wydatek rzędu 7 złotych umożliwiał słuchanie muzyki na gramofonie w dowolnym miejscu i czasie. Wytwórnie oferowały nie tylko gotowe pocztówki z piosenkami, ale umożliwiały również nagranie własnych życzeń – jeśli płyta miała stać się prezentem dla bliskiej osoby (np. na święta czy urodziny).

Na bazarze słychać było muzykę. Mój ojciec miał koncesję na patefony. One działały na korbkę. Stalowe szpile jeździły po płycie. Wkładało się je i przykręcało śrubeczką. To jest płyta „Muzy” – była taka wytwórnia. Płyta „Muzy” i bardzo stare pudełko do szpilek. O! „Z igłami Marshalla osiąga się najdelikatniejszy i najbardziej naturalny odbiór/odtwarzanie. Nazwa Marshall gwarantuje jakość”. Na drugiej stronie jest pierwsze wejście z opery „Lohengrin” Ryszarda Wagnera. „O dzięki ci łabędziu mój” i tak dalej. Wielki tenor Fernando De Lucia śpiewa. Widocznie wytwórnia była w Czechach, ale to jest „Voice”. I one są z 1920 roku, to około stu lat temu. Dlatego łyknąłem trochę sprawę opery. I śpiewu. Bo na bazarze nie było warunków do słuchania płyt, a przychodzili melomani. I ojciec pierwszy zbudował (bo był złotą rączką) na bazarze adapter. Adapter, czyli odtwarzacz płyt. Elektryczny. I miał stos tych płyt i klienci sobie wybierali i przesłuchiwali. To jest Enrico Caruso, ten król największy. „Zakazana pieśń”, „Addio” Tostiego. Enrico Caruso – tenor. Te płyty grają jeszcze. Ktoś się uprze, to spuszczam z ceny. O! To jest bardzo stara płyta. „Home, sweet home” Allan McLuckie. To się potem z encyklopedii Metropolitan dowiedziałem. To była mezzosopranistka pochodzenia żydowskiego. Ta śpiewaczka. To jest jednostronna płyta. I ta płyta już ma ponad sto lat. Z bazaru! Rodzice byli bardzo wesołymi ludźmi, bawili się. Ja mam jeszcze cały album płyt rozrywkowych. Tu jest słynna aria „Z cieniem” z opery „Dinorah” Meyerbeera. Śpiewa wielki sopran koloraturowy Luiza Tetrazzini…

Na bazarze spotykały się dwa światy. Ci co przyjeżdżali spoza Warszawy, szli z Dworca Wileńskiego, a ta grupa warszawska – która na nich żerowała – sprzedawała im i ich okradała.

Kiedy ja zdałem na dziennikarstwo, wśród ludzi na bazarze funkcjonował niejaki „Otello”. Przyprowadziłem go na uniwerek i poznałem ze wszystkimi. Pamiętam reklamę, którą wygłosił „Otello” na dziedzińcu uniwersyteckim. Powiedział „Najlepsza jest amerykańska koszula w kratę”. Wszyscy pytają „Dlaczego?”. „Jak to dlaczego? Kupujesz pół litra, idziesz nad Wisłę, otwierasz, wypijasz i rozpinasz kołnierzyk – najlepsza jest amerykańska koszula w kratę – o!”

Ksywę „Otello” dostał, ponieważ gdy już go przyprowadziłem na Krakowskie Przedmieście, to on zakochał się w Jadzi, która pracowała jako barmanka w winiarni. Był bardzo zazdrosny i nikt nie mógł jej ruszyć, bo zaraz dostawał w dziób, a on miał około dwóch metrów wysokości. Pochodził z Pragi, z ulicy Wileńskiej. Drugi to „Szajba”. Człowiek, który założył orkiestrę i kontraktował koncerty na jeden wieczór – rozrywkowe, taneczne. I robił to w ten sposób, że po pół godzinie gry wywoływał bójkę (on się bardzo dobrze bił), przyjeżdżała milicja, zamykała imprezę, a on z całą orkiestrą udawał się gdzie indziej. Tam też po pół godzinie wywoływał bójki. Zamykali imprezę a on jechał na trzecią zabawę, gdzie znowu grał. W ten sposób w jeden wieczór zarabiał trzykrotną stawkę. „Szajba” był związany z bazarem, bo tam funkcjonowała giełda takich kontraktów. Tam się wszystko ustawiało.

Facet trzymał na rękach ancug to jest garnitur i wrzeszczał: „Takie szycie wyśmienicie, cztery lata przechodzicie, nim na gwoździu powiesicie. Drobny  żwir przepuszcza wody ni kropelki”.

Sprzedawano tu najbardziej egzotyczne alkohole. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na bazarze butelkę wódki z zatopionym w niej jaszczurem z Korei.

Pamiętam bazarową zabawkę. Kiedy dmuchnęło się w specjalnie umocowany krążek wielkości dzisiejszej pięciozłotówki, ten obracał się i z dziwacznych zygzaków zapisanych po obu stronach rodził się napis DUPA. Ten gadżet był do kupienia na głównym ręczniaku. Gumowe, czarne główki diabełków, które po naciśnięciu z charakterystycznym kliknięciem wyrzucały z siebie długi czerwony język, można było kupić przy głównym wejściu od ulicy Targowej.

Pierwsze modne lusterka z aktorkami i grające pocztówki też najszybciej tu się pojawiły.

Inny genialny aktor na sztalugach miał ustawione lustro, w ręku kawałek świńskiej skóry, na której tkwiła jeszcze szczecina. Mazał skórą lustro tak, że pojawiały się straszliwe tłuste plamy. I mówił, cały czas mówił – prowadził wielki aktorski monolog: „Ludzie, ludzie, co ja robię, patrzcie, jakie to obrzydliwe, nie, już nic nie widzę, już się nie widzę, całe lustro jest brudne, nie ma mnie, nie ma mnie, ale nagle...” i tu brał ten cudowny aparacik do rąk, a ludzie zamierali... „Ale nie. Nie. Jest ratunek”. Obok miał wiadro z mydlinami i dalej ciągnął – „Proszę państwa, dużej matury nie trzeba” i przesuwał wynalazkiem po tym lustrze. Nawet plamy po szczecinie schodziły. Mogłem godzinami stać i go obserwować.

Magiczne umiejętności posiadali handlujący różnego typu gadżetami do obierania i obróbki warzyw. Szybkie pokazy powodowały duże zainteresowanie patrzących i spory popyt. Dałem się nabrać na przyrząd krojący całego kartofla w spiralę. Przy pierwszej próbie w domu rozleciał się on na składniki pierwsze i był nie do naprawienia. Filozofię tego typu handlu zapamiętałem w reklamie wykrzykiwanej przez niezbyt trzeźwego gościa oferującego preparat na odciski, pumeksy, sznurowadła i coś idealnego na szczury:

– Maść na szczury! Maść na szczury! Łapiesz pan szczura, smarujesz pod włos i po dwóch tygodniach bydle zdycha. Maść na szczury! Maść na szczury!

Jak przekraczało się bramę bazaru to nie czuło się komuny. Tam funkcjonowały inne prawa. Ze względu na ludzi chodziłem na bazar, bo tam przychodzili ci, którzy uprawiali sztukę kreacji. Tam słyszałem: „amerykańska automata do wiązania krawata: co się nie namęczem, co się nie natrudziem, krawata nie zawiążem, koszule wybrudziem, a jednakowoż krawata nie zawiążem – amerykańska automata do wiązania krawata”. Nie pamiętam, jak wyglądała ta automata, ale pamiętam, jak była reklamowana. Pierwsze wrażenie to jakbym wszedł do teatru. Zobaczyłem ludzi, którzy uprawiali sztukę użytkową! Czyli kreowali zapotrzebowania na towary, które mieli – mniej lub bardziej potrzebne. Stałem z otwartymi ustami, jakbym wszedł do teatru iluzji.

Tu na bazarze funkcjonował fragment luksusowych warzywniaków, czyli nie do uwierzenia: pomarańcze i cytryny sprzedawane na sztuki. Później zamieniano te pieniądze na zwykłe, proste używki, typu „Kto kraj uwielbia i ojczyznę kocha, codziennie zażywa C2H5OH”. Tu sprzedawano łososie i kawior. Wielu ludzi, sławnych dzisiaj, nie będzie chciało się przyznać, że tatuś ambasador bardzo często tu towary przywoził, bo przecież miał możliwość.

Na jednym z pobliskich podwórek – studni, z mikroskopijną kapliczką pośrodku, miała mama swoje interesy. Pan z parteru dla niej szył torby. U starszej babci naprzeciwko mieli swój nieodkryty nigdy przez tajniaków magazyn. Interesy rozwijały się, wręcz kwitły. Ich załatwianie przekroczyło granice bazaru, Targowej, Pragi. Jeździłem aż na Wolę jako kurier, gdzie jakiś pan krawiec garniturowy produkował kurtki. Z ilością nie należało przesadzać, aby nigdzie po drodze nie rzucać się w oczy.

Dworzec Wileński. Tu o drugiej w nocy przyjeżdżały pociągi linii Małkinia – Białystok. Tu czekały w nocy riksze towarowe i na te riksze brali ludzie towary z pociągu dla pani Wiśniewskiej, Kowalskiej czy Grzybowskiej. I specjalnie dla tego pana z rikszą w nocy otwierano bazar. I pan kładł towar przy budce, plandeką przykrywał i kamieniami okładał. Tu nikt nikomu tego nie ukradł, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Ci ludzie się znali, oni się wzajemnie gościli, rodziły się związki. Połowa mieszkańców okolicy żyła z bazaru. To było wzajemne utrzymywanie się.

Na Brzeskiej miałem rodzinę. Cioteczny brat ojca był dozorcą pod dwudziestym. Wszystko, co tu widziałem, dla mnie wydawało się wtedy straszne. Co chwila ktoś kogoś zaczepiał. Chciał coś sprzedać, coś kupić. Rodzice mówili mi, żebym się nie zatrzymywał, bo tu przestępcy łapią dzieci. Bałem się, że mnie złapią i gdzieś wywiozą. Więc tylko z bramy wyglądałem. Brzeska tętniła życiem przez całą noc. Kiedy już dorosłem, to wiedziałem, że wszystko tu można kupić: i gorzałkę, i zakąski. Babiny siedziały tu całą noc. Ludzie śpiewali, pili, wesoło było. A już koło trzeciej nad ranem przyjeżdżali dostawcy z warzywami i rynek ożywał.

Mój kolega pochodził z Pragi i – co najważniejsze – używał praskiego języka, tamtejszego slangu. Wbrew pozorom jest on trudny do rozpoznania. Brzmi trochę inaczej, ma inny akcent i słownictwo niż zwykła polszczyzna. Nie wolno powiedzieć np.: „posuń się” – tylko: „przesuń się”. Powiedzenie do kogoś „posuń się” jest niebezpieczne, bo to w praskim slangu znaczy „pierdol się”. Byłem u kumpla na Pradze. Kobieta z pobliskiego budynku wyszła na spacer z psem. Zwierzę weszło na sąsiedni trawnik, a właścicielka do niego:

– Kajtuś, kurwa, wracaj, nie opuszczaj swojego terytorium!

Żadna kobieta nigdzie indziej tak nie powie. To jest praski slang, rodzaj języka więziennego, którym tam mówią nawet do psów.

Funkcjonował ścisły podział na Targówek i Pragę, granica szła po torach kolejowych. Słyszałem taką historię, że bandyta, który uciekł z więzienia, znalazł się na Pradze, ale on coś miał krzywo – tak się mówiło, skiepścił się na Targówku. Ci z Pragi pobitego nie wydali policji, tylko go przerzucili przez te tory na Targówek, aby ci ludzie z Targówka nim się zajęli. Nie oddawało się człowieka na policję, broń Boże, tylko na drugą stronę torów. Załatwiało się sprawy między sobą.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Zenon Jędra

kupiec, prezes Stowarzyszenia KBR

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Mentzel

pisarz, eseista

rozm. Maciej Miłosz, „Życie Warszawy”,
nr 92, 18 IV 2008

 

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Marek Piwowski

reżyser

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Hołdys

muzyk

Bohdan Łazuka

aktor, piosenkarz,
prezenter radiowy i telewizyjny

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Hołdys

muzyk

Wiktor Skowroński

zamieszkały przy ul. Brzeskiej,
aktor z Teatru Powszechnego

Marek Piwowski

reżyser

Józef Makowski (Max)

rozmawiał Przemysław J. Olszewski <<Praga gada>> Fundacja Animacja

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

 

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Chodziliśmy do baru „U Era”, na ulicy Ząbkowskiej. Nam chłopakom z szkoły imponowało chodzenie do takich barów. Został tam folklor absolutnie przedwojenny – knajpa, w której królowała wódka, zagrycha, i nóż w kieszeni – miejsce prawdziwe, autentyczne. Picie tam nas wywyższało. To stanowiło wielki szpan powiedzieć, że było się w barze „U Era”.

Biegałem z kolegami po bazarze i zbierałem historyjki z „Donaldów”, gum do żucia. Wtedy jeszcze nie każdy wiedział, że te mini komiksy są w gumach i wyrzucał opakowania. A my dzieciaki lataliśmy po bazarze i jak leżał jakiś papierek, to się go podnosiło. A potem konkurowaliśmy, kto ma więcej tych historyjek. W lany poniedziałek kupowało się jajka-sikawki na bazarze i jak szły ładne dziewczyny, to stało się pod bramą i sik pod spódnicę. Funkcjonował na Targowej ogródek pod 46-tym i tam spotykali się ludzie z Brzeskiej. Tam się w piłkę grało, alpagi piło. Kiedy skończyłem ósmą klasę, to stała tam wiata i my gitowcy się pod nią spotykaliśmy z dziewczynami. Były wśród nich: duperki, takie co nic i takie normalne. Z nami chodziły takie normalne. No i kupowaliśmy alpagi na zakończenie ósmej klasy. Wypiło się pół i człowiek był nagrzany jak nic. Wtedy właśnie milicja wpadała, a my uciekaliśmy po podwórkach.

Jednym z najbardziej chodliwych towarów na bazarze była guma Wrigley’s, amerykańska. W normalnym obiegu sklepowym nie dało się jej kupić. A tu leżała niemal na każdym straganie. Jako chłopcy marzyliśmy o niej, bo to był przecież smak Zachodu, smak Ameryki.

Urodziłem się w ‘58 roku, w roku w którym po raz pierwszy ukazał się „Dziennik Telewizyjny”. Wtedy głównym jego bohaterem był Gomułka. Nie miałem telewizora i nic o tym nie wiedziałem. Moim oknem na wielki świat pozostawało okno mieszkania na Targowej 45. Przez to okno widziałem bazar Różyckiego. Dla małego chłopca z biednej rodziny był to świat z bajki. Zbierałem komiksy o Hansie Klossie i marzyłem o kolorowym świecie, którego skarbami handlowano na bazarze. Rodzice byli jednak biedni i to babcia dawała mi kieszonkowe. Zacząłem myśleć o własnych pieniądzach. Kobieta pracująca w kiosku szczelnie zasuwała małe okienko, aby nie tracić ciepła. Gdy ktoś zapukał w szybę, zdziwiła się, bo przed kioskiem nie było nikogo. Dopiero po chwili zauważyła chłopca, tak małego, że musiał stanąć na palcach, aby go zobaczyć. Gdy poprosiłem o dziesięć „Expresów Wieczornych”, zdziwiła się jeszcze bardziej. Po piętnastu minutach przyszedłem znowu. Pierwszym kioskiem, do którego przywozili gazety, był ten na Kijowskiej. Leciałem tam o wpół do pierwszej, kładłem 5 zł i kupowałem 10 sztuk „Ekspresu…”, wlatywałem na Targową do „Oazy” i tam sprzedawałem te pierwsze dziesięć. Potem wracałem i brałem 20, i szybko do „Inwalidów”. Na koniec prułem na Różyca i tam sprzedawałem ostatnią partię. Zarabiałem nawet po 50 zł dziennie. 50 złotych! To stanowiło olbrzymie pieniądze. To było życie! Początkowo trochę się wstydziłem, bałem się, że ludzie będą mnie gonić, ale okazało się, że nie. Jak wielu innych chłopców w moim wieku oszczędzałem wówczas głównie na gumę do żucia.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Pan Czarek

kupiec

Zbigniew Hołdys

muzyk

"Gierek"

Później to zaczęło się zmieniać. Być może była to po części zmiana pokoleniowa, uważam jednak, że przede wszystkim na bazarze zaczęło się pojawiać zbyt wielu obcych. Coraz częściej wybuchały burdy. A my byliśmy spokojni. Wbrew temu co mówiło się o Pradze, nasze towarzystwo zawsze zachowywało się odpowiednio. I trzymaliśmy się razem bez względu na wszystko. Mój znajomy, który mieszkał wtedy na Ząbkowskiej, nigdy nie zamykał pod domem swojego auta. Doskonale wiedział, że nikt by mu go nie ukradł. Znał swoich sąsiadów, dał komuś zaskórniaka na piwo czy kupił flaszkę i wiedział, że nic nie może się stać. Między mieszkańcami miała miejsce wielka solidarność. Ludzie z Pragi trzymali się razem. Potem to się zmieniło.

Jeżeli tu ktoś przychodził i nie zaczepiał, czyli z pozycji gościa, to nikt mu nic nie zrobił, bo każdy wiedział, stojąc w bramach, że jeżeli ten człowiek odważył się przyjść, to albo ma tu rodzinę, więc go się nie rusza, albo dopiero co się wprowadził, więc też się go nie rusza. Żaden inny człowiek nigdy by tu nie przyszedł, bo jakim cudem.

Nie należało na przykład zaczepić faceta, który szedł w towarzystwie kobiety. Można było podejść do niego, wziąć na bok i powiedzieć „Jutro masz być tu sam”. To taki rodzaj praskiej szarmancji, która nie obowiązywała w innych dzielnicach. Takich odrębności i smaczków kulturowych funkcjonowało mnóstwo. Panowie mieli w zwyczaju  nosić torebki swoich pań podczas wspólnych spacerów. To taki przejaw rycerskości – kobieta miała dzięki temu swobodne ręce. Jednocześnie oznaczało to swoistą oznakę związku. Kiedy facet szedł z panią pod rękę, a pod drugą ręką trzymał jej torebkę, to oznaczało, że idzie w towarzystwie kogoś więcej niż koleżanka. Jeszcze w latach 60. ten zwyczaj stosowano powszechnie – zarówno wśród dojrzałych mężczyzn, jak i młodych chłopaków. W tamtym czasie popularne wśród pań były bordowe torebki crepes. W związku z tym wszędzie widziano wyposażonych w nie mężczyzn. Ja też chodziłem z tymi torebkami pod pachą…

Swój swojego nie wydawał i słowo „honor” było bardzo ważne. Swój swego nie okradał, nie bił, nie napadał i nikomu nie robił krzywdy. Funkcjonowały zasady i jak się jakąś transakcję przeprowadziło, to jak na targu końskim przybijało się ręką, przyklepywało się i nawet się spluwało.

Funkcjonował ciągle kodeks. Jak kobieta szła z torebką, to nikt jej nie ruszył. Jak ktoś szedł pijany, to go zaprowadzili do domu, nie okradli.

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

Pan Czarek

kupiec

Andrzej Tomaszewski

kierownik pracowni ślusarskiej
w Teatrze Powszechnym

Grażyna Dylewska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Zbigniew Hołdys

muzyk

Tu przyjeżdżali i z Czech, i z Korei, i proszę pani Murzyni tu też przyjeżdżali, i wozili rzeczy ze swoich stron. Raz proszę pani do tego komisu od ul. Ząbkowskiej złodzieje zrobili podkop. Podkopali się do tego komisu i ukradli dużo rzeczy.

To przy komisie znajdowały się najlepsze na bazarze miejsca. Tu pracowała elita. A sprzedawano… to się w głowie nie mieści… W sklepach nie było nic, a tu futra, lisy, dżinsy. Wszystko co najlepsze. Niektóre kobiety przychodziły tu tylko po to, by dotknąć takiego lisa, czasem na chwilkę przymierzyć i poczuć się jak królowa angielska. Przeciętnym ludziom nawet nie śniło się, żeby to kupić, a taki ze wsi, to nawet wstydził się spojrzeć, nie mówiąc, żeby dotknął.

Produkty zagraniczne przyjmowano w komis i jak się znalazł klient, to wtedy można było dopiero sprzedającemu dać pieniądze. No i w komisie sprzedawano różne rzeczy, o których nie możemy mieć dzisiaj nawet wyobrażenia, co to było. W różnym czasie, w różnych latach to leżało tam wszystko, co modne za granicą, co aktualne, czego potrzebowali ludzie. I ubrania i cały asortyment produktów przemysłowych – i perfumy i drogeryjne różne, narzędzia do włosów, do paznokci.

W centrum bazaru, w murowanym pawilonie, znajdował się komis. Tam dopiero sprzedawano różności: dywany, zegarki, skóry, kożuchy, srebro, złoto i różne drobiazgi niedostępne na polskim rynku, a pochodzące z paczek przysłanych z zagranicy.

Od Brzeskiej jak się wchodziło na bazar, to leżał drób: gęsi, kury, kaczki, indyki i to piszczało i kwikało i różne rzeczy robiło. I oni darli pióra. Jak ktoś chciał kupić w całości, to kupował w całości z piórami i obdzierał sobie w domu, a ktoś chciał już gotowe, tylko samo mięso, to skubali pióra. A dalej leżały już poćwiartowane kawałki i to w innym miejscu, w innym rządku. Pamiętam to bardzo dobrze, bo chodziłam przez bazar do szkoły. Przez pierwsze lata to babcia mnie prowadzała, a potem to już sama szłam. Na Brzeskiej znajdował się postój wozów z końmi i stał parterowy domek – tam można było zaopatrzyć się w wodę sodową czy syfon zanieść do napełnienia i oranżadę kupić. Tutaj właśnie stali ci wozacy z końmi. Dalej, idąc od Targowej, tu jak główne wejście, to sprzedawano eleganckie ubrania, suknie wizytowe, ślubne, garnitury, smokingi. Tu stały pojedyncze budki. Dalej, idąc środkowym wejściem, stały pawilony i budki prywatne z materiałami na metry, z resztkami różnymi, można było dopasować sobie, coś skrócić, podłożyć, przerobić coś. Z pościelą, z bielizną damską oddzielnie, z bielizną męską oddzielnie, bardzo dużo sklepów, pawilonów, budek. Biustonosze, bielizna damska, majteczki obciskane, takie, inne i różne, rajstopy, potem stopki, pończoszki we wzorki, w kolorki i we wszystko.

Pan Czarek

kupiec

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

P. Przybyłek

kupiec

Kupiec

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie Bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 57

 

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Co najmniej dwie osoby w moim domu przygotowywały flaki tym kobietom z Bazaru. W lecie szczególnie, jak się człowiek obudził, to słychać było szczęk jak u dzięcioła: tuk, tuk, tuk. Nożem. Bo te flaki w płatach należało pokroić na drobniutkie paseczki. Także od czwartej rano te bidne kobity kroiły te flaki, gotowały, doprawiały i tak dalej. W wielkich garach. I te panie potem rozlewały to w słoiki i sprzedawały. Otulone to zostawało szmatami, żeby nie traciły ciepła. W wielkich koszach to stało. Takie prawie że termosy. Ręce odpadały od krojenia tych flaków. Poza tym kuchnia cała pozostawała w tłuszczu, bo ta tłusta para się unosiła i osiadała na wszystkim. Kuchnia wyglądała przerażająco. Ktoś tam zapoczątkował jakiś alkohol, no to jedziemy! Gdzie? Do Witka na flaki jedziemy. Tutaj, na Brzeską. Ja dzwoniłem do sąsiadki „Szykuj flaki, gotuj, sześć – osiem porcji”. I nieraz musiałem te flaki do pracy przywozić, bo znajomi prosili „Zamów, przywieź też dla kolegów, bo są wspaniałe". Osobne opowiadanie to pyzy.

Można było słyszeć krzyki: „Pyzy gorące, pyzy. Flaki gorące, kiełbasa, żurek”. Pękate baby na wózkach dziecięcych w garnkach, termosach oferowały te smakołyki. Co niektórzy zachwycali się tymi specjałami. Kobiety podawały w miskach, których nie myto przez cały dzień. Niektórzy klienci przychodzili zaopatrzeni we własne naczynia. Pamiętam zapach gotowanych na bazar flaków z własnego domu. Trochę śmierdziało, ale pieniądze nie śmierdzą. Handlarki chodziły po domach przy Brzeskiej i proponowały układ: w danym domu gotowano jedzenie, a ona płaciła za to. Było blisko, a gdzieś należało gotować. Wszystko zaczynało się wieczorem, kiedy dostawca przynosił surowe flaki. Do pokrojenia, obgotowania. Następnego dnia, około 4 rano mama nastawiała 20 – 30-to litrowy sagan na kuchni węglowej. Gotowała wywar z włoszczyzny, przyprawiała go Vegetą, która była trudno dostępna, ale nie dla ludzi z bazaru. Kiedy już należało zanieść bańkę na bazar, to do wywaru dodawało się flaki i zaprawiało zasmażką z papryką. Potem w banieczkę, koszyk, do tego pokrojony chleb, bułki i zanosiło się na bazar. Bułki serwowano zawsze świeże, należało rano wstać i kupić je w pobliskiej piekarni.

Obok komisu kręcili się najrozmaitsi specjaliści, jak panie z pyzami i flakami.

Taką legendarną postacią tego miejsca został facet bez nogi, wyjątkowej grubości, siedział zawsze na wprost głównego wejścia do komisu i zajmował się handlem medalami, odznaczeniami, banknotami, złotem. On nosił lupkę i wagę, i musiał mieć doskonały słuch. Bo jednym z popularnych przestępstw było podrabianie porcelanowych dwudziestodolarówek, które były z pocelany powlekanej złotem. Wagę miały zbliżoną, ale jak postawić i uderzyć paznokciem, to powstawał inny dźwięk.

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Wiktor Skowroński

aktor Teatru Powszechnego

Pan Czarek

kupiec

 

Jacek Natorff

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

– Benkiel to wtedy stanowiło coś! Jak uczestniczyłeś w benklu, nikt cię nie mógł ruszyć. Stawałeś się ważny. I wszyscy o tym wiedzieli.

W każdym benklu pracowało po kilkanaście osób. Najważniejszy to ten, co rozstawiał. To szef. Zwykle on też rzucał. Ale nie zawsze. Żeby rzucać benkla, należało już być kimś, mieć poważanie, szacunek.

Ja nauczyłem się rzucać w więzieniu, w Strzelcach Opolskich. Siedziałem pod celą z Cyganem. Miał ksywkę „Wazon”, bo na całych plecach miał wydziergany wzór. Miała to być kobieta, tylko tak to zostało spartaczone, że do kobiety w ogóle niepodobne. No i chłopaki stwierdzili, że to wygląda jak wazon. I tak dostał ksywkę „Wazon”. Lubił opowiadać, jak to jeszcze przed wojną stawiał benkla z „Pięknym”, legendarnym już mistrzem rzucania.

W Strzelcach odkiwałem cztery wojtki, ale wcześniej półtora roku na Gęsiówce. „Wazon” odsiadywał jakiś długi wyrok – osiem czy dziesięć lat. Jak wychodziłem, to dał mi gryps do gościa, z którym rozstawiał benkla na Różycu. No i tamten mnie przyjął.

Zaczynałem od samego dołu. Najpierw stałem na świecy. Ale nim stanąłem, musiałem przejść termin. Chodziłem pod komendę na Cyryla z Ryśkiem. Ten Rysiek to był nurek, drobny pijaczek. Ciągle go za coś zamykali, znał na Cyryla wszystkich. No i siedzieliśmy pod tą komendą, ludzie wchodzili, wychodzili, a Rysiek co pewien czas wskazywał palcem i mówił: „ten to pies”. I dopiero jak ich wszystkich zapamiętałem, to mogłem stanąć na świecy.

Hasło było proste. Jak szły psy, to krzyczało się głośno jakieś imię – raz Stefan, raz Edek. I było wiadomo, że zrywka. Te psy doskonale o tym wiedziały. Czasami to sobie takie jaja robili, że szli i sami krzyczeli: „Stefan”!

Po roku chłopaki kupili mi garnitur i zostałem naganiaczem. Naganiacz musiał być elegancko ubrany. Zawsze brało udział w benklu kilku naganiaczy. Jeden lub dwóch udawało, że gra i wygrywa, a reszta kibicowała. Głośno się komentowało, ludzie się zatrzymywali, a jak się zatrzymali, to już było po nich. To tak jak dziś w tych teleturniejach. Ludzie patrzą w telewizor i sobie myślą: O… to odgadłem, to też… no, to jestem dobry. Bo jak rzucałeś swojemu, to rzucałeś tak, żeby ci, co kibicowali, mogli odgadnąć. Ten twój, rzecz jasna, też wiedział, ale udawał, że nie zawsze trafia…

– Widzisz, to jest właśnie benkiel. Nie chodzi o to, żebyś nie wiedział, gdzie jest wygrana karta. Jeżeli nie będziesz wiedział, to nie postawisz. Chodzi o to, żebyś został przekonany, że wiesz.

Ilu tam frajerów poległo. Czasami to aż było mi ich żal. Zwykle przychodzili kupić coś na bazarze, a to garnitur, a to kożuch, przynosili uciułane oszczędności, no i wpadali. Pamiętam takiego, co przyjechał z synem kupić ubranie do komunii, albo kobietę, co przyszła po wózek dla dziecka, różni bywali… Czasami w desperacji usiłowali wydrzeć forsę z powrotem. No, ale jakie mieli szanse? Żadnych! Odwrotnie, bywało tak, że jak się czuło, iż frajer ma dużą kasę, to robiliśmy go na wydrę. Ale kasa musiała być konkretna, bo po takim numerze należało się na kilka dni zwijać. Facet zawsze leciał na Cyryla i stamtąd przychodził patrol. Jeżeli by cię rozpoznał, no to okazanie i dziesiona. To już wsadzali na trzy lata.

Niekiedy robiliśmy tak, że sami podnosiliśmy raban: „Psy! psy! Zwijać się!” Zamieszanie. Ktoś kogoś pcha, ktoś ucieka. A forsa leżała na benklu, rozumiesz? Frajer też dostawał cykora, że go zgarną. I jak się z tej paniki otrząsnął, to stał już sam na placu. Ani nas, ani kasy.

Benkiel to był dobry pieniądz. Jak dobry? Widziałeś mój dom? Tak dobry. Do tego ryzyko prawie żadne. Ryzykował tylko ten, co rzucał. Tylko jemu można było coś przybić. Ale kary nakładano żadne. To nawet nie podpadało pod sąd, tylko pod kolegium „za organizowanie gier hazardowych”. Gorzej, że przepadała forsa. Konfiskata następowała murowana. A jak rzucałeś, no to musiałeś mieć przy sobie solidną forsę. Musiałeś pokazać frajerowi, że jesteś wypłacalny.

Mieliśmy taki sposób na zalegalizowanie tych pieniędzy, że człowiek rejestrował na siebie taksówkę. Ta taksówka stała sobie na Ząbkowskiej i obrastała kurzem. Ale jak należało się tłumaczyć, to mówiło się „Zarobiłem. Uczciwie. Na taksówce. Po nocach haruję”.

W benklu nie istniały takie możliwości, żeby ktoś zakapował. Żeby kumpel kumpla przewalił. Raz mi się tylko zdarzyło, że taki, co u mnie rzucał, zwinął kasę..

No i co? Co się z nim stało?.

– Już nigdy więcej nie mógł rzucać.

– Nie wpuszczaliście go?

– Nie… po prostu… do rzucania trzeba mieć wszystkie palce.

Pączki z Bazaru Różyckiego
 
audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku
 
Archiwum Polskiego Radia
Ramona, anonimowa kapela z Bazaru Różyckiego
 
audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku
 
Archiwum Polskiego Radia 

Z kolegą nosiliśmy torebki na bazar do punktów odsprzedaży. Często dostawaliśmy od jego mamy pieniądze na pyzy ze specjalną instrukcją:

– Tylko bierzcie u Banasiowej, bo ona czyściutka i ma najsmaczniejsze.

To funkcjonowała cała zorganizowana machina. Każdy odpowiadał za jakąś działkę. Byli cwaniacy co naganiali, namawiali „postaw tu, postaw tam”. Podpuszczali delikwenta, potem był krąg, co go pilnował, za nim duży szereg, który z kolei pilnował przed milicją. Pokazywali sobie nawzajem specjalne znaki, wtedy momentalnie lusterka zabierali, pudełko zostało rozerwane i już ich nie było.

O pamiętam, Mioduszewski taki był. W szkole zawodowej już grał w lusterka. Dobrze grał, dobrze rzucał, ładnie mu to wychodziło. Nagle parę dni po jakiejś grze znaleziono go w nocy powieszonego na latarni. Szło mu zbyt dobrze.

Gastronomia bazarowa funkcjonowała w bardzo prymitywnych warunkach. Wymagało to pewnej wynalazczości. Wykorzystywano np. wózki dziecięce, które dokładnie wykładano pierzynkami. W środku tworzono wymoszczone gniazda. Wszystko po to, żeby te pyzy nie straciły ciepła.

Przychodzili do mnie strzyc włosy tacy, co w laleczki grali, w stolicę, trzy karty albo w łańcuszek. Łańcuszek wyglądał tak, że rzucali łańcuszek na stół tak, żeby stanowił dwie pętle, i pan wsadzał w jedną z nich palec i jak on się na tym palcu zatrzymał to pan wygrał, ale przeważnie schodził z boku i się przegrywało. Bo benklarz jak rzucił, to wiedział, gdzie on się zaczyna, a pan nie i nie trafił pan ani tu, ani tu. To wszystko kanciarstwo. Jak pan postawił na daną laleczkę, to pan wygrał, ale czy panu dali wygrać? Nie dali, przemieniali, a jak pan wiedział za dużo, to nadepnęli panu na nogę, żebyś pan sobie poszedł. Grali jeszcze w planszową grę: „Warszawa, Poznań, Kraków, Stolica”. Były cztery strony, na każdej numeracje, na środku premia. Pan rzucał trzema kośćmi i jak padła 13, to za nią płacili, jak 4 to za czwórkę, jak za stolicę dziesiątka, jak pan obstawił stolicę, to za stolicę płacili trzy razy więcej…

Chłop wracając z knajpy widział, że dwóch facetów gra na benklu. Bo trzeba pamiętać, że on nie grał w benkla, tylko na benklu, bo benkiel to dno śmietnika, i oni na tym grali. Więc ten chłop widzi: raz gość położył 100 zł, dostał 200. No to chłop biegł do baby po te 900 zł za jabłka, no i co? Położył, dostał 200. I wtedy znajdował się facet obok, co to niby wiedział, gdzie jest karta. I mówił: ja dołożę 500 zł, pan dołóż 500. I pieniądze znikały. A nawet jak czasem ktoś trafił i podniósł tą kartę, co trzeba, to przecież zaraz się znaleźli świadkowie, że nieprawda; co ty głupi jesteś, dwie karty podnosisz, co ty durniu, przegrałeś.

Benkiel był dobrze zorganizowany. Stały czujki i metodą wprost mówiło się zeks. I oni krzyczeli, jak się milicja zbliżała. A przecież w tłumie szukanie takiego, co krzyknął… stawało się bez sensu. Przeganiali małych chłopców, bo taki miał oczy na poziomie gry i widział, jaką się kartę kładło. Oprócz tego wywierana była presja na grających, naganiacze stali i podkręcali. Oni grali wszyscy do wspólnego worka.

„Na te pyzy nie szkoda gotówki,

Jak cudownie parują, no spójrz.

Do nich dodaj dwa łyki piersiówki

I cała Praga jest Twoja i już.”

Gorące pyzy w słoikach. Pamiętam ich smak, który się kojarzy z domowym jedzeniem, z czymś co zostało „naprawdę zrobione”, naprawdę wypracowane – ciemne pyzy.

Joanna Szczepkowska

aktorka

Tam ciuchy podtykali pod nos. Burberry sprzedawali. Burberry to były płaszcze z lekkiej wełenki. Męskie, wyłącznie męskie.

W Rembertowie funkcjonował bardzo dobry bazar z ciuchami. Tam też często z Korą jeździliśmy.

W tym czasie na Pradze funkcjonowały dwa takie miejsca, w których kwitł handel. Jeden to Bazar Różyckiego, a drugi – uruchomiony w latach 50. – to tzw. „ciuchy” (usytuowany w okolicy ulic Skaryszewskiej i Lubelskiej, blisko Dworca Wschodniego). Nazywano go tak zabawnie… „Moulin de la ciuch” [prawdopodobnie chodzi o określenie „Maison de la ciuch”, które było używane w kontekście bazaru przy Pl. Szembeka – przyp. red.].

Osoby wracające do kraju z zagranicy właśnie „na ciuchach” sprzedawały przywiezione ubrania. Na straganach trafiała się odzież przywieziona prosto z Paryża, z Włoch, Anglii i reszty świata.

Później te „ciuchy” usytuowane niedaleko ulicy Skaryszewskiej przeniesiono do Rembertowa. To było już miejsce w pewnym sensie ekskluzywne. Stragany solidnie zbudowane, no i inni ludzie już tam jeździli. Podmiejska lokalizacja utrudniała dotarcie. Już nie każdy z miasta mógł się tam wybrać. Klientela przyjeżdżała samochodami – w pewnym sensie tam ubierała się już tylko „śmietanka”.

Za benklarzami dywany, firanki – i to zarówno sprzedawane w dużym pawilonie, jak również na zewnątrz przez handlujących kupców, tak z budki, jak i z ręki. Również wełnę sprzedawano, pasmanterię, różne galanteryjne rzeczy, spinki, suwaki, szpilki. Były całe budki gdzie tylko guziki leżały, jakie tylko pani chce, można było dobrać. No i ciuchy.

Zbigniew Hołdys

muzyk

Janusz Korwin-Mikke

polityk

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Pamiętam jak w „Kronice Filmowej” pojawiło się hula hop (nazywane wtedy hula hup). W trzy dni później już sprzedawano na Bazarze. Podobnie z butami. Jak Beatlesi pojawili się w tych swoich butach beatlesówkach, to zaraz pojawiły się u nas w obiegu. Funkcjonowały trzy miejsca, gdzie je sprzedawano w Warszawie. U Śliwki, gdzie były drogie, u „Filantropa” gdzie było tanio (dlatego nazywali go filantropem) i na bazarze. Tam ceny stały po środku, kupcy zawsze potrafili wyczuć wartość towaru.

Materiały na płaszcze ortalionowe brałam od pani Husiatyńskiej. To ona pierwsza sprowadziła ortalion do Polski. Sprzedawano pasówki rozkloszowane z czarnej krepy, bardzo dobry materiał. Z flaneli płaszcze, garnitury z adrii, rapafortu. Futra sztuczne i z muflonów, to utleniane barany, ładnie podfarbowane. Tarafanki, sukieneczki z ceraty, z imitacji skóry. Laminat też zdał egzamin, piękne płaszcze z tego robiono. Wzory drukowali w czasopismach, na podstawie tego krawiec robił szablon i powstawały naprawdę modne modele. Pani Michałowska jakie piękne modele przywiozła. Samolot cały przyleciał z towarem, staliśmy w kolejce po nylon z nadrukiem – piękne z tego sukienki wychodziły. Wszystko, co najmodniejsze, zawsze było na bazarze.

W roku '63 cała Warszawa ubrana była w ortalion, większość tych ubiorów, jak kurtki i płaszcze, pochodziło z bazaru Różyckiego.

W '64, a może '65, pojawiły się włoskie płaszcze ortalionowe za 1200 zł, a metka do tego płaszcza kupowana pod sklepem komisowym kosztowała 100 zł. I wystarczyło przeszyć.

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Michał Komar

pisarz, krytyk, publicysta

Barbara Borysiuk

kupcowa

 

Jacek Natorff

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Jacek Natorff

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Żaden państwowy zakład – np. Radoskór czy Chełmek – nie produkował takich. Firmy obuwnicze w Polsce Ludowej wytwarzały dostojne, robotnicze obuwie. Młodzież natomiast uwielbiała nosić zupełnie inne buty. Na Bazarze stroił się każdy nastoletni elegant. Nazywaliśmy to miejsce „Carnaby Street”, nawiązując do słynnej, londyńskiej ulicy strojnisiów, skąd pochodziły najmodniejsze trendy odzieżowe.

Zapytałem kiedyś na jednym ze stoisk o wymarzone buty. Wcześniej miałem już sztyblety, dlatego chciałem kupić półbuty z gumką z boku. Zauważyłem też u Rolling Stonesów buty ze ściętym na kwadrat czubkiem. Szewc uszył dla mnie buty na zamówienie w 5 dni. Miały dodatkową zaletę – uszyto je wzdłuż podbicia stopy tak, jakby prawą stronę buta zszywano z lewą stroną pośrodku, w miejscu, gdzie normalnie jest język. Zażyczyłem sobie do nich złote łańcuszki dyndające od prawej do lewej strony. Brzęczały gdy szedłem. Były rajcownie zrobione! Zapłaciłem jak za zwykłe.

Zdarzało się, że – siedząc w towarzystwie – podczas rozmowy pytaliśmy się jeden drugiego, „skąd masz te buty”. W odpowiedzi padały te same nazwiska rzemieślników, którzy je wykonali. To były marki!

Beatlesówki miały trzy guziki na boku, spiczaste, obcas. Trzewiki Rolling Stonesów były ze ściągaczem. Tu od ulicy znajdowała się alejka „wszystko do butów”. Pół województwa mazowieckiego szyło cholewki dla tej uliczki i przywożono je tu. Naprawdę buty na bazarze niewiele się różniły od oryginałów z zachodu.

Sprzedawano wówczas trzy rodzaje butów: beatelsówy, rollingstonsówy i kinksówy. Beatlesówy miały sztyblety, dłuższe z zadartymi nosami. Rollingstonsówy miały klamry metalowe, a kinksówy miały węzły. Pamiętam, że ja nosiłem rollingstonsówy. Po butach widziało się, kto słuchał jakiej muzyki.

Nastolatki, to nigdzie indziej nie kupowały butów, tylko na Różyckiego. Tam były najmodniejsze. Może byle jak zrobione, ale na naszą kieszeń. I wie pani, była wtedy moda na szpiczaste. Sprzedawano je tylko tam, nigdzie więcej pani ich nie kupiła. Owszem istniał taki szewc na Rutkowskiego, ale ceny nie na kieszeń chłopaków z Pragi. Bazar w latach 60. pełnił rolę kreatora mody. Reagował błyskawicznie. W kinach puszczano film „The Beatles”, a już po miesiącu można było kupić ich buty.

Suknie ślubne i komunijne na Bazarze Różyckiego
 
audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku
 
Archiwum Polskiego Radia

"Benklarz"

rozm. Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 70-73

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi,
członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

Zbigniew Mentzel

pisarz, eseista

rozm. Maciej Miłosz, „Życie Warszawy”,
nr 92, 18 IV 2008 r.

 

Ryszard Wójcicki
fryzjer

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Fragment wiersza Tadeusza Czarneckiego Babickiego o pyzach z bazaru Różyckiego

źródło: Jednodniówka „Różyc” z 14 czerwca 2002 r.

Policjanci z Cyryla to żyli z benkla. Codziennie chodzili z ręką i im dawali, więc dlatego tego nie można było zlikwidować. Stójki stały. Sama widziałam tych stójkowych, cały gang tych od trzech kart i lusterek. Oni stali od stolika do samego Cyryla, . I jak się na Cyrylu ktoś ruszył, to w ciągu jednej minuty, dwóch, już tu przy stoliku wiedzieli, że oni jadą. Nie było szansy. Policja na Cyryla została skorumpowana przez świat przestępczy. Nawet doszło do tego, że jak już w końcu zaczęto ich rozliczać, to główny komendant na Cyryla się powiesił. A wszystkich innych wymieniono.

Siedem lat mieszkałem na Manhattanie i tam miało miejsce to samo! Dolny Manhattan, Greenwich Village, East Village. Tam Murzyni i Latynosi nawet to trochę ulepszyli. Na Manhattanie też działał benkiel. To zostało tak samo dobrze zorganizowane, bo oprócz ludzi, którzy grali, stali też inni, podstawieni, którzy wygrywali. Stały czujki. Benkiel to coś, co jest nie tylko lokalne, ale również uniwersalne.

Milicja goniła, ale to nic nie pomagało.

W głównej alei naciągano ludzi na grę w trzy karty – co było oczywiście nielegalne.

Kiedyś wygrałem i od razu mnie wyrzucili. Miałem za dobre oko. Podszedł z tyłu facet i powiedział... jedno słowo było na „s”, drugie na „g”. Ale można wygrać... Ma się szansę – jedna trzecia. Jeżeli benklarz tak zmyli przeciwnika, że ten zupełnie nie wie, gdzie jest karta, to obstawiający ma szansę jeden do trzech, że wygra. A że płaci się jeden do dwóch, to benklarz wygrywa średnio dwie stawki. Co więcej, są tacy dobrzy benklarze, że gracze są pewni, że to jest ta karta. Benklarz tak potrafi zmylić, że nikt w ogóle nie wie, że to jest niewłaściwa. Jak ktoś jest za bystry, to go wyrzucają, jak mnie. Benklarz musi wyjść na swoje. To jest porządna gra. Ja zostałem wrogiem tępienia benklarzy. Jeżeli ktoś chce stawiać, to – moim zdaniem – nie jest to żadne oszustwo.

Ja nie wiem, jaką te Cyganki musiały mieć siłę perswazji, przecież te dziewczyny, panie w wieku średnim lub jeszcze starsze, nagle miały portfel na wierzchu i ta Cyganka wyciągała pieniądze z niego za ich pozwoleniem. Tam nikt im nie wyciągał z kieszeni, tylko Cyganki tak robiły, że sama pani dawała. Jednym z moich wspomnień jest obrazek dziewczyny, której Cyganki wróżyły, a potem ona biła głową o beton, że miała pieniądze na kożuch i Cyganki ją okradły, ale przecież ona z własnej woli dała się naciągnąć.

Miałem urodziny. Piętnaste. Od matki dostałem pieniądze na dżinsy. Dżinsy to było coś, o czym każdy wtedy marzył. Jedynym miejscem, gdzie je sprzedawano, był właśnie bazar Różyckiego. Niestety, miałem pecha. Coś mnie podkusiło i obstawiłem w trzy karty. Wszystko przegrałem. Ooo… bolało. Potem miałem ambicję, żeby kiedyś się na nich odbić, zemścić.

Minęły trzy czy cztery lata, robiłem maturę, a dorabiałem sobie, handlując jako konik pod kinami. Kiedyś przyjechała milicja, oczywiście po cywilu, i te doświadczone konie, które ich dobrze znały, spokojnie poszły do domu, a ja, młody chłopak, wpadłem. Zawieźli mnie na komendę, przesłuchali i do aresztu. Bo wtedy areszt serwowano z urzędu, jak deser po obiedzie. Siedzę. Wchodzi młody, potargany chłopak. Zaczynamy rozmawiać i on mówi, że trzy karty rzuca. To mi się od razu tamte dżinsy przypomniały. „Naucz mnie” – proszę. „Dobra” – mówi. Mieliśmy pudełko od zapałek. Z niego zrobiliśmy małe karty. I on pokazał mi, o co w tym wszystkim chodzi.

Wyszedłem, pojechałem na bazar, odegrać się. U pierwszego wygrałem ze dwa razy, u drugiego raz, u trzeciego raz, a do czwartego to już nie doszedłem, bo musiałem szybko biec, żeby mi nie złamali nosa. No, ale swoje odegrałem. Bo jak pan wie, „o co chodzi”, to zawsze pan wygra.

Wróżby Cyganki z Bazaru Różyckiego
 
audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku
 
Archiwum Polskiego Radia

Wróżenie Cyganki z Bazaru Różyckiego

efekt z 1968 roku

Archiwum Polskiego Radia

Cyganie na bazarze stanowili odrębną grupę. Pozwolono im tam być, ale z „gadziami” się nie bratali. Stanowili odrębny świat.

Były modne buty bitelsiaki. A moja siostra mieszka na Brzeskiej. Zabrakło mi trochę, bo te buty były drogie. To mówię – „pójdę do siostry, może mi kopsnie dychę. Szwagier – krawiec, szył na bazar, no to co tam, dychy by nie kopsnął”? I patrzę – tłum stoi, „lala płaci, lala traci”. Stoję i widzę, że trafiam. No i pierwszy raz benklarz mi dał wygrać. A miałem wtedy z 14 lat. Drugi raz mi dał wygrać, a trzeci mnie oszukał. Odwracali uwagę, mieli tam swoje sposoby. I przychodzę do siostry nie w sosie, a szwagier pyta „Co się stało Sylwek”? A ja mam prawie łzy w oczach „Co ja ci tam będę mówił”. I on po jakimś czasie sam się jorgnął „Ty chyba w trzy karty grałeś”. I poszedł tam na bazar i ich opierdzielił. Oddali mi te pieniądze. On ich znał, to była stała ekipa, nikt obcy tam nie stanął.

Między tymi flakami i pyzami stali ludzie, którzy robili różne ciemne interesy, czarne interesy. Machniom!. A to dolary, a to papierosy, a to alkohol. Tam też panienki stały, takie łatwego prowadzenia, a i Cyganki zagadywały: „powróżę pani, powróżę”. Z dziećmi przychodziły. Bardzo dużo krążyło Cyganek na Pradze i dookoła bazaru. Nie można się było od nich opędzić. Zagraniczni jak przyjeżdżali, to też dawali się nabrać na wróżenie z rąk.

Sylwester Kozera

muzyk

Joanna Mazurek

mieszanka Pragi

źródło: AHMMWP

Grażyna Dylewska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Marek Piwowski

reżyser

Pan Czarek

kupiec

Janusz Korwin-Mikke

polityk

 

Pan Rysio

mieszkaniec Pragi

 

"Mecenas"

rozm. Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza,
Warszawa 2004, s. 96

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Jacek Natorff

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

W głównej alei bazaru kwitł handel naręczny. Tu królowały jeansy, swetry z szetlandu, kremy, pasty do zębów, mydła, kryształy, towary niedostępne w państwowych sklepach. Na bazarze zawsze był tłum, gdyż większość przychodziła, by pooglądać różne rzeczy, na które nie było ich stać, np. dotykali jeansów. Jedni w tym tłumie dotykali jeansów, a drudzy ich okradali.

Piękne rzeczy! Amerykańskie „dżinsy”. Fotografie Presleya i haftowane poduszki z łabędziami… Piękne rzeczy!

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Olgierd Budrewicz „Bedeker warszawski: Praga”, Czytelnik, Warszawa 1964, s.20

 

Jacek Natorff

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Pani Agata handlowała książkami – świetne, przedwojenne pozycje posiadała. Była to osoba szczupła, kostyczna. Miała też pewną zasadę: nie sprzedawała książek wszystkim. Musiała się do kogoś przekonać, nie chciała ich sprzedawać byle komu. Należało ją podejść, umieć się wkraść w jej łaski. Ja parę książek u niej kupiłem, udało mi się.

Była na bazarze taka pani, która do wszystkich kobiet mówiła: „Lalka, no ile ci tych kartofli zważyć?”. Zawsze była ubrana w rękawiczki, żeby sobie rąk nie zniszczyć i miała wymalowane paznokcie. No i w ogóle wspaniała postać, właśnie taki typ praski. Ale zawsze miała bardzo dobre kartofle i ja u niej kupowałam jako dziewczynka i babcia kupowała, i mnóstwo miała klientów, co chwalili ją i pamiętali : Do „Lalki” idź, bo u niej są dobre kartofle. To był punkt orientacyjny – „Lalka”. Uliczka dalej na bazarze sprzedawano dewocjonalia, obrazki różne: Anioł Stróż na przykład, albo Matka Boska Karmiąca, święci, różne oleodruki, jeleń na rykowisku. Sztuka bardzo popularna dla mas, ale tego nie trzeba krytykować, bo zawsze od jakiegoś poziomu, od jakiegoś punktu wyjścia trzeba się potem wspinać wyżej, potem można wykształcić koneserów i ludzi rozumiejących prawdziwą sztukę wyższą.

Ja nawet nie do końca muszę mówić prawdę. Ja się mogę opierać na zasadzie JPP: jedna pani powiedziała. Chce pani o złodziejach? Będzie o złodziejach.

Funkcjonowały szkoły złodziejskie. A jak się tam do tych szkół można było dostać, to nie powiem, ale myślę, że pokoleniowo. I ci złodzieje robili tak: przed akcją zjadali czosnek, przepłukali mordę setką wódki, stawali koło ofiary i ofiara, czując to, sama się odwracała. No, a im przecież właśnie o to chodziło. W tych szkołach uczono psychologii ulicznej. Kieszonkowiec, kradnąc, nie patrzył do kieszeni czy torby, tylko na uszy. Bo człowiekowi, gdy poczuje, że jest okradany, czerwienieją uszy. Nad tym się nie zapanuje. I kieszonkowiec, kradnąc, nie patrzył do kieszeni, tylko na uszy. I uciekał w razie czego. Funkcjonowała grupa, która zajmowała się kradzieżą papach, czyli czapek rosyjskich. No i sprzedawali je na bazar. Kradzież na Dworcu Gdańskim wyglądała prosto: stawało kilku, kiedy odjeżdżał pociąg do Związku Radzieckiego, do Brześcia. I ci ludzie zdejmowali czapki i machali. A ponieważ często otwierano okna, wystarczyło tylko podbiec i podskoczyć. Ten człowiek nie będzie przecież wybiegał z odjeżdżającego pociągu i gonił złodzieja.

Na Pradze ludzie mieszkali z ojca na syna, przez czterdzieści czy pięćdziesiąt lat w jednej kamienicy i wszyscy się znali. Więc jak jeden umarł, to cała kamienica i jeszcze okoliczne szły na pogrzeb. Więc wywieszenie nekrologu, jeszcze z datą i godziną pogrzebu, to zaproszenie dla złodzieja, to informacja, że cała kamienica do obrobienia. To się zawsze wtedy wynajmowało takich panów rosłych za flaszkę, żeby kamienicy pilnowali. Najważniejsze było wzajemne zaufanie.

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi,
członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

Fragment filmu „Małżeństwo z rozsądku” z roku 1966 r.

Andrzej (Daniel Olbrychski) kupuje spodnie na Bazarze Różyckiego


 

Transakcje kupna i sprzedaży prowadzono także w pobliskich domach na Ząbkowskiej, Targowej, Brzeskiej. Tu pod 15 Żydówka miała oranżadę w kapslach i tam się chodziło. Tyle lat się ją znało i nikt jej krzywdy nie zrobił, ani nie okradł. Tu wcześniej pod 14 też handlowała Żydówka. Do niej wchodziło się na dół, do podziemi. Ona miała, w drewnianej skrzynce od oranżady, prawdziwy wiejski chleb, okrągły. Tam tylko swój przychodził, po chleb i kapustę. Jak ktoś powiedział, że chce taką, a taką kapustę, to ona dała taką jak trzeba. „Będzie dobra?” „Będzie”. I wiadomo, że kapusta była dobra. A teraz jak pójdziesz do sklepu i zapytasz „Będzie dobra?”, odpowiadają „Będzie dobra”. A ona jest kwaśna, niedobra.

W pobliżu książek sprzedawano magiczny środek do wywabiania plam z atramentu. Jak się mocno jodynę utleniło, to na chusteczce znikały plamy. W związku z tym pan miał związek, który przypominał atrament, czyli jodynę z napisem atrament, maczało się szmatkę w tej jodynie, wkładało do środka, i ten znakomity środek do wywabiania atramentu sprzedawano. I takich rzeczy niepotrzebnych sprzedawano mnóstwo. Jakieś maści na odciski, urządzenia do repasacji pończoch, środki do czyszczenia złota. Różne. Warsztatami produkującymi te cuda były mieszkania wokół bazaru, no bo nikt przecież tego nie woził z Rzeszowa.

Pan Czarek

kupiec

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Przyszły tłumy ludzi, kilka tysięcy osób. Ledwie pomieściliby się w Hali Gwardii. Pogrzeb „Kolki”! Przyciągnął ich na cmentarz mit dawnego rycerza przedmieścia.

Mglisty, parny dzień na cmentarzu. Przeważają mężczyźni w średnim albo starszym wieku.

Kolczyński zadzwonił do mnie ze szpitala, gdzie przebywał już na beznadziejnej kuracji. Mówił, że ludzie zupełnie o nim zapomnieli. Słuchał „Zgaduj Zgaduli” w radio i ktoś nie umiał już odpowiedzieć, kto był najsłynniejszym polskim bokserem przed wojną.

– Kiedyś każde dziecko wiedziało – powiedział z żalem.

Pytałem, czy odwiedzają go koledzy.

– Komuda przychodzi. Kiedy jestem zdrowy, to mam dużo kolegów, kiedy choruję, to gubią się.

Napisałem o nim. Skutek był ten, że w kilka dni później dawni koledzy załadowali się do kilku taksówek na Targowej z ogromnymi pakami prezentów i pojechali do szpitala. Przynajmniej miał miły wieczór.

Wychodził ze szpitala i wracał jeszcze bardziej chory. Właśnie Komuda najmocniej go prosił, żeby nie pił, i groził, że wszystko musi się źle skończyć. Kolka kiwał głową, że wie.

– Jak sobie wypiję, to świat mi się kołysze i wszystko wydaje się weselsze.

Kiedy widziałem go ostatni raz, wyszedł do mnie w kitlu szpitalnym. Ścisnęliśmy sobie ręce. Nie mówił o śmierci, nie żalił się. Jedną rzecz powiedział: „Pan by pewnie chciał gadać o dawnych bokserach… Czuję, że ten boks był wielki”.

Kiedyś, jak ludzie mieli pieniądze, to przychodzili nawet codziennie do golenia. Załatwiano takie interesy, że człowiek musiał elegancko wyglądać. Golił się tu u mnie cały bazar Różyckiego, głównie zwykli handlarze, ale zdarzały się i wielkie osobowości. Wiech na przykład. On lubiał się zgrywać. Ja też, a wiedziałem, że on felietonista, kawały robi straszne, więc mówię do niego „wie pan co, panie kliencie, panu rosną włosy w uszach”, a on na to „Panie, jak włosy rosną w uszach i w nosku, to jest po kutowsku”.

Cała praska śmietanka przychodziła na Ząbkowską 8, gdzie miał swój zakład wulkanizator nazwiskiem Narcyz. Robił tam felgi, opony kleił. Spracowany był, bo przy tych oponach to się człowiek nakleił, narobił od cholery. To nie tak jak teraz, że wsadza się w maszynę i ona mu kręci naokoło felgę, kiedyś naciągano ręcznie. Pod ósemkę przychodzili dobrzy znajomi i ludzie światowi. „Kolka”, Stefan Wrzosek, Kazio Burchacki i Wicek Andruszkiewicz.

Wicek początkowo do mnie przychodził się strzyc, ale potem już nie, bo nie starczało miejsca, bo on taki szeroki w siedzeniu był. Na dwóch stołkach się go sadzało i strzygło. Ważył 237 kilo. Kawał byka. Przyjeżdżali z Ameryki go oglądać. Jeździł dorożką. Jak Wicek do dorożki wsiadał z jednej strony, to z drugiej strony stawał dorożkarz na brzegu, żeby się dorożka nie wywróciła. Żona Andruszkiewicza była głównym księgowym w jego restauracji. Inteligentna babka, szkoły miała. Jeszcze jak dziewięćdziesiąt parę lat miała, to przychodziła strzyc się do mnie, nie chodziła do damskiego zakładu, tylko męskiego. Pamiętam ją jak dzisiaj. Była szczupła. I syna mieli jednego. Przychodził do mnie. On też kawał chłopa. Grał w rugby. Włosy rudawe miał. Po matce. Ona pod rudy podchodziła, bo ojciec to czarny był. U Wicka „Marynarza” w knajpie często przesiadywał Kolczyński, bo to byli koledzy, a „Kolka” lubiał dobrze pochlać.

„Głosy z bazaru 1961 rok”
 
audycja „Na warszawskiej fali”
 
Archiwum Polskiego Radia

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz

Bohdan Tomaszewski „Pożegnalna defilada”, Iskry, Warszawa 1990, s. 65

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Bohdan Tomaszewski „Pożegnalna defilada”, Iskry, Warszawa 1990, s. 62-63

On jak umarł, to tylko trener Stefan Wrzosek przemawiał na jego pogrzebie, a jak chodziłem na jego grób, to miał pomnik betonowy, taka betonowa rama, a w środku ziemia porośnięta trawą i krzakami. Pamiętam jak je wyrywałem, a z tyłu lastriko, teraz zrobiony jest nowy. Dopiero z piętnaście lat temu mu ktoś zafundował, ale nie wiem kto. A przez tyle lat miał taki byle jaki. A przecież „Kolka” był dzieckiem Warszawy, dobre staczał walki, to mogli mu zafundować chociaż dobry pomnik. Jak jest ktoś u nas dobry i póki się na nim zarabia, to jest dobrze, jak kariera się kończy, to i szacunek się kończy. Antek Kolczyński umarł 19 czerwca 1964 roku, a Wicek Andruszkiewicz 11 czerwca 1964 roku. To koledzy byli. Jeden drugiego ściągnął. Jeden koło drugiego leży na cmentarzu na Wincentego. Głowa w głowę. „Kolka” ma aleję 32., a Wicek 34.

Żył zaledwie 47 lat. Ale czy to było życie? Codzienne biesiady w zakamarkach Grochowa, w „Oazie", na bazarze Różyckiego, wśród niby-przyjaciół, rekordowych pijusów. Wątroba, tak poobijana przez Pappa, Escudie i kilku innych śmiałków, nie wytrzymała. (...) Mistrz Europy, nieoficjalny mistrz świata, czterokrotny mistrz Polski, człowiek, który do końca kariery niechętnie zakładał rękawice i wysoko cenił każdego rywala. Byłem na pogrzebie, wśród tysiąca innych ludzi pogrążonych w żałobie. Płakali prawie wszyscy, bo wszyscy kochali „Kolkę"...

Jerzy Zmarzlik

dziennikarz

Jerzy Zmarzlik „Bij mistrza!”, Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1992, s. 24

 

Jolanta Chodyna

kupiec, prezes
Spółdzielni Kupców Bazaru Różyckiego

Wybuchła afera na bazarze, bo facet rajstopy pruł i robił z tego siatki rozciągane. Każda kobieta szła z taką siatką. Ążurowe siatki stały się hitem. No i skazali na więzienie tego faceta, bo w państwie socjalistycznym obowiązywał zapis, że nie wolno niszczyć cudzej pracy.

Moja ciotka, która zwiała szczęśliwie na Zachód, przysyłała stamtąd różne rzeczy, dolary – co było podejrzane – i zamiast listów, sardynki. Wtedy to stanowiło wielki rarytas. Przychodziło ze dwadzieścia puszek dla kochanego Januszka – jedną się zjadało a 19 zanosiło się na bazar Różyckiego. I to miało lepsze przebicie niż cena dolara. Pierwszy raz byłem na bazarze, jak miałem 9 czy 10 lat. Wszyscy tam chodzili. Cały MON się tam ubierał. I panowała handlowa atmosfera. Atmosfera prawdziwego handlu, a naokoło socjalizm. Jak się wchodziło do MHD to pierwszym celem ekspedientki było, żeby niczego nie sprzedać. Ekspedientki to wszystko chowały i sprzedawały wśród znajomych. Klient, który chciał coś kupić, stawał się wrogiem ekspedientek. A te robiły co mogły – pensja im leciała, nie miały premii od obrotu, w związku z czym ich ideałem pozostawało zamknięcie sklepu na cały miesiąc i pójście na chorobowe. Na tym polegał handel. W każdym sklepie sprzedawano wytwory tych samych 10 fabryk, każda robiła po dwa wyroby, czyli w każdym wisiało 20 takich samych płaszczy. I koniec. Na bazarze można było kupić marynarkę – londyński Lotnikus ze złotymi guzikami albo same guziki. Socjalizm zapewniał jedno – wszystko jest jednakowe. Wszystko się ujednolica w socjalizmie. Biurokracja nienawidzi różnorodności. Wszystko musi zostać ustalone, wszystko musi spełniać normy i przepisy.

Byłam podlotkiem. Pewnego dnia babcia, która handlowała wtedy jeszcze na Różycu, wzięła mnie za rękę i powiedziała: „Zobacz, to jest stara Różycka”. Pamiętam jak dziś: miała piękny, ogromny, biskupi kapelusz, dopasowaną garsonkę i spódnicę do kostek i wszystko to właśnie w pięknym, biskupim kolorze. Nawet rajstopy miała delikatnie różowe. Na nogach zaś standardowe pantofle. W ręku trzymała laskę z rzeźbioną z pozłacaną główką. Torebkę miała na ręku i szła powoli, podpierając się. Wyróżniała się spośród całego placu. Do dziś nie wiem, czy była młoda, czy stara. Widziałam ją tylko od tyłu. Przychodziła na bazar co jakiś czas. Ktoś mówił, że to podobno z sentymentu.

Janusz Korwin-Mikke

polityk

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Pamiętam nalot z dzieciństwa, kiedy mama zostawiła mnie pod opieką rozłożystej pani Janki, która poruszała się o kulach, kończących się pod pachami, bo nie miała nogi. Pani Janka posiadała maciupeńki straganik pośrodku głównej alejki. Handlowała plastikowymi okularami przeciwsłonecznymi, w odblaskowych kolorach: różowym, fioletowym, zielonym – absolutna wtedy nowość i hit. To niewyobrażalne, ale plastik dopiero wchodził w powszechne użycie, dotąd jedyne tworzywa sztuczne to bakelitowe obudowy kontaktów i celofan do owijania kwiatów.

Ceny tych cudeniek były na tyle wysokie, że ruchu za dużego nie mieliśmy. Za to więcej czasu miałem na obserwacje.

Pierwsza rzecz, która zrobiła na mnie kolosalne wręcz wrażenie, miała miejsce niedługo po tym, jak mnie mama zostawiła na stanowisku za plecami pani Janki. Sama z innymi kilkoma paniami stała opodal w długim szeregu. Trzymały one w rękach mnóstwo rozmaitych rzeczy. Jedna – kilka par spodni, inna znowu – jakieś damskie sweterki, mama miała coś, na co mówiła kaprony – nieduże płaskie, foliowane celofanem pakieciki z pończochami. Wokół całego tego zbioru kobiet kręciło się mnóstwo ludzi i co chwila któryś odchodził, pakując coś do torby czy teczki.

Przez alejki rozlegało się po całym bazarze, niosło aż do Ząbkowskiej, dobiegające z ręczniaka, natrętne niczym jakaś hinduska mantra.

– Torbytorbytorby… torbytorbytorbytorby…

Torbytorbytorby…

Po jakimś czasie bardziej wprawione ucho zaczęło wychwytywać.

– Torby, torby, torby… torby, torby, torby…

W ten sposób odbywał się marketing największego bazarowego ówczesnego przeboju – toreb na zakupy – najzwyklejszych, formatu A3, z najtańszego kretonu, z plastikową podszewką i charakterystycznymi nitowanymi uszami z plastikowej, przezroczystej rurki. Wtem, przez całą alejkę dał się słyszeć przeciągły, jak ryk odrzutowca wrzask.

– Gaaagaaarin !!!!!!!!!

Kobiety zamieniły się w okamgnieniu w stado spłoszonych ptaków zaatakowanych przez drapieżnika: chowając błyskawicznie te wszystkie pakiety, sterty ubrań i smakołyków, wiały w kierunku odwrotnym do tego, skąd po sekundzie zjawiało się kilku facetów ubranych podobnie jak cała reszta otaczającego tłumu. Ja też, zobaczywszy mamę uciekającą, zerwałem się, ale tu zdecydowaną reakcją wykazała się pani Janka, osadziwszy mnie na stołeczku nadspodziewanie zdecydowanym ruchem kuli. Powoli, cicho powiedziała.

– Siedź!!!

Faceci postali kilka minut w alejce, a następnie – tak samo jak niespodziewanie się pojawili, tak też niepostrzeżenie… zniknęli. Po krótkim czasie powracało stado spłoszonych kawek, synogarlic, srok, kur, kaczek i gęsi. Powracało także.

– Torbytorbytorbytorby…

Wróciła też moja mamuśka, o którą się tak bardzo martwiłem.

Opisane zjawisko okazało się akcją tajniaków pod wodzą porucznika wydziału PG MO pseudo „Gagarin”.

Po październiku '56 roku następują kolejne głośne pomruki Urzędu Skarbowego. Wszystko po raz kolejny wraca do tak zwanej normy. Zaczynają się domiary, brak przydziałów na podstawowe surowce. Znowu trzeba zdobywać wiele rzeczy „na lewo”. Zaczynają się naloty milicji.

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Anna Filipowicz

kupcowa

„Prywaciarze (1945-1989)”, red. Agnieszka Knyt, Alicja Wancerz-Gluza, Ośrodek Karta,
Warszawa 2006, s. 64

 

Stanisław Brzostowski

98 lat

Prowadzenie wywiadu: Przemysław J. Olszewski <<Praga gada>> Fundacja Animacja

Starsze pokolenie stało się tak znerwicowane przez te naloty, że do dziś nie mogą spokojnie o tym mówić, a wiele osób nawet zakończyło przez to życie. Mój teść po takiej akcji dostał wylewu w 1968 roku.

„Gagarin” to był dzielnicowy w randze sierżanta. Jeden dzielnicowy to strasznie ganiał te babki co przynosiły herbatę. Taka staruszka przyniosła herbatkę z 10 butelek. Dobra ta herbatka była, dobrze parzyła. No i trafiła na tego dzielnicowego i ten łobuz powylewał jej tą herbatę. No ale odwdzięczyli mu się. Już więcej na bazar nie przyszedł. Do końca życia na wózku sobie jeździł. Połamali go tak, że ledwo go uratowali. Ferajna bo kto.

Elżbieta Końca

kupcowa

Na Pradze kwitło prawdziwe życie. Jednak komunizm miał to do siebie, że próbował je zabić. Chcieli nas kontrolować, przez to zabijali spontaniczność. O to im chodziło, aby rozbić rodzinę, wspólnotę, przyjaźnie. Aby każdy został zatomizowany w stosunku do władzy. Takie były intencje tego systemu. A bazar Różyckiego na przekór został ostoją wolności. Tu trwała wspólnota. Ona prowadziła zupełnie odrębne życie. Miała swoje podziały, hierarchie, zasady. Ci ludzie byli bardzo charakterni. Słowo miało swoją wagę. Tu funkcjonował świat, którego władza PRL-owska nie potrafiła do końca skontrolować. Tu funkcjonowała Polska normalna. Jeżeli komuś z przedstawicieli władz coś stawało się potrzebne, to też jechał na Różyca. Zawsze w systemie musi istnieć taka enklawa, żeby każdy mógł z niej skorzystać. Nie może funkcjonować system całkowicie szczelny, bo by się sam zadusił. Musiały istnieć punkty oddechowe.

Znowu brakło mi rachunków na towar. No i zgłosiła się do mnie Kazia Kubina. „Wie pani, ja mam pracownię w Lublinie i ja nie mam towaru, ale dam pani rachunki”. I Kazia zaczęła przyjeżdżać częściej. A sprawa okazała się taka, że ona ma jedenaścioro dzieci. Nie miała męża. Panną była (śmiech). I szwagier jej pełnił funkcję naczelnika Urzędu Skarbowego w Lublinie. I on mówi. „Słuchaj Kazia, jak nie masz co dać tym dzieciom jeść, to ja ci dam zgłoszenie obowiązku podatkowego i ty pojedziesz sprzedasz sobie parę rachunków, weźmiesz pieniądze, kupisz sobie towaru i zacznij szyć. Bo zbyt na rynku jest, to sobie zacznij szyć”. A ona się rozhuśtała, zaraz kolesiów miała po całej Polsce. Jak to podliczyli w Lublinie, to trzeba by jedenaście wagonów miesięcznie towarów wyprodukować, żeby się te jej rachunki zgadzały. Tak ona kotłowała. Zostawiała in blanco. Ja napisałam jedenaście pelis, dziesięć futer, drugi napisał trzysta par butów, inny tam znów coś innego. Wreszcie z Lublina zaczęły napływać informacje, że tu idą takie ilości; to szwagier Kazi chciał się obronić i mówił tak. „Kazia, coś ty narobiła. Przecież ja pójdę na sto lat do więzienia za ciebie i ty też. Weź jakichś kupców, których znasz, idź do komendy i powiedz, że oni od ciebie wyłudzali rachunki”. To ona zgłosiła mnie, panią Jabłońską i pana Kołaka. Podała z Olsztyna, podała z Jeleniej Góry... Pół Polski wsypała. To stało się na Barbary, 4 grudnia 1959 r. Wpadło ich do domu siedemnastu. Ja mieszkałam blisko, na Okrzei; dwa pokoiki z kuchnią. Rewizja nie trwała długo. Mnie przewieziono na 5 miesięcy do Lublina na ulicę Narutowicza. Na początku zaproponowano mi współpracę – odmówiłam. Następnie rozpoczęto cykl konfrontacji – nie poznawałam ludzi. Przyszła Niusia Jaworska – ja ich z biedy wyrwałam, oni nie mieli z czego żyć – i mówi „ Oczywiście”. Ja „Pani mnie zna? Ja panią nie znam”. „Jak to? Pani mnie nie zna?” Do niczego się nie przyznałam. Musiałabym pół Polski sprzedać. W końcu ruszyły przesłuchania. Po dziesięć godzin przesłuchiwali, bo trafili notatki. Akurat tam miałam zapisane swoje oszczędności. „Skąd pani tyle ma?!” „Mam”. Ja się nie wypierałam. „Jak znajdziecie, proszę bardzo. To już wasze”. Pieniądze przeleżały jeszcze długo na cmentarzu brudnowskim, w grobie ojca. Śledztwo prowadził bardzo przyzwoity prokurator – Chodak. On pilotował moją sprawę. Chodak tak mężowi mojemu mówił „Panie Borysiuk, wiem jaka sytuacja, wiem, że ma pan ciężko chore dziecko. Niech pan jedzie do domu. Niech się pan zajmie domem. Tu niech pan nie siedzi. A żona sobie poradzi. Teraz nie można dotknąć paznokciem do gorącej płyty, ale później to całym tyłkiem się usiądzie. Tylko od żony zależy. Śledztwo prowadził płk Skarus. Zawsze mi wymyślał. „Ja jestem po szkole kremlowskiej, to ja ciebie świnio warszawska rozpracuję”. Do niczego się nie przyznałam. W trakcie śledztwa poważnie zachorowałam. Ważyłam 47 kg. Przypominałam szkielet obciągnięty ziemistą skórą, nawet klawisze mnie żałowali. Za to nie żałował doktor, odmawiając nawet zbadania. Jedną nogą stałam w grobie. Ale grób kopano komu innemu. Tam siedzieli wojskowi za kradzież map. Ich siedziało sześciu. Ktoś podał im paczkę. Nie wiadomo kto. Jak szłam do Skarusa, to widziałam, jak w nocy na noszach wynosili sześć trupów. A tej samej nocy Skarus rozłożył przede mną akta i gdzieś na chwilę wyszedł. Spojrzałam... wyrwałam ze trzydzieści kartek i schowałam w but. To, co najważniejsze. Skarus wrócił i zaniewidział. Za to go wyrzucili z pracy, bo powiedzieli, że to było przekupione. Stawałam wszędzie okoniem. Po 6 miesiącach kolejno na Rakowieckiej, w „Toledo” (Warszawa, ulica Namysłowska 6), w Komendzie Głównej na ul. Puławskiej, po 42 konfrontacjach, niezliczonej ilości komisji sprawę umorzono z braku dowodów.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

 

Hanna Krall

reporterka, pisarka

Hanna Krall „Tam już nie ma żadnej rzeki”,
Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s. 121-125

Przyszli w nocy.

Poznaliśmy się na bazarze Różyckiego. Miałam szesnaście lat, właściwie pozostawałam jeszcze dzieckiem. Przychodziłam popałętać się z koleżankami. Bez specjalnych planów na zakupy, raczej dla atrakcji – bazar stanowił miejsce, gdzie wrzało życie. Wypatrzył mnie Wacek. Trzy lata starszy, przystojny, z urodą amanta. Przenikliwe spojrzenie, lekko kędzierzawe włosy, opalony. Przychodził tam z kolegami, w celach towarzyskich, ale też jak każdy, żeby złapać okazję. Wypatrzył mnie przy stoisku z porcelaną.

Miałam wtedy włosy ścięte do ucha, ważyłam 44 kg. Wyglądałam wciąż jak dziecko. Nie polubiłam go od razu, ale zgodziłam się umówić. Nie sądziłam, że właśnie poznałam przyszłego męża, i to na Różycu. Na kolejną randkę Wacek przyjechał na damce. To był prezent dla mnie, kupiony też na Różycu, a wtedy to stanowiło niemałe pieniądze. Szczególnie dla niego, sieroty. Matka Wacka zmarła, gdy miał szesnaście lat, ojca nigdy nie poznał. Zginął w czasie powstania warszawskiego, gdy nosiła Wacka w brzuchu. Żył z czterema braćmi, każdy grosz w domu się liczył.

Dla mnie rower z Różyca też stanowił gratkę nie lada. W domu się nie przelewało, ojciec mój miał problemy z alkoholem, każdą wypłatę przepijał. Nie zastanawiałam się długo, gdy zobaczyłam prezent od Wacka. Od razu wsiadłam na rower. W euforii i entuzjazmie wynikającym ze spotkania i prezentu, niefortunnie weszłam w zakręt. Opony zakręciły się na zapiaszczonym chodniku i łup – leżę na ziemi z podartą spódnicą i z wybitą jedynką. To jednak nie przeszkodziło Wackowi. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej zakochał się w szczerbatej Marysi.

Trzy lata później pojawiłam się na tym samym bazarze ze swoją kuzynką, Wiesią. Wiesia towarzyszyła mi jako doradca – w końcu wybór sukni ślubnej to nie byle co.

Tak, Wacek mi się oświadczył, ja się zgodziłam, choć nie bez zastanowienia. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej w moim przypadku. Ale wiedziałam, że na Wacka mogę zawsze liczyć, a iść przez życie samej to też niedobrze.

Parę babeczek stało i sprzedawało kiecki albo swoje, używane, albo przywiezione nie wiadomo do końca skąd. Mnie się udało dorwać prawdziwe cacko – koronkową, do połowy łydki, lekko rozkloszowaną, mocno zaznaczoną w talii, rodem z lat 50. Wyglądałam w niej niczym Grace Kelly, tylko z ciemnymi włosami, no i wciąż bez jedynki.

Taki okaz w tamtych czasach, czyli w sześćdziesiątym siódmym roku, kosztował fortunę. Szczególnie że koronka w sukience tkwiła prawdziwa. Miałam wtedy 19 lat, pracowałam w delikatesach. Wiedziałam, że na skromnym przyjęciu po ślubie jedzenia i wódki nie zabraknie – w końcu byłam obrotną dziewczyną, a i znajomości w sklepie czekały do wykorzystania. Mimo tego do wypatrzonej na bazarze sukienki zabrakło mi pieniędzy. Żadne przekonywanie Wiesi, że znajdę inną, może z gorszej koronki, ale taką. na którą będzie mnie stać, nie pomogło. Stałam uparta i żadne zdroworozsądkowe tłumaczenia Wiesi nic nie dały. Jak dziecko zaczęłam płakać przy właścicielce sukienki, w nadziei, że ta zejdzie z ceny. Właścicielka jednak znała się na swoim fachu nie od dzisiaj i wiedziała, jakie triki trzymają w zanadrzu klientki skore do targowania.

Jednak nad mokrymi policzkami zlitował się ktoś inny, obcy przechodzień, z wyglądu warszawski cwaniaczek. Z uwagą przystanął przy mnie, całej mokrej i zaczerwienionej od płaczu. Szybko zorientował się w czym tkwi problem. Z kieszeni spodni wyjął zmięty plik banknotów i wcisnął w dłoń właścicielki sukienki. „W porządku, szefowo?” – zapytał i puścił do niej oczko. Po chwili stałam z papierową torbą, w której spoczywała wymarzona sukienka. Cwaniaczek nie chciał spłaty długu; prosił o jedno: zaproś mnie na ślub to będziemy kwita. Zapisał na skrawku serwetki swój adres i odszedł.

Dotrzymałam obietnicy; wysłałam liścik z zaproszeniem na ślub. Nie dostałam jednak nigdy odpowiedzi. Ukryłam ten fakt przed Wackiem, nie chciałam, by był zazdrosny. Teraz to uważam, że to chyba sam Anioł Stróż z nieba zszedł, by pomóc mi z tą sukienką.

Babcia handlowała kolorowymi spinkami do mankietów dla mężczyzn. Miała charakterystyczne spinki. W szkle zatopione róże, listki. Miała ich naprawdę bardzo dużo. Chowałyśmy się zawsze z siostrą pod półki pełne tych kolorowych świecidełek. Jak sobie je teraz przypomnę, to wydają mi się takie kompletnie tandetne, proste, ale wtedy wydawały się po prostu piękne, kolorowe. Babcia miała drewniany stragan. Nie budkę, bo tylko bogatsi kupcy mieli wtedy budki. Oprócz spinek sprzedawała druciaki do zmywania garnków, korki do butów we wszystkich wymiarach, proszek DTT, gumki do słoików do wekowania powiązane sznureczkiem. Kiedy skończyła 74 lata, to zachorowała i na jej miejsce wzięła mojego brata rodzonego. I mój brat handlował. Parę dobrych lat brat handlował z babcią. Mama moja też handlowała. Zaczęła na Różycu w 52 roku. Zaczęła wtedy stać na „ręczniaku”. Handlowała w bramie z wiadra, wodą z cytryną, lemoniadą. A później jeździła do Gdyni. Zaprzyjaźniła się z marynarzami. Przywoziła cytryny, pomarańcze, bo w Warszawie nie było tego w ogóle, to był przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Później robiła berety czesane z moheru. Kupowała na targu włóczkę i jakaś ciotka, czy kuzynka robiła te berety. Mama czesała je nocami i sprzedawała. Potem szły swetry z tej samej włóczki. A wszystko sprzedawała z ziemi. Dopiero po jakimś czasie załatwiła sobie budkę i zezwolenie. Na bazar w tym okresie dostawali się tylko byli pracownicy milicji, czy może nawet SB. Wcześniej przeprowadzali kontrole na bazarze. Byli wyrzucani z milicji za łapówkarstwo czy inne rzeczy, to przychodzili na bazar. Mieli układy, wiedzieli co i jak. Normalnie należało odstać swoje, z jakieś 15 lat i dopiero wtedy ewentualnie coś od kogoś odkupić, bo wszystkie budki zostawiano właśnie dla tych ludzi, dla tych żon milicjantów, znajomych i ich córek. Gdy mama dostała nareszcie pozwolenie, miałyśmy z siostrą z cztery latka. Mama handlowała wtedy męskimi czapkami z daszkami, z nutrii. Pamiętam dobrze te czapki, bośmy z siostrą chodziły do mamy, żeby się w te czapki przebierać. To były czapki podobne do tych, które nosił pan Gierek. Później mama miała garnitury, takie okropne w kratę, beznadziejne po prostu. A potem kolorowe sukienki z krempliny, tłoczone, ładne, i jeszcze kolorowe bistory. Pamiętam, że szyła nam z tego ładne spódniczki. Przed sylwestrem prawie cała Warszawa ustawiała się w kolejce, bo na bazarze sprzedawano najtaniej. W latach 70-tych przebranżowiła się i odtąd miała suknie ślubne.

Ciężkie czasy, już miałam zrezygnować. W 1960 roku już swoje uprawnienia oddałam, już miałam budkę wywieźć, ale przyszedł taki pan, który pełnił funkcję komisarza na bazarze. Nazywał się Wierzbicki, przychodzi do mnie, mówi. „No i co kuzynko?” A ja mówię. „Już wywożę tę budkę”. A on „Czyś zgłupiała? Zostaw to!”. Mówię. „Ale ja oddałam uprawnienia”. On „Dostaniesz uprawnienia”. No i zadzwonił do Rady Narodowej i dostałam z powrotem. Pyta. „No co by Pani chciała prowadzić?” Ja mówię. „A ja wiem co? Może igły, może nici, może dziecinne ubranka, ja już sama nie wiem czym handlować”.

No i zniknęli dozorcy. Potem znowu byli, ale nim ich zatrudniono, mnie okradli. Byłam zupełnie bez pieniędzy, nie miałam za co kupić towaru. A palta są drogie. Ubłagałam, żeby mi zmienili koncesję na coś tańszego. Dostałam na rzeczy dziecięce. Na dziecięce mogłam sprzedawać na przykład spodnie, ale do dziewięćdziesięciu centymetrów. Ktoś na mnie doniósł, bo tu na bazarze dużo było donosicieli. Przyszła kontrola, a spodnie miały dziewięćdziesiąt pięć centymetrów. Cofnięto mi koncesję, a syn w 67 roku szedł na studia. Odwoływałam się wszędzie, gdzie się dało, nawet do ministra. Ten minister siedział w czerwonym fotelu, w pięknym pokoju i wszyscy na mnie „A po co pani ta koncesja?!” Miałam różne legitymacje. Czerwone okładki. Miałam dużo medali. Miałam rosyjskie odznaczenie z dwoma mieczami, krzyż kawalerski, złoty krzyż zasługi i inne. Jak się zdenerwowałam, to cisnęłam te legitymacje na stół i krzyknęłam „Pan jest bez serca! Za co ja syna wykształcę! Kiedy stałam się potrzebna i siedziałam w okopach o chłodzie i głodzie, to było dobrze, a teraz jak ja potrzebuję jakieś miejsce, żeby zarobić, to nie ma”. I rozpłakałam się. I wtedy on zaczął mnie uspokajać. I na drugi dzień dostałam wiadomość, że przywrócono mi koncesję.
Biedny Pan Stasio i jeszcze drugi z tych dozorców zostali zabici, a trzeci został ciężko ranny w jedną noc.
Sprzątali, zamiatali. I pilnowali. I zamykali bramy. Jeden taki chodził i sprawdzał czy wszystkie budki są zamknięte, a jeśli jakaś została niezamknięta to brał gwoździe i zabijał. No i kiedyś miał miejsce napad. Bandyci chcieli obrabować bazar.

Jak trzeba to pomagali.

W latach 60-65 nocni dozorcy byli bardzo zżyci z bazarem, z kupcami.

Jak wyszłam z Mielęcina, zaczęłam handlować paltami. Miałam pliski, jesionki… Tu funkcjonowała cała alejka palt. Po jednej i drugiej stronie. Ale kiedyś nocą okradli mnie. Wszystko straciłam. Przedtem to pilnowali nocni dozorcy.

Przyszły takie czasy, że należało się ze wszystkim kryć. Częste kontrole. Pilnowano, czy ubrania mają ściśle określone rozmiary, czy asortyment nie jest zbyt bogaty.

Latem Joasia stanęła przy białym murku. Miała bańkę lodów z pobliskiej wytwórni w suterenie i wafle z cukierni „Kolorowa”. Obok było wejście na bazar. Mijali ją i klienci, i handlarze, kupowali od niej lody, a sprzedawca płyt puszczał na gramofonie „Małą chusteczkę”. „Mała niebieska chusteczka, cała dziś mokra od łez, tralalala, tralalala, drogą pamiątką mi jest”.

Jesienią przerzuciła się na lemoniadę. Wodę brała z kranu ulicznego, do środka sypała sztuczny lód i kwasek cytrynowy. Ciekawe, że nigdy nikt się nie pochorował.

Zimą przerzuciła się na naftalinę, kalendarze ścienne i DDT, amerykański proszek od pluskiew, który przywozili marynarze.

Pokój w bursie dzieliła z Marysią Goldiner, studentką prawa. Marysia wygłaszała zasadnicze i nudnawe poglądy, krzyczała przez sen i rękawem zasłaniała wytatuowany, obozowy numer. Czasami pożyczały sobie – to sól, to żelazko, to białą bluzkę na akademię.

Na tańce do domu kultury zabrała ją znajoma, która stała na bazarze z ruskimi pończochami. Nim jeszcze zaczęli grać, wszedł wysoki, wytworny blondyn. Szeroka, samodziałowa marynarka, wąskie spodnie, buty z najmodniejszym wałkiem, stebnowanym dookoła cholewki – i sygnet!

Zagrali walca. Blondyn zostawił dziewczynę, z którą przyszedł, i ruszył w jej stronę.

Był murarzem. Miał spory pokój z kaflową kuchnią i wspólną ubikacją na podwórzu. W dniu ślubu znalazła go na strychu z obcą babą, ale mieszkanie było prawdziwe i własne. Żadna suteryna z macochą Zosią. Żaden wspólny pokój z cudzym krzykiem przez sen

Przy lemoniadzie i proszku od pluskiew milicja ich nie ruszała. Kłopoty zaczęły się przy nylonach z czarnym szwem i czarną piętą. Pierwsze wyroki były w zawieszeniu. Kiedy uzbierały się dwa lata, zgarnęli ją spod budki z papierosami i zawieźli do aresztu.

Leżała na górnej pryczy. W nocy podarła prześcieradło, skręciła i owinęła dookoła szyi. Końce przywiązała do łóżka. Zsunęła się. Powróz miał należytą długość: jej bose stopy unosiły się nad podłogą.

Obudziła się w szpitalu.

Lekarz spytał, czy zdarzyło się to po raz pierwszy. Wyjaśniła, że w domu dziecka wypiła w ubikacji chlor. Lekarz spytał, czy, skręcając prześcieradło, nie pomyślała o córkach. Wyjaśniła, że o niczym się wtedy nie myśli. Człowiek stara się przełknąć jak najwięcej chloru, albo skręcić sznur jak najciaśniej.

– Gdzie pani była podczas wojny? – spytał lekarz.

– W getcie.

– Czy chce pani mi o tym opowiedzieć?

Chciała, żeby ją zostawił w spokoju i poprosiła go o to, jak umiała najgrzeczniej.

Kiedy kończył się dwuletni wyrok, odpracowany w pegeerze, wezwał ją naczelnik więzienia.

– Zła wiadomość, pani Joasiu. Wisi nad panią sześć par pończoch helanko.

Znów ją wprowadzono na salę i woźny zawołał:

– Proszę wstać, sąd idzie.

Wstała.

W czarnej todze, z orłem na piersiach wkroczył sąd w osobie Marysi Goldiner.

Sześć par pończoch elastycznych typu helanko przeszło na skarb państwa. Wróciła do domu. Córka leżała w łóżku bez włosów, przykryta paltem. Pijany mąż bełkotliwie tłumaczył, że dzisiejsza nafta jest za słaba na dzisiejsze wszy, lepiej je zwalczać strzyżeniem do skóry.

Parę dni po powrocie (wszyscy już byli trzeźwi i w nowych ubraniach – prezencie od handlarzy z bazaru), odwiedziła ją Marysia Goldiner. Adres znalazła w aktach sprawy. Była po dawnemu zasadnicza i bardzo poważna.

– Czy nie zamierzasz z tym skończyć? – spytała surowo.

– Nie zamierzam – wyznała.

– Jesteś przedszkolanką, mogłabyś kształtować młode charaktery. Przecież lubisz ten piękny zawód…

– Ja, Marysiu, lubię ryzyko. Jak dziadek, właściciel stajni i siedmiu dorożek na Grzybowie. Jak tatuś, właściciel budki z galanterią na Kiercelaku. Czy mam wyrzec się rodzinnej tradycji?

– Więc nie możesz mi niczego obiecać… - posmutniała Marysia Goldiner.

– Mogę. Obiecuję, że nigdy więcej na niczym mnie nie przyłapią.

Barbara Jarosławska

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza,
Warszawa 2004, s. 108

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza,
Warszawa 2004, s. 108

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza,
Warszawa 2004, s. 108

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza,
Warszawa 2004, s. 108

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Marysia

Na Targowej, jak już mówiliśmy, funkcjonowała nocna knajpa, „Oaza”. Szło się Targową w stronę Grochowskiej, gdzie stał mały, przedwojenny, piętrowy budyneczek. „Oaza” była specyficznym, nocnym lokalem, gdzie bawił się cały bazar.

Marek Nowakowski

pisarz

Tu wszędzie działały knajpy. Knajpa stała koło knajpy. Tu było więcej knajp jak kamienic. Z osiemnaście knajp egzystowało na Pradze. Prawie cały dzień były pełne. Ludzie mieli pieniądze. Ja nie wiem skąd, ale jakoś żyli. Jak wprowadzili zakaz wódki w „Inwalidach”, to panu w oranżadówce podali. Potem Ząbkowska 3, tam to i piwo podawano. Na Radzymińskiej też knajpa. Na Targowej „Wisła”. Na Placu Hallera [wtedy Leńskiego, przyp. red.] dwie knajpy. W jednej rządził taki prezes, że jak kogoś kelner oszukał, to od razu wzywał go do siebie i wyrzucał. Na Brzeskiej funkcjonowała „Rybacka”. „Portowa” na rogu Jagiellońskiej. „Pod Strzechą” na ul. Wileńskiej. Koło poczty była „Pocztowa” – na stojąco. Tam gdzie komenda też knajpa. Od Kijowskiej, to na rogu była „Kijowianka” i pamiętam siedział facet i grał na białym akordeonie, pedałówce, rura taka wychodziła połączona z tym akordeonem i on tu pedałował, a tutaj grał. Obok nas w nieużytkowanych pawilonach na dziko mieszkał Reniek – taki bez obydwu nóg, grał na pianinie i akordeonie. Skończył konserwatorium muzyczne na Inżynierskiej. Jak on ładnie grał! Przychodził do mnie i zasuwał różne kawałki. Ja też chodziłem do niego. Miał ładną żonę jak cygankę, za pieniędze poszła, bo on po pociągach grał i zawsze zarabiał, nawet mu dawali dużo pieniędzy. Grał przedwojenne kawałki, to każdy się wzruszał i dawał 2, 3 czy 5 złotych. To Reniek zarabiał kupę pieniędzy. Na wózeczku jeździł. Akordeon przed siebie i przeskakiwał z pociągu do pociągu. Był wysportowany jak akrobata. Jak przychodził tu do mnie, to momentalnie wskakiwał na wózek z fotela. On nawet z ciuchci elektrycznej do Radzymina wyskakiwał. Pociąg, jak jedzie pod górę, to zwalnia, on w tym momencie skakał, bo nie chciało mu się dalej jechać. I w ten sposób też wyskakiwał z pociągu na peron i do następnego wskakiwał i w nim grał. Na tym samym podwórku mieszkał Zdzicho Szczepański, ten nie miał jednej nogi, ale też grał na akordeonie i razem z nim jeździł po pociągach i grali te zakazane piosenki. Zdzicho pięknie śpiewał partyzanckie kawałki. Nawet mu Kiepura kiedyś powiedział, że ma piękny, mocny głos i jakby dostał trochę szkoły, to by z niego ludzie byli. Kolejny muzyk, który do mnie przychodził się strzyc, to niewidomy Karol, uczeń Reńka. Chodził po knajpach, z psem chodził na bazar i też grał na akordeonie i na skrzypcach. Funkcjonował w branży jeszcze jeden Karol, skrzypek, kolejny bez nogi co chodził po pociągach. Grał w jakimś filmie, chyba nie uczył się nigdzie, ale miał talent. Jego żona grała na akordeonie, gitarze i skrzypcach. Nawet znałem takiego co sobie specjalnie na Ząbkowskiej przed moim mieszkaniem położył nogę pod tramwaj, by uciąć ją i w pociągach grać. I faktycznie chodził o kuli i grał, najczęściej z tym Karolem. Były dwie grupy. Oni i Reniek ze Zdzichem. Jedni drugim w drogę nie wchodzili. Jedni jechali np. do Wołomina, drudzy do Tłuszcza. Jeśli wsiedli do tego samego pociągu, to jedni brali przód, drudzy tył.

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Na początku to się śmiali, że gram na mandolinie. Ja bardzo chciałem grać na akordeonie, tylko że akordeon w 58. czy 59. roku kosztował ok. 7 tysięcy złotych. A jak ktoś miał pensję 980, to nie stało lekko. Ten akordeon może by i był, bo matka bardzo chciała, żebym na nim grał. Ojciec za bardzo nie chciał, mówił, „synu, ty się chcesz uczyć na dziada”? I już by kupił ten akordeon, ale matka zachorowała na raka, chorowała bardzo długo, poszły na to wszystkie oszczędności. No i akordeonu nie miałem. A banjolka stała w domu. Siostry absztyfikant został szefem domu kultury przy Elektrociepłowni Powiśle i tam mieli instrumenty. I przyniósł mi banjolkę. Ja się nie spodziewałem, że zrobię z niej użytek, ale w szkole, jak grała nasza orkiestra, to się pytał nauczyciel, jakie mamy instrumenty. „No to bardzo dobrze, no to przyjdź”. I zaczynałem na trzeciej mandolinie, potem przeszedłem na drugą, potem na pierwszą.

Bo co wyróżnia banjo spośród innych instrumentów? Pierwsza sprawa – to popularność przed II wojną światową, bo to instrument tani i mógł go zrobić ten, kto miał nabicie progów. Resztę mógł sobie zrobić sam, jak miał smykałkę. Kiedy się szło na trawkę, a ludzi zawsze do muzyki ciągnęło, to nie pójdzie się nad Wisłę ze skrzypkami. Skrzypce czy akordeon sprzedawano wtedy drogo. A banjolka była popularna. A druga sprawa, jak usłyszałem jak grają orkiestry nowoorleańskie, to mnie to ciągnęło. W stylu warszawskim bez banjolki nie ma kapeli. Banjo jest dla mnie dzisiaj czymś więcej niż narzędziem pracy. To się przeistoczyło w mój talizman.

Grałem 15 lat na gitarze w Kapeli Czerniakowskiej. Musiałem szukać sobie roboty, bo matka zmarła jak miała 33 lata. A ojciec, jak to ojciec, miał 35 lat to jakby się z łańcucha pies urwał. Cała moja rodzina to się krzywiła, bo uważali, że powinienem grać na akordeonie. Oczywiście chodziłem do szkoły muzycznej. Byłem taki chudy, że mówili, że mam wagę półtrupią. Jak mi ojciec kupił akordeon, to on mnie przewracał. Później już własne fakultety pokończyłem, bo grałem z najlepszymi muzykami i uczyłem się od nich. Jak ktoś weźmie do ręki instrument, to wiem kto umie grać, wiem, kto umie śpiewać. Od 14 roku życia gram zawodowo, za pieniądze.

Jak miałem 12 lat, to pojechałem na zimowisko, gdzie zorganizowali konkurs piosenki. Dziewczynki od razu chciały śpiewać, a chłopaka żadnego. Kumpel z pokoju mówi do mojego wychowawcy: „Sylwek bardzo ładnie śpiewa!”. I tak wyszło, że wypchnęli mnie na środek. I zaśpiewałem „Chociaż tyle w świecie miast, więcej niż na niebie gwiazd…”. Do finału doszedłem już jednak szlagierem „Na dansingu tańczą goście, Cygan patrzy w dal na skrzypiący wóz, tęskni do czułych słów i namiętnych ust” i zdobyłem pierwsze miejsce. Od tamtej pory na kolonii czy obozie to było tylko „Sylwek, zaśpiewaj”.

Modny był wtedy Grzesiuk. Ludzie szukali po wojnie przebojów, które nagle znikły. „Budujemy nowy dom”, czy „O Nowej to Hucie piosenka” to tak, ale tych starych przebojów to pan nie usłyszał. To funkcjonował rodzaj cenzury, żeby za bardzo nie przypominać o tym, co kiedyś. Tamto już upadło i teraz wszystko od nowa, bo nastał nowy ustrój. Orkiestra z Chmielnej grała od 58. roku i w którymś momencie dostała zakaz wychodzenia na Chmielną. Po prostu milicja ich przeganiała. Ale grali. Zaprzyjaźniłem się z nimi i kiedy ich poprosiłem, żeby nauczyli mnie grać jakiś przebój, to mi wtedy nutki rozpisywali. Po koleżeńsku, a to za jakąś ćwiarteczkę. I stopniowo mój repertuar się powiększał. Grywałem na weselach, na chrzcinach, na imieninach. W 65. roku spotkałem się ze Stanisławem Wielankiem. Na pierwszej imprezie grałem z nim sam. Miałem wtedy wzmacniacz gitarowy, a jak na tamte czasy to było cudo techniki. Staszek grał na akordeonie, ja na bandżo i w ten sposób „obgrywaliśmy” imprezy. Później doszlusowali inni. Od 68. roku, jak wyszedłem z wojska, to spotykaliśmy się ja, Wielanek, Ślusarz, Popielarz. I tak stopniowo, stopniowo…
Na MDM-ie istniał klub ZMS-owski – "Uśmiech". Chłopak od nas tam działał i mówi, że będą Jugole i trzeba im zagrać, pokazać warszawski folklor. Padł temat, jak zespół ma się nazywać, Czerniakowska – powiedziałem, bo tam nas trzech mieszkało. Zaproponowałem, że Kapela – to niektórzy „eee, to wiocha”. Ja mówię „jaka wiocha”. I Kapela powstała w 70 roku. Graliśmy na zabawach w Pałacu Kultury. Wtedy też wydaliśmy pierwszą płytę.

Jeszcze nie umiałem dobrze mówić, a już grałem na harmonijce ustnej. Mój ojciec był bardzo muzykalny, aczkolwiek nie miał wykształcenia w tym kierunku. Został glazurnikiem, u końca swojego żywota pracował jako konserwator od glazury w Pałacu Wilanowskim. Zawsze jednak śpiewał i to śpiewał cztery oktawy. Usta mu zaklejali plastrem, a on nosem grał na harmonijce. Ta moja muzykalność jest od niego i ja to mam we krwi. To nie jest przypadkowość, to palec boży.

Sylwester Kozera

muzyk

Stanisław Wielanek

muzyk

Harmonista z Bazaru (piosenka po rosyjsku i komentarz)

audycja „Muzykanci dnia powszedniego” Mariana Bekajły z 1962 roku

Archiwum Polskiego Radia

 

 

Wacław Borzęcki w rozmowie z Marianem Bekajłą (o stoisku niewidomego)

Audycja „Muzykanci dnia powszedniego” z 1962 roku

Archiwum Polskiego Radia

Stanisław Wielanek

muzyk

Sylwester Kozera

muzyk

Pod koniec lat 60. miałem ogromną kolekcję płyt. Animalsi, Painting Black, to było wielkie przeżycie, jak się ich słuchało na adapterach. Takich przeżyć już nigdy w życiu potem nie miałem. Atmosfera tego dźwięku, muzyki Rolling Stonesów, Animalsów przenosiła nas całkowicie w inny wymiar, byliśmy zupełnie gdzie indziej.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Piosenka z Bazaru Różyckiego (anonimowa kapela)

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

Artykuły metalowe na Bazarze Różyckiego

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

Kwiaciarki na Bazarze Różyckiego

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

Handlarze z Bazaru Różyckiego m.in.
Andrzej Newelski w rozmowie z Alicją Grembowicz
 
audycja „Praskie opowieści” z 2009 roku
 
Archiwum Polskiego Radia

Stanisław Grzesiuk – zawołania handlarzy ulicznych

audycja „Bujaj się Fela” Jerzego Skokowskiego z 1962 roku

Archiwum Polskiego Radia

Milicjanci z Bazaru Różyckiego

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

 

 

Handel na Bazarze (komentarz Marian Bekajło)

audycja „Muzykanci dnia powszedniego” z 1962 roku

Archiwum Polskiego Radia

Fragment filmu „Szczęściarz Antoni” z roku 1961

Julia Grabczyk (Teresa Szmigielówna) próbuje sprzedać czołg na Bazarze Różyckiego

Stoisko z płytami na Bazarze Różyckiego

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

Piosenka „Graj piękny Cyganie”
 
zespół uliczny z Pragi, nagranie z 1968 roku
 
Archiwum Polskiego Radia

Piosenka miłosna orkiestry podwórkowej

audycja „Muzykanci dnia powszedniego” Mariana Bekajły z 1962 roku
 
Archiwum Polskiego Radia

Za Gierka

Za Stalina

reżyseria: Halina Bielińska i Włodzimierz Haupe
scenariusz: Halina Bielińska i Włodzimierz Haupe
zdjęcia: Władysław Forbert

Stoisko z galanterią na Bazarze Różyckiego

audycja „Na warszawskiej Fali” Edwarda Kwasiżura z 1969 roku

Archiwum Polskiego Radia

reżyseria: Stanisław Bareja
scenariusz: Krzysztof Gruszczyński
zdjęcia: Franciszek Kądziołka

Mężczyzna na jezdni z rowerem, widoczne pawilony na Ząbkowskiej, 1963 r., fot. Zbyszko Siemaszko, NAC

Rowerzysta na Ząbkowskiej przy skrzyżowaniu z Targową, 1963 r.,
fot. Zbyszko Siemaszko, NAC

Ząbkowska, widok w kierunku Targowej, z lewej widoczna elewacja kamienicy przy Ząbkowskiej 2, w kierunku Targowej jedzie tramwaj linii 21., 1963 r., fot. Zbyszko Siemaszko, NAC

Kamil Sipowicz
źródło: Kamil Sipowicz „Hipisi w PRL-u”, Baobab, Warszawa 2008, tył okładki

Drewniana waliza – mini stragan ojca Dariusza Osińskiego o rozmiarach 28x55x85 cm, fot. archiwum prywatne Dariusza Osińskiego

Zbigniew Hołdys 
źródło: Kamil Sipowicz, „Hipisi w PRL-u”, Baobab, Warszawa 2008, s. 235

Artykuł „Awans Ciuchów”

autor podpisany jako B.U,
„Stolica”, nr 8, 24.02.1957, s. 15

kliknij, aby powiększyć

Pyzy na bazarze Różyckiego, „Stolica”, nr 17, 28.04.1968, s. 3

„Ciuchy” - artykuł w prasie podpisany pseudonimem Lest, „Stolica”, nr 7, 14.02.1960, s. 12-13

kliknij w zdjęcie, aby przybliżyć

Wycinek z prasy, rys. Władysław Bartoszewicz, tekst Jadwiga Waydel, „Stolica”, nr 30, 24.07.1960, s. 21

kliknij w zdjęcie, aby przybliżyć

Informacja o śmierci „Kolki”,
„Przegląd Sportowy”, nr 81, 20.06.1964

Antoni „Kolka” Kolczyński, „Boks”, nr 8/1964

„Na Różyckiego”, artykuł podpisany pseudonimem B.U., „Stolica”, nr 17, 28.04.1968, s. 3

kliknij na zdjęcie, aby przybliżyć

1955-1956 – średnia pensja w Polsce Ludowej wynosi 1100-1300 zł. Społeczeństwo żyje skromnie, a oszczędności wydaje z rozmysłem. W sklepach uspołecznionych trudno jest kupić towar dobrej jakości, a ceny są w nich tak wygórowane, że poszukiwanie danego artykułu rozpoczyna się przeważnie na bazarach oraz w komisach.

21 października 1956 – Władysław Gomułka zostaje wybrany I sekretarzem KC PZPR, rozbudza to nadzieje Polaków na korzystne zmiany w kraju i definitywne zamknięcie epoki stalinizmu. Gomułka, jako były więzień stalinowski, uosabia zaprzeczenie wszystkiego, co było najgorsze w minionej dekadzie, dlatego jego pierwszego przemówienia na placu Defilad w Warszawie słucha z entuzjazmem ok. 400 tysięcy osób. „Odwilż gomułkowska” rzeczywiście pojawia się w niektórych aspektach życia, jednak prywatny handel na bazarze jest wciąż prześladowany przez różne organy władzy.

Do końca 1956 – zostaje zamknięta większość spółdzielni produkcyjnych. W ostatnim kwartale roku ich liczba spada z ponad 10 tysięcy do zaledwie 1,5 tysiąca.

Wiosna 1957 – walka ze spekulacją staje się hasłem kolejnej ofensywy władz, skierowanej przeciwko prywatnemu sektorowi handlu. Propaganda oraz działania administracyjne skutecznie utrudniają pracę drobnym kupcom.

15 sierpnia 1957 – zostaje wprowadzona podwyżka cen detalicznych słoniny, smalcu i margaryny.

30 sierpnia 1957 – premier Cyrankiewicz powołuje Zespoły do spraw Zwalczania Spekulacji i Nadużyć Gospodarczych, działają one na szczeblu centralnym i wojewódzkim. Interesują się głównie spekulacją towarową, co oznacza wzmożone kontrolowanie prywaciarzy. Aby wykazać sens powstania Zespołów oraz ich sukcesy zorganizowane zostają wielkie, rozdmuchane w prasie akcje m.in. obława na bazarze Różyckiego czy kontrola w warszawskim Centralnym Domu Towarowym.

26 września 1957 – warszawski Zespół do spraw Zwalczania Spekulacji i Nadużyć Gospodarczych organizuje wielką obławę na „spekulantów” na bazarze Różyckiego. Bierze w niej udział ok. 700 milicjantów i pracowników instytucji kontrolnych.

1957 – złagodzone zostają przepisy dotyczące wyjazdów zagranicznych, co powoduje błyskawiczny rozwój wymiany handlowej między Polską i innymi krajami, przeważnie nielegalnej. Osoby wyjeżdżające na Zachód przywożą do Polski „zachodni towar”, niezwykle pożądany przez klientów bazaru Różyckiego. W ciągu całego roku z wyjazdów „turystycznych” na Zachód korzysta 59 tys. osób, dla porównania rok wcześniej udało się wyjechać jedynie 14 tys. polskich obywateli.

20 czerwca 1959 – wprowadzona zostaje podwyżka cen detalicznych wołowiny.

31 lipca 1959 – Ministerstwo Handlu Wewnętrznego ogłasza poniedziałki „dniem bezmięsnym” z powodu trudności zaopatrzeniowych.

Od 17 października 1959 – wzrastają ceny detaliczne mięsa, słoniny, smalcu i przetworów mięsnych (średnio o 25%).

Początek lat 60. – w Polsce i w innych krajach bloku sowieckiego powstają pocztówki dźwiękowe, które początkowo są produkowane w ramach prywatnej inicjatywy, z czasem wydają je również wytwórnie płytowe. Na podłożu zwykłej pocztówki laminowana jest cienka warstwa tworzywa sztucznego z rowkami będącymi zapisem analogowego dźwięku. Na pocztówce mieści się jeden lub dwa utwory bardzo kiepskiej jakości, ale często są to przeboje z Zachodu lub nagrania Radia Luksemburg, dlatego pocztówki cieszą się ogromną popularnością. Są tańsze niż płyty, a na bazarze Różyckiego można wśród nich znaleźć prawdziwe perełki. Pocztówki dźwiękowe są produkowane do lat 80.

1961 – zostają rozwiązane Zespoły do spraw Zwalczania Spekulacji i Nadużyć Gospodarczych. Nie oznacza to jednak rozwiązania problemu z czarnym rynkiem, wręcz przeciwnie, w 1961 roku wyraźnie wzrasta liczba spraw spekulacyjnych, dotyczących głównie handlu mięsem.

19 czerwca 1964 – umiera Antoni Kolczyński, przedwojenny mistrz Europy w boksie, który ostatnie lata życia spędził na bazarze Różyckiego. Jego pogrzeb przyciąga tłumy.

2 lutego 1965 – kończy się proces 10 osób oskarżonych w tzw. aferze mięsnej, którym postawiono zarzuty kradzieży mięsa, podmieniania towaru i fałszowania faktur. Dyrektor Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Mięsem, Stanisław Wawrzecki, zostaje skazany na śmierć – wyrok zostaje wykonany; 4 oskarżeni otrzymują kary dożywotniego więzienia.

Wrzesień 1965 – w polskich kinach wyświetlany jest film „The Beatles” (oryginalny tytuł: „A Hard Day’s Night”) o słynnym brytyjskim zespole muzycznym. Po jego obejrzeniu wszyscy chcą mieć buty beatlesówki – spiczaste, z obcasem i trzema guzikami na boku. Kupcy z bazaru Różyckiego stają na wysokości zadania i załatwiają taki towar. Bazar jest jedynym miejscem w Warszawie, gdzie po przystępnej cenie można kupić beatlesówki.

Od 31 lipca 1966 – spadają ceny smalcu, drożeją za to wyroby tytoniowe i ryby.

13 kwietnia 1967 – w warszawskiej Sali Kongresowej odbywa się koncert angielskiego zespołu The Rolling Stones. Ze względu na olbrzymie zainteresowanie i niedostateczną liczbę biletów pod salą koncertową gromadzą się tłumy fanów, którzy nie mogą wejść na koncert. Oddziały milicji usiłują rozpędzić tłum. Dochodzi do użycia siły i wywiązania się ulicznej bijatyki. Media komentują to wydarzenie jako atak „elementów chuligańskich” na „siły porządkowe”. „Trzewiki Rolling Stonesów” stają się pożądanym produktem w całej Polsce, dostępnym na bazarze Różyckiego.

24 listopada 1967 – X Plenum KC PZPR podejmuje decyzję o podwyżce cen mięsa, przetworów mięsnych i słoniny. Jest to pierwsza podwyżka cen mięsa od 1959 roku.

 Kalendarium

Kapela na Bazarze Różyckiego, 17.09.1968 r.
fot. Danuta B. Łomaczewska, East News

kliknij, aby powiększyć

Handel na Różycu, lata 60., fot. Adam Mottl (?), Facebook, Praga na Starych Fotografiach (szukamy źródła tej fotografii)

Święte obrazy na bazarze Różyckiego, lata. 60.; fot. "Stolica"

Kontakt