Na Bazar Różyckiego wszyscy się zjeżdżają
Na Wschodzie i Zachodzie LUDZIE go znają
Tu wszystko można kupić, można nie
Warszawska atmosfera każdy o tym wie

Bazar Różyckiego to był żywioł życia, bo tu się działo, tu życie trwało. Od otwarcia, do zamknięcia, od rana do ściemnienia. To był wielki kombajn ludzi, jak stocznia w Gdańsku.

Wszystko jest tu autentyczne. Prawda i fałsz. Soczystość owoców i blask złota. Chodzę już pół dnia po bazarze i jego obrzeżach: Targowej, Brzeskiej, Ząbkowskiej. Wchodzę i wychodzę, i tak w kółko. Miałam kupić to, czego nie ma gdzie indziej. Kupiłam, ale mi się nie spieszy, słoneczko wyszło zza chmurek i ładnie przygrzewa, ocieram się o tłum i przepycham, torebkę mam blisko ciała.

- Ohyda – powiedziała znajoma i, kupiwszy co trzeba, czym prędzej opuściła Brzeską, a ja zapatrzyłam się na pijaka, co sprzedawał własne buty, stojąc na bruku w dziurawych skarpetkach. Myślałam jak Epiktet, że rzeczy zdają się być niedoskonałe, ograniczone i złe, ale nie istnieją dla siebie, tylko dla całości. Pozorna niedoskonałość jest w rzeczywistości korzystna i konieczna dla losów świata. Nie może być dnia bez nocy, męstwa bez tchórzostwa, prawdy bez fałszu, cnoty bez występku. I ta właśnie niedoskonałość poszczególnych rzeczy składa się na doskonałość całości, na jej wewnętrzną harmonię.

Czasami robiliśmy te mety. Zaczajaliśmy się i jak klient wychodził z połówką, to my cap klienta, ładowaliśmy się z nim z powrotem na metę i kipisz. Wiedzieliśmy dobrze, gdzie chowają wódkę. Towar był, świadek był i od razu wieźliśmy na „tryby”. Obowiązywał wtedy dodatkowo przepis, że alkohol można sprzedawać od trzynastej. Na bazarze nikogo to nie obchodziło. A więc zwijaliśmy i za 222 (Artykuł 222 „Kodeksu karnego” dotyczył spekulacji.), i za nieprzestrzeganie tej godziny. Leciały wyroki.

Najwięcej ludzi przychodziło na metę, kiedy ogłaszano prohibicję np.: 1. maja czy 22. lipca.

Wielu ludzi zwijaliśmy za alkohol. Handlowano nim wszędzie – na bazarze i pod. Brzeska, Ząbkowska – każda brama to meta.

Pracowałem w Universamie w sklepie nocnym. Milicjanci przyjeżdżali po służbie. Mówią, że chcą wódkę. A my nie mieliśmy już nawet schowanej. I mówię, że jak wiedzą gdzie, to ja z nimi pojadę. No i wsiadłem w Nyskę i pojechałem. To była chyba Brzeska 18. Pukamy. Zza drzwi słychać „Co trzeba?” My że po wódkę przyjechaliśmy. A z za drzwi „Wczoraj byliście i wszystko wybraliście”. „Ale my dzisiaj prywatnie.” „A ile chcecie?” „Cztery.” „Ale za to żeście wczoraj wybrali, to drożej będzie”. I tak z milicją na mecie wódkę kupowałem. To byli normalni ludzie. Trzeba było dać żyć. No, zdarzali się służbiści. Musieli wykazywać normy. Więc wiedzieli, do kogo mają iść, jak trzeba taką normę wykazać. Każdy przestępca wiedział, że czasami musi dać się złapać. Ale przestępstwa nigdy nie były w PRL-u potępiane.

SB nie posiadało takich środków łączności, jak ci co handlowali wódką. Jedziemy samochodem, ja pokazuję palce, tyle ile chcę flaszek, ale z tego pokazywania na razie niewiele wynika, bo jeszcze muszę wyjąć banknoty i pokazać. I jadę dalej. Trzy bramy dalej dostawałem wskazaną liczbę flaszek.

Jechałem z koleżanką. Impreza miała miejsce po pracy, należało zaopatrzyć się w alkohol. Jedziemy i ja tylko przystanąłem. Ona mówi „otwórz okno” i nagle butelka wódki wpadła. Pani, która stała na Ząbkowskiej przy krawężniku przez otwarte okno wrzuciła nam w torebce półlitrówkę.

Przyjechałem do Warszawy z Częstochowy w 82 roku. Studiowałem polonistykę na UW. Pierwszym moim mieszkaniem był słynny akademik KIC na Grochowie, na ul. Kickiego. Najbliżej naszego akademika funkcjonowała meta u Pani Pułkownikowej na ul. Kobielskiej. Ale zdarzało się, że Pani Pułkownikowa była spłukana z towaru i następnym przystankiem stawały się wówczas okolice bazaru Różyckiego. Towarzystwo zrzucało się na taksówkę i wyruszało w podróż na Brzeską. Tam nie było zbyt bezpiecznie, więc szybka akcja zamieniała się w prawdziwą wyprawę z dreszczykiem. To był 1982 rok.

Stan wojenny – czas prohibicji i braku papierosów. W szarym ciemnym przejściu podziemnym obok bazaru Różyckiego stał wtedy facet i chował coś za pazuchę. Nalewał do brudnej szklanki „setę”, którą podawał przechodniowi. „Na popitkę” częstował papierosem.

Czas płynął szybko, wybuchły strajki, powstała Solidarność, odszedł wielki Edward Gierek, na bazarze pojawiły się wojskowe patrole, opustoszały sklepowe półki, a ja ciągle tkwiłem na swoim posterunku. Kiedy nie było papierosów – handlowałem papierosami, kiedy brakowało wódki – pędziłem bimber.

W czasie stanu wojennego – „Eleganta” – króla bazaru spotkałem po lewej stronie Wisły. Pędził do pałacu Mostowskich, gdzie miała siedzibę Stołeczna Komenda Milicji.

– Do swojego oficera – powiedział z rozbrajającą szczerością.

– Jak to? – zdumiałem się.

– Przecież muszę mieć swoją osłonę – dalej był szczery.

Jaką cenę płacił temu oficerowi? Jakie informacje mu przekazywał? Kogo oszczędzał? A kogo wydawał? Już go nie widziałem więcej.

Jest rok 1982. Styczeń. Stan wojenny. Miałem właśnie wyjść z więzienia. Jestem w celi przejściowej, gdzie czeka się na „dolewki”. „Dolewki” – to znaczy, że przyjdzie poczta i każą siedzieć dalej, więc zawsze była niepewność do ostatniej chwili. Wychodziłem z kolesiem, który miał na nogach dwa lewe buty, strój więzienny, obszarpany, niedopasowany, za duży. Na głowie wciśnięta tzw. „kaniołka” czyli okrągła, szara, więzienna czapka… Jakiś taki pokraczny typ. Wyglądał trochę na niedorozwiniętego, a trochę na inwalidę – w każdym razie na kogoś przypominającego Quasimodo. Taka pokraka. No i odebraliśmy z magazynu ciuchy… Koleś założył cytrynowy golf, skórzaną marynarkę, kaszkiet, lakierki na słoninie i… z robaka przeistoczył się w pięknego motyla. Okazało się, że to wysoki, przystojny brunet. Chodził bardzo energicznie od ściany do ściany. Bez przerwy w nerwach powtarzał: „Ciekawe czy bazar czynny? Mam nadzieje, że bazar jest czynny".

To były bardzo smutne czasy. Przed Bożym Narodzeniem. 13 grudnia weszli od Ząbkowskiej; żołnierze i dużo milicji. Poniszczyli, pokopali choinki. Wszędzie funkcjonowała kontrola wojskowa. Zatrzymywali samochody, kto miał benzynę w karnistrze to mu ją zabierali. Jednak Bazar w stanie wojennym funkcjonował. Pracowaliśmy cały czas. Nie było przerw.

Pracowałem w milicji, aż nam się zachciało związków zawodowych. Chcieliśmy się bronić, bo wyglądało wcale niewesoło. Podejście dowódców – tragiczne. Oni tylko czekali, by kogoś gdzieś utopić. Nie liczyli się z nami zupełnie. Przy ulicy Stalingradzkiej znajdowały się milicyjne garaże i my w grudniu 1980 albo w styczniu 1981 zablokowaliśmy je. Stu dwudziestu ludzi, wszyscy z bronią. Nasze dowództwo z Komendy Stołecznej w portki robiło ze strachu. Zainteresowały się tym zachodnie telewizje, chciały z nami robić wywiady, ale my ich nie udzielaliśmy, bo nam zapowiedziano, że kto to zrobi, tego zaraz wywalą. Siedzieliśmy tam chyba z tydzień i w końcu rozwiązano cały batalion pogotowia i nas przerzucili do wydziałów w dzielnicach. Ja trafiłem na Pragę Południe w pobliże bazaru.

Obok najbardziej wysuniętego kiosku warzywnego usadowił się grubas z czerwonym nosem i wykrzykuje.

– Proszę państwa, proszę o chwilę uwagi. To, co pokażę i powiem, przyda się w dzisiejszych czasach. Oto mam chusteczkę bajecznie kolorową, jak powiedział pewien poeta (pociąga spory łyk z półlitrowej butelki.) Nie, to nie wódka, w pracy nie piję. Przystępujemy do dzieła. Robię plamę na chusteczce. Za chwileczkę jej nie będzie, bo posypuję moim cudownym proszkiem i plama znika. Oto, proszę patrzeć, jest ów proszek. Kto ma plamę z oleju, smaru, słodkich wódek i kartofli, powinien kupić mój środek. Jedyna okazja. To nie cuda, proszę państwa, to tylko chemia. Nie ma znaku. Państwo pozwolą, że się napiję, bo w gardle mi zaschło.

Kilka metrów dalej, głosem równie donośnym inny sprzedawca przywołuje klientów.

– W kuchni rzecz niezbędna. Kapustę biorę, dzielę na dwa kawałki, szatkuję. Za godzinę – 20 główek, za dwie godziny – tonę, a do wieczora – cały wagon. Okazja za jedyne 300 zł. U mnie tak: firma krzak, krzak się wyrwie i po firmie.

Gdy słodycze w stanie wojennym sprzedawano na kartki, kupowało się je od innych ludzi, co nie przepadali za czekoladą. Na początku 1980 roku ludzie zapisywali się u mnie na czekoladę z laskowymi orzechami. Nie nadążałam z dostawami. Wtedy marża wynosiła ponad sto procent.

Wśród tej ciżby można dostrzec zawsze kilku Cyganów w wieku poniżej 30 lat, trzymających po dwie patelnie w rękach. Kręcą nimi i od czasu do czasu podrzucając, zachęcają przechodniów do kupna tych wyrobów.

Bardziej na prawo, przy kolejnej bramie, od godziny 8:00 aż do zamknięcia bazaru, stoją lub siedzą na skrzyniach po owocach staruszki, które sprzedają słodycze.

– Po czemu to kakao?

– Dwieście pięćdziesiąt.

– A ptasie mleczko i torcik?

– Siedemset i sześćset (w sklepie odpowiednio 285 i 240 zł, ale brak).
– Nie za drogo babciu spekulujecie? – rzuca ktoś z tłumu.

– Spierdalaj, synku, to nie ZUS.

Już po czasach „Perfectu” szedłem tam z kolegą. Słyszałem za sobą komentarze, że jestem inaczej ubrany itp. Mój kolega z bazaru odwrócił się i powiedział do jednego z zaczepiających.

- Zamknij mordę, bo to jest mój wafel i nie zaczepiaj go!

Chłopak zorientował się, że przesadził i zawołał:

- Poczekaj, poczekaj – co chcesz? Ja Ci wszystko załatwię. „Gana” chcesz kupić?

Od strony ulicy Ząbkowskiej, bezpośrednio w bramie, robotnik mógł sprzedać swoje sorty mundurowe tzn. drelich, buty, rękawice, ubiór ocieplający (i zamienić to na 0,5 l, by wypić z kolegami). Te sorty natychmiast zakupywane zostawały przez drobnych przedsiębiorców, którzy mogli ubrać w to swych pracowników. Ja przez kontakt bazarowy miałam załatwione łóżeczko dla dziecka i używaną pralkę. Idąc w głąb bazaru, każdy przechodzień był zaczepiany pytaniem, co ma do sprzedania.

Przechodząca kobieta mamrocze pod nosem „Kartki, kartki na mięso”. Duże po tysiąc złotych, małe po sześćset. 35 lat temu, kiedy na bazarze stało 1650 stoisk handlowych, w 17 budkach rzeźnicy sprzedawali mięso i wędliny. Teraz nie ma ani jednej.

Na deptaku przy alei głównej można się zaopatrzyć w kartki żywnościowe oraz w to, co można za nie kupić: alkohol, słodycze, kawę.

Można dostać papier toaletowy, smalec, mięso, ubrania, dywany, meble, wszystko. Kartki na żywność i talony na benzynę.

– Pani czegoś uważa? – słyszało się co chwilę.

Moja koleżanka ze Śródmieścia przyjeżdżała na bazar, żeby sobie polędwicę czy szynkę kupić. Też się dziwiłem „Że się nie boisz tak bez żadnej ochrony sanitarnej”. Mówi „Ja wiem, że tutaj jest zdrowe mięso, przecież od tylu lat jem i nie otrułam się”. I to mówiła pracownica handlu zagranicznego. Ona pół świata zjeździła, więc wiedziała, co mówi.

Na bazarze jestem od trzydziestu lat. Mieszkałam obok na Ząbkowskiej. Handlować zaczęłam jako nastolatka. Pomagałam rodzicom. Zaczęłam najpierw od małych rzeczy, jak rajstopy, podwiązki, czy damska bielizna, a skończyłam na mięsie. Do handlu to trzeba mieć dwie rzeczy: cierpliwość i dobrą gadkę. Trzeba psychologicznie klienta wyczuć, bo z handlem jest jak z tańcem. Trzeba klienta prowadzić. Gadać tak, że gdy człowiek nic nie kupi, to ma odchodzić zawstydzony. Ma myśleć, że stracił wielką okazję.

Jest wcześnie rano, kupujących jeszcze brak. Są dostawcy. Dwaj mężczyźni. Wysoki wyjmuje z dużej torby cytryny i orzeszki ziemne, niski z brodą targuje się o cenę przywiezionych mandarynek. Obaj przyjechali prosto spod drezdeńskiego miasteczka, gdzie są na kontrakcie. Po ósmej bazar się ożywia. Otwierają się jedna po drugiej zielone budki. Sprzedawcy wykładają towar. Na bazarze jest 488 punktów handlu nieuspołecznionego oraz 63 państwowe i spółdzielcze. Drewniane budki o wymiarach 2,5 na 3 metry nie mają ogrzewania ani kanalizacji. To wszystko na powierzchni 1,5 ha. Bazar jest największym targowiskiem tego typu we wschodniej Europie.

Oczywiście. Ludzie, którzy się posługiwali takim językiem, mieli wysoko postawioną kulturę i honor. Dzisiaj już nie ma takiego poczucia, dziś ludzie nie znają, co to kultura. Wtedy może nie potrafili się wysławiać, ale zachowywali się jak trzeba.

Niech więc wszystko tak zostanie jak jest,
Warszawo Ty masz gest,
Bazar niech nam dalej służy,
Bawi, zaopatruje, oby jak najdłużej,
Bo w nim tyle Warszawy zostało,
Że chciało by się to wszystko zatrzymać tak, jak dawniej bywało.

W „Bazarze” znalazłam frazy, które wydają mi się typowe dla gwary warszawskiej: „Bo fason musi być – w kulturze trzeba żyć” – prosta rymowanka, a jednak wierny obrazek tych ludzi, środowiska.

Ja się urodziłem na Targówku i całą swoją chmurną młodość tam przeżyłem. Posługiwałem się dwoma językami – jednego uczyła mnie szkoła, drugiego ulica. Teraz, pisząc, posługuję się właśnie gwarą.

Wiersz „Bazar Różyckiego” napisany jest gwarą. Z czego to wynika?

Bywałem na bazarze i pomyślałem sobie, że jest to ważny relikt przeszłości. Warszawa ginie, to zapiszmy to, co jeszcze można ocalić. Niech to zostanie, niech to nie zginie. Jeżeli pisze się o Warszawie, uważam, że nie można opuścić bazaru – jest to część wielkiego tematu. To jest prężna instytucja handlowa i społeczna – dawała pracę, utrzymanie, wyżywienie. Był to jeden z głównych ośrodków, które odbudowywały Warszawę. A ja poezję widzę wszędzie. Znana jest np. historia pucybuta bazarowego, który nie chciał pieniędzy od żadnej pięknej pani, mówił tylko że chciałby ją pocałować w kolano…

„Bazar Różyckiego”. Jak się narodził ten utwór? Dlaczego w latach osiemdziesiątych?

Właśnie, obserwowałem. Oczywiście, należało się odpowiednio ubrać, odpowiednio zachowywać. Jak wchodziłem na Bazar, to miałem ręce w kieszeni, papieros w gębie, żeby się nie rzucać w oczy. Bazar od razu wyczuje, że ktoś nie swój i nikt z Panią nie będzie chciał gadać. A ja sobie zawsze porozmawiałem. A umożliwiło mi to posługiwanie się gwarą. Wie Pani „proszę pana, bardzo pana przepraszam”, kochana, to już jest smród. A jak Pani przyjdzie, porozmawia o tym, o tamtym, to nie będzie Pani brana za urzędnika skarbowego albo za tajniaka.

Jest Pan poetą! Pisze Pan o Warszawie, o Pradze, o bazarze Różyckiego. Co Pana inspirowało, gdy Pan obserwował Bazar?

A kiedy człowieku ujrzysz groch, kaszę, fasolę
W workach, woreczkach w stu gatunkach rozłożone na stole,
I wiszące na metry grzybki suszone,
Nie wierzysz oczom, ileż tego tu nagromadzone!
Brać i wybierać, ceny ruchome.
Rano wysokie, po południu obniżone.
Jeśli tylko przez trzy dni deszcz nie pada,
Wszystko idzie w górę, cebulka, sałatka, nawet oranżada.
Okazja cenę kształtuje,
Oranżadę też z owoców się produkuje.
Klient nasz Pan i Panem się czuje,
Zapłaci słono, ale się potarguje,
Dla obopólnej przyjemności,
Bo tu jest warszawski bazar, proszę wschodnich i zachodnich gości!

Alejka zieleniaków tymczasem nabrała egzotycznych barw. Piętrzą się banany po dwa tysiące za kilogram, winogrona po trzy tysiące, pomarańcze i mandarynki (kg za 1800 zł) ogrzewane sodowymi żarówkami. I rarytas: włochate oliwkowe owoce kiwi po sześćset złotych sztuka w oryginalnym opakowaniu.

U bram Bazaru pączki sprzedają,
Lukrowane, słodziutkie. Nawet od Bliklego wysiadają.
Towar wyłożony na wózeczkach, lekko przykryty,
Aby widać było
I co nieco mniej się kurzyło,
Sprzedawczynie w prawie białych kitelkach
Zachęcają do kupna. Podają na papierkach.
Bo fason musi być.
W kulturze trzeba żyć!
Jak zaczniesz bracie od słodkości
To zakupy pójdą fajnie, proszę gości.

Życie bazaru Różyckiego zaczynało się o siódmej. Latem o godzinę wcześniej. Wchodzę od Ząbkowskiej. Wewnątrz nie ma nikogo prócz dozorcy Marczaka z pękiem kluczy. Wpuścił właśnie od Brzeskiej pierwsze handlarki drobiem. Przy wejściu od Targowej czeka już bazarowy poborca – pan Zbyszek.

Pan Zbyszek trochę się spóźnił. Bliżej miał przez Ząbkowską, woli jednak tamtędy nie chodzić. Nie to, żeby miał coś na sumieniu, ale zawsze znajdzie się ktoś, co by mu chętnie przyłożył.

Ludzie w stanie wojennym zrobili się solidarni. Trzymali się razem. Wiadomym się stało, że istnieją jakieś struktury organizacyjne. Ale to nie było tak, żeby ktoś trzymał cały bazar. Wołomin istniał wtedy tylko jako jeden z gangów kieszonkowców, drugi to były Kielce. Rzecz jasna my mieliśmy swoje metody operacyjne, żeby tę ich solidarność przełamywać. Najprostszą metodą stało się napuszczanie jednych na drugich. Łapaliśmy jakiegoś ludka i mówiliśmy, że ktoś go wystawił. No i oni jak dzieci, dawali się na to łapać. A jak przypucował tego kogoś, to już musiał współpracować. Bo jak nie, to jeżeli rozniosłoby się na bazarze, że kablował, to byłby skończony. Jasne jest, że bez „ucha” nie da się pracować. Z drugiej strony wtedy nie załatwiano spraw przy pomocy bejsboli. Lepiej było konkurencję po prostu podpierdolić. Jak ktoś z zewnątrz chciał wpuścić duże dostawy dżinsu, to pozwalali mu na jedną, dwie dostawy i wystawiali go. I już po kliencie. Jasne, że ci handlarze za nami nie przepadali. Nie miały miejsca żadne „znajomości”. Stało się to obustronnie niebezpieczne. W tym sensie, że jeżeli stałem dłużej przy którymś z handlarzy, rozmawiałem z nim, to zarówno ja jak i on mogliśmy zostać posądzeni o współpracę. Czyli konkretnie ja, że biorę coś od niego, a on, że jest moim „uchem”. Dla każdego taka znajomość oznaczała kłopoty. Stosunek kupców do mnie to był taki – śmiech z zaciśniętymi zębami, „jak na budyniu”.

Wódka, papieros – narkotyk zawsze się sprzeda. Zawsze idzie. Tak to jest. Truciznę ludzie biorą, bo człowiek jest głupi. Chleba se nie kupi, a truciznę kupi. Funkcjonował tu taki jeden, co w latach 80. na tym trzepał. Wtedy mi się wydawało, że to starszy facet, bo z brzuszkiem. Taki jasny kożuch miał podszywany. Paser. Narkotyków nie miał, bo mówił, że to grzech. Zegarkami handlował, łańcuszkami. Większość kradziona. I przynosili mu te ćpuny to, co ukradli. Na głodzie, to za grosz oddawali, a ten przebicie miał stokrotne. Na nieszczęściu ludzkim żerował. Pamiętam przed Bożym Narodzeniem to było. Zimno, ale ludzi pełno. Stoją i chuchają w zmarzłe dłonie. Przychodzi do niego taki, widać, że jakiś naćpany. Chudy, policzki zapadnięte, sine oczy. Obdartus trefne rzeczy chciał sprzedać. Weszli za budę. I zaraz, dziesięć minut nie minęło, milicjant wpada. Pewnie mieli cynę, ale paser uratował tego ćpuna. Siebie i ćpuna. Obaj by poszli do mamra. Milicjant chce dokumenty od tego młodego. Wylegitymować znaczy. Ten nie ma, ale stoi w bezruchu, a po kieszeniach kradzione fanty. Wtedy paser jak nie pieprznie młodego w twarz. Drzeć się zaczął. Od chujów zaczął wyzywać, żeby się od jego córki odpierdolił. Że to nie dla niego i że jak się dowie, to mu jajca z dupy powyrywa. Młody się skulił, leżał na tym brudnym śniegu. Ten go kopać chciał, ale nie trafił. Może specjalnie. A milicjant ogłupiał. Rozdzielać chce, uspokajać. W końcu staremu pod kolano przypieprzył pałą aż jęknął. Zaraz wypisał mu na kolegium wezwanie i poszedł. Stary zapłacił i się rozeszło po kościach. A młody jeszcze tylko raz przyszedł na bazar i zniknął.

Byłem na imieninach u Stasia na Brzeskiej. I wychodzimy z żoną rano, o siódmej z bramy, a dwóch takich mówi „Panie Sylwku, kup pan flaszkę, bo całą noc ani jedna flaszka nam nie poszła”. Ja mówię „Nie, nie, bo jakiś trefny towar...” „Nie, dla pana to będzie glanc pomada, pan się nie martwi”. Dobrze, wziąłem. A nie potrzebowałem, bo miałem u siebie w barku, po co mi ta flaszka. Wróciłem do domu koło 8 rano, żona poszła spać, a ja w kuchni usiadłem i jak nigdy nie piję sam, nie idę solówką, jak to się mówi, to te pół litra ciągnę i ciągnę. I coś mnie kurka wodna męczy. Nagle dzwoni szwagier. „Słuchaj Sylwek, samolot spadł. Halinka”. Siostra. Od razu otrzeźwiałem. Po całej nocy i jeszcze to pół litra, jakby ze mnie to zeszło. Pojechałem z nim na to lotnisko w Pyrach, nikt nie przeżył.

To była melina. Na stole leżał obrus, którym można było się pokaleczyć, tak czysty; czerwona lampka nad obrazem „Ostatniej Wieczerzy”, parawan między dwoma stolikami i pani mówiła „Co chcecie, litr wódki czy dziesięć piw?”. Dla dwóch mężczyzn tyle się należało; i jeszcze schabowy na dwa palce i gorący chleb. O każdej porze. Ja tam bywałem o dziwnej porze, ile kosztowało, nie pomnę. Niedużo.

Sklepy nocne nie istniały. Tylko knajpy funkcjonowały w nocy. Ale gdzie do knajpy? Zapłacisz tam pięćset parę złotych – na tamte pieniądze – a w sklepie kosztowała wódka sto złotych. Na bazarze sto dwadzieścia. Dwie dychy do przodu. Dlatego wokół bazaru funkcjonowało pełno melin.
Melina to jest takie mieszkanie, gdzie możesz sobie usiąść, wypić i wyjść. Melina nie jest miejscem handlu, ale miejscem spotkań. A meta to tam, gdzie się kupuje wódę w nocy.

Różne informacje przenikały z Monopolu na Ząbkowskiej, bo to przecież było blisko. Facet przyjeżdżał do Monopolu wozem, odbierać pełne skrzynki wódki, no i kiedyś koń się potknął i dyszel opadł. No i tu awantura, bo w metalowym dyszlu litry spirytusu. Mówi się też o instalacjach w Monopolu, że się wkręcali w te instalacje, tak jak dzisiaj w gazociągi. Przecież nikt wtedy w takich małych fabrykach nie zakładał ciśnieniomierzy i nie kontrolował tego, ile ubywa.

Moja mama miała na bazarze najpierw stragan z warzywami i owocami, później zaczęła handlować złotem, a potem alpagami, piwem, wódką. Wszyscy, co mogli sobie zarobić na tym, to zarabiali. Kupowało się alkohol dzień wcześniej: wódki, wina te patykiem pisane, alpagi, piwo i przed godziną trzynastą odbywał się handel. Również jak się nie chciało jeździć do Peweksu, to byli od tego dostawcy. Płaciło się – załóżmy – 100 złotych z kawałkiem, a na bazarze sprzedawało się po 120. Z Peweksu. Za dolary kupowało się alkohol i za bony.

Jeden z oficerów miał swojego „tajnego współpracownika”, no i ten podpisywał mu „etatowo” kwity na mety z wódką. Doskonale wiedzieliśmy, gdzie one są, kto tam handluje. Ale żeby zrobić sprawę, należało mieć świadka. No i ten miał takiego świadka. Jak było trzeba, to podpisywał mu oświadczenie, że w tym właśnie miejscu kupował wódkę. No i tak się złożyło (sądziła tego dnia akurat sędzina Kucyk), że jednego dnia, na wokandę wjechało kolejno 6 spraw w których on stawał jako świadek. No to przy którejś sprawie, ta Kucyk, zaczęła rozważać, czy nie należało by świadka skierować na przymusowe leczenie antyalkoholowe.

Cała Warszawa przyjeżdżała wówczas po kury na Różyca. Najlepszy rosół z takiej kury był. A smak tego rosołu to coś nie do opisania. Po prostu nic się z nim równać nie mogło. A na przeziębienie najlepszy lek.

Swoje stoisko założyłam w 1986 roku. Tak jak mama sprzedawałam sery, jajka, grzyby, ryby. I tak jak ona wiedziałam, że bazar uczy wielu pozytywnych wartości. Choćby tolerancji. Bazar to miejsce dla każdego, więc można tu spotkać wielu obcokrajowców. Znałam nawet Afgańczyka. Ismail handlował kawiorem i został przyjacielem naszego domu. Najbardziej lubił polską Wigilię, bo wiedział, że na stole nie znajdzie się żadna potrawa z wieprzowego mięsa.

W tym czasie bazar zmienił się. Kupowano zza pleców. Może dlatego, że czasy nastały kartkowe. Kupowało się wędlinę, tyle że w warzywniaku. Na hasło „Czy jest świeża kapusta?”, pani która mnie znała, wiedziała, że świeża kapusta to schab. Schab pakowano na zapleczu w gazetę lub szary papier. Rozwijało się i widziało, co kupiło. Żeby dostać mięso, musiałam zostać protegowana przez panią, u której przez tyle lat kupowałam z tatą jarzyny. Spytałam się jej, czy przypadkiem nie wie, gdzie można dostać mięso. Ale ona, jak się okazało, sprzedawała cukier. Poszłam więc z nią kilka stoisk dalej, gdzie powiedziała „To jest moja klientka” i ja mogłam już potem kupować. Każda handlarka miała coś innego, jedna wołowe, druga wieprzowe. Bazar dużo stracił, kiedy do Warszawy zaczęły przyjeżdżać baby ze wsi z mięsem, które obchodziły klatki schodowe, pukały do mieszkań i sprzedawały mięso, które leżało pod jajkami w wiadrze. Ja nie miałam zaprzyjaźnionej baby. Miała teściowa i kupowała u niej cielęcinę, ale pozostałe mięso kupowałam na bazarze. Głównie schab, ale tak samo wątróbkę drobiową dla dziecka. Wątróbkę sprzedawano w słoiczkach i pani palcami wyciągała jedną czy dwie, w zależności ile się chciało.

K. Jugo: – A powiedz o tym Szwedzie!

E. Jugo: – Szwedzie?

K. Jugo: – Kiedy kolega ze Szwecji przyjechał, ten go na Różyca wziął na kolację. Szwed powiedział, że ze względu na bazar, to on się do Polski przeprowadza.

E. Jugo: – Pani Maria miała punkt, w którym tylko ona urzędowała. Chciałaby pani wiedzieć gdzie to miejsce? Jak się idzie Brzeską, to w tym miejscu zaczyna się bazar. Z jednej strony jest wnęka, a tam zaraz stoi kiosk ruchu. Za tym kioskiem Pani Maria królowała od godziny dwudziestej i kwitło życie towarzyskie oraz pyzy, gulasz i schabowe. A najważniejsze, że można się było tam nachlać. I tam schodziły się, proszę pani, tłumy. A kiedy milicja przyjeżdżała, Michał czy Czesiek brali dwa talerze, lecieli do tego radiowozu i zanosili im schabowe. Wówczas ci odjeżdżali.

K. Jugo: – Jak ktoś był z Pragi to wiedział gdzie zacząć biznes.

K. Jugo: – On tam z kolegą ze Szwecji wódkę chodził w nocy pić. Pani Maria tam trzymała punkt.

K.A. Kuta: – Panie Eugeniuszu, a pan to co miał z bazarem wspólnego oprócz tego, że panią Krysię pan odwiedzał?

K.A. Kuta: – A pani zagrała kiedyś pani Krysiu?

K. Jugo: – Gdzie! Nie, to należało zwariować, żeby zagrać. No dobrze, raz proszę pani zagrałam. Poleciałam po rajstopy, bo mi oczko poszło. No i oni – „Pani Krysiu, zagra pani”. Już mieli wszystko przyszykowane. I zaraz mówią, wygrała pani dychę. Bardzo szybko zabrałam tę dychę i poszłam sobie po nowe rajstopy.

Oczko niżej plasują się handlarze książkami. Rozkładają towar na ziemi i stolikach.

„Blaszany bębenek” Grassa za 3 tysiące złotych, „Dzieła” Stachury – 4 tysiące, „Seks partnerski” Starowicza – tysiąc, „Playboy” i „Penthouse” po dwa.

Zostaliśmy z żoną zaproszeni przez rodzinę mieszkającą przy ul. Dąbrowszczaków. Niby przyjęcie niezobowiązujące, ale buty, w których aktualne chodziłem, wydały mi się nieodpowiednie na tego typu okoliczność. Szybka decyzja, kupimy na bazarze.

Już od pierwszych stoisk widać było, że wszędzie panuje ten sam typ obuwia w eleganckim kolorze głębokiej szarości. Mówiona reklama głosiła, że but włoski i nie do zdarcia.

Z każdego stoiska śpiewnie zachęcano:

– No, co kochanieńki, bucików szukamy?! Tu pięknie zapraszamy! Bucik w bucik perełka natury z najlepszej skóry! Kupisz nie kupisz, spróbuj, jak się w nich czujesz, to nic nie kosztuje!

Długo nie szukałem. Przymierzyłem, zapłaciłem z eleganckim upustem i wróciłem do domu w nowym nabytku. Wieczorem oczywiście wizytowałem rodzinę, szczycąc się, że tak sprawnie w tak ciężkich czasach udało mi się dokonać zakupu na pobliskim bazarze.

W niedzielę szykowna para obuwia zaczęła wzbudzać we mnie delikatny niepokój. Ponieważ w tamtym czasie każdego dnia biegałem rekreacyjnie tak do 10 km, to postanowiłem obuwie sprawdzić w ciężkich warunkach terenowych. Po biegu okazało się, że szwy puszczają. To stało się przyczynkiem do reklamacji. Coś mi jeszcze nie pasowało. Usiadłem wygodnie w fotelu, buty postawiłem na stoliku.

W tym momencie okazało się, że różnica w wysokości cholewek wynosi około dwóch centymetrów…

W poniedziałek skoro świt pojechałem na bazar. Pokazałem usterki, mówiąc, że chętnie przymierzę inną parę, bo buty fajne. Wszystkie miały identyczną wadę! Sprzedawczyni oddała pieniądze, narzekając:

– Ależ mnie pan urządził… Zwrot w poniedziałek… Cały tydzień będzie do bani…

Popatrzyłem jeszcze w innych budkach. Wszędzie stały identyczne. Kiedy wychodziłem już prawie na Targową z ostatniej budy obuwniczej usłyszałem kobiecy głos.

– Mistrzuniu kochany, mam dla przystojniaczka idealne buty. Zapraszam do środka. Pierwszy sort. Made in Italllyyy!

Nic nie ryzykowałem, wszedłem, usiadłem i przymierzyłem prawy but. Pasował idealnie.

– Może mi pani pokazać lewy?

– No, właśnie jest pewien problem… Widzi pan, dosłownie przed chwilą przyszedł do mnie hurtownik, Arab i wziął sporo par, ale… Okazało się, że w tej błyskawicznej transakcji trochę się zagoniliśmy i został mi lewy od innej pary, dwa numery większej…

Zacząłem się śmiać.

– Przecież nie da się chodzić w dwóch różnych butach. Zabiję się…

– Ależ da się! W ten za duży włoży pan kawałek gazety i będzie pięknie. Przy chodzeniu nic nie będzie widać, a jak pan stanie albo siądzie, to wystarczy cofnąć odrobinkę lewą nogę i nikt się nie pozna… Obiecuję solidny upuścik…

Naręczniak handluje rzeczami używanymi i przywiezionymi z zagranicy, straganiarze wyrobami rzemiosła. Kaniewski na przykład sprzedaje męskie obuwie, jakiego nigdzie nie uświadczysz. Na szeroką wiejską nogę. Trzyma też but modny, na wysokim obcasie z wąskim noskiem.

Następna kategoria handlarzy to tak zwani „ręczniacy”. Ręczniak miał wszystko zawieszane na ramionach i chodził z towarem jak choinka. Oczywiście nic nie mówił, tylko paradował, zmieniał miejsce. Ale z drugiej strony musiał stale patrzeć w dal, czy nie idzie milicja, która od razu zgarniała delikwenta. Jak ktoś miał cenny towar, to musiał być szczególnie czujny.

O seksie też są książki, ale o takiej treści,
Że młody by się uśmiał, bo wie lepiej, jak dziewczynę pieścić.
Koran na honorowym miejscu stoi.
Biblii nie ma, a może sprzedawać razem nie przystoi
Jak widać mahometan w Warszawie przybyło,
Koran idzie jak woda, ile by go nie było!
O hodowli kanarków można dowiedzieć się dużo
I o tym, jak stara baba może stać się piękną różą!
Do wyboru, do koloru każdy sobie wybiera,
To co wydrukowano już dawno i teraz na cierpliwym papierze.
Ludzie kupują, chcą wiedzieć jak to w kosmosie
Jak dawać lubczyk, jak kochać koleżankę Zosię.
Dobrze, że książki też tu się sprzedaje,
Bo człowiekowi nie tylko garnitur i kiecka w życiu się przydaje.

Kiedy już kupujący pokrzepił ciało,
Pomyślał, że coś dla ducha by się przydało.
Bukinista wyłożył książki w przyzwoitym wyborze
Z ciekawymi tytułami i w ładnym kolorze.
Leczenie ziołami, historie Słowian, Mostowicza tragedie,
Romanse bogatych i tych, co żyją biednie.

Na bazarze funkcjonowały trzy kategorie handlowców. Budki wynajmowane przez kupców, którzy zostali zarejestrowani. To był handel legalny. Jeśli ktoś miał budkę to znaczyło, że płacił podatki i ma kontrole – nieliczna grupa. Przeważnie ludzie związani z partią, bo o takie zezwolenia nie było łatwo. Handel uważano za coś złego. Dla komunistów handlowcy to spekulanci, którzy naciągali ludzi. Taka istniała opinia o handlu, nawet o tym legalnym – był zwalczany.

E. Jugo: – I została mu ta portiernia i pusty plac.

K. Jugo: – „Kwiatek”, no bo wie pani, sztuczne kwiaty zwoził do wieńców. To kiedyś szło. A potem przestało.

E. Jugo: – A jeden wymyślił sobie, że kupi plac. I portiernię zrobi. Zaczął od budowy portierni. Skończył tę portiernię i padł na bazarze. „Kwiatek” nazywał się, pamiętasz?

E. Jugo: – On nie był sobie w stanie wyobrazić, że coś takiego może się w Polsce dziać. W Metropolu mieszkał, później się przeniósł do mnie na Radzymińską. O godzinie 21. wychodzimy, jedziemy na Brzeską. Zobaczył te tłumy, że policjanci dostają schabowe. On nie mógł zrozumieć. Pyta jak to? Mówię, no jak? Widzisz, jak.

E. Jugo: – Tam przeważnie przychodzili ci wszyscy, co grali na benklu. Taka przystań: kawa, herbata i szli znowu grać.

K.A. Kuta: – O której otwieraliście „Tempo Bar”?

K. Jugo: – O 8. rano. Konsumenci już o 8. punkt przylatywali na śniadanko, no bo od 6. walczyli.

K. A. Kuta: – I co zamawiali?

K. Jugo: – Kawę, herbatę. Wódeczka oficjalnie występowała od 13., ale szła w filiżankach do kawy. No jako kawa, od 8. rano proszę pani. To były takie grube, gastronomiczne filiżanki z napisem „Społem” i etykietką krakowiaków: chłopca i dziewczynki tańczących. A wódka to winiak klubowy – taki, którego już nie ma. Ten winiak szedł za ruski koniak, za brandy, za wszystko. Był brązowego koloru i wyglądał jak herbata. Po 100 gram tego się wlewało. Cukier oczywiście kładłyśmy w kostkach na talerzyku, żeby wyglądało jak należy.

K.A. Kuta: – A do filiżanki to co na śniadanko zamawiano?

K. Jugo: – Żurek z kiełbasą i ziemniaki. Szefowa wiedziała, że konsumenci coś na gorąco zawsze chcą. Wszyscy ten żurek zamawiali. Przeważnie każdy klient, co miał kaca, a żurek pomagał.

Na bufecie pracowałam. Zaczęłam w 84. roku. „Tempo Bar” znalazłaby pani zaraz przy wejściu na bazar. Ci, co handlowali na Różycu, dawali mi w ramach napiwku kartki na mięso. I proszę pani, to nie parę kartek. To był cały bloczek z przeróżnych miejscowości, z różnymi stemplami. Człowiek z początku bał się iść do mięsnego. Ale przecież, jak sklepowe złapały kartkę, to nie oglądały tych stempli. W tamtych czasach miałam wędlinę i psa, który jadł tylko wołowinę.

Pan Eugeniusz Jugo grał w zespole „No to co” i z kolegą Szwedem na bazar chodził pić wódkę do pani Marii. W Śródmieściu urodzony, dokładnie w Hotelu Polonia, bo matka Pana Eugeniusza pracowała jako recepcjonistka. Z okna później widział, jak budowali Pałac Kultury. Teraz 40 lat tu żyje na Pradze, przy Radzymińskiej, w malutkim mieszkaniu z panią Krysią. Pani Krysia Jugo na Woli urodzona, całe życie pracowała w gastronomii, przez co teraz musi nosić dwie protezy w kolanach.

– Pani Krysiu, a co pani na Bazarze robiła?

Robiono również zmasowane akcje, naloty. Zamykano bramy. Wszystko obstawiała milicja, a potem rewizje. Bywało, że z tych nerwów to ludzie nawet umierali. Przykładowo, pracuje tu jeszcze pani Krysia, której brat zmarł na zawał w trakcie takiego nalotu. Miały miejsce bardzo nerwowe sytuacje. Panował ciągły strach.

Raz przyjechali gdzieś koło południa. Szukali waluty. Sprawdzali wszystkich, którzy nie handlowali w budkach. Ludzie wyrzucali towar. Kibelek zapchał się złotą biżuterią na amen. Ci, co handlowali złotem, wyrzucali to złoto, cinkciarze wyrzucali pieniądze, to wszystko się poniewierało po bazarze. Tyle pieniędzy! Wszyscy patrzyli, ale każdy bał się podnieść.

Wiadomo, że funkcjonowali na bazarze agenci, którzy krążyli po jego terenie. Podskoczył do mnie facet. Ja już wyszedłem z bazaru po dokonaniu transakcji. Zaczepił mnie. Ja mu odpowiedziałem „spierdalaj”. Spierdalaj, tak? To zobacz – powiedział i wyciągnął legitymację służbową i z napisem Służba Bezpieczeństwa. Wsiadłem do samochodu. On mówi: Dawaj szmal! Dałem. Dwa razy miałem taką sytuację. Raz ubek odczepił się dopiero na Chmielnej, kiedy dałem mu sporą łapówkę.

Miałem na ręku ubrania z Turcji, dżinsy, jakieś kurtki damskie. Widziałem takiego pana, który naprzeciwko mnie miał budkę. Przyglądał mi się zawsze. Nie wiem, czym on handlował, bo stale tylko wszystko obserwował. Później zorientowałem się, że to tajniak. Zanim mnie aresztowali, podszedł i powiedział, że mam uciekać, bo milicja idzie po mnie. Za chwilę podchodzi do mnie po cywilnemu dwóch facetów i mówią, żebym szedł z nimi na komisariat. Poszliśmy na piechotę na Cyryla i Metodego. Zabrali mi dowód. W maluchu zaparkowanym pod bazarem miałem o wiele więcej towaru niż przy sobie. Kluczyki włożyłem do tylnej kieszeni. Opatrzność czuwała nade mną, bo jak mi robili rewizję osobistą to zapomnieli o tej kieszeni. Gdyby znaleźli te kluczyki byłoby po mnie. Później wzięli mnie do radiowozu i zabrali do domu, żeby zrobić rewizję. W pokoju, w którym mieliśmy magazyn, spała teściowa. Otworzyłem im najpierw szafy w innym pokoju z naszymi ubraniami. Fakt, że też tam były dżinsy i sukienki, którymi handlowałem, ale zostawili to, bo widać było, że to nasze. Drzwi od pokoju-magazynu początkowo nie zauważyli, dopiero jak już chcieli wychodzić. Już mieli tam wejść, ale powiedziałem im wtedy: Panowie, tu jest staruszka dziewięćdziesięcioletnia, proszę nie wchodzić, dla niej to będzie bardzo duży szok. No i posłuchali mnie. Ja myślę, że oni się tak ze mną delikatnie obchodzili, bo pracowałem w wojsku. Miałem w dowodzie napisane: pracownik wojska. Oni się jednak trochę z tym wojskiem liczyli. Widziałem, że rewizję traktują pro forma, bo nie weszli do tego pokoju-magazynu. Mimo to, noc musiałem spędzić w areszcie. Niepokoiły mnie tylko te kluczyki od malucha. Schowałem je głęboko w skarpetę. Poza tym jak samochód zostałby na noc na Brzeskiej to już by było po sprawie. Na szczęście mój syn, Grzegorz, domyślił się. Wziął zapasowe kluczyki od mojej żony i odwiózł samochód pod dom. Przez klawisza w areszcie dostałem cynk, że syn załatwił sprawę. Wtedy już siedziałem spokojny. Ale jeszcze do godziny pierwszej w południe straszyli mnie kolegium.

Miałem dwa pudełka po bananach. I pan Józio czy Kazio, nie pamiętam, z rana chodził i w głównej alejce rozstawiał pudełka. I tam już nikt nie mógł stanąć.

– Co by było, jakby pan stanął?

Ten pomysł tak „Mecenasa” zaskakuje, że milknie na dłuższą chwilę, po czym wybucha śmiechem i mówi.

– No jak, no… no to wpierdol. Proszę pana, to jest niemożliwością, takiego odważnego to tam nie było. Ludzie trochę myślą.

Pan Kazio wiedział, kto może stanąć przy których pudełkach. No bo dostać wtedy budę było w ogóle nieprawdopodobne. Nawet takie pudełka dostać, to było nieprawdopodobne.

Oni, z budek, handlują uczciwie, płacą podatki, a wśród „chodzonych” naręczniaków trafi się spekulant. Fakt, że naręczniak i cała ta otoczka robi bazarowi złą opinię, ale pokaż pan bazar bez otoczki. Lepiej żyć z nimi w zgodzie. L. się naraził i dostał łańcuchem po twarzy.

Pewnego zimowego przedpołudnia, w samym środku stanu wojennego, cały kilkuhektarowy teren otoczony został przez opancerzone samochody marki SKOT. Paniom kupcowym, tym co starszym, nie bez kozery, na myśl przychodziły obrazki z powstania warszawskiego. Miarowo, noga za nogą, ze sterczącymi w górę lufami automatów Kałasznikow szły alejkami bazarowymi trójki żołnierzy służby zasadniczej i zmilitaryzowanego ZOMO – awangarda i ariergarda władzy robotniczej, co robotnikom po raz ostatni kit wciskała, że oto robi wreszcie porządek z tą… babcią 90 –letnią, co w reklamówce schowaną ma całą krajową produkcję: od czekolady, przez przeciery dla niemowląt marki Bebiko, papier toaletowy, po sznurek do snopowiązałek.

Mama siedziała w swojej budce, z lekceważeniem patrząc na to całe przedstawienie. W wieczornych wiadomościach TV pan, nomen – omen Kozera, z triumfem komentował obrazki zdejmowania z dachów budek toreb wypełnionych deficytowym dobrem: już to czekolad „Jedyna” z nieodległego Wedla, już to naręcza dżinsów światowej marki… „Odra”.

Do dzisiaj opowiada mamuśka, jak to w pewnym momencie wpadła do niej, jak do bunkra ostatniej obrony, jakaś pani z ręczniaka, z całą walizą trefnego ptasiego mleczka. O mało tam mamie z nerwów nie umarła.

Po skończonej pokazówce, po dojściu do siebie, pani ta przyniosła mamie największego, jakiego znalazła „na bazarze”, lizaka. Mama ze stoickim spokojem wyciągnęła ze skrytki… nienaruszoną walizę z ptasim mleczkiem i, patrząc z nieskrywaną pogardą w kierunku pakujących się na „Skoty” zomowców, powiedziała z całą, na jaką jedynie kupcowe z bazaru stać, ekspresją.

– Mogą nas w dupę pocałować!

Tę główną aleję nazywaliśmy „aleją uciekinierów”, bo jak wchodziliśmy tam, szczególnie całą grupą, to wszyscy uciekali. Ci od lalek z plastiku to porzucali towar. Wiedzieli, że z towarem nie mają szans na ucieczkę. Nie przedarliby się przez tłum. Ale najśmieszniejsze to, to że my tych od lalek wcale nie zatrzymywaliśmy. Człowiek nie chciał stać się pośmiewiskiem na komisariacie. Jak by to wyglądało z tymi lalkami. Kiedyś stoimy tak nad tym porzuconym towarem i myślimy co z nim zrobić. Podchodzi matka z dziewczynką. My po cywilnemu. „Podoba ci się dziewczynko ta lalka? Tak? No to masz. Weź ją sobie”. Na początku, zdarzały się nam takie sytuacje, że legitymujemy ludka, a tu myk i zostajemy z towarem i dowodem osobistym, a ludka nie ma, spierdolił. Raz pamiętam „zwijamy” gościa. Sięga po dowód do kieszeni i nagle łyk, coś połknął. To były kolczyki. Jeden utkwił mu w tchawicy. Musieliśmy wzywać samochód i wieść go do szpitala. Oni to robili ze strachu. Innym razem powieźliśmy gościa za parę kurtek. Pojechaliśmy do mieszkania na przeszukanie i tam też znaleźliśmy towar. Następnego dnia afera. Na komendę wpada pułkownik Wojska Polskiego w służbie czynnej, odprasowanym mundurze i drze się, jak śmieliśmy przeszukiwać jego mieszkanie? Że on nas z roboty powypierdala! No i takie tam… Miał rację, bo żeby wejść do mieszkania wojskowego, musieliśmy robić to z ich żandarmerią, z WSW. Tylko my nie wiedzieliśmy, że to mieszkanie wojskowego. Ten zatrzymany to okazało się jakiś jego kuzyn, u niego zameldowany. Ale jak tak… no to zadzwoniliśmy i powiadomiliśmy WSW. No i po tygodniu pułkownika wypierdolili z pracy. Załatwił sobie, na własne życzenie, wcześniejszą emeryturę.

Operacyjnie to okazała się bardzo prosta robota. Rozeznanie. Wjazd. I wyjazd z klientem. Ma towar, 99% że nie wiadomo skąd, a cena wyższa niż w sklepie. A to była właśnie spekulacja. Obowiązywała wtedy ustawa o trybie przyspieszonym. Dostarczaliśmy klienta do sądu i sprawa od razu stawała na wokandzie bez żadnego obrońcy. Sędzia, protokolant i oficer milicji jako oskarżyciel. Raz, dwa, i wyrok. Pamiętam takiego gościa, nazywaliśmy go „Szybki”. Postawił kiedyś trzy różne sprawy na jednej wokandzie. Żeby szło szybciej. Ten nasz – przyprowadzony za ciuchy. Jeden z tamtych dwóch też ciuchy, a drugi… już nie pamiętam. W każdym razie wszyscy – spekulacja. No i „Szybki” mówi do pierwszego.

– Przyznajesz się?

– Nie.

– 30 tysięcy grzywny!

Do drugiego:

– Przyznajesz się?

– Tak.

– 20 tysięcy grzywny.

Do trzeciego:

– Przyznajesz się?

No ten, już wiedział co jest grane i mówi:

– Tak, tak, przyznaję się! I zaczyna nadawać co jak, kiedy… No to „Szybki”:

– Ach ty spekulancie! 50 tysięcy grzywny!

Jak „psy” robiły te swoje wielkie naloty, to najpierw włazili na bazar ci po cywilnemu, w małych grupkach. Rozłazili się i węszyli. Niuchali… kogo by tu zwinąć. A potem podjeżdżały suki pod wszystkie bramy. Zamykali je. I czesali. Tutaj, gdzie stała paserka, co tu się działo! Naparzaniny, szarpaniny, strzelaniny… No bo za paserkę, a jeszcze w recydywie, to był kurs na „Białą” (więzienie w Białołęce).

No i dobra. Siedzę sobie normalnie pod celą na Mokotowie. Dodaję sobie ducha, żeby nie zwariować. Głupota, można było z tego wyjść. A do tego patrzę, a tu „Świnia” jest, oddziałowy klawisz, co go znam już dobrze. Od razu mnie poznał, jak się zaczął cieszyć.

 – A co – mówię – ty mój wujek chrzestny jesteś?

Uśmiał się tylko. A naczelnik miał ksywę „Bandyta”. Trochę był świrek i nerwowy. Jak się potłukli między sobą chłopaki, to szedł pod celę i wyciągał tego, co mniej zarobił. Czapkę zdejmuje, mundur zdejmuje, nikogo nie ma.

– No to co, teraz mnie tłucz, chojraku. Ja jestem teraz cywil, wal mnie w bęben.

Ten stoi zażenowany, no co, naczelnika będzie bił? To naczelnik buch go w zęby i buch go w brzuch.

– No co, ja cię nie oskarżę, próbuj się ze mną – taki wariat był.

W końcu bili się z nim więźniowie. Pierwszy taki Mietek Aniołkowszczak. Podskoczył naczelnikowi raz i drugi. Raport. Naczelnik mówi.

– Żadnej nie będzie sprawy, ja z Aniołkowskim będę miał wspólną sprawę. Wszyscy poszli do łaźni. Naczelnik zdejmuje łachy, a Mietek też nie czekał, tylko do niego i buch go w cymbał. I się leją. Naczelnik dostał parę razy, Mietek dostał parę razy. I po meczu naczelnik chciał mu rękę jeszcze podawać, a Mietek mówi:

– Co pan, rękę, czyś pan zwariował?

I nic nie było, nie dostał nawet karca. Mietek siedział za słynną sprawę. Na farmazon chodził, na szkiełka, co opisywali to obszernie w „Przyjaciółce”. Mieli szkiełko oszlifowane, jakiś fachowiec im to zrobił, elegancko. Szli z tym przed sklep jubilerski. Jeden w berecie udawał Francuza, bo parę słów umiał, wybierali jakiego kasjera, czy innego nadzianego skoczka i tłumaczą mu.

– Ten pan to przywiózł z Francji, to z przemytu jest. Za pół ceny, za pół darmo, jedyna szansa. Klient chciał jeszcze iść do jubilera, żeby to sprawdzić, ale tak go zabajerowali, wkręcili, że płacił z ręki. Towarzysze partyjne, dyrektor, kasjerka – wszyscy padali na szkiełkach. I takie były mądre, taka chytrość była ludzka i pazerność, że pieniądze państwowe szły za te głupie szkiełka. A w akcie oskarżenia 48 ofiar. Mietka wspólnicy to był Kuba i taki stary Chaberbusz, farmazonista, oszust tak zwany. Jak on opowiadał, to Mietek się wnerwiał na sali sądowej, bo stary przyznawał się do sprawy, a Mietek mówi.

– Wysoki sądzie, ja nic z tym człowiekiem nie miałem.

– Ale świadkowie mówią, że pan miał.

– A brat mój mówi, że miałem?

– No nie.

– No właśnie.

– Ale świadkowie widzieli pana, że pan beret zmieniał.

– A i koszulę, i skarpetki też zmieniałem. To i beret zmieniałem – on też taki szybki miał refleks i sąd faktycznie trochę nie wiedział, co powiedzieć. Dostał 14 lat za ten farmazon. Nie mogli se z nim poradzić, bo na te szkiełka jednak paru czerwonych położył.

A ten stary dziadek, on już miał siedem dych. Puścili go, parę dni na wolności pobył i umarł. Mietek później z chłopakami na Pradze na szop chodzili, kradli po sklepach, czy skórę, czy płaszcz, czy spodnie. Potem na Różyk i na gorzałę wszystko. Się rozpił podobnież. Kobieta z dziećmi odeszła od niego. Potem u takiej Haliny – pijaczyny na Brzeskiej żywocił. Ale na tych szkiełkach ładny hajc, ładny kurz zrobili. Tam nieraz i na sto baniek padli. To i Orły przebili na szkiełkach. Był skok na bank pod Orłami. Nie znaleźli winnych, bo to była ubecka robota. To na odczep się wszystkich recydywistów wtedy posadzili. Po mieszkaniach jeździli i zwinęli nas wszystkich, tośmy się w końcu spotkali. I każdy ten skok na siebie brał.

– Ja milion ukradłem.

– A ja dwa.

Tak przekrzykiwali się nawzajem, a śmiechu było, chachaliśmy się do rana. To znana sprawa była, bo banki na grube pieniądze wtedy poszły i nikt tego nie odkrył, bo nikt nie chciał.

Miała zawsze najpiękniejszy towar, dżinsy, kurtki dżinsowe, na podbiciu, ze sztucznego misia… Przepiękne rzeczy, męskie i damskie. No i ją dzisiaj zwinęli, towar jej zabrali, a ona za dwa dni znowu jest, znowu handluje. Jak się okazało, kobitka była tak zwanym uchem, współpracowała, ale z Komendą Główną, a nie z nami. My nic o tym nie wiedzieliśmy, bo maluczcy byliśmy. Niby z Komendy Stołecznej, ale jednak mali. I tu się ją zamykało, a zaraz się widziało, że ona dalej handluje i się śmieje nam w oczy.

Szczególnie ci policjanci, którzy pracowali w komendach rejonowych z Pragi Północ, mieli swoich informatorów. Te osoby zgodnie z papierami funkcjonowały jako tzw. osobowe źródła informacji - OZI i TW – tajni współpracownicy, którym się płaciło. Bo OZI się nie płaciło, oni mówili w celach społecznych.

Nazywali ją Maryśka. Wyglądała jak pomylona. Chodziła i żebrała. Ludzie dawali jej datki, no bo taka obdarta, biedna wariatka. Wołali „Maryśka, zaśpiewaj coś!” I ta kobiecina coś tam fałszowała, wydurniała się, podrygiwała. Jak już odszedłem z bazaru, to ją poznałem. Wcale nie była wariatką. Z tych bazarowych datków postawiła sobie piękną willę. Jak sobie tak policzyłem, miała miesięcznie minimum trzydzieści tysięcy! Bez podatku! Na czysto! Widzi pan, taka kobiecina, a też wiedziała „o co chodzi”.

Bardzo charakterystyczny był „Jaś-król”, który cały dzień kręcił się po bazarze w złotej koronie z tektury, zagadując do wszystkich. Jeśli ktoś był dla niego grzeczny, to OK. Jak kogoś nie polubił, to krzyczał, wyzywał i wyśmiewał. Jaś został ofiarą urzędu skarbowego, który strzelił mu domiar finansowy za rzekome nieujawnienie dochodu z handlu i warsztatu samochodowego. Zabrali mu wszystko i Jasio zwariował.

Na pierwszym roku mieszkaliśmy w akademiku po sześciu w pokoju i z otwartymi gębami słuchaliśmy opowieści: o spirytusie, jeansach, walucie i dalekich portach. Nikt nie poszedł do Szkoły Morskiej z miłości do morza, czy chęci przygód – tylko dla pieniędzy.

W Pewexie pół litra wódki kosztowało wtedy 50 centów. W Finlandii dostawałem 8 do 10 dolarów. Bardziej się opłacało wozić spirytus, kosztował wtedy 90 centów a płacili 20 dolarów. Ten alkohol wynosiliśmy ze statku i zasypywaliśmy w śniegu. Facet przyjeżdżał, dawał gotówkę do ręki i dostawał informacje gdzie kopać.

Pewnego dnia spotkałem w Warszawie, na bazarze, starego znajomego. Gdy się dowiedział, że pływam do Helsinek, to powiedział, gdzie mam iść i z kim rozmawiać.

Trafiłem, brałem całe komplety, wszystkie kolory. Czarnych wstążek do kwiatów w Finlandii nikt nie chciał, a tu szły na pogrzeby. I tak interes się kręcił w dwie strony. W ten sposób po kilku miesiącach zarobiłem na samochód. Mój wspólnik przestał narzekać, że latam samolotem z Warszawy do Gdańska.

Na każdym statku, tak jak na bazarze, istniały osoby, które pracowały dla milicji. To nie było tak, że mogłeś ze wszystkimi, o wszystkim rozmawiać. Dlatego mój wspólnik chciał mnie mieć u siebie w kabinie, bo dowiedział się, że ja jestem czysty człowiek. Bał się, że mu podeślą kogoś, kto kabluje, a wszyscy wiedzieli, gdzie są biznesowe linie. I na tych statkach im lepszy biznes, to tym więcej kapusiów instalowali. Razem robiliśmy interesy, on mnie wszystkiego wyuczył.

Potem przyszedł Singapur. Długa linia, tam pływałem tylko wtedy, gdy musiałem. Radia, aparaty fotograficzne, kasety – kosztowały grosze. Na Wyspach Kanaryjskich brałem cztery razy więcej. Płacili od ręki. Do Polski, na bazar, przywoziłem tylko kasety z muzyką. Z 40 centów na sztuce robiłem nawet 4 dolary. Pamiętam, jak pewnego razu miałem jakieś 1000 kaset, nie przyszło łatwo wynieść to z portu.

Jednak najlepsza, złota linia to był Hamburg, Rotterdam i Antwerpia. Woziłem złote monety, zwykle dwudziestodolarówki. W Polsce po wojnie, ludzie, którzy mieli pieniądze, bali się z nimi pokazać i kupowali złote monety. To lata 40. i 50. Wtedy złote dolary marynarze przywozili z Antwerpii do Polski. Kupowali je na Zachodzie i sprzedawali w Polsce. Niestety, trafiały się też monety fałszywe, były ze złota, ale już wiele mniej warte.

I teraz ja praktycznie te same monety woziłem z powrotem na Zachód. I myk polegał na tym, że ja zostałem dobrze przez tych Żydów z Antwerpii wyszkolony, by nie kupować tych fałszywych. Bo oni ich nie chcieli lub płacili za nie tyle, co za złom. Mówiłem ludziom, których znam, że szukam monet. Najwięcej mi dostarczył kelner, który pracował w Adrii. Ale potem kupowałem też bezpośrednio.

Te oryginalne, stare, zaczęły już nabierać wartości numizmatycznej. Ja w Polsce, za monetę w dobrym stanie, bo zniszczonych nie brałem wcale, płaciłem od 60 do 100 dolarów. Ja też nie chciałem oszukiwać, zwłaszcza, gdy sprzedawała mi to staruszka, co to chciała mieć na dwa kolejne miesiące życia. Mogłem kupić tę monetę od niej za 60 dolarów, ale jak moneta była naprawdę w dobrym stanie, to dawałem i 100 dolarów, nawet tym, co się nie znali. Często ludzie je trzymali na czarną godzinę. Przychodzili też tacy, co wiedzieli, że to ma wartość. Im należało dać tak ze 150 dolarów. Ale handlarz w Antwerpii dawał za każdą co najmniej 500. Podobno istniały takie rzadkie okazy, za które można było dostać nawet 200 tysięcy dolarów, ale ja takich nigdy nie miałem.

Z powrotem do Polski płynęły złote łańcuszki i złote zegarki. Robiłem złoty interes, dosłownie i w przenośni. Handlarze z bazaru kupowali łańcuszki cały rok, a sprzedawali tylko ten jeden miesiąc w roku, przed komuniami. A dlaczego zegarki? Nawet nie miałem dużego przebicia, może 100%. Zegarek stawał się wygodny, miałem dużo gotówki w Antwerpii i brałem taki zegarek na rękę, nic nie musiałem przemycać. Czy zegarki, czy łańcuszki, procedura stała się ta sama. Razem z żoną jechaliśmy na bazar bez towaru. Ona miała za zadanie coś kupić. Kurtkę, bluzkę, cokolwiek, nieważne. Chodziło o to, by się na Różycu trochę pokręcić. Gdyśmy tak chodzili po bazarze, to ja już wtedy byłem stary handlarz i przemytnik. Gdzieś przy budce mimochodem mówię „Pani Marysiu, jutro o 10, tam gdzie zwykle”. I to cały mój kontakt. Nawet jak ktoś by patrzył na mnie, to nie wiedział, że ja z tą osobą coś załatwiałem. My staliśmy przy budce, ludzie się kręcili, ja patrzyłem, że nikogo nie ma i tylko tyle mówiłem. Ona mówiła „w porządku”, żona coś od niej kupowała, oglądała. Ja mówię „Tego to nie kupuj” i szliśmy dalej. Chodziliśmy po bazarze jeszcze nawet godzinę i dopiero wychodziliśmy.

Na statku musiałem udawać głupiego, że jestem mały człowieczek i robię to samo co wszyscy. Czyli miałem swoje 50 par rękawic roboczych i woziłem je do Hamburga. U nas po 10 centów, tam brałeś dolara. Były naprawdę dobrej jakości. Z powrotem brałem parę jeansów, że niby te parę spodni tylko przewozisz. Nikomu nie mogłeś się pochwalić, że wozisz coś więcej, bo na ciebie doniesie, albo powie „Bierz mnie na wspólnika, albo Cię jutro podkabluję”. To się fajnie dziś opowiada, ale na statku panowały bandyckie układy.

Z tą mendownią stąd dało się żyć. Często bywało, że jak ktoś został już zakuty, to chłopaki biegli do mnie, ja brałem pół litra, kiełbasę, coś tam jeszcze… wszystko w ładną reklamówkę i niosłem im. Wszystko można załatwić, kiedy człowiekowi zależy.

Kiedyś miałem taki przypał – kupiłem od dziewczyny złoto. Sygnet, łańcuszki, jakieś duperele… I w tydzień potem siedzę sobie na bazarze, a tu słyszę „to on!”. Podnoszę głowę i nim zobaczyłem tę dziewczynę, to już zostałem skuty. Okazało się, że ona to złoto podprowadziła starym. Siedzę na komendzie, przesłuchanie. No, nie mam ruchu. Kazali mi czekać na korytarzu. Patrzę, a tu idzie jeden z tych z bazaru. „Za co cię zwinęli?” – pyta. Tłumaczę, co i jak. Poszedł, wraca i mówi tak. „Wiesz, »Łysy«, jest afera, bo ten sygnecik to jakiś rodowy, tatusia… Musisz go oddać. Oddasz i nie ma sprawy. Masz dwie godziny”. No to ja szybko w taryfę, bo cały ten blit dawno już ożeniłem. Wpadam do gościa, szybko mu kasę, on mi sygnecik i już jestem z powrotem. Jest dobrze. Protokół idzie do kosza. W tym momencie wchodzi jakiś pies. Patrzy tak na mnie i mruczy „Krótko ostrzyżony, krępy, nieogolony…” – i do tego, co mnie przesłuchiwał „Ty! Potrzebny ci ten klient? Pasowałby mi do napadu na Wileńskiej. Daj mi go – prosi – zamknąłbym sprawę i miał wynik”. Rozumiesz? Nieważne, ja czy nie ja. Gdybym ich nie znał, to już bym kiblował.

Po paru latach poszedłem na bazar, bo chciałem kupić żonie prezent na rocznicę ślubu i tak ją jakoś wyczułem, że chciałaby dostać złoty komplet. Poszedłem do znajomego jubilera i nagle słyszę pytanie od kogoś, czy „coś trzeba, panie Szefie”. Od takiego zupełnie obcego faceta. To mówię, że potrzeba, no ale trzeba się dogadać co do ceny. A on mówi, że się dogadamy, bo on wie, że tu pracowałem, on tu też pracował, tylko nigdy mu się jakoś w oczy nie rzuciłem.

I po cenie złomu kupiłem to złoto. Żadnego przestępstwa. Kupiłem wszystko legalnie.

Żeby zdobyć informację i mieć wyniki, to sprawy załatwiało się przez alkohol. I to ostro. Bo na przykład, żeby od kogoś wyciągnąć informację, to należało iść o 15., pod fajrant już, i pić prawie do rana. A następnego dnia do pracy. Więc żona miała prawo być niezadowolona i była, nawet bardzo, tym bardziej że w tym czasie jak zacząłem pracować na bazarze, urodziła mi się córka.

Jak córka się urodziła, to spóźniłem się do pracy, bo czekałem na informację. Kiedy przyjechałem w końcu, to wszyscy pytają mnie, co mam. Ja mówię, że córkę. I zaczęli mnie koledzy pocieszać (bo jak każdy młody facet chciałem mieć potomka) tak fajnie pocieszać, że „każdy pokraka zrobi chłopaka”, albo „u zucha jest pierwsza dziewucha”… I jakoś pod fajrant koledzy pytali, czy postawię. Ja tam parę butelek postawiłem, a pół bazaru chodziło pijane. Nie z moich butelek, tylko od tych, którzy handlowali. Byłem lubiany, informacja poszła lotem ptaka, że milicjantowi się urodziła córka, więc każdy przychodził, składał gratulacje i przynosił butelkę. Powiem, że wtedy w tym pomieszczeniu to mieliśmy setki butelek i to przeróżnych – cały przekrój świata. Tak jak teraz się idzie do sklepu typu Alkohole Świata, to tam tak wtedy wyglądało. Nie każdy przychodził z czystą wódką. Przynosili koniaki, brandy, różne rzeczy których nie można było kupić w sklepie. I jak ktoś przyniósł flaszkę, to zostawiał flaszkę, ale z drugiej musiał się napić. W końcu wróciłem do domu, bo tam teściowa czekała. Należało jeszcze wieczorem iść pod szpital i pomachać żonie, i następnego dnia jakoś wyglądać.

Wziąłem się za złoto. Głównie wisiorki, łańcuchy i pierścionki. To był handel wymienny; trzymało się towar w kieszeniach. Jak obcy pytał o złoto, mówiłem, że nie mam, bo nie wiadomo na kogo się trafi. W domu zrobili mi 3 rewizje, ale nic nie zabrali, bo miałem podkładkę. Na bazar przychodził klan Cyganów – 7 dziewczyn i dzieci. Co ukradli, znosili wujowi Cyganowi. On mi dawał dowód, a ja sobie spisywałem nazwisko od kogo niby kupiłem taką a taką rzecz. Jak się zdobyło dane, nie mogli zrobić sprawy za paserstwo. Przyjeżdżali tu też więksi kupcy; zbierało się dla nich towar. Ci, którzy mieli dolary, przynosili do mnie do sprzedania. Łańcuchy po 100-200 gramów najbardziej lubili złodzieje samochodów i Cyganie. Jak takiego łapały psy to on nie ma kasy. Dawał łańcuch, psy myślały, że to ma dużą wartość, że z dychę kosztowało, a to schodziło za 3-4 tysiące.

Na końcu „konikowej alei” odnaleźć można „złoty placyk”, czyli bazarowe centrum handlu złotem. Tutaj w kilku rządkach stoją żywe stragany – kobiety obwieszone złotem. Na każdym palcu u jednej i drugiej ręki po cztery, pięć pierścionków. Jak u jubilera, różne rozmiary, fasony i oczka różnokolorowe.

- Sygnecik dla pana… czy na paluszek dla narzeczonej? – zalotnie wypytuje jedna z nich. – A może łańcuszek jaki? Szyje handlujących tu pań tak samo jak palce ociekają złotem. To ich sklepowe wystawy. Od spodu kurtki, czy płaszcza, jest magazyn. Tam złota wisi jeszcze więcej. Nigdzie na całym bazarze nie ma tylu klientów, co tutaj. Najwięcej młodych par w towarzystwie teściowej. Kupują ślubne obrączki albo pierścionki zaręczynowe.

A zaraz obok „złotego placyka” rozlokowali się sprzedawcy kamieni szlachetnych. Na małych stolikach leżą luzem rubiny, turkusy i bursztyny. Nad nimi, na drewnianych rusztowaniach wiszą całe korale. Do wyboru, do koloru. Ruch tak samo duży, jak przy złocie.

Jedni mówili na tej zasadzie, że złodziejowi się coś odpuściło, a on potem coś nam opowiadał. Tak jest zresztą do tej pory. Niektórzy współpracowali, bo mieli kwity – zarabiali i mogli swój interes prowadzić w legalny sposób, a przy okazji pod tym płaszczykiem robić coś nielegalnego. Sporo osób współpracowało z nami po prostu dla świętego spokoju.

Druga sprawa – jak wyprawiano na przykład imieniny na bazarze, szło się do jakiegoś znajomego, który z nami współpracował, to tam przychodzili też i inni. Ludzie gadali i dużo wychodziło właśnie w ten sposób, pocztą pantoflową. I to nam bardzo pomagało.

Jak się szło do swojego informatora i porozmawiało trochę, to człowiek czasem musiał się specjalnie skropić alkoholem, żeby od niego śmierdziało, żeby sąsiad nic nie podejrzewał. Bo sąsiedzi patrzyli uważnie. Jak się wychodziło z którejś budy, to ta druga osoba już czekała, ciągnęła za rękę i stawiała gorzałę na stole, bo z tamtym się napiło, a z tym się nie napije? Ja wtedy też pozyskiwałem informacje, ludzie gadali czasem strasznie dużo. I ja wtedy się dowiadywałem przez zwyczajną zazdrość. Po prostu nadawali nieświadomie na siebie.

Gdzieś tam na przykład obrobili chałupę. Przywieźli na bazar kilkadziesiąt złotych monet, chcieli opylić i trafiali do naszego informatora. Jego też się zamykało, jako osobę kupującą. I nasz informator wychodził, a ten złodziej albo morderca już zostawał w areszcie i więzieniu. Bo do transakcji nie doszło – ten nasz nic nie kupił, więc go nie zatrzymywano na długo.

Nie można powiedzieć, że wszyscy z nami współpracowali, ale wielu ludzi, którzy mieli tam stałe miejsce zatrudnienia, chciało mieć spokój. Na przykład, funkcjonowała tam starsza, prawie dziewięćdziesięcioletnia kobieta, która handlowała czekoladą i czekoladopodobnymi rzeczami. Ta pani od czekolady bardzo ciekawe informacje nam przekazywała. Nikt by się nawet nie spodziewał. My nawet nie wnikaliśmy, skąd ona to wszystko wie. To była stara prażanka z dziada pradziada i może mówiła to z sentymentu, bo jej mąż był przed wojną granatowym policjantem. Jak wiedzieliśmy, że będzie akcja na słodycze, to szło się do tej babeczki i mówiło „Pani Krysiu, pani przyjdzie dzisiaj później do pracy” albo „Pani dzisiaj nie przychodzi, zrobi sobie wolne”. Ona nie musiała o nic pytać. Była charakterna, że nie poleciała i nie rozpowiedziała, że jutro będzie robiona akcja. Wiedziała, że mamy układ. Chroniło się swoich informatorów. To może wydawać się dziwne, to nie jest szlachetne, ale życie to jest jeden wielki kompromis.

Mieliśmy osoby zaufane i doświadczone, które skupywały złoto. Jubilerzy mieli legalne sklepy jubilerskie i oni po prostu czasem czuli, że towar jest gorący, i przekazywali nam informacje – że przyszedł klient i jak wygląda, że jest umówiony na spotkanie w celu dogadania ceny. I szło się do tego jubilera.

Na Targowej przy ulicy Wójcika, (obecnie Kłopotowskiego), na rogu funkcjonowała restauracja „Wisła”. Nie mordownia, ale lokal, w którym można usiąść, zjeść, wypić i nie trzeba się o żuli ocierać. I któregoś razu siedzieliśmy sobie po pracy z kolegą. Jedliśmy coś, piliśmy wódeczkę i podeszło do nas dwóch bandziorów. Poznali nas – kiedyś musieliśmy ich za coś zamykać, chociaż nie pamiętam, czy to ja ich zamykałem, czy kolega. Oni chcieli, żebyśmy wyszli z nimi na zaplecze do bramy i tam wyjaśnili sobie pewne sprawy. Staliśmy na przegranej pozycji, nawet posturą to byliśmy jak Flip i Flap. No ale morda nie szklanka, się nie zbije, najwyżej zostanie obita, a siniaki kiedyś zejdą. My, jako psy, nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby nas szargali przy ludziach i wyzywali.

Wychodziliśmy już z nimi na zaplecze, kiedy nagle zjawiło się czterech panów. Powiedzieli do nas, żebyśmy poczekali, oni załatwią tę sprawę. Wróciliśmy więc do stolika i po kwadransie przyszedł do nas jeden z tej czwórki aniołów stróżów i powiedział „Przepraszamy bardzo, możecie sobie panowie dalej spożywać”. Przeprosili, że w ogóle taka sytuacja miała miejsce. My nawet nie wnikaliśmy w szczegóły, o co chodziło, mogliśmy się jedynie domyślać, że ktoś za nas załatwił sprawę. Te cztery osoby były nam zupełnie nieznane. Jak się później okazało, tamtych dwóch zostało pobitych na zapleczu, wpierdziel dostali od tej czwórki, a tych czterech to świeży ludzie, którzy właśnie wchodzili w benkiel. Dostali zlecenie od szefa, który siedział w tym samym lokalu i po prostu widział sytuację. Po dwóch czy po trzech dniach dopiero spotkaliśmy się z tym szefem na ubitej ziemi – na Bazarze, w walce o to, kto kogo przechytrzy, i on mówi tak „A pamięta Pan trzy dni temu sytuację z »Wisełki«?” A ja mówię, że tak. „A komu macie zawdzięczać, że nie dostaliście po ryju?” I tak się wydało, kto nam pomógł.

Nie ukrywam, że w tym rejonie, w którym teraz mieszkam, kilka osób też mieszkało. Przeglądając ich kartoteki się o tym dowiadywałem, znałem nawet ich adresy. I nastąpiła taka sytuacja, że żona do domu wracała, a ja byłem w pracy. To podszedł do niej mężczyzna i pytał „Może pani pomóc”. Żona, z racji tego, że pracowałem gdzie pracowałem, została raczej nieufna, ale on mówi, że zna męża, bo my na bazarze razem pracowaliśmy. I żona dała te siatki, on zaniósł do klatki, żona poprosiła, żeby już dalej nie odprowadzał. I okazało się, że owszem, pracowaliśmy razem, ale po przeciwnych stronach barykady.

Grupa Bazarowa zaczęła działać przed świętami Bożego Narodzenia… i nagle wchodzą panie, panowie z bazaru, zostawiają jakieś torby, teczki. Myśmy dopiero zaczęli się tam orientować. Ta grupa lokalna policji patrzy się na nas i na tych ludzi. Jest jakieś bardzo dziwne zamieszanie. Ja kazałem im wszystkim wyjść, ale jak wyszli, to zostały te wszystkie teczki i te paczki… co się okazuje: to były paczki od kupców dla policjantów… świąteczne paczki. Ja jeszcze takiej paczki nie widziałem. Nie wiem, czy teraz mógłbym sobie pozwolić na zakup takiego alkoholu, żywności, a co dopiero w tamtym okresie.
Pięciu ludzi znało środowisko, ale przez to, że funkcjonowali tam od lat, (np. „Dzieciak” siedział tam kilkanaście lat), to bazar ich po prostu „zjadł”. Łapali tylko leszczy. Stosunki między nami nie należały do dobrych. Staraliśmy się sobie nie wchodzić w drogę. Z początku oni nas po prostu olewali. Szybko jednak poszła fama, bo ten się „umoczył”, tamten się „umoczył” i panowało wkurwienie. No bo jeżeli ja „koszę” jakiegoś Bolka, a wczoraj on sobie z nim za pan brat rozmawiał, no to jasne, że czuł się wkurwiony. Nadawali takie teksty, żeby tego czy tamtego nie ruszać. Uzasadnienia zgłaszali różne, np. że to jest ich „ucho”.
Generalnie ta grupa specjalna to stało się jedno wielkie skurwysyństwo. Wkurzało to wszystkich. Tu masz realną robotę, jakaś dziesiona (w slangu oznacza paragraf za napad z rabunkiem), poważny włam, a musisz to zostawić i łapać stare babcie z ptasim mleczkiem. No bo jasne, że tych od hurtu namierzyć nie sposób. Byli cwani. Mieli układy. Ale to nawet nie chodziło o układy. Jak robiliśmy wielki nalot, w trzydziestu chłopa, a przecież to okres, kiedy nie trwały manifestacje, to, kurwa, każdy wiedział, że to milicja idzie na akcję. I wszyscy spierdalali. Oni zresztą mieli wystawione czujki już w połowie Targowej. Idziemy, a tu gwizd i wszyscy chodu! Kto zostawał? No, te babcie, co nie miały siły uciekać! Te naloty przypominały mi sceny z filmów o akcjach gestapo. I tak to wyglądało. Czy się komuś to podobało czy nie, musieliśmy to robić. Każdy z nas musiał iluś tam ludków zgarnąć. Starałem się chociaż oszczędzać emerytów. Jak weszły „tryby” (postępowanie w trybie uproszczonym), to zatrzymywaliśmy po kilkanaście osób dziennie.
Od razu mi powiedziano, że idę do specjalnej grupy bazarowej na cztery miesiące. Dłużej nie miało sensu. Bo jak się człowiek trochę pokręcił, to wszyscy go znali i nic nie mógł zwojować. Miałem taki modny wówczas kapelusik w kratkę. To po tym kapelusiku mnie rozpoznawali. Zresztą znali nas wszystkich. Na jednym domu na Brzeskiej zostały wymalowane białą farbą, (wielkimi literami, żeby nie zapomnieli), numery rejestracyjne wszystkich naszych tajnych radiowozów. W sumie to nie miało znaczenia, czy podjeżdżamy cywilnym autem, czy oznakowanym radiowozem, czy w mundurach, czy po cywilnemu – i tak zastawaliśmy tylko puste krzesła i porzucony towar. No i te babcie, co chodziły za wolno, żeby dać nogę.
Francuzi ze swoją telewizją do nas przyjechali… później nam powiedzieli, żebyśmy im pokazali nasze tajne pomieszczenia. Ja im mówię, że to nie jest żadne tajne… Najpierw nam powiedzieli „Jesteście doskonale zakonspirowani”, bo oni myśleli, że połamane trzy biurka, szafa pancerna (jedna, co była solidna), podłoga połupana, ściany brudne, jeden świetlik…, że to wszystko zostało zrobione specjalnie, żeby złodziei zmylić. Ja temu Francuzowi dwa razy mówiłem „Nie, to jest nasze standardowe wyposażenie”… i telefon, z którego nie zawsze można się połączyć z dyżurnym… to oni powiedzieli, że nie mogą tak tego pokazać, bo im nikt nie uwierzy. Wie pan, jak się później zastanawiałem, to coś w tym było. Złodzieje chyba nie wierzyli w to, że tam mogą dobrzy milicjanci pracować.
Dziupla to zwykle pomieszczenie, odrapane, brudne, śmierdzące, ze starym, rozwalającym się biurkiem, odrapanymi, brudnymi krzesłami i ze zwykłym telefonem. Tam doprowadzono zatrzymaną osobę w oczekiwaniu na „sukę”. Nawet złapani na gorącym uczynku nie przyznawali się do winy i krzyczeli: „To nie moja ręka, czego ode mnie chcecie….”.
Handlarze wybijali w „dziupli” szyby i wypisywali na ścianach obelgi. Chcieli tę budkę spalić, ale nie mogli, bo budka przezornie stała w szeregu innych straganów i miejscowi bali się, że przy okazji spalą siebie.

Oprócz nas w tym czasie na bazarze funkcjonowała tzw. grupa PG (przestępstwa gospodarcze), z komendy stołecznej, która zajmowała się sprawami gospodarczymi. My zajmowaliśmy się sprawami kryminalnymi. Od rozbojów po kieszonkowców. Zajmowaliśmy się kradzieżami różnego rodzaju, oszustwami, ale wiadomo, że jak coś wyszło z handlu, to nie można tego odpuścić.

Mieliśmy pomieszczenie na bazarze, tzw. „dziuplę”. W tej „dziupli”, która została usytuowana przy wyjściu na Brzeską, siedzieliśmy właśnie my, czyli policjanci kryminalni. To pomieszczenie użyczaliśmy czasem kolegom z PG, kiedy oni przychodzili na akcję – jeżeli kogoś z towarem nielegalnym zatrzymali, to w tym pomieszczeniu mogli przysiąść, żeby sporządzić dokumentację. To pomieszczenie składało się z dwóch małych pokoików… a pokoiki miały dwa metry na dwa może. Trochę jak buda na bazarze. To stało zresztą w ciągu sklepów. Obok stał warzywniak i coś z gospodarstwem domowym. Myślę, że nikt obcy nie wiedział nawet, że tam jest milicja. Można to było nawet traktować jak kibel. Bywało śmiesznie bo wiemy, że czasem ludzie zostawali podpuszczani, przez benklarzy. Jak ktoś szukał kibla, to mówili im „wejdź tam, kibel, tam jest”. I nagle zdziwienie, bo tam jacyś ludzie po cywilnemu siedzą i piszą, ewentualnie dwóch mundurowych z jakąś osobą i rzeczy wyłożone na stole. I słyszymy „Och, przepraszam, myślałem, że to kibel”.

Wyglądało to trochę tak, jakby przyszedł jakiś nakaz z góry, żeby powołać taką grupę. I powołano ją, choć wielu ludziom było to nie na rękę. Tylko tak mogę wytłumaczyć fakt, że do naszej grupy powołano samych niedoświadczonych funkcjonariuszy. Liczono, że nic tam nie wskóramy, że do niczego nie dojdziemy. I tak to początkowo wyglądało. Nie mieliśmy pojęcia, jak bazar funkcjonuje.

Miałem wtedy 23 lata, ale ludzie przychodzili przeróżni. Niektórzy mieli po 45, nawet 50 lat, tuż przed emeryturą.

Zostałem oddelegowany wraz z ośmioma ludźmi i samochodem. Dwóch starszych milicjantów wywodziło się z Cyryla, to oni najlepiej znali środowisko.

Gdy powołano specjalną grupę, pracowałem w dochodzeniówce. Miałem dwadzieścia sześć lat, ale w milicji pracowałem dopiero rok.
To było gdzieś w 86. roku. Pracowałem w komisariacie na Pradze-Północ. Miałem 21 lat, byłem młodym, niedoświadczonym milicjantem. We wrześniu wezwał mnie do siebie komendant i poinformował, że zostałem powołany do tworzonej właśnie specjalnej grupy milicyjnej.
W latach osiemdziesiątych, zaczęło powstawać na bazarze prawdziwe zagłębie handlowe. Coraz lepiej zorganizowane. Coraz większy hurt, coraz większa kasa. Żeby nie mówiono, że nic się z tym nie robi, wprowadzono specjalną grupę antyspekulacyjną.
W maju 1989 r. ks. Prymas Józef Glemp wezwał mnie do siebie i powiedział „W Lubochni pracujesz 11 lat, wystarczy… Trzeba Cię przenieść. Mam parafię, która właściwie obumiera i trzeba ją ożywić. Tu na Pradze, parafia św. Floriana. To jest taka trudna parafia. Jest tam ta słynna Brzeska, Stalowa, Ząbkowska. O bazarze to pewnie słyszałeś?! Ale ty uprawiałeś boks, to się chyba nie będziesz bał”. Na pierwszą kolędę na Brzeską poszło dwóch wikariuszy. Jak stamtąd wrócili, to mówią do mnie „Proboszczu, więcej tam nie pójdziemy”. I gdy doczekaliśmy następnego roku, to stwierdziłem, że ja będę chodził na Brzeską. Podzieliłem sobie parafię na połowę. Jedna strona Targowej – jednego roku, a druga strona – w kolejnym. Chciałem, żeby księża wolniej chodzili po kolędzie, ale ją porządnie przeprowadzili. Bywało tak, że wikariusze obeszli wszystko, a ja jeszcze nie skończyłem Brzeskiej, choć tam było tylko ze 20 numerów. Chodziłem od rana, bo zwykle po kolędzie chodzi się od 16.00, ale na Brzeskiej nie trzeba się kierować tym, że mieszkańcy pracują. Ja też odczuwałem lęk, gdy wchodziłem po zmierzchu na jakąś odrapaną klatkę schodową. Żarówki zostały powykręcane, a napisy obiecywały różne rzeczy, które mogą się zdarzyć. Nie wiadomo, gdzie stanąć, żeby w dziurę jakąś nie wpaść. Widząc jednak u większości biedę materialną, a przede wszystkim moralną – to mnie porywało. Mam taki temperament, że przeszkody mnie uaktywniają. Oczywiście, nie można błogosławić czegoś, co jest moralnie złe, ale rozmawiać zawsze można. Czasem taka rozmowa kończyła się modlitwą. Starałem się, by nie okazywać żadnego obrzydzenia, żadnej złości, bo dostrzegłem u tych ludzi prostotę i szczerość. Oni byli świadomi zła, które czynili. Dopiero po tylu latach, dzięki Brzeskiej zrozumiałem, dlaczego Pan Jezus był otaczany w Palestynie przez grzeszników, prostytutki i mówił, że oni też mogą wejść do Królestwa Niebieskiego. Gdy wchodziłem do jakiegoś mieszkania - speluny, to starałem się zawsze witać mieszkańców uśmiechem, mimo że ja się naprawdę brzydzę złem moralnym, pijaństwem, cudzołóstwem. Ale tam było inaczej. Gdy pytałem tych ludzi, czy są małżeństwem, to oni szczerze odpowiadali „Nie księżulku….”. „Ale wy przecież cudzołożycie ze sobą” – mówiłem. „Tak, księżulku, cudzołożymy”. A gdybym wszedł do bloku inteligenckiego, gdzie są bardzo przyzwoici ludzie, pachnący, modnie ubrani – to od razu by wystąpiła złość i pytanie, co to księdza obchodzi. I to jest ta różnica. Miały miejsce takie historie, że mi mówili, „Proszę księdza, niech tam ksiądz nie puka, bo on tam księdza zwymyśla, nie warto”. Ale ja ryzykowałem…. Pukam i słyszę z tamtej strony drzwi wyzwiska. Mieszkaniec nie wiedział, kto puka, a już klął, wyzywał. W końcu otworzył, zobaczył księdza. Wchodziłem, rozmawiałem. Mieszkał tam samotnik, leżał w barłogu, żadnego mebla, wokół nic. Podstawił jakiś połamany stołek, na którym się zresztą przewróciłem. Poprosiłem, może się pomodlimy, klękniemy. Coś tam mamrotał, coś tam sobie przypominał z tego „Ojcze Nasz”. A potem się rozpłakał. Ale tak płakał i bez mojego pytania przyznawał się do wszystkich świństw, które popełnił w swoim życiu, kradzieży, zbrodni. Siedziałem tam chyba ze dwie godziny, a sąsiadki truchlały, czy on mi czegoś złego nie zrobił. I to trwało takie piękne i dobre na Brzeskiej. Następowały też inne sytuacje. Wchodzę, czterech mężczyzn i kobieta. Zaczynam rozmowę i widzę, że czują się niewyraźnie, nie wiedzą co robić. W końcu ktoś z nich mówi „Hanka, daj no tam po kielichu. Księżulku, może po jednym?”. Więc ja mówię, że nie mogę pić, bo jakbym tak u każdego wypił, to by mnie w końcu musieli odnieść na plebanię. „A czy my możemy?”. Trudno im powiedzieć, że nie. Wtedy ponalewali sobie, ich czterech, ona piąta, a przede mną też postawili kieliszek. Polali raz, drugi. Wypili sobie duszkiem, szybko. Rozmowa potoczyła się już lepiej, bo jak taki przepity człowiek wypije trochę alkoholu, to jest żwawszy. Ale widzę, że cały czas patrzą na ten mój kieliszek, a jeden drugiego stuka, „No powiedz, no powiedz, mów”. Wtedy pytam się, o co chodzi. „Księżulku, księżulek nie pije, a czy my możemy?”. Zgodziłem się i wtedy wzięli ten kieliszek… każdy po trochu upił i wszyscy podzielili się solidarnie tym jednym kieliszeczkiem. Czy to nie jest piękne? Potem już tak bywało, że poza czasem kolędowym – w wolnych chwilach – chodziłem na Brzeską. Rozmawiałem z ludźmi, przestawałem w bramach. Powstała wtedy myśl, żeby proponować mieszkańcom inne radości. Odbywały się zatem na Brzeskiej: wigilie, biegi, śpiewy, tańce, majówki, Różaniec, Drogi Krzyżowe.

 

Służyłem z nim w wojsku, potem wiedziałem, że poszedł do milicji. I nagle spotykam go na bazarze. On tak sobie stoi, przed nim jakaś kobieta. Mówię cześć! Cześć Marek! A on, cześć Boguś! Cześć! Mówię, Marek co ty tu robisz? A on tak dyskretnie pokazuje, że obstawia żonę, żeby nie miała kłopotów, bo sprzedaje skóry i kożuchy z Turcji. Na cywila ubezpieczał ją, żeby ktoś jej nie ukradł towaru. Bał się, bo ona sprzedawała z ręki.

 

Pamiętam, że funkcjonował na bazarze taki jeden gościu, co chciał wszystkich porozstawiać. Już pozostawał na emeryturze. Ale chciał nimi dalej rządzić. Jak to oficer. A to nie były typy, które dawały sobą rządzić. To mu drzwi w budzie podpalili, to mu towar ukradli. A jak zaczął przychodzić do nas na Cyryla na skargi, to raz go trochę poszarpali, drugi raz już nie trochę… a uspokoił się dopiero wtedy, jak stracił oko. Tak tam się działo.

Uderzyło mnie to, że na bazarze handlowało wiele żon milicjantów. Nie wiem, jak to robili: Czy oni te żony poznawali w trakcie służby i potem się żenili, czy załatwiali im te budy dzięki temu, że pracowali w milicji. W każdym razie jak potem odchodzili z pracy, to często szli na bazar i sami handlowali.

 

Przez dwa lata po zakończeniu pracy unikałem bazaru. A jak się już jechało do kolegów, to czułem na sobie wzrok osób, które się pewnie zastanawiały, po co tam przyszedłem. Prawdopodobnie po jakąś kasę, żeby sobie dorobić. Dlatego skończyłem jako średni policjant na zasadzie „niczego się nie dorobiłem”, mieszkam w bloku, a nie willi, skończyłem w korpusie aspirantów, a nie jestem pułkownikiem. Znam byłych funkcjonariuszy, którzy mają piękne wille i przez to, że pracowali na bazarze, dorobili się kontaktów, które potem wykorzystali po zwolnieniu z Firmy. Po szybkim odejściu na emeryturę zajmowali się handlem. I mieli z tego kokosy.

 

Wyrywali torby. Zabierali towar. A co zabrali, nieśli pod komis. Na środku bazaru stał duży, murowany budynek – komis. A przed komisem handlowały trzy duże blondyny. Brały od nich wszystko. Tak że zbyt mieli na miejscu. Podchodzili do kogoś i gadka „O, a co to za buty masz? Eee, kiepskie! Ale zegar dobry masz. Dawaj”. I człowiek już zegara nie ma. Jakby się bronił, to by mu z ręką ucięli. Ludzie zaczęli się bać, zaczęli odchodzić z bazaru. Raz widzę – idzie ich sześciu. Środkiem. Lato, słońce. Zupełnie jakbyś oglądał „W samo południe”. A kumpel obok szepce „Uciekaj. Słyszałem, jak gadali, że dzisiaj walą tego w czapce”. Rozglądam się, a ja jeden jestem w czapce. Niedobrze. Ale oni tylko mnie minęli i zaraz skręcili w następną alejkę. Widać tam też stał ktoś w czapce. Nie minęła minuta i słyszymy krzyk. Dostał taką metalową sztabą, na którą zamykało się budę. Nie wiem, czy przeżył.

 

Nastąpił czas, że Brzeska stanowiła jeden wielki ruski hotel. Ale te młode szczawie stąd, te leszcze, rozwaliły ten biznes. Zaczęły robić Ruskim nocne wjazdy. W czterech, sześciu… Wpierdol, kasa i dobranoc. Zero ryzyka. Ruscy bali się chodzić na policję. No to chłopaki zaczęli ich rąbać na ulicy. W biały dzień. Po co czekać do wieczora? Wracają z utargiem z bazaru, a oni już czekają. Prosta robota. Baby to kasa zawsze w biustonoszu, a faceci w torebkach zawieszonych na szyi. No i jak zaczęli ich rąbać, to ci Ruscy stąd pouciekali.

 

Jest ścisk, w pewnym momencie ludzie się rozstępują, jakieś śmiechy, jakiś krzyk, jakiś płacz, jakiś lament, ktoś z kimś rozmawia, ktoś krzyczy, karetka, pogotowie, podchodzę, patrzę, stoi facet – rozbity nos, krew się leje, nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo od kogo, nie wiadomo za co.

 

Nastąpił czas, kiedy Różyc zaczynał się kończyć. Rozpanoszyło się wówczas młode bandziorstwo. Nikogo nie szanowali. Codziennie gdzieś lała się krew. Codziennie było słychać krzyki: „Ratunku! Biją!”. Głównie rabowali Ruskich.

 

Zasady. Jedna jest zasada – jak przekręcić. Jedni drugich przekręcają. Nie ma tam żadnych zasad, żadnej moralności, zepsucie totalne, w 95% to są psychopaci, którzy nie odczuwają empatii. Jak wyglądała historia z „Dziadem” z Ząbek. Przecież jemu syna porwali. To zrobili znajomi. To wszystko są koledzy, oni wódkę piją po knajpach. No, ale jak widzą, że „Dziad” uzbierał pół bańki, to dlaczego mu tego nie odebrać. Przecież nie pójdzie na policję, bo sam jest przestępcą. Najchętniej sami siebie okradają. Albo takich, którzy sami są złodziejami, albo robią jakieś przekręty. Jeśli oni wiedzą, że taki gość ma kasę i zajmuje się jakimś nielegalnym biznesem, to zabierają mu pieniądze. Wywiozą do lasu, powieszą nad ogniskiem, odda wszystko. A na policję przecież nie pójdzie, bo go zapytają, skąd to miał i pójdzie siedzieć i ani pieniędzy, ani wolności.

 

Istniały zasady, których się nie łamało. Wiadomo, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Teraz to wszystko zrobiło się szare.

Wtedy należało być człowiekiem dla człowieka. Trzeba traktować ludzi z szacunkiem. Każdy chciał zarobić. Ale tak jak mówię, jeśli obowiązywała umowa, że nie będą robić pewnych rzeczy na bazarze, to nie robili. Kiedyś jak się dało słowo, to się go przestrzegało.

Zauważyłem jednak, że z każdym rokiem działo się coraz gorzej. Ludzie kiedyś nie stawali się tacy zawistni: mieli swój kodeks i rządziły zasady, których nie nadużywali. Potem nie było zasad, a wolna amerykanka. Jeden na drugiego donosił, kogoś podpierdalał za głupie pięć złotych. Dlatego, żeby o mnie mówili dobrze, a nie o koledze. Kiedyś tego nie robiono. Teraz przestępca nie ma szacunku dla policjanta, ani policjant dla przestępcy. To, co mi kiedyś jeden z ludzi z drugiej strony barykady powiedział, że ja mam swój zawód, on ma swój i który jest lepszy, ma punkt. To skończyło się. Chyba wtedy, kiedy zaczęły działać zorganizowane grupy przestępcze – pruszkowska, wołomińska. Nie powiem – oni jeszcze mieli na początku jakieś zasady. Te grupy też miały jakiś kodeks. Unikały kontaktu z policją, żeby nie skrzywdzić policjanta, jak następowały porachunki, to robili tak, żeby policja nie brała w tym udziału i przede wszystkim, żeby przypadkowi ludzie nie ucierpieli. Teraz nie ma zasad, są tylko młodzi gniewni, dla których nic się nie liczy.

 

Bazar miał swoje prawa. Jasne, że funkcjonowali konfidenci, współpracownicy. Nie chcę o tym opowiadać. Nawet po latach można skrzywdzić człowieka. A często pod murem stali ludzie, osaczeni, nie mieli żadnego wyboru. Funkcjonowali też i normalni kapusie. Ale było też dużo ludzi honornych. Nigdy nie kablowali. Niejeden patrzył mi prosto w oczy i mówił „Wiem, że możecie zrobić mi krzywdę, że możecie mnie zgnoić, ale nigdy nie będę kablem!”. Mieli swój honor. I ci zasłużyli u nas na szacunek. Potrafili odbić kumpla. Zwijamy kogoś z bazaru, a tu trach, zadyma. Jakaś baba rzuca się na jednego z nas, ktoś tam kogoś pcha, jakiś tłok, któremuś zrywają czapkę, ktoś zalicza w pysk i nagle patrzymy, a klienta nie ma. Nikogo nie ma. Tylko my stoimy. Potrafili ukraść milicjantowi legitymację albo broń i potem następowały ciche negocjacje. „Dobra, oddamy, a wy oddajcie nam kumpla. Siedzi u was na dołku”. Oni traktowali bazar jako swój teren. Tu trzymali się razem.

Sam wychowałem się w takim środowisku. Wychowali mnie kumple, złodzieje, bandyci. Oni mieli swój honor. Umiem grypsować, mówić na rękach… Rozumiałem bazar. I potrafię szanować kogoś z tamtej strony barykady, o ile jest wart szacunku.

Jak wyszedłem z więzienia, to żona została już pochowana. Na pogrzebie nie byłem. Nie wypuścili. Skąd! Zaraz jak wyszedłem, pojechałem, bo leżała na Wólce Węglowej. Poszedłem do kancelarii, podałem tylko nazwisko. Wyciągnęli kartotekę: Przyjemska Stanisława, w tej alejce, numer alejki, wytłumaczyła mnie taka fajna kobita.
– Tu przy samym rogu leży.

– Bo to moja żona leży.

Na kartce mi napisała. Poszedłem. Grób został obłożony darniną. Zmarła w osiemdziesiątym roku, w maju. W Dębicy siedzieliśmy. Jak wyszłem, to już tam wcale do naszego mieszkania nie pojechałem, bo moja żona miała dwie siostry. Jedna to była nawet bliźniaczka, tylko że nie bardzo podobna. Ale wychodziły z jednego łona i tam różnicy było tylko o godzinę czy półtorej. Jeszcze w wózku takim szerokim razem jeździły. Druga siostra była młodsza. To były ciocie Doroty, czyli mojej córki. I ciocie tak ją nakręciły, że ją do jehowych wciągły. Moja żona też była w jehowych, ją też skręcili. I dlatego tak się stało. A później to nawet dzieciak, córeczka, za matką poszła. A ja nie chciałem być jehowy. I nikt mnie nie skaptował. Przychodzili, na siłę chcieli. Ja mówię

– Dobra, wyjdźcie stąd.

I ciotki później napuszczały na mnie obcych, młodych chłopaków, starsze kobiety też.

– Ja wiarą nie handluję! W katedrze jestem ochrzczony i nie idę na żadne ugody, dajcie mi spokój i nie przychodźcie tu!

Później się wyprowadziłem i róbcie sobie, co chcecie, ciocie.

– My ją lepiej wychowamy, jak ty byś ją wychował.

– No jasne, bo już ona jest wychowana. Do kościoła nie chodzi, nie modli się. Jakie to wychowanie? Gdzie ty chodzisz?

– A my mamy zbory.

– Gdzie ten zbór jest?

Gdzieś w mieszkaniach mają zbór, chrzczą się, jak są dorosłe, w wannie albo w jeziorku.

– Kurwa, mówię, pogłupieli. – Mnie aż głowa od tego bolała.

– Człowieku – mówię do żony jeszcze – bo ja osiwieję; rób jak uważasz, przecież jesteś dorosła, ale ode mnie się odczep, bo ja na taki układ nie pójdę. Żebym cię najwięcej kochał, najwięcej szanował, na to nie pójdę w życiu.

– Ty uparty jesteś jak muł egipski. Można pod tobą ogień palić, a ty będziesz stał.

– A mnie tak dobrze jest.

Chodziła jeszcze po mieszkaniach. Nie kłóciliśmy się już, bo widziałem, że za daleko to zaszło. Oddana jest duszą i sercem tej wierze. Ale nieraz w dobrej rozmowie, w komitywie, tak jeszcze mówię.

– No dobra, Stasia, co ty z tego masz? Chodzisz po mieszkaniach, a jak cię kiedyś trzasną w nos albo cię zgwałcą?

– A, to mnie prowadzi Jehowa. – Ona nigdy nie mówiła Bóg, tylko Jehowa, Jahwe.

To samo, co Bóg.

– No dobra, ale po co ty chodzisz po mieszkaniach i innych kaptujesz?

 Żeby wiarę rozszerzać, bo Jahwe kazał głosić prawdę.

– To u nas kościół nie mówi prawdy?

– Kościół jest zakłamany.

– Dobra, już nie mów.

– Bo Jahwe nie chce żadnych kościołów, budowli, upiększeń, obrazów.

– A ile ci płacą za głowę? Tak darmo chodzisz?

– Tak, bo prawdę głoszę.

Nie mogłem ich rozgryźć tych wariatów.

– Przecież ty swoje lata masz i żeby one tak tobą kołowały?

Żona miała 39 lat, jak umarła. Młodsza była ode mnie, ale jak została jehową, to jakoś łączność straciliśmy, też ją poznać nie mogłem. Później był rak. I musiała już umrzeć, nie było żadnej pomocy, nie było żadnego Boże daruj!

Jeszcze na początku choroby ja byłem na wolności, to razem byliśmy w szpitalu na Grenadierów. Na badaniach już była, miała wyniki, teraz miała iść na wypalanie pod bombę kobaltową. I myślałem, że ona podda się tym naświetleniom. Przecież miała raka szyjki macicy. Raka na narzędziach kobiecych. To ona uciekła od razu ze szpitala. Wcale nie chciała tego i mnie tak mówi.

– A ty słyszałeś, z kobietami co się robi? Jak to ruszą, to jeszcze gorzej atakuje rak i wychodzi z tego po całej macicy, i nawet z wątroby i z pęcherza czarna mazia wychodzi, jak to ruszą. Bo rak atakuje, jak się go ruszy. Nie słyszałeś, jak operacyjnie nożem go ruszą, to też przerzuty są!

A ja mówię.

– A do Jahwe idziesz się modlić?

– Tak, bo będę wiecznie żyła.

Ona na to liczyła, że w drugiej erze czy w jakimś drugim świecie będzie żyła. Takie im wpoili bzdury. Ja mówię.

– Przecież u nas ksiądz mówi: z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.

– A co tam, nie gadaj!

I tak to było. I umarła. Wzięłem swoje rzeczy i przeprowadziłem się do matki. Niech tam sobie mieszkają ciocie. Tak popatrzyłem na to, pomyślałem, szkoda mnie było trochę dzieciaka, ale co zrobić? Ja się do tego ich zboru nie nadaję. I jeszcze tłumaczyłem.

– Chodź wyjdziemy, przejdziem się nad jeziorko, chodź do zoo, porozmawiamy. Nieraz wyszła, a nieraz nie chciała. A ja już czułem, że ją ciocie kręcą. Że już ma pranie mózgu. A jeszcze chciałem ją uratować.

– Po co ci to? Przecież ty masz wszystko, jesteś chrzczona w katedrze św. Jana, zobacz dziewczyno, czego ty jeszcze szukasz, jakiej ty wiary szukasz? Przez dziada pradziada – mówię – wszyscy mieli tę wiarę, a ty idziesz na jakąś jehowę? Co to jest? Wytłumacz mnie, co to w ogóle jest?

– Ja jeszcze nie wiem, bo ja jeszcze za mało znam się na tym, ale mnie to się podoba, ja tego słucham i chcę słuchać.

– A są tam jacyś braciszkowie, jacyś starsi, jakieś kaznodzieje są, którzy coś uczą się tego fachu, rzemiosła… ?

– No, jasne – mówi – uczą się, mają książki, czytają, pytają, odpowiadają. I ja tego słucham.

Aha, jak ty tak chcesz, to już ciebie nie wyprostuję. Tak se sam myślę, ale nie odzywam się. No bo już widzę, że to nie ma sensu. Już jej się to spodobało, zapaliła się, że będzie święta Magdalena, czy jakaś święta Joanna od Aniołów, czy nie wiem tam kto.

 

Kiedy zginął ksiądz Jerzy Popiełuszko, wszystkie firmy składały w kościele u świętego Stanisława Kostki wieńce. A ja mówię.

– A my co jesteśmy gorsza firma? – Wzięłam kapelusz słomkowy, poszłam po bazarze. Mówię.

– Dajcie po parę groszy, my też złożymy wieniec ks. Jerzemu. – I nazbierałam dużo pieniędzy. Ludzie naprawdę są ofiarni. Przyszłam do jednej z budek, wysypałam na stolik kupę pieniędzy. Koleżanki pomagały mi liczyć, już nie pamiętam ile było, ale dużo. Zrobiliśmy piękny biało-czerwony z goździków wieniec w rodzaj serca. Zapytałam czy jest chętny ktoś, aby złożyć wieniec, nie było, musiałam ja to zrobić. Ktoś nam zawiózł, nie pamiętam już kto, bo ten wieniec okazał się wielki. Później odprawiono mszę, przybyły delegacje i składały te wieńce. Kilka lat zbieraliśmy pieniądze na te wieńce i ja składałam go w kościele rok w rok.

 

24 grudnia urządzałem Wigilię na Brzeskiej dla samotnych mężczyzn i kobiet. Przychodziły też dzieci. Obowiązywał jeden warunek - żeby przyszli trzeźwi. „Organizowali” i stroili choinkę pod gołym niebem, paliło się ognisko, stała kołyska z Dzieciątkiem. Uczyłem ich, jak łamać się opłatkiem, składać sobie życzenia. Nie zapomnę jednej sceny. Mężczyzna o czerwonej, przepitej twarzy kucnął obok małego chłopca i powiedział do niego tak: „Życzę Ci, żebyś ty nie był taki złodziej jak ja”. Dawałem im po upominku, między innymi kosmetyki, słodycze. Pod koniec podchodzi jeden z nich: „Księżulku, czy ja mogę dostać jeszcze jedną taką gwiazdkę. Bo, powiem szczerze, ja cały dzień nawet kropelki w ustach nie miałem, ale teraz to już tak mnie suszy, że ja nie mogę wytrzymać. Chcę iść do babki, żeby mi dała flachę. Ale ona mi nie da, bo ja pieniędzy nie mam. Jakbym dał jej taką gwiazdkę, to mi tę flachę da. Daj mi księżulku tę gwiazdkę, bo mnie tak suszy”. Jakże mogłem mu nie dać. Tak mnie wzruszył, bo ile to musiało go kosztować, żeby on od rana nie pił ze względu na cześć dla opłatka. Wiem, że jakbym mu nie dał, to on pójdzie, coś ukradnie, jeszcze komuś coś zrobi, bo nie wytrzyma. Drogę Krzyżową na Brzeskiej zaczynaliśmy od numeru 5. Szliśmy w Wielki Piątek w kierunku Ząbkowskiej. Ci, którzy zostawali w domach – chorzy i kalecy – zapalali świeczki w oknach. Wielki, 5-metrowy krzyż nieśli mieszkańcy Brzeskiej. Wszyscy trzeźwi, choć wielu z nich szło przepitych. Jak oni się cisnęli do tego krzyża! Przy ostatniej stacji przy Ząbkowskiej wszyscy podchodzili i, płacząc, całowali krzyż. To było takie szczere, takie prawdziwe. Teraz jest tak, że raczej staram się nie przejeżdżać przez Brzeską, bo mi łzy lecą. Tak się w tej ulicy zakochałem. Jak na bagnach rosną lilie, tak i na Brzeskiej mogą żyć ludzie święci. Myślę, że jak pójdę do nieba, to spotkam tam wielu z nich. Trudno jest nam być dobrymi ludźmi, ale nie tak trudno jak im nawrócić się z takiego brudu i stać się przyzwoitymi. Pamiętam np. jak któregoś roku czterech z nich postanowiło nie pić przez cały Wielki Post. Nawet jednej kropelki piwa przez 46 dni. Dla mnie to jest bohaterstwo.

 

Jak miałam 9 lat. to poszłam z ojcem na Różyca po sukienkę na komunię. Wypatrzył nas gang kieszonkowców. Z wewnętrznej kieszeni marynarki ojca wyciągnęli etui na dokumenty z dowodem osobistym. W tym etui trzymał wszystkie pieniądze razem z pamiątkowym, rodzinnym złotym medalikiem Matki Boskiej, który miałam dostać na Pierwszą Komunię Świętą. Ten medalik to pamiętał jeszcze czasy przed wojną. Ale jak to na Różycu bywało, nie tylko nie kupiliśmy sukienki, ale jeszcze straciliśmy mnóstwo oszczędności, jakie cała rodzina odkładała na moją komunię. A co najgorsze straciłam złoty medalik – pamiątkę przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

Ktoś mnie pchnął, ojciec się pochylił w moją stronę i wtedy w sztucznym tłoku wsunęli mu rękę pod marynarkę do lewej środkowej kieszeni. Zwykle uważał, no ale w przypadku, gdy krzywda się działa jego małej córeczce, musiał zareagować i odwrócił uwagę od rzeczy materialnych. Tak to już jest z rodzicami, że najlepiej działać, skupiając uwagę na dziecku i ci złodzieje doskonale o tym wiedzieli.

Pamiętam tylko, że zauważyliśmy, jak jeden facet przemyka się między straganami i zorientowaliśmy się, że cos jest nie tak. Ojciec zaczął macać kieszenie marynarki. Nie było etui na dokumenty, dowodu osobistego, pieniędzy i medalika.

Zanim się zorientowaliśmy i ojciec zaczął pogoń za złodziejem, a nie było to łatwe, biorąc pod uwagę, że ciągnął za sobą dziecko, ten już zdążył zrobić takie zamieszanie, że nie wiedzieliśmy, gdzie ten portfel właściwie jest. Ktoś z kupców krzyczał tylko co chwila „ten po prawej”, „po lewej”, aż się zaczęli sami kłócić, bo każdy w końcu miał inną wersję. Nikt nie nadążał wzrokiem za wędrówką tych dokumentów pomiędzy członkami tego gangu. I nikt właściwie nie chciał, bo każdy pilnował, żeby nie stracić towaru.

Trwało to dosłownie kilkadziesiąt sekund. Potem już nie było śladu ani po złodziejach, ani po naszym rodzinnym majątku. No i na komunię medalika nie dostałam, bo zwyczajnie zabrakło już pieniędzy na nowy. Dopiero po latach, kiedy moja córka szła do komunii, mogłam sobie pozwolić na zakup nowego medalika. Opowiedziałam jej o naszej rodzinnej tradycji i umówiłyśmy się, że od tej pory, ten który ona otrzymała, będzie przekazywany kolejnym pokoleniom.

 

Jest kwiecień 1985 roku. Mam dziesięć lat i w czerwcu mam przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Mama wpada na pomysł aby mi kupić sukienkę na bazarze Różyckiego

Biorąc pod uwagę fakt, że moje miasteczko jest położone ok. 200 km od Warszawy, to całe przedsięwzięcie.

W przededniu ja, mama i ciocia (taty bratowa) jedziemy pociągiem do Warszawy. Tam nocujemy u cioci – cioci.

A potem raniutko idziemy na bazar. Mama przed zakupami mnie instruuje. „Tylko zaraz nie krzycz, że chcesz, bo będą Ci na siłę wpychać, po cichu mi powiesz, która Ci się podoba i trzymaj się mnie, bo się zgubisz. Pierwszy raz jestem w takim miejscu. Przytłacza mnie ilość stoisk Widzę piękną sukienkę, jest cudowna, ale dla mnie za mała. Kupujemy inną. Wyglądam w niej jak panna młoda. Sąsiadki krytykują jej dół, a mnie ten dół właśnie najbardziej się podoba.

 

Byli jednymi z głównych dostawców złota. Ale nie stanowili dla handlarzy żadnego zagrożenia, nigdy nie sprzedawali tego sami. Bali się tam stać. Dla nich wpadka to tragedia. Jak któryś z nich dał ciała, to oficer dyżurny miał obowiązek zawiadomić oficera dyżurnego ze stołecznej. Tamten gdzieś dzwonił. I po gościa przyjeżdżali Ruscy. I go zabierali. Bez żadnych dokumentów, bez pokwitowań, bez niczego. I ślad po gościu się urywał.
Kupowano dewizy, ale w wielu miejscach cinkciarze oszukiwali. Np. przewrotka. Polegało to na tym, że zawijało się pieniądze tak, jak się je liczy, tylko liczyło się je podwójnie. Więc dostawałeś wtedy dwa razy mniej dolarów. Zdarzała się też przewałka – wtedy w ogóle się nie dostawało żadnych pieniędzy.
Handlowałem głównie walutą, bonami PKO i kartkami. Na Ząbkowskiej mieliśmy drukarnię. I tam to wszystko tłukliśmy. Kartki, matury, prawa jazdy… W zasadzie wolałem robić w walucie, ale konkurencja działała ostra. „Wańka” z „Klepakiem” mieli swoich ludzi, obstawiali bazar i Pewex, ten po drugiej stronie Targowej. Wszystko zorganizowane. Stacze na bazarze robili tylko mniejsze kwoty, jak zdarzył się poważniejszy interes, to prowadzili klienta pod Pewex, no albo do bramy… „Malizna” tu zaczynał.
W „Balladzie o bazarze Różyckiego” jest wszystko dokładnie opisane, czyli cały mechanizm. A polegało to na tym, że przychodzi gość, chce dwa tysiące papierów kupić, bo to się papierów mówiło albo zielonych. „No kochany, tyle to ja nie mam. Muszę iść do szwagra pożyczyć, ale dla ciebie mogę zrobić wszystko. Tylko się nie denerwuj, poczekaj”. No on oczywiście miał te dolary i musiał zrobić dwa pakiety. Jeden pakiet to faktycznie dwa tysiące dolarów, ale nie dwa tysiące tylko 1995, żeby brakowało 5 dolarów. Drugi pakiet z równiutko przyciętymi gazetami, a na samym wierzchu jeden banknot pięciodolarowy. Ten pakiet przygotowany zostawał owinięty gumką, podwójnie. No i przychodzi i mówi „Noo, stary, tak się złożyło, że szwagier miał, tak że nie ma problemu”. No i ustalają cenę. Jeśli ten się zdecyduje, to tamten mu musi opuścić. Bo był pod Pewexem, wie, ile to kosztuje. A ten mu opuszcza, powiedzmy na dolarze 2-3 złote. W każdym razie jest to okazja. No więc liczą. Ten, co sprzedaje mówi – 2 tysiące, ale niech pan sam przeliczy. Więc ten liczy, liczy i wychodzi mu 1995, 5 dolarów brakuje. Liczą jeszcze raz razem. 1995. I ten sprzedawca - „Aaa, no faktycznie, ale taka niska cena”. Bierze te dolary. Zwija w rolkę. Zawija gumką i mówi „Panie, to nie jest dla mnie biznes, muszę się zastanowić” no i wkłada do kieszeni, gdzie ma tą drugą rolkę. No i rozmawiają. „No sprzedaj pan, no co pan, ja tu przyjechałem z Zielonki. Już zostało wszystko załatwione, a pan mi tu takie numery wywija”. Ten się drapie, drapie, „no dobra, jak pan taki jest uparty, niech stracę”. Wyjmuje tą drugą rolkę i dodaje mu 5 dolarów, których brakowało. Więc wszystko się zgadza, facet odchodzi. Ten do tramwaju, a ten w długą. Rozwija, a tam gazety. I to było powszechne. Ten numer nazywa się na rolkę albo na wajchę. Więc ktokolwiek chciał kupić dolary, a nie znał tych numerów, to wychodził bez pieniędzy. Wszystko się odbywało na oczach, gdzie tu przekręt. Liczyli dwa razy. Kto ma oczy z korka ten dobiera z worka.

Bony, bony słychać głos przyciszony
Dolary z zerem dopisanym, och co za waszyngtony!

Każdy ma coś do sprzedania,
jeden przed drugim się licytuje.
Kierują się do czeluści bramy bez wahania,
każdy z nich szczęśliwy się czuje.

Zawieszałem sobie na szyi wywieszkę: „kupię ruble”. I przychodzili Ruscy z walizami. Wtedy obowiązywał śmieciarski przelicznik, że te ruble kupowało się walizkami. A ja prowadziłem, gdzie trzeba. Do bramy. Dostawałem prowizję. Kasowałem swoje i wracałem. Nawet nie wiem, kto tam na nich czekał w tej bramie.
Chodził po bazarze facet i mówił „Znaczki skupuję, znaczki skupuję”, a przecież o ruble chodziło.
Przywozili ze sobą towar, który sprzedawali hurtem. Poza bublami mieli bardzo różne rzeczy np. specjalistyczny sprzęt medyczny.
Mówiło się „Meksyk”. Tak się mówiło. Mroczny światek – Ukraińcy, Białorusini, Cyganie. Handlowali podejrzanym towarem, robili mętne interesy, ale to było egzotyczne towarzystwo. Później przyjechało na bazar bardzo dużo Rosjan, to ten „Meksyk” przechrzcili, zaczęli mówić „Plac Czerwony”.
Kiedy skończyły się kartki, to zaczęli się Ruscy na dobre. Mieli swój placyk, na którym stali, a my wynajmowaliśmy im mety na Brzeskiej. Tu znajdowało się sporo takich… rozjebanych na maksa melin. Taki syf, że nikt nie chciał w nich mieszkać. Zero prądu, zero wody, sracz na podwórku. I Ruskim żeśmy to wynajmowali.
Od Brzeskiej, stała pani Basia ze wspólniczką, prowadziły narożny stragan ze słodkościami. Miały banany, ananasy, owoce w puszkach, czekolady, których nie sprzedawano nawet w Peweksie. Obok robiło się wiejsko, fruwały kolorowe pióra oskubanych kur. Za zakrętem jaskrawiła się biel sukien ślubnych i czerń garniturów. W ciemnych kątach świeciło złoto i cygańska biżuteria. Na środkowej alejce wisiały kożuchy w jasnych brązach, seledynach, żółcieniach, w paski i w ciapki. Tu kwitła różnorodność niespotykana w tamtych czasach. Po wyjściu z bazaru zderzała się z szarością, granatem, ciemną zielenią i ludźmi z opuszczonymi głowami, jakby całe życie zostało między straganami.

Odwiedzajcie skansen na Brzeskiej, póki istnieje! Z duszą na ramieniu, z ręką na portmonetce. Z wytrzeszczonym okiem z tyłu głowy.

Na Brzeskiej – jak w fawelach São Paulo i slumsach Caracas – istnieje więź społeczna w dobrym i złym. Próby przeflancowania lokatorów robaczywych kamienic i widmowych oficyn do nowych dzielnic i gładkich domów kończą się przeważnie fiaskiem; przeprowadzka jest dla tych ludzi oderwaniem od wspólnoty, oznacza zmianę sposobu życia, czyli klęskę.

Wielki strumień życia przepływa tuż obok. Polami Elizejskimi Pragi – ulicą Targową. Na Brzeską docierają odpryski świetności, brudna piana z tamtego wartkiego nurtu. Brzeska nie jest odnogą wielkich rzek miejskich – jest ich ściekiem.

Brzeska jest zapleczem „Różyczczaka”, pasażem osobników od wielkich afer i małych kantów, deptakiem przybladłych gwiazd półświatka, ścieżką przelotową między dworcami.

Tłum na jezdniach i na chodnikach, w bramach, na klatkach schodowych, na podwórkach. Tłum zaaferowany, rozgadany, obciążony towarami, zawsze czujny, gotów do obrony i agresji.

Paliwem napędowym większości działań jest tutaj wódka, pomocna w skokach, fartach, robotach i numerach. Alkohol można nabyć, nawet, kiedy go nie ma – o dowolnej porze dnia i nocy. Każda brama prowadzi do barów, pensjonatów, lokali usługowych wszelkiej maści.

Mieszkańcy Brzeskiej zapalają świeczki pod figurkami i obrazami świętych na podwórkach, a zaraz potem biorą się za łby lub wkładają łapę do cudzej kieszeni. Inni handlują.

W 1985 roku miałam 17 lat. Zaczęłam pracę. Wybrałam fryzjerstwo. Ciężką harówką zarobiłam swoja pierwszą pensje i byłam z tego ogromnie dumna. Zawsze rodzice powtarzali mi, że pierwszą wypłatę powinno się wydać na siebie, żeby mieć później szczęście w życiu i pieniądzach. Tak też zrobiłam.

– W Płocku nie było wtedy nic. Jeśli chciałaś super wyglądać, to musiałaś ubierać się albo w Pewexie albo na bazarze Różyckiego w Warszawie. Niektóre dziewczyny miały dżinsy Casucci, inne Montana. Bardzo im zazdrościłam. Postanowiłam, że pojadę do Warszawy i tam kupię sobie właśnie takie dżinsy. Razem z Danusią – koleżanką ze stażu – w weekend założyłyśmy swoje najlepsze ubrania i wybrały się na bazar do stolicy. Podekscytowane, już w autobusie cieszyłyśmy się na samą myśl, jak inne dziewczyny będą nam zazdrościć.

– Jak tylko przekroczyłyśmy próg bazaru, to handlarze już wiedzieli o co chodzi. Naiwność była wypisana na naszych twarzach. Nigdy tego nie zapomnę. W ułamku sekundy zrobił się wokół mnie tłum. Danka gdzieś zniknęła. W tym tłumie stał brodaty mężczyzna z torbą, otworzył ją przede mną i zapytał czy chce kupić dżinsy. Powiedziałam, że właśnie po to przyjechałam, więc zaczął się mnie pytać jakie bym chciała, jaki rozmiar itd. Zaczął coś przymierzać, coś odmierzać. Jak magik na scenie. Nie wydało mi się dziwne, że dookoła mnie pojawiło się tyle osób. Zanim się zorientowałam, już nie miałam portfela. A dżinsów z torby nigdy nie wyciągnął. Z Danusią sprawy miały się podobnie. Na bazarze zobaczyła wysokiego, przystojnego bruneta. Tacy chłopcy istnieli tylko w stolicy. Uśmiechnęła się do niego, a ten od razu odpowiedział tym samym. Brunet podszedł do niej i zapytał czy czegoś potrzebuje.

Wyjaśniła, że przyjechałyśmy tu po dżinsy, ale on nie chciał słuchać. Zaczął ją czarować. Jakie piękne oczy, jaki uśmiech! I już nie wiedziała, gdzie jest. Zaproponował, żeby się zabawili. Jego kumple grali w karty obok. Na pieniądze. Jeśli wygramy, to przeznaczenie. Od razu weźmiemy ślub – mówił. Śmiała się. Oczywiście wiedziała, że to są żarty. Ale był tak przystojny! Zgodziła się na jedną partyjkę. Miał na imię Janek. Mówił, że handluje biżuterią. Jego znajomi byli wyraźnie zadowoleni z obecności Danusi. Nawet gwizdali i gratulowali Jankowi, że tak mu się poszczęściło. Była pewna swojej wygranej… tak pewna, że przegrała wszystko. I pieniądze, i Janka, który zniknął w trakcie gry, nawet nie mówiąc do zobaczenia. Człowiek, jak się zauroczy, to całkiem traci rozum. Kiedy w końcu się znalazłyśmy – jedna bez portfela, druga bez gotówki, nie wiedziałyśmy, co robić. Nie miałyśmy pieniędzy na powrotny bilet, więc na dworzec centralny poszłyśmy piechotą. Kiedy dotarłyśmy tam, to musiałyśmy żebrać o pieniądze na powrót do Płocka. Nigdy dotąd nie czułam takiego wstydu. Nie przyznałyśmy się rodzicom do tego, co nas spotkało. Ale Danusia jeszcze przez długi czas wzdychała za Jankiem i za każdym razem, kiedy odwiedzała Warszawę, miała nadzieje, że go spotka.

Dolar tanio mój łaskawy,
Chcesz tu kupić, nie ma sprawy.
U mnie zawsze taniej kupisz,
Chyba że chcesz się wygłupić.
Co pan myślisz że ja frajer
I wziąć można mnie na bajer.
Znam dolary jak złotówki,
Pokarz towar mój złociutki.

Z czym do gościa, licz zielone,
Chcesz kupować, choć na stronę,
Dwa tauzeny chcesz, kochany,
To nie stójmy jak barany.
Większą kasę mam u szwagra,
Za minutkę ją przytargam,
Stój pan grzecznie, zaraz wracam,
Choć to mi się nie opłaca.

Wszedł za budkę, coś wyjmował,
Zwijał, składał i pasował.
Wrócił krzywo uśmiechnięty,
Ciut zziajany, lekko spięty.
Liczą dolce, pięć brakuje,
Zwinął w rulon, gość filuje.
Rulon gumką przepasował,
Potem do kieszeni schował.

Coś tam mruczy roztargniony,
W łeb się puka ogolony,
Rękę do kieszeni wkłada,
Wyjął rulon, coś tam gada,
Że on robi za wariata,
Że to tanio jak dla brata.
Czy mu sprzedać? To pytanie,
Może dać se na wstrzymanie.

Tak się droczy, waha, męczy,
Wciąż się krzywi, stęka, jęczy.
Wreszcie ręką na to machnął,
Zaklął, splunął, sportem sztachnął.
Rulon mu z niesmakiem daje,
Potem piątkę mu dodaje,
Facet szczerze zachwycony,
Tanio kupił, śle ukłony.

Żwawo do tramwaju wsiada,
Do pakietu czule gada,
Gumkę ściąga, a w środku
Sterta gazet jak w wychodku.
Z wierzchu banknot jak należy.
A gdzie reszta? Włos się zjeżył.
Ze sto razy przejrzał pakiet,
Przerażony w łeb się drapie.

Raz zielony, a raz biały,
Z orbit mu wyłażą gały.
Tramwaj wstrzymać ! Prosi, krzyczy,
Szybko, prędko, czas się liczy.
Ludzie patrzą, co się dzieje.
Praski cwaniak w głos się śmieje.
Co za nygus tu świruje,
Lu go w cymbał, to spasuje.

Na bazarze Różyckiego
Idzie handel na całego.
Tutaj dolce tanio kupić,
To, jak forsę w Wisłę rzucić.

Tak zwany „praski trójkąt bermudzki” rozwijał się szybciej niż reszta Warszawy. Mieliśmy tu pierwszy kapitalizm, pierwsze poważne prywatne inicjatywy. Dzięki bazarowi powstawały nowe knajpy, sklepy, zakłady fryzjerskie i pojawiali się drobni rzemieślnicy zarabiający na bliskości bazaru.

Zaraz po transformacji na bazarze rozgorzał handel petardami. Hurtowo kupowali je wtedy Rumuni, dla których w tamtym czasie otworzyły się granice. Przyjeżdżając do Warszawy, mieli ze sobą kartki z adresem Bazaru i tak tam trafiali. Jeden facet, żeby wiedzieć jak po rumuńsku nazywają się „petardy”, przepytał kupujących je Rumunów. Okazało się, że w języku rumuńskim petardy to „artifici”. Ponieważ nikt praktycznie nie wiedział, co to jest to „artifici”, stało się to słowem używanym w różnych okolicznościach i w różnych znaczeniach. „Choć kupimy sobie »artifici«”, albo „napijemy się »artifici«” – tak się mówiło.

Warszawscy taksówkarze bezbłędnie odczytują łamane na wszelkie możliwe sposoby hasło: bazar Różyckiego. Uczestniczki wycieczki z Ołomuńca popiskują z zachwytu na widok alejki w kolorze „blue”. 6 tys. złotych kosztuje para spodni, do której nie przyznałby się Wrangler, choć guzik i firmowa naszywka są jak należy. Po 13 tysięcy oryginalne Lévi-Straussy. Pobratymcy z południa wzdychają. „To je fain”. Kawałek prawdziwego „westu”. Ładna Czeszka ogląda dżinsowe pumpki. Sprzedawca ceni dwanaście. Dziewczyna chce przymierzyć, wchodzi do budki i przy otwartych drzwiach bez żenady ściąga spódnicę. Sprzedawcy topnieje serce. Opuszcza. Czeszka odlicza jedenaście setek. Wpada w rozpacz, słysząc, że mowa była o banknotach z Kopernikiem. „Tolik ne mam”. Sprzedawca nie traci rezonu. Mogą być korony.

W sklepach szaro-buro, komunistycznie, a na bazarze modnie, kolorowo, ZACHODNIO. Zawsze uważałam, że bazar stał się pierwszym kapitalistycznym sklepem wschodniej Europy. Te pełne autokary przywożące „Ruskich” i „Rumunów” kupujących wszystko, w każdych ilościach! Polak brał, oglądał i targował się, a ci brali wszystko, co wpadło im w ręce. Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy rozpoczęli w mikroskali handel zagraniczny. Na bazarze można było spotkać ludzi z różnych krajów bloku wschodniego. Już wtedy byliśmy pomostem pomiędzy wschodem i zachodem Europy.

W 1988 roku, kiedy wracałem z Berlina Zachodniego, pociągi do Warszawy całe jechały zawalone towarami. Ludzie stali na korytarzach. Nie spali całą noc, żeby pilnować dobytku.

Dużo jeździłem do Niemiec. Miałem ważny paszport i handlowałem tam z Ruskimi dżinsami, okularami słonecznymi, bluzami z „Parmalatem”, adidasami. Za bluzę na bazarze wziąłbym ze 100 złotych, a w Niemczech dostawałem 80 marek. Do Polski woziłem czekolady, cukierki, gumowe misie i po 5 par Salamander. Na granicy celnicy traktowali mnie lepiej, bo widzieli służbowy paszport. Celnik nic mi nie zabrał, należało tylko zapłacić cło za gorzałę, jak się wiozło więcej niż 4 butelki. Nie opłacało się przywozić marek – ja za markę brałem czekoladę i miałem 100 złotych w pociągu, a na bazarze ze 150. W robocie płacili mi na miesiąc 5 tysięcy, a tu na Różycu za dzień brałem 20. Ja na mieszkanie robiłem w 5 miesięcy.

W budce z galanterią odkryty został kantor wymiany pieniędzy. W przemyślnych schowkach leżało 700 tysięcy złotych, tysiąc dolarów, 10 tysięcy czeskich koron, półtora tysiąca rubli i mniejsze ilości innych walut. Dolarami i złotem handluje się głównie na obrzeżach targowiska. Trudnił się tym D. – bazarowy król, któremu, kiedy chorował, znoszono do szpitala kradzione telewizory. Po półtorarocznych poszukiwaniach odkopano jego zwłoki przy Kanale Żerańskim.

A kiedy szanowny kliencie przekroczysz rubikon bramy,
Nie wierzysz oczom. Tłum ludzi, kolory, kramy.
Wszystko, co dusza zapragnie. Za małe pieniądze
każda z dam w szczególności zaspokoi swoje żądze.
To co w budkach i na rękach oko człowieka pieści,
Nie oprzesz się jak w bajce, jak w cudownej powieści.
Sukienka jak z żurnala prosto z Paryża,
Do wyboru pod blond włosy, czarne, znajdzie sobie i ryża.
Spodnie, swetry, spódniczki, piżamy,
Przymierzyć można na oczach ukochanego lub mamy.
Rzut okiem w lusterko, na boku budki zawieszone.
W oczach zachwyt, koleś po targach wyciąga mamonę
I buli, buli wciąż,

Na smutno jeśli jest to rodzony mąż.
Zachwytów nie ma końca,
Idą dalej. Budki giną w potokach słońca.
Tu znowu bluzeczki opylają, drogie jak cholera.
Mały wybór, nie dowieźli rodacy z Turcji. Trudno się wybiera.
Ale buciki by się przydały.
Och, jest. Jaki piękny, jaki wspaniały.
Przecież nóżkę dama ma małą,
Ale to się tylko tak wydawało.
Każda by chciała mieć bucik bardzo mały,
Ale numery coś się nie zgadzały.
Kupić o dwa numerki większe było trzeba,
Ale mam małą nóżkę, wielkie nieba…
Nóżki przy zakupach się zmęczyły
I troszeczkę powiększyły.
Kupują, kupują,
Forsy nie żałują,
A to wszystko przez te słodkości,
Proszę szanownej publiki, proszę gości.
Sprzedawczynie pączków hołubić trzeba,
Bo inaczej zwiększyć zysków się nie da.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale nastąpiły czasy, kiedy mimo wszystko bazar dyktował modę w Warszawie. Coś pokazało się w Londynie czy Paryżu i zaraz pojawiało się na bazarze.

Kiedy zapoznałem żonę, to automatycznie znalazłem się na bazarze. Teściowa, Warszawianka z urodzenia, zaczęła handlować zaraz po wojnie. Najpierw handlowała pietruszką i marchewką bez żadnego obiektu. Później postawiła budkę. Jak postawiła to handlowała galanterią i dżinsem. A od 1981 roku to już tylko dżinsem. Swą przyszłą żonę poznałem w jej urodziny w restauracji „Semafor” na Bródnie. Ja nigdy nie chodziłem po restauracjach, ale mieszkałem na Bródnie. Koledzy mnie wyciągnęli. Poszliśmy sobie na wódeczkę i akurat traf chciał, że tam przebywała ona – moja przyszła żona. W 1981 wziąłem ślub, chociaż mieszkaliśmy ze sobą od 1979 r. Wcześniej to mi moja była nie chciała dać rozwodu, chociaż wszystko jej zostawiłem i wyszedłem z domu, tak jak stałem. Obecną wziąłem z dwoma synami z poprzedniego małżeństwa i w 1983 roku urodziła nam się córka. Całkiem duża rodzina i należało na nią zarabiać. Więc przyszedłem tu, na ten bazar. A że nadal pracowałem w milicji, to łatwo nie było. Stało się to tym trudniejsze, że praca w milicji wcale w tym nie pomagała. W Warszawie wiedzieli o mnie. Nie każdy chciał robić interesy z „psem”. Chociaż miała ona i dobre strony. W czasie stanu wojennego pozwalała na wyjazdy po towar na Oksywie, gdzie marynarze przywozili dżinsy z Hamburga. Można było spokojnie zapakować cały bagażnik i bez problemu wrócić do Warszawy, nie bojąc się posterunków po drodze. Zacząłem sam wyjeżdżać do Niemiec, do Hamburga, do Włoch, Austrii, później – Turcja, Tajlandia, coraz dalej. Bo naprawdę można było z tego wyżyć. Tym bardziej że bazar Różyckiego pozostawał skrawkiem naprawdę kapitalistycznej ziemi. Przykładowo żadne targowisko w Polsce nie miało pozwolenia na handel dżinsem. My mieliśmy jako rzeczami używanymi. Rachunków żadnych. Przyjeżdżał taki z towarem i spisywało się jego oświadczenie, że sprzedaje za określoną kwotę. I to wystarczało za cały rachunek. Wtedy każdy towar stawał się atrakcyjnym. Producenci nie nadążali produkować. Wszystko, co się przywiozło, szło jak świeże bułeczki. Niektórzy narzekają na urzędy skarbowe, kontrole, domiary – rzeczywiście. Urzędy skarbowe doliczały nieraz domiar z trzech lat. Już wydawało się, że ma człowiek wszystko zapłacone, a tu nagle okazywało się, że trzeba się rozliczyć za dwa, trzy lata wstecz. W ogóle paranoja, bo za co się płaciło, nikt nie wiedział, po prostu podatek wyrównawczy. Milicjanci, którzy tu pracowali, to fortuny pozbijali. Na bazarze majątki porobili też stróże nocni, co ze złodziejami współpracowali, ludzie, którzy opłatę placową pobierali. Wszyscy ci kierownicy targowiska, którym za przyznanie miejsca należało dać. Ale mimo to okres trwał świetny. Oprócz dżinsu jeszcze galanteryjne towary mieliśmy – jak breloczki, okulary, co tam akurat szło. W lato, jak miesiąc urlopu w lipcu brałem i siedziałem na działce, a działka niedaleko – 80 kilometrów, to przyjeżdżałem sobie w sobotę na bazar. Wziąłem tysiąc sztuk okularów – godzina czasu – okularów nie było. I jechało się z powrotem na działkę. To można sobie obliczyć, jakie to szły zarobki.

Na Różycu można znaleźć wszystko. To, co piękne i to, co podłe, a czasami pół na pół. Moja babcia opowiedziała mi taką oto historię. Pewnego razu okradziono kobietę. Ponieważ kobieta bardzo głośno krzyczała i rozpaczliwie płakała, szybko zebrał się wokół niej tłum ludzi. Okazało się, że ta płacząca jest wdową po żołnierzu i w skradzionej portmonetce miała ostatnie grosze. Do renty zostało jej kilka dni, a w domu dwójka dzieci. Jakiś asertywny, ale i wrażliwy mężczyzna zdjął kapelusz, wrzucił do niego pieniądze i zapoczątkował zbiórkę. Ludzie nie odmówili. Moja babcia też się dorzuciła. W pewnej chwili, właściwie nie wiadomo z której strony w tłum wrzucono portmonetkę tej pani z nienaruszoną zawartością. Kobieta nie chciała przyjąć pieniędzy ze zbiórki. Uznała, że to niehonorowo. Ten pan w kapeluszu wcisnął jej zebraną kwotę do kieszeni głośno pomstując na traktowanie wdów i sierot po obrońcach naszego kraju. Kiedy po zakupach Babcia wracała do domu, zauważyła tę panią. Kobieta miała już jakieś pakunki i siedziała na stosie pustych skrzynek. Babcia do niej podeszła i zapytała, czy wszystko w porządku. Kobieta odpowiedziała (postaram się oddać sens): „Usiadłam, bo ze szczęścia siły mnie opuściły. Widzi pani, ja się modliłam o jakąś pomoc, bo synek z butów wyrósł. Dzisiaj mnie okradli i to najgorsze, co mnie spotkało. Dzisiaj też inni ludzie mnie obdarowali. Wszystko w jednej chwili”. Kobiecina siedziała tak skołowana, że Babcia odprowadziła ją do domu.

Każdy praski złodziej miał honor. Nigdy swoich nie ruszali. Pamiętam takie wydarzenie na Pradze. W naszym kościele przyjezdni złodzieje ukradli kielichy mszalne. Proboszcz, „swój chłop”, poszedł do naszych złodziei, a ci szybko odnaleźli łup. Przyjezdni złodzieje – wieśniacy dostali łomot, który na zawsze ich zniechęcił do „pracy” na Pradze, a kielichy wróciły do kościoła.

Goniono jednak kieszonkowców. Sprzedawano tu towary. Grano w benkla, w trzy miasta, trzy karty, a kieszonkowcy okradali klientów, którzy mieli wydać pieniądze na bazarze. Dlatego byli gonieni.

Ja jeździłem na kieszeń. Po tramwajach, autobusach, po mieście, ale na pewno nie na Pradze. Nigdy w życiu. Na bazarze się nie kradło.

Najprostsza jest robota „od kuchni” – tak mówili kieszonkowcy, kiedy trafiali jakiegoś barana, co trzymał kasę w tylnej kieszeni.

Ja nie ukrywam, że na bazarze zaopatrywałem się na pielgrzymki. Kupowałem sobie zwyczajne, robocze spodnie. – luźne, cienkie. Kupowałem też buty – takie jak dawano robotnikom FSO czy innych dużych zakładów pracy. To były dobre, bezpieczne buty, świetnie sprawdzały się na pielgrzymce. Szyto je tylko dla robotników pracujących w fabrykach. A wiadomo, że buty dostawały nóg, same z fabryk wychodziły i trafiały na bazar. Może kupowanie tych rzeczy stawało się trochę niemoralne, ale gdyby istniała możliwość kupienia ich z legalnego źródła, to by się kupowało, a tego w sklepie nie sprzedawano. Idę przez bazar, ścisk taki, że nie można przejść przez tę główną alejkę. Przeciskam się, przeciskam. Oczywiście trzymam ręce w kieszeni, bo tam cokolwiek się ma, to wyciągną. W każdej chwili mogli okraść. Portfel to miałem tak wciśnięty, żeby się nikt nie dobrał.

Działały dwa duże gangi kieszonkowców: Wołomin i Radom. Mieli swoje metody. Pamiętam, że bardzo lubili robić duchownych. Jak zobaczyli księdza, to nigdy mu nie popuszczali. Ksiądz zawsze miał kasę. No bo kto wtedy w Polsce miał kasę? Problem stał w tym, że te kieszenie w sutannach mieli strasznie głębokie. No i to nie była prosta robota. Opracowali metodę na grzebień. Sprzedawano wówczas duże aluminiowe grzebienie. Wyłamywali wszystkie ząbki, zostawiali tylko jeden i taki „przyrząd” wpuszczali klientowi w kieszeń, zahaczali podszewkę i wyciągali do góry. Kasa sama wypadała.

To byli mistrzowie swojego fachu, artyści. Taki to potrafił babie łapę w majtki wsadzić, dupsko wymacać i jeszcze schowane w gaciach pieniądze wyciągnąć, a ta nawet nie poczuła. A jak któraś z pieniędzmi w woreczku przy staniku chodziła, to działało tak, jakby pieniądze na wierzchu trzymała. Albo taki cymbał ze wsi przyjechał i z rozdziawioną gębą stał przy benklu i się gapił, jak w lusterka grają. Nie wiem, o czym taki myślał, ale na pewno nie o swoich zaskórniakach, bo nawet nie zdążył w myślach się z nimi pożegnać. Kieszonkowcy dobrze znali wszystkich. Działało kilka grup, przy czym to były grupy swojskie i one nie dopuszczały innych.

Ludzi przychodziły tłumy. Szli jak na procesji, jeden za drugim, człowiek przy człowieku, ściśnięty niemiłosiernie. Było tak, że i kupiec zarobił, i złodziej się pożywił. Bo kieszonkowców zawsze kręciło się tu mnóstwo. Żerowali właśnie na tym tłumie, na ścisku.

Na Bazar Różyckiego chodziłem po to, aby powąchać klimat, jak to się mówi, poocierać się. Tylko chodziłem i patrzyłem. Wtedy królowały tam kurtki „Parmalat” – jakaś włoska firma, która produkuje jogurty. Cała Polska w tym chodziła. Na bazarze leżało tego multum. Były to kurtki, jakby szwedki, czarne, z napisem „Parmalat”. W komunie wiele takich dziwnych napisów robiło karierę. Przecież nie miało to żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Dla mnie osobiście te kurtki to był obciach, ale waliły po nie tłumy.

Za chwilę ktoś zegarek proponuje kolorowy z datami,
Prawie z wodotryskiem i innymi cudami.

Kumpel pana Edka skoczył na pyzy i grzane piwo, które „Szramka” sprzedaje od rana na tyłach komisu. Z wyglądu dobija pięćdziesiątki, ale ma dużo mniej lat. „Szramka” jest charakterna. Omal nie odgryzła swojemu wspólnikowi ucha podczas konfrontacji w trakcie śledztwa. Zaraz odwołał obciążające ją zeznania. Kiedy zostaje aresztowana, napina przeponę i z nie pozszywanych blizn na brzuchu wypływają wnętrzności. Lekarz nakazuje wówczas natychmiastowe zwolnienie „Szramki”.

Wraca kumpel z butelką piwa. Pan Edek zrywa kapsel i pociąga łyk. Jak spod ziemi wyrastają dwaj milicjanci. „Proszę dowodzik, będzie kolegium”. Ktoś dał znać.

Chodzi oczywiście o pyzy sprzedawane przez panie w wieku postbalzakowskim, o mocno rubensowskich kształtach. Każdy przechadzający się po bazarze słyszał ich donośny głos: „pyzy, gorące pyzy!” Oprócz pyzów można też było kupić flaki „po warszawsku”, rosół z kury, kotlety schabowe czy mielone. Wielokrotnie korzystałem z oferty kuchni bazarowej i mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że wszystkie potrawy, mimo że podawane mało estetycznie, były „prima sort”. Dania, aby utrzymać je w odpowiedniej temperaturze, przechowywano w koszach przykrytych pierzynowymi poduszkami. Pyzy z mięsem lub bez podawano z tłuszczem i skwarkami. I właśnie to te pyzy stały się źródłem inspiracji dla spółki autorskiej S. Cyja, W. Patuszyński. Owocem jej jest piosenka pt. „Pyzy z bazaru”, śpiewana przez Jaremę Stępowskiego, przy akompaniamencie „Kapeli Warszawskiej Stanisława Wielanka”;

Ktoś może lubić befsztyki,
Ktoś inny de volaj
Kaczki, kurczaki, indyki
Drób dla jednych to raj,
Jak kto mi fondnie, to proszę,
Nie płacę, ale owszem zjem.
Choć ja tych łakoci, no nie znoszę,
Co lubię odpowiem, bo wiem!
Dla mnie nie ma jak pyzy z bazaru
Pyzy a’ la Różycki to cud.
A że zna się na kuchni nasz naród,
Wszyscy mówią: te pyzy sam miód.
Dla mnie bomba te pyzy z bazaru,
Na stojaka je wtrajać nie wstyd.
Do nich piwko z warszawskiego browaru
I już w dechę i dobra i git!
Ileż par butów i spodni!
Różności tysiąc i sto!
Łapciuch stąd wyjdzie jak modniś,
Ale nie bawi mnie to.
Nie patrzę w te kramy jak gapa
I nikt nie mówi mi nic,
Aż w pobliżu nagle ten zapach,
Co nawet po nocach się śni!
I już czuję te pyzy z bazaru,
Więc kupuję, a w gębie sam miód.
Już kolejka i młodzik i staruch,
Bo na kuchni to zna się nasz lud.
Na te pyzy nie szkoda gotówki,
Jak cudownie parują, no spójrz.
Do nich dodaj dwa łyki z piersiówki
I cała Praga jest twoja i już!
Więc spróbujcie te pyzy z bazaru,
Niech handlarka w słoiku wam da.
A na deser walczyka z gitarą
I jest gites, jest wszystko jak trza!

Uwierz, to było najlepsze żarcie w Warszawie.
Miałem taki program „Pięćdziesiątka Staśka Wielanka”, 4 godziny. Pojechałem na bazar Różyckiego. Pani Henia zrobiła mi flaki i pyzy. Piwo - parę beczek dał mi mój kolega, który został prezesem browaru. W przerwie serwowali te pyzy. To już robili dawniej, przede mną, Danka Rinn czy Jerzy Połomski. Zamawiali te kobitki w imieniny i one przyjeżdżały. W sklepie, w restauracjach nie zrobią tak tych pyz, jak one. Te pyzy się ciągną. W czasie okupacji to było tanie danie. Jeszcze mój ojciec opowiadał, że to się nazywało sitocha, a mówili na to psitocha, to było robione z mąki ziemniaczanej i to się tak ciągnęło. Jak gość taką jedną łychę wrzucił i trochę skwarek na wierzch, to się zatkał na cały dzień.
Bo są dwoiste pyzy, nie wiem, czy pan akurat na tym się zna… Są takie pyzy, proszę pana, z większą ilością mąki kartoflanej, takie pyzy z kartofli wyciskane – ciemne. Bo te, co je tutaj sprzedają, to są jasne. A u tej drugiej babeczki, co je czasem przynosi, to one są ciemne. Zresztą obydwa gatunki mają swoich zagorzałych amatorów. Staśkowi Wielankowi te jasne przypadły do gustu, a dla mnie to są kopytka mordosklejki, bo dla mnie prawdziwe pyzy, to właśnie te ciemne, co ma ta druga babeczka. To są prawdziwe pyzy, one wyciskane są z kartofli – kartofle są tarte… to są pyzy… pyzy… pyzy. Jak Stasiek Wielanek robi imprezy, to ma stałe zamówienie i na przykład dzwoni do tej pani i mówi, że ma imprezę (na przykład w Kongresowej). Ja mu sam zawoziłem w Aleje Ujazdowskie – na imprezę z ambasadorami państw zachodnich. I zawsze, gdzie jest impreza Staśka Wielanka, tam jest 200-300 porcji pyz. Muszą te panie robić, bo u niego jest tradycja.
Pyzy gorące z bitkami biły rekord świata – przepyszne, właśnie wzorcowe (niczym wzorzec metra pod Paryżewem). W każdej dziurce pyzowej tkwiła skwareczka.
Pyzy to tak. Pyzy bardzo dobre, ze słoninką. I tak mówili "A pyzdy pani da?" Takie sobie żarty robili. Ale był śmiech i interes szedł.
Jakaś kurwa bzdury opowiadała, ze zamiast wygotowywać surowe flaki, pierzemy je z proszkiem w pralce. A ja przez dwadzieścia lat nie miałam jednej reklamacji. Flaki kupowałam w zakładach na Żeraniu i po parę razy je odlewałam, by brzuch nikogo nie bolał i by były smaczne.
W połowie lat siedemdziesiątych ktoś rozpowszechniał plotki, jakoby flaki były przygotowane w niehigienicznych warunkach.
Ja nigdy nie jadłem flaków na bazarze. A to dlatego, że flaki to jest taka potrawa, która się szybko psuje. I żeby się nie psuła, jak jest upał, to prali te flaki w proszku OMO albo IXI, bo lodówek to tam nie mieli. Flaki nigdy nie są białe. Albo sodą je traktują, albo czymś innym.
Byłem po kolędzie u pani, która handlowała flakami. Ona do tej pory ma swoich klientów z tamtych czasów. Jak ktoś ma większą uroczystość, potrzebuje 20-30 porcji, to do niej dzwoni i zamawia. I ona te flaki sprzedaje, wozi je do domów. I mnie też dała słoiczek.

Były dwie legendarne flaczarki – Stefa i Maria.

Najpierw flaczarki stały na Brzeskiej. Na całej ulicy kotły na piecach poustawiane, niesamowity widok. Cyganie im te kotły nitowali. Potem to przeniesiono. Dwie budy stały, komis, za nim jedna buda, długa, obok „Plac Czerwony” i druga. I wie pani co, te kotły były wielkie, nie wiadomo jak umyć, to się po prostu nie myło. To ten kocioł, codziennie na nowo wypełniany świeżym mięsem, nadawał im ten niepowtarzalny smak. Niech pani żałuje, takich flaków nigdy już pani nie zje.

Obowiązkowo koło godziny 12. flaki po warszawsku – jedyne prawdziwe – od pani Halinki, pyzy z mięsem lub bez, zalane zasmażką z cebuli i słoninki, podane w słoiku – od pani Basi.

Na głód narzekać nie można,
Choć nie ma kurczaków z rożna,
Toć przecież są „pyzy gorące”
I flaki pieprzne, jakże smakujące.

Tam stało zawsze mnóstwo Cyganów. Same grubasy. Oni się tam po prostu obżerali.

Z lewej strony za dżinsami ciągnęła się aleja barowa. Pyzy, flaki, schabowe, też wódeczka i piwko.

Pojechałem do Turcji. Cały autokar – ludzie z Różyca. A że szklankami pili, to szybko się upili. Jeszcze autokar nie minął Janek, już wszyscy pijani. Jednemu to życie uratowałem. Postanowił się odlać. Ale znajdował się w takim stanie, że nie zauważył, iż jest w pędzącym sto na godzinę autobusie. Jak go złapałem, to trzymał się klamki w drzwiach, ale już tej z zewnętrznej strony.

Z czasem zgrała się zwarta grupa, która zrozumiała „o co chodzi”. I robiliśmy niezłe pieniądze. Powstał branżowy podział. Jedni ciągnęli buty, inni elektronikę, inni kożuchy – nikt nikomu w drogę nie wchodził. W większości braliśmy tani chłam, specjalnie pod Polaków robiony. Początkowo kupowało się dżinsy rozszerzane na dole i swetry z tureckiej wełny. Potem okazało się, że jeszcze lepszy zarobek jest na kożuchach. Kupowałeś za sto dolarów, a sprzedawałeś w hurcie za dwieście. Miłe.

Towar zacząłem ściągać „na paczki”. Obowiązywał wtedy przepis, że paczka o wartości do stu dolarów nie podlega cłu. Robiłem tak: szedłem na cmentarz, patrzyłem, gdzie mogiłki rozkopane, tym z obsługi cmentarza dawałem flaszkę, dostawałem spis, kto tam kiedy zszedł. I z tej Turcji na tych truposzów słałem paczki. Po dwadzieścia na każdego. Im już i tak nic nie zaszkodzi. Potem wypisywałem sobie upoważnienie, dowód osobisty – oczywiście, wystawiony na Różycu. Potem żuk z kierowcą i na pocztę.

Hitem były elektroniczne zegarki z melodyjkami. Potem pojawił się jeszcze większy hit – zegarki z kalkulatorami. Dalej stały kobiety z lalkami. Takimi dużymi – pół metra, może więcej. Różowe, ze złotymi lokami. Przywożono je z Azji. I tak to właśnie wyglądało. Tu te kobieciny, lalki, a między nimi jakieś wytatuowane oprychy żeniące towar z przekrętów.

Potem zaczynał się dżins – wtedy jeden z głównych towarów. Spodnie, kurtki. Głównie z Turcji…

Handel zaczynał się już na ulicy. Ludzi waliły tłumy. Towaru mnóstwo. Jak się wchodziło od Targowej, to najpierw stali „zegarmistrze”. Tak ich nazywaliśmy.

Żyło się ciągle na wysokich obrotach, adrenalina w nas pulsowała, ale było to warte kasy, jaką tam zarabialiśmy, często średnią pensję miesięczną mieliśmy w jeden dzień. Po skończonej pracy część sprzedających szła na zasłużoną lufę i galaretę, czyli zimne nóżki do knajpy na Brzeskiej – „Rybackiej” lub „Małej Rybki”, lub na Ząbkowską do „Dunajcowej”. Tam dopiero towarzystwo potrafiło się bawić! Kto oskubał frajera lub zrobił dobry biznes z Ruskimi, stawiał często wszystkim po „lufie”, tam nie oszczędzano, bo nie myślano o jutrze. Łatwo przyszło – łatwo poszło, dobra zabawa była najważniejsza.
Więcej tu życia spędziłam niż we własnym domu. Tu wychowałam córkę. Tu się bawiła. Tu funkcjonowało takie, jakby to powiedzieć… przedszkole. Codziennie kto inny z kupców się nią opiekował. Panowała naprawdę rodzinna atmosfera.
Bazar był jak rodzina. „Dzień dobry”, „dzień dobry”, tylko głowa ci się okręcała, komu „dzień dobry” powiedzieć.
Święta nasze, starych różyckich kupców, zaczynały się od rana składaniem sobie życzeń, dzieleniem jajeczkiem lub opłatkiem i opijaniem rozgrzewającą gorzałką. Wszyscy staliśmy się jedną, wielką rodziną.
Te wszystkie szykany ze strony komuny powodowały, że my tu byliśmy z sobą bardzo zżyci. Bywaliśmy u siebie w domach, przyjaźniliśmy się. Urządzano na bazarze różne huczne imprezy, urodziny, imieniny. Serwowano zakąski i wódeczkę.
Często towarzystwo rzucało się w tany i wtedy zaczynała się zabawa, że hej! Nikt nikogo się nie wstydził, a wszyscy świetnie się bawili.
Na czyjeś imieniny nasza bazarowa kapela grała tango, a grali tak, że aż człowieka nosiło. Zresztą, jak ktoś „miał dobrze pod obcasem”, to tańczył.
Chłopaki dorabiali sobie do pensji, grając praskie „kawałki”: „Praska Mańka”, „U nas na Pradze”, „Rzuć bracie blagę i chodź na Pragę”.

Grała kapela z Chmielnej.

Wtem słychać muzykę taką nową,
Nieco głośną, magnetofonową.
Ktoś, co ma admiralską czapkę złotem szamerowaną,
Reklamuje kasety z muzyką nagraną.
Przeboje, aż uszy puchną,
Nie szkodzi, że słuchacze trochę ogłuchną,
Ale przecież zmusza do słuchania,
Zrobienia zakupów i forsy wydania.
Ruchy sprzedawcy takie dostojne,
Jak admirała toczącego na lądzie wojnę.
Zmusza wprost do zatrzymania,
Muzyka, postura i sposób sprzedawania.
Wielu słucha, ale wielu kupuje.
Świetna reklama i skutkuje.

Pyzy sprzedawały w słoiczkach. Z tych słoików się zjadało na miejscu i oddawało słoik, bo to stanowił wtedy cenne dobro. Pyzy zostawały okraszone skwarkami i cebulką i smakowały niebiańsko, pysznie. Flaki nalewały do miseczek, które opłukiwały w wiadrze z wodą. Nalewały z garnków okutanych kocami, gazetami, trzymanymi w torbach turystycznych ze skaju, aby jedzenie pozostawało ciepłe. Dla młodej mężatki kupienie porcji flaków wtedy to stanowiło spory wydatek. Kilka razy oczywiście kupiłam, bo były pyszne, po prostu pyszne. Oprócz flaków i pyz jedna kobieta handlowała rosołem z kury i też go jeden raz w życiu jadłam, smak tego rosołu pamiętam do dziś. Sprzedawczynie siedziały w głównej alejce, więc żeby zjeść odchodziło się na bok. Jadło sporo ludzi, bo trzeba było nieraz czekać aż ktoś skończy jeść, odda miseczkę i Pani ją opłucze dla ciebie. Na bazar chodziłam z dzieckiem w wózku. Spotykał mnie wtedy taki swoisty honor praskich ludzi, za uśmiech, za dziękuję. Ja niejednokrotnie nie pchałam wózka, tylko był przenoszony nad dziurami. Mówili: „Królowo”, tak się zwracali: „Królowo, my ci tu zaraz przeniesiemy, by dziecku nic się nie stało”. Było to bardzo miłe.
Kiedy zbliżali się „niebiescy”, przekupki sprzedające flaki wniebogłosy podnosiły krzyk „Pyzy, gorące pyzy”.
Kiedy wjeżdżaliśmy przez bramę, to z mojego wózka rozlegał się krzyk „Cizi gojące!” „Flaki gojące!”. Moja córeczka zaczęła bardzo wcześnie mówić i już w wieku 9 miesięcy mówiła prostymi zdaniami. Na dnie w głębokim wózku siedziała mała kupeczka i wykrzykiwała „Cizi gojące! Cizi!”. Pani, co sprzedawała pyzy, żachnęła się, że ją przedrzeźniam, że mam magnetofon w wózku, że przychodzę tu w złych zamiarach. Dopiero jak wyjaśniłam, jak zobaczyła, że to naprawdę dziecko woła a nie ja, to uspokoiła się i nawet uśmiechała, ale pierwsza reakcja była wroga. Wrażliwe były na swoim punkcie.

Pracowałem wówczas jako protokolant w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Pragi Północ! Większość podsądnych to drobni cwaniaczkowie, jacyś nieszczęśnicy… ktoś ukradł wiertarkę, ktoś „nielegalnie” sprzedawał piwo na Dworcu Wschodnim, czy po pijanemu ubliżył milicjantowi… Ale… od czasu do czasu trafiały się „perełki” – człowiek prawdziwie żałował, że musi pilnie dziobać w protokole, a nie może swobodnie rozkoszować się wielkim sądowym spektaklem. Każdy bazar administracyjnie zobligowany został do posiadania toalet i ujęcia wody pitnej. Na Różycu przybytek ten odpłatnie prowadził Mietek z przydomkiem „Szaleciarz” – stały element bazarowej fauny. Niepozorny, szczupły, powiedziałbym „zasuszony”, człowieczek, w wieku dość trudnym do określenia – ze zdziwieniem podczas procesu dowiedziałem się, że miał 54 lata. Przypuszczam, że nawet ludzie obdarzeni niezwykle wyostrzoną intuicją nie odgadliby, że ów niepozorny Miecio to zuchwały i wyrafinowany DEWIANT.

Zakładam, że ma pani ukończone 18 lat. Ostrzegam Panią, że treści, które za chwileczkę Pani zakomunikuję, są nieco drastyczne. Czy mam mówić dalej? Otóż Miecio Szaleciarz miał swoją cichą pasję, której oddawał się systematycznie, powiedziałbym nawet metodycznie, z godną szacunku starannością i ostrożnością. Otóż każda z kabin szaletowych została wyposażona staraniem Pana Miecia w pewne dyskretne mechanizmy i urządzenia służące temu, by Pan Miecio mógł uzyskać… NAOCZNOŚĆ jeśli chodzi o to, w jaki sposób jego klienci korzystają z instalacji sanitarnych. Były to dobrze zamaskowane otwory umożliwiające wgląd do środka kabin szaletowych z rozmaitych kierunków, powiedziałbym nawet z rozmaitej perspektywy. Umożliwiały one Panu Mieciowi ogląd z dołu, z boku, z góry, a jeden nawet przystosowany został do operowania pewnym rzadkim typem radzieckiego paratu „Smiena”, potocznie zwanego „Szpionem”. Tak popularnie nazywano ten aparacik, co po rosyjsku znaczyło „szpieg” – ze względu na stosunkowo mały rozmiar, co umożliwiało fotografowanie dyskretne. Jak ustaliło śledztwo i przebieg procesu, Pan Miecio uprawiał swój proceder przez wiele, wiele lat, podglądając i fotografując wszystkich – bez względu na wiek, płeć i przynależność partyjną. Najwyraźniej cieszył się rosnącą perfekcją i tym, że jego zbiorek zaiste hardcorowych fotografii przyrastał zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym. Gdy przeglądało się ściśle datowane fotografie kobiet, mężczyzn i dzieci – najczęściej podczas aktu defekacji – widać było systematyczną poprawę jakości zdjęć zarówno w zakresie kompozycji obrazu jak i parametrów technicznych. Najwyraźniej w końcowym okresie swojej przestępczej działalności Pan Miecio starannie kadrował odbitki, tak żeby interesujące go czynności oraz części ciała znajdowały się w centralnej części obrazu. Najmłodszy zarejestrowany obiekt miał lat 7, najstarszy 79.

Zdjęcia były analizowane w milicyjnym laboratorium; poza tym wypowiadali się powołani biegli seksuolodzy, wreszcie, kiedy już po sprawie w sekretariacie wydziału poprawiałem protokół, miałem okazję otworzyć niektóre spośród kilkunastu kopert zawierających fotograficzną kolekcję Pana Miecia.

Od strony Brzeskiej wisiała na bazarze tablica: „Handel czosnkiem zakazany”, a przy szalecie na tyłach komisariatu: „Kabina złotówkę, ściana 50 gr”.

Uważam, że najgorszą rzeczą w Polsce, na tych bazarach jest brak toalet. Zawsze śmierdzi, tego nikt nigdy porządnie nie zorganizował. To była zawsze zmora.

Wpadka nastąpiła dość prozaicznie. Pan Miecio generalnie uchodził za abstynenta. Był to, jak sądzę, dewiant SPEŁNIONY. Jednak któregoś dnia przed świętami pewien handlarz, któremu tego dnia dobrze poszły interesy, zdołał Pana Miecia namówić na setkę dobrej nalewki. Nalewka dobrze się przyjęła, Pan Miecio „poprawił” i okazało się, że ten na ogół cichutki człowieczek potrafi być bardzo rozmowny a nawet wylewny. W pewnym momencie zaczął demonstrować zaprzyjaźnionemu kupcowi swoje super tajne „instalacje”. Kupiec obejrzał, pośmiał się, nalewka się skończyła, kupiec poszedł do domu. Następnego dnia rano mówi do swojej żony „Wiesz stara, nie pomyślałabyś jaki z tego małego Miecia chytrusek” – i w tym miejscu opowiedział żoneczce jakie to „cuda” doinstalował przemyślny Miecio w swoim szaletowym przybytku. Żona początkowo śmiała się i dziwiła osobliwym skłonnościom Pana Miecia, ale w pewnej chwili nagle spoważniała. „Słuchaj – powiada – ja tam przecież przedwczoraj korzystałam”. Mąż pyta jak, kiedy? „No wtedy, kiedy przyszłam do ciebie po utarg, co to miałam wziąć te pieniądze na pralkę…” I tutaj nastąpił przebłysk zrozumienia „A to skur…syn – podglądał mnie!” W tym momencie zbulwersowana w najwyższym stopniu żona bazarowego kupca chwyciła kapotę, parasolkę i najkrótszą drogą pobiegła na bazar. Pierwsze kroki skierowała oczywiście do przybytku Pana Miecia. Pierwszy cios parasolki z wielkim brzękiem spadł na puszkę z monetami – złotówki i dwuzłotówki rozsypały się malowniczo po całej podłodze szaletu. Następny cios spadł już na głowę osłupiałego i totalnie zaskoczonego Miecia. Furia tej korpulentnej „czterdziestki” zdawała się nie mieć granic. Wśród przekleństw i wrzasków okładała Pana Miecia silnymi uderzeniami parasolki. W końcu spośród tłumu wyłoniło się dwóch tajniaków, którzy prawie zawsze kręcili się po Różycu, i z niemałym trudem spacyfikowali Panią Wiesię. Zaraz po nich przybyło dwóch mundurowych milicjantów i zagarnęło na wyjaśnienia do pobliskiego komisariatu oboje uczestników zajścia. Składanie doniesienia na milicję nie było w stylu Pani Wiesi i na zimno z pewnością załatwiłaby sprawę inaczej. Zagrożona jednak aresztem za naruszenie porządku publicznego – chciał nie chciał – musiała zdradzić milicji sekret Pana Miecia i przyczynę swojej interwencji. Dalej sprawa potoczyła się zgodnie z rutyną: rewizja, śledztwo, analiza zabezpieczonych fotografii, wreszcie proces, na którym miałem zaszczyt protokołować.

Wie Pani, wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że prawdziwi artyści w jakiejś dziedzinie nie dają postronnemu obserwatorowi najmniejszych szans na zdiagnozowanie swoich ukrytych pasji czy przestępnych skłonności. Nikt, kto patrzyłby na Pana Miecia, nie domyśliłby się przestępczego procederu, który najwyraźniej był treścią jego życia. Dowody były jednak przytłaczające. On w pewnym momencie wręcz inspirował pewne poczynania swoich ofiar. Jednym z jego „trików” stało się pozostawianie w kabinie w widocznym miejscu niby to porzuconych czy zagubionych fotosów nagich kobiet czy mężczyzn. Wyobraża sobie Pani taką sytuację: do szaletu wchodzi młody chłopak czy mężczyzna, rozpina spodnie a tutaj na podłodze leży kolorowy obrazek z pospolitego „świerszcza” – wtedy, proszę pamiętać, pornografia była zakazana i trudno dostępna – to nie to jak teraz, że w każdym kiosku. No i taki wchodzi, rozpina spodnie i niejednokrotnie musi odreagować „napięcie”. Tak więc w kolekcji Pana Miecia znalazły się zdjęcia mężczyzn i, co może niektórych zdziwić, również kobiet, które w jednym ręku trzymały strzęp kolorowej kartki a drugą, jak wszystko na to wskazuje, stymulowały – powiedzmy delikatnie – strefę erogenną.

A jak to się stało, że sprawa trafiła do sądu? Mówił Pan, że Pan Miecio był taki ostrożny, przezorny…

Udawali chętnych do gry. Mieli stworzyć pozory, że są tacy sami albo i gorsi od frajera, który miał zaraz przegrać. Namawiali go. Zwiększali jego chciwość i odwracali uwagę, przeszkadzali w grze. Wtedy sprytny benklarz szybkimi ruchami tasował karty. To był moment i frajer przegrywał. Często bywało, że próbował odegrać się tak długo, aż został tylko w samych skarpetkach.

Traf raz tak chciał, że przeszedłem pierwszą linię obstawy i mnie nie zobaczyli, więc miałem możliwość dojścia pod sam benkiel. Byli zaaferowani, bo większa gotówka znajdowała się na benklu. Mnie nie zauważyli. No i nastąpiło po prostu położenie mojej ręki na forsie. Zwinąłem krążki i mówię „Zapraszam do dziupli”. Oni wiedzieli, gdzie to jest. Oczywiście konsternacja wśród nich, bo byłem świeży, nie wiadomo kto, pierwszy raz widzą taką osobę.

Dla benklarzy największą karą stawało się stracenie kółek. To nie były takie zwykłe kółka – zostały wykonane z płyty laminowanej grubości 3 milimetrów. Na to naklejali gumowy krążek – tej samej wielkości co ten krążek z pilśni. I od spodu zostawał przyklejany na jednej z nich znaczek – pocztowy czy jakiś wzór czegoś. To był tak zwany wygrywający benkiel. Dla takiej zwykłej osoby to zostawało niewyczuwalne, ale one się troszeczkę różniły objętością, wielkością. Milimetr może na całej sześcio-, siedmiocentymetrowej średnicy. Gdyby nie to, to naprawdę ciężko było wyczuć, który jest wygrywający. Ale oni mieli tak sprawne palce, że wiedzieli. Po prostu wyczuwali, który jest grubszy czy inaczej zeszlifowany. I największą karą stawało się dla nich stracić te kółka. Nie robili ich sami. Mieli osobę, która zaopatrywała benklarzy w kółka i brała za to pieniądze. Oni woleliby oddać pieniądze, niż stracić kółka.

Zastąpiło mi więc drogę trzech facetów. Chcieli żebym oddał im kółka. Ja się nie zgodziłem, więc mnie poszarpali… Nagle jeden z tych, którzy zostali trafieni, podbiegł do nich i krzyknął „Zostawcie, to nowy pies”. No i oczywiście przyszli koledzy, sporządziliśmy protokół, zabraliśmy kółka. To się skończyło kolegium. Jeżeli udało się zabezpieczyć pieniądze – to karani byli zazwyczaj ci, co grali, bo ten co naganiał to nie, jemu nic do tego. Tak został skonstruowany przepis, że ten który użycza środków i który gra, odpowiadali solidarnie przed prawem. Więc jeśli pani by chciała grać i pani by postawiła pieniądze, to zgodnie z przepisami pani by też była pociągnięta do odpowiedzialności, bo pani użyczyła środków.

Więc rekordziści benkla byli po kilkadziesiąt razy karani grzywną. Oni potrafili grzywnę odegrać w ciągu kilku godzin.

Poznawali mnie po jakimś czasie, bo niektórzy specjalnie przychodzili do naszego pomieszczenia, żeby zobaczyć nowego psa. Oni musieli nas znać, żeby wiedzieć, że trzeba ostrzec, że pies idzie.

Humorystycznie też się zdarzało. Oni grali w głównej alei bazaru. Dwa benkle stały na wysokości komisu (bo w głównej alei znajdował się drewniano-murowany budynek i właśnie komis z ciuchami) – jeden stał na początku, a drugi na końcu komisu. A dwóch czy trzech jeszcze w stronę ulicy Brzeskiej, w głównej alei. Benkle stały w odległości od siebie piętnastu, dwudziestu metrów. Raz, chcąc pokazać im, że nie tylko oni są cwani, pół godziny chodziłem wokół bazaru, sprawdzałem, czy ktoś nie prowadzi za mną ogona i mnie nie obserwuje. W dogodnym momencie wszedłem na bazar, a że wiedziałem, gdzie oni stawiają obstawy, przedostałem się pod komis, ale nie w główną aleję, a aleję tak zwaną flakową. Na komisie wisiał wówczas sprzęt przeciwpożarowy – drabina, łopaty, wiadra, stała skrzynia z piaskiem na wypadek pożaru. Więc zdjąłem tę drabinę ze ściany i przystawiłem do ściany komisu. To nie wzbudziło u nikogo zainteresowania. Wszedłem na dach komisu i z góry, z wysokości gdzieś trzech, czterech metrów krzyknąłem „Józiu!” – bo tak właśnie nazywał się szef tej grupy falenickiej – „Józiu! Za 5 minut w dziupli”. Przyszedł. Jasne, że przyszedł, ale pozostał wielki szok i konsternacja grupy. Chodziły potem wielkie opowieści. Nazywali mnie „Alpinistą”… Powiem szczerze, że po dwóch czy po trzech latach poszedłem z żoną na zakupy na Stadion Dziesięciolecia, a z uwagi na to że bazar zaczął podupadać, to te benkle też się przeniosły na stadion. Któregoś dnia idę tam i słyszę „zerwij”. Poznał mnie ktoś, że idzie policjant, a ja byłem prywatnie na zakupach. Ale jak to się mówi, nawyk został. I podszedł do mnie właśnie ten Józio i mówi „Pamięta pan, jak pan mnie z góry zdjął, z lotu ptaka? Wie pan co, tak mnie wtedy było do śmiechu, że potem przez tydzień żeśmy wspominali, żeśmy pili – mówi – i tak żeśmy się śmiali, że daliśmy się zerwać. Oczywiście obstawa musiała zapłacić za moje kolegium, bo jak obstawa kogoś przepuściła, to im potrącali z dniówki, za to że dali możliwość złapania. To potem wszyscy nabrali nawyku, żeby i w górę patrzeć, chociaż to się tylko raz zdarzyło. Potem jakoś traf chciał, że już pod komisem drabiny nie widziano”.

Pamiętam takiego „Łysego”, wielki chłop, ponad 190 wzrostu. Ostrzyżony na łyso. Mówił z praskim akcentem. Miał kilku rzucaczy i obstawę, naganiaczy, no i tych co stali na stójce. Często rzucał sam, ale często kogoś wyznaczał. Naganiacze zawsze byli specjalnie ubrani. To oni robili cały show przy benklu. No i wreszcie stójki. U tych liczyło się tylko doświadczenie, jakie zdobyli po komendach i aresztach. Ważne było, ilu gliniarzy znają, ilu są w stanie rozpoznać. Mieli taki system, że jak dostrzegali kogoś z nas, to krzyczeli głośno jakieś imię np. Edek! I to był sygnał, żeby się zwijać, że idą psy. Czasami robiliśmy sobie żarty, szliśmy jakąś boczną alejką, no i widzimy gdzieś tam z daleka, że oni stoją, to któryś z nas darł się „Edek!”. I cały benkiel natychmiast się zwijał. Nie patrzyli, kto, co, z której strony. Po prostu spieprzali.
Każda grupa benklarzy miała swoje stałe miejsce na bazarze i poza bazarem, gdzie po udanym dniu zbierali się i pili kawę, ewentualnie rozmawiali, czasami rozpijali jakiś alkohol. Jedni siedzieli w barze na Ząbkowskiej, inni w „Tip-Topie” na Targowej, a jeszcze inni w knajpie „U Kulasów”.
Właściciel mieszkania, które wynajmowałem, widział sytuację, gdzie benkla stawiał bardzo młody chłopaczek. Może znał kogoś, może miał mocne plecy. No i przyszedł gracz-jeleń i po pierwszych triumfach zaczął przegrywać z tym dzieckiem. No więc podniósł głos i zaczął krzyczeć „Oszust, kanciarz!”. W tym momencie wszyscy dookoła zaczęli też krzyczeć „Zboczeniec, pedofil! Do dziecka się dobiera!”. Tak się ciśnienie wszystkim podniosło, że frajer musiał w podskokach uciekać.
Szefami zostawali najbardziej doświadczeni, najsprytniejsi z tego środowiska, nigdy jakiś małolat czy leszczyk…
Przeważnie szefami zostawali ludzie po tzw. dziesięcinie – rozboju, czyli kradzieży z pobiciem i to jeszcze przeważnie z dwójką, czyli niebezpiecznymi narzędziami. W grę wchodził przeważnie nóż czy brzytwa.
Najmocniejsza to ta z Pruszkowa. Tam pierwsze kroki stawiały takie gwiazdy jak „Kiełbasa” czy „Parasol”. Nie miał szans ktoś obcy. Próbowali wejść ludzie z giełdy samochodowej i z Rembertowa. Ale bez skutku. Benkel miał świetną organizację. Każda grupa liczyła po kilkanaście osób, które już miały konflikt z prawem. Na czele stał szef. Żeby zostać szefem benkla, trzeba było być w tym światku kimś. Trzeba było mieć pewien mir, szacunek.
Działały głównie cztery, ale można doliczyć się nawet sześciu. Była grupa Otwocka, Falenicka grupa z Józefowa, Rembertowa… Wszystko spod Warszawy, z jej najbliższych okolic.

Działały cztery benkle.

Benklarze stali wzdłuż głównej alei. Stara Praga – Plak, bracia Orlicze. Mieli takie wysokie kosze. Każdy benklarz miał kilku, czasem nawet dziewięciu, naganiaczy, którzy obstawiali. Naganiacz zaklinał się, że wie, pod którym kubkiem jest kulka. Zrywał z szyi złoty łańcuch, z kieszeni wyciągnął forsę i wszystko stawiał. Obiecywał frajerom, że wygrają na bank i podzielą się zyskiem. Frajer stawiał. Benklarz podnosił kubek, kulki nie było. Wtedy naganiacze zaczynali wołać „Psy, kurwa, psy!” i zwijali cały interes z pieniążkami frajera włącznie. Oczywiście policji w pobliżu nie było, a kanciarze tylko zrobili zamieszanie, żeby się szybko zawinąć. Zanim frajer zdał sobie sprawę, co się stało, było już po wszystkim.
Kiedy milicja goniła ich, to do mnie należało układanie towarów na miejscu benkla tak, żeby po nich nie zostało śladu. Z Różycem związani byli moi rodzice, którzy donosili na bazar towar ukrywany u nas w domu. Weszłam więc od razu do grupy tzw. starych handlarzy, ponieważ znano mnie od dziecka. Wyznaczone miejsce na ręczniaku dostałam od ręki, znajdowało się właśnie przy benklarzach.
Nabierali się na to przeważnie ludzie ze wsi. Wydawało im się, że łatwo można zarobić niemałą sumę. A miały miejsce też takie przypadki, że jeden z oszustów udawał, że gra i przegrywa wielką sumę. Wtedy łapał się za głowę i krzyczał „Okradli mnie, nie mam na bilet, nie mam ani grosza”. I ludzie mu dawali pieniądze. Udawał nieszczęśliwego przegranego. Robili takie kino co jakiś czas.
Tracił coraz więcej i więcej, wychodząc z bazaru w samej koszulinie.
Dawał możliwość podejrzenia wygranej karty. Ten, czując łatwą wygraną, obstawiał coraz wyższą stawkę. W tym czasie już wkraczali koledzy benklarza (jako potencjalni następni gracze, ubrani najczęściej jak wieśniaki) i odwracali uwagę frajera.
Frajer, to znaczy grający, obstawiał. W pierwszych dwóch, trzech grach za małe stawki benklarz dawał mu wygrać.
Krupier benkla to zawsze artysta. Nie trzeba chodzić do cyrku, żeby takie rzeczy oglądać. Może to dziwne, co powiem, ale dla mnie gra prawdziwego krupiera to poezja. Lata praktyki – na pewno, ale poza tym talent. Te karty fruwały po tekturze jak ptaki po niebie. A pan za to oglądanie ogrywanego frajera to nawet bilety byłby w stanie kupić. W pewnym momencie to ja sam patrzyłem z zapartym tchem i kibicowałem krupierowi, podziwiając, jak można komuś orżnąć dupę bez mrugnięcia okiem. Na to wszyscy czekali.

„Na benkla” zapraszają. Kosz na śmieci,
tekturka, gazetka, rzucone trzy czarne kółeczka i - jakoś leci.
Kto odgadnie, które pod spodem na biało zaznaczone
Ten bierze forsę, a to kusi mężów, a nawet żonę.
Obstawiać, obstawiać kółeczka zamawiać.
Ludzie forsy nie żałują, obstawiają. Czasami wygrać
Można, bo ruch w interesie tego wymaga,
A jeszcze jak ktoś z kumpli pomaga,
Zachęca, rzuca parę patoli
I wygrywa. Aż serce boli.
Ten ma szczęści i ja spróbuję,
Może wygram myśli i szczęściarz, ale potem żałuje.
Wspaniała gra,
Jednemu zabierze, drugiemu da!
Siła złego na jednego,
Coś w tym jest diabelskiego...
Nagle „Edzio” ktoś krzyczy, wszystko się rozwiewa,
Jak diabły na dźwięk pacierza.
Nic przecież nie było,
O benklu się chyba śniło.
Panowie i panie z obojętnymi minami
Rozmawiają najspokojniej pod budkami...

Benkiel to kubeł na śmieci. Stawiało się go do góry dnem i już można było grać. A chłopcy – co grali – śpiewali, nawołując chętnych do szybkiego zarobku:

Grać obstawiać, bombardować
i bankiera nie żałować!
Jeszcze nie było takiego zdarzenia,
Żeby ktoś wygrał od samego patrzenia!

Nie rozumiem pani zdziwienia – przecież to przesąd, że kobiety są jakoby odporne na wizualne bodźce płynące z pornografii. Chociaż… w owym czasie dla mnie też była to absolutna EGZOTYKA. Wychowywałem się w normalnej rodzinie w centrum Warszawy i nie miałem żadnych kontaktów ani doświadczeń z elementem przestępczym. W pewnym momencie przyszło mi protokołować w Północno – Praskim Sądzie i… cała ciemna strona ówczesnej Pragi niejako „wylała się” na mnie – młodego wrażliwego jeszcze studencika. Była to dla mnie mocna szkoła życia. Powiem więcej: OSOBIŚCIE wiele się od Pana Miecia NAUCZYŁEM…

W głowie się nie mieści…

Któregoś razu otrzymujemy telefon z Cyryla, żeby podjechać, bo jest poszkodowany, który został „wyrozbojowany” na Bazarze. Już od początku to stało się dla nas trochę dziwne, zwłaszcza że nasi informatorzy nam nic nie mówili, że coś takiego miało miejsce. Pojechał radiowóz i poszliśmy z gościem na tak zwaną wizję lokalną. Miał nam wskazać miejsce, w którym przegrał. No bo jeśli jest kilka tych stanowisk i są różne grupy, a on nam wskaże miejsce, to my wiemy, co to za grupa i wiemy, gdzie siedzą benklarze, i możemy ich zatrzymać. I teraz jeśli facet zgłupiał i przegrał pieniądze, to co innego, a co innego, jeśli został wyrozbojowany, czyli pobity i okradziony. Wtedy nie można im odpuścić. Więc mężczyzna wskazał nam miejsce, poszliśmy do lokalu, w którym oni przesiadywali. Mężczyzna rozpoznał sprawców. I stwierdził, że został zaciągnięty do klatki schodowej, potraktowany gazem łzawiącym, zabrali mu wszystko, ponadto dowód rejestracyjny, kluczyki od samochodu i wymusili na nim przez przyłożenie noża do boku, żeby powiedział, gdzie stoi jego samochód.

Oczywiście powiedział, bo się bał, potem poszedł w to miejsce, a samochodu nie było. Ten samochód – marki Żuk – był pełen skór. Wie pani, w tamtych czasach handel skórami był niedozwolony. Oczywiście mężczyzna tłumaczył, że przyjechał tylko po zakupy, a skóry miał gdzieś odstawić. To stawała się bardzo poważna sprawa. Ciężko mi powiedzieć ile, ale myślę, że w tej chwili te skóry warte by były kilkaset tysięcy złotych.

Jak zatrzymaliśmy tych naszych aniołków, to przetransportowaliśmy ich do nas w kajdankach, no bo to już nie przelewki, ale sprawa nam trochę śmierdziała. Jako doświadczeni ludzie mieliśmy niepisaną umowę, że oni oprócz gry na benklu nie będą żadnych przestępstw dokonywać na bazarze, a tu nagle taki duży wyskok. Ale wie pani, należało to sprawdzić, może się pokusili, różne są sytuacje, człowiek jest nieobliczalny. Przewieźliśmy ich na komendę. I zaczęliśmy z nimi rozmawiać. Oczywiście pojedynczo. Z kolegą razem rozmawialiśmy z tym szefem i on mówi, że tak, zdarzenie miało miejsce, ale nie tak, jak opisuje to poszkodowany. No i powiedział nam swoją wersję. A w jego wersji to wyglądało tak, że przyszedł facet, zaczął grać. Podpuścili go, zaczął wygrywać. A potem zaczął przegrywać. Przegrał już ładnych parę groszy, już mieli odejść, ale facet stwierdził, że ma jeszcze dużo towaru. Powiedział co. Faktycznie skóry, które zostały zaparkowane vis a vis bazaru na ulicy Targowej. Oni poszli, zobaczyli towar i zaczęli grać. I tak grali, że go oskubali do końca. Facet oddał im kluczyki, umówili się, że następnego dnia mu odstawią gdzieś ten samochód, bo teraz musieli jakoś wywieść towar. A później okazało się, że jak facet przemyślał temat, to postanowił sfingować rozbój.

My przyjęliśmy tę wersję zdarzeń, którą benklarze nam opowiedzieli. Z uwagi na to, że w grę wchodziły grube pieniądze i gruba sprawa, facet został uprzedzony o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań, bo to już jest przestępstwo, to nie jest zwykły protokół do kolegium. Poprosiliśmy naczelnika wydziału kryminalnego, żeby tego świadka, zarazem poszkodowanego, też przytrzymać 24 godziny na dołku, żeby trafił do aresztu. Bo nam się nie podobał. Oczywiście potem zajęli się nim specjaliści z doświadczeniem dochodzeniowym. Szczegółów nie znam, ale wiem, jaki był efekt tego wszystkiego. Facet po przespaniu się na dołku przyznał się, że sfingował rozbój. I jak się potem okazało, to on miał gaz i sam się nim popsikał. To była pierwsza, grubsza sprawa, gdzie nasze przemyślenia o ich zasadach i o tym, że oni się kierują zasadami w stosunku do nas, potwierdziły się.

Kiedyś przyszedł do nas mężczyzna dosyć dobrze ubrany, no i mówi, że przegrał dwa tysiące złotych. Od razu przyznał się, że przegrał, i przyszedł – jak to się wyraził – „do swoich po pomoc”. No to co ty, mówię, jesteś gliną? Nie, mówi, on jest wojskowym. A ktoś mu powiedział, że tu jest posterunek milicji i pomyślał, że może właśnie w ramach pomocy – mundurowy mundurowemu – może w jakiś sposób po prostu uda się część tych pieniędzy odzyskać. Nie wiem, może gdyby to był zwykły obywatel, to może byśmy zrobili protokół, osoba by poszła na komendę i złożyła zawiadomienie, ale że to był mundurowy, to postanowiliśmy mu pomóc, w drodze wyjątku. Więc zrobiliśmy niestandardową procedurę. Poprosiliśmy, żeby ktoś z tego benkla za 15 minut przyszedł, facet będzie czekał przed dziuplą. Niech się dogadają. Mówię, to jest z branży facet, trzeba mu zrobić tak zwany zwrot. Przychodzi za 15 minut jeden z tej grupy, wchodzi do nas, a facet przecież czeka na zewnątrz. Szefie, mówi, to nie tak. I dowiedziałem się, że ten mundurowy nie przegrał przypuśćmy dwóch tysięcy, tylko połowę z tego, tysiąc. Ponieważ to było po sytuacji ze skórami, mieliśmy prawo wierzyć benklarzom. Wzięliśmy więc faceta na spytki, oczywiście został pouczony, co mu grozi. Długo się nie zastanawiał, pękł i powiedział, że tak, tysiąc złotych przegrał. Po prostu chciał zarobić na tym, cwaniak, a jak się później okazało, pan pułkownik kontrwywiadu z terenów Polski wschodniej. Podejrzewam, że mógł przez to zaprzepaścić sobie karierę.

Z tego co się orientuję, oni mu oddali te 1000 zł i z tego musiał połowę przeznaczyć na wódkę dla nich. Przyniósł i nam pół litra i oczywiście został pogoniony, bo z oszukańcami to nie chcieliśmy się zadawać. Gdyby przyszedł i powiedział konkretnie, jak było, to jest inna rozmowa. Ale jeśli on jeszcze nas chciał oszukać, to niech się zbiera.

Z najgłębszej wsi przyjeżdżali ci, do których dotarła plotka o wielkich wygranych w „trzy karty”. Nie zapomnę, jak dwie baby spod Białegostoku postawiły grube złote obrączki. I rzecz jasna przegrały. Nie chciały ich zdjąć z palca, facet je po całym placu w tym ścisku ganiał.

Benkiel to była świetna kasa. Świetna kasa i małe ryzyko. Ryzykował tylko ten, co rzucał. Tylko jemu mogliśmy coś udowodnić. Gdy wpadał, to wyroki padały minimalne, praktycznie jedyną karę stanowiło to, że tracił kasę, którą miał przy sobie. Traciło sens zasadzać się na nich. Przyszedł taki moment, kiedy powiedzieliśmy im, że mogą stać. Chodziło wtedy o to, że strasznie rozplenili się kieszonkowcy. Aby ich wyłapać, odpuściliśmy benklarzom. Dookoła benkla zawsze przebywał tłum. A tłum to raj dla kieszonkowców. Łapaliśmy ich po 15, 20 dziennie. Potem już się zorientowali. Rozpoznawali nas z daleka. Ja ich nie widziałem, a oni mnie od dawna. To zaczęliśmy brać ludzi z ZOMO. Zamawialiśmy dziesięciu i puszczaliśmy ich po cywilu na bazar. I oni ich wyławiali. Raz miałem z tymi od benkla zatarg. Poszło o nic. Tego „ludka” mogłem ściąć bez problemu, ale wiedziałem, że za plecami mam kilku innych, że dwa strzały i mogę zostawić szczękę na ziemi. Wycofałem się więc po posiłki. Potem zawinęliśmy połowę tego benkla. Ten, co mnie zaczepił, został dożywotnio wypierdolony z roboty. Tłumaczył się, że mnie nie znał. To „Łysy” mu powiedział „Nie znałeś, to się do tego nie nadajesz. Wypierdalaj”. Ja ich specjalnie nie gnoiłem. Żerowali na ludzkiej pazerności, chytrości… Ale miały miejsce przy tym różne dramaty. Pamiętam gościa, co przyjechał z synem kupić mu ubranie do komunii, wszystko przegrał.

Już nie pamiętam jak się ten aktor nazywa, ale występuje jako benklarz. Dostajemy informację, że będą nagrywać na bazarze scenę, będzie Cieślak i cała ekipa filmowa. Przyjechali od ulicy Brzeskiej, gdzie kobitki handlowały kurami, kurczakami, indykami, słowem – drobiem. No i wspólnie wybraliśmy miejsce pod ścianą, niedaleko toalety. I ten aktor miał problem, bo to naprawdę ciężka sztuka nauczyć się rzucać kółkami. Ja powiem pani, że sam próbowałem. No fakt, że potem człowiek nabrał wprawy, bo parę sztuk się miało w domu i tam też się ćwiczyło, ale to była naprawdę sztuka. I to musiało też realnie wyglądać w telewizji. I w tej scenie występuje faktycznie dwóch prawdziwych benklarzy. Oni nagrali coś takiego, że ten aktor niby zaczyna rzucać, ale ręce podłożyli już prawdziwego benklarza, który zrobił pokaz.
Znajomy faceta, od którego kupowałem mieszkanie tutaj niedaleko na Jagiellońskiej, miał stoisko z zabawkami blisko bram od strony Brzeskiej. Właśnie przy tych bramach grali w benkla. Najbardziej realistycznie jest to pokazane w filmie „07 zgłoś się”. Nakręcili odcinek, w którym całe to kryminalne zaplecze bazaru zostało pokazane.
Poznałem Marka w 83. roku przy okazji ukazania się „Raportu o stanie wojennym”, wydanego w paryskiej „Kulturze”. Nasz kolega w akademiku miał egzemplarz, bo działał w „Solidarności”. To on poznał mnie z Nowakowskim. „Raport” jako bibuła mocno chodził wśród studentów.
Te wielkie gangi mają swoje korzenie w dawnych czasach. Dlaczego właśnie Pruszków, Wołomin, Tłuszcz? Bo tam za zaboru rosyjskiego wysiedlano kryminalistów. Te chłopaki z gangów pruszkowskich, wołomińskich – to często wnukowie dawnych przestępców, którzy podjęli wyzwanie nowych czasów. I zyskali wielkie rzeczy, a stracili takie bardziej ludzkie. Można to nazwać i degeneracją. Ja bym to nazwał strasznym, nihilistycznym unowocześnieniem. Lepiej?
Dwie najbardziej znane polskie mafie to pruszkowska i wołomińska. Najbardziej znani ich przywódcy – „Pershing” po jednej stronie, „Dziad” po drugiej… I to nie przypadek, że obaj pracowali na bazarze Różyckiego… Podstawa to umiejętne zarządzanie grupą, a jakim procederem się ona zajmuje, to już inna kwestia. I właśnie tego kierowania, dzielenia obowiązków, zasad egzekwowania zadań mogli się tu nauczyć. Nie mówiąc już o zdobyciu odpowiednich kontaktów czy po prostu życiu w cwaniackim, sprytnym środowisku kupieckim, które jak każde inne miało nosa, w co zainwestować, by zarobić i potrafiło się natychmiast przystosować do nowych warunków. Mogli się dowiedzieć, że bycie szefem grupy to nie powiedzenie „Macie kraść to i to” i na tym koniec. Tu trzeba być dyrektorem, kadrowcem i menadżerem jednocześnie. Z taką szkołą, nawet jeśli była to tylko lekcja teoretyczna – zwykła obserwacja, mogli zacząć tworzyć swoje grupy, bo wiedzieli, jak się za to zabrać. Nasiąkli tym za młodu. Tu nie trzeba było należeć do tej grupy, żeby zobaczyć, na czym polega bycie przestępcą. Wystarczyło być co dzień na bazarze, żeby to zrozumieć… I co tu ukrywać, czasami zacząć to podziwiać.
Zresztą, oni już pod koniec lat osiemdziesiątych zaczynali opanowywać narkotyki, zaczynali opanowywać handel nielegalnym alkoholem. Oni wszyscy stąd się wywodzili i doskonale pozostawali skonsolidowani. I dlaczego ich było nam ciężko ugryźć? Bo ten trzon, który się wywodził z benkli, to pozostawał tak szczelny, że w nich się wgryźć, to – powiem panu – ciężka sprawa. Po prostu już nie mieliśmy ludzi odpowiednio przygotowanych, nie mieliśmy sprzętu. Po prostu my nie byliśmy przygotowani do zwalczania zorganizowanej przestępczości…
Ci, którzy grali, proszę pana, w 1981., 1982., 1983. roku, to wszyscy później, w latach dziewięćdziesiątych, potworzyli mafie, bandy… „Pershing”, którego zastrzelili, słyszał pan, z Pruszkowa, to tutaj grał. Tutaj zaczynał.
To byli ludzie bardzo bogaci, którzy pozostawali w grupie szefów benkli. Niewiadomski, znaczy cała wierchuszka Wołomina, „Dziad”, jego brat, który zginął – „Wariat”. Działało pięć kotłów i te pięć kotłów stworzyło później pięć niezależnych, zorganizowanych grup przestępczych. Wołomin, Pruszków, Rympałek, to są wszystko benklarze, nie chcę mówić po nazwiskach, których ściga się teraz po całym świecie. Oni stali na benklu, oni wyrośli na benklu. Oni już mieli pieniądze, ale dla nich największą przyjemnością nie było to, że nie damy się złapać policji, ale ilu ludzi dziś naciągniemy. Proszę pana, żeby się dostać do grupy benklarzy, pan był lepiej sprawdzany niż dziś pracownicy CBŚ, jak Boga kocham. Tam następowały sprawdzenia takie, że złodziej złodzieja kontrolował… nawet nie rozmawiajmy.
W wypadku samochodowym zginął jeden z najbogatszych i najważniejszych benklarzy. Na jego pogrzeb wybrał się prawie cały bazar, a tyle wiązanek i zniczy nie miał chyba nikt na swoim pogrzebie. My zapamiętaliśmy go jako wspaniałego faceta. Ci – którzy przegrali kasę w benkla – pewnie inaczej. Na bazarze długo czuliśmy jego brak.

Kiedyś przychodzę do „Niedźwiadka”, a to jedna z knajp, gdzie nie do pomyślenia, żeby wszedł milicjant. Siadam, a tu podchodzi do mnie olbrzym.

– Spadaj!

– Taa… a to czemu?

– Pies nie będzie tu siedział!

A naokoło cały tłum. Zdjąłem kurtkę. Zrobili nam miejsce na środku. Ten facet, taki łysol, ustawiał benkla na bazarze. Wygrałem. Ale jak wychodziłem, to byłem ledwo żywy. Potem, pamiętam, przyszedł kiedyś do mnie. Po pomoc. Zgwałcili mu i pocięli córkę. Płakał.

Patrzę i oczom nie wierzę – zakonnica gra w trzy karty. Byłam zaszokowana. Do dziś mam tę scenę przed oczami – ona taka w kornecie (góra czepca) i z krzyżem na piersiach. Czerwona na twarzy, otyła. No nie mogłam wytrzymać, doszłam i celowo nie powiedziałam „siostro” tylko „pani” powiedziałam: „Jak może pani hańbić krzyż?”. A ona mi odpowiedziała „Pani bardziej grzeszy na co dzień w życiu niż ja”. Ja na to, „Nie przeczę, ale ja ślubów czystości nie składałam”. No i potem dopowiedziałam jeszcze „Żeby nie figiel pod spódnicą to też byłabym zakonnicą”.

Idziemy środkiem, patrzymy – a z daleka to widać – że w centralnej części bazaru jest strasznie dużo osób, jakby cud jakiś się stał. A na podwyższeniu stoi młoda kobieta i się rozbiera. Robi striptiz. I oczywiście wszyscy zaaferowani, cały tłum. Obstawy nas przepuściły, ale podeszliśmy dopiero w momencie, kiedy dziewczyna miała na sobie tylko majtki. Nie zdążyła ich zdjąć, bo nie dopuściliśmy do tego. Było tak. Przyjechała z Łomży do Warszawy zrobić zakupy. Przy okazji chciała powiększyć ślubne obrączki. Była dwa czy trzy miesiące po ślubie, obrączki okazały się za małe. Ale miała parę groszy, więc przyszła na bazar i chciała zrobić jakieś zakupy dla siebie i dla męża. Pomyślała, że jak wygra, to zrobi trochę większe zakupy. Przegrała wszystko, co miała, plus te obrączki. I teraz jak się pokazać w domu.

Dowiedzieliśmy się tego samego od benklarzy, bo chcieliśmy po wysłuchaniu jednej strony sprawdzić stan faktyczny. Wszystko się potwierdziło. Ona rozpłakała się, że nie ma po co do domu wracać, bo tam nie dość, że ją mąż obłoży, to jeszcze ojciec i matka jej dadzą do wiwatu. Więc oni w przypływie dobroci powiedzieli, że jak się rozbierze, to jej to wszystko oddadzą. Czy by oddali – nie wiem. W każdym razie nastąpiła (tak w cudzysłowie) prośba z naszej strony, żeby oddali dziewczynie, bo co im z tych obrączek i kilku złotych przyjdzie, jak dziewczyna nie będzie miała życia. Tym bardziej młoda, mężatka. Potem przyszła do nas dziękować, bo oddali jej wszystko. To byli charakterni ludzie. Ona się straszliwie najadła wstydu i to stała się dla niej największą karą. Podejrzewam, że jak przyjechała następnym razem do Warszawy, to omijała benkiel z daleka.

Podpatrywałem, jak rzucali karty. I stało się tak, że złapali jakiegoś frajera. A jego kolega mówi „Nie stawaj, bo cię oszukają”. To oni od razu go w mordę, raz, drugi. Nie było zmiłuj.

Przyglądałem się grze. Niepotrzebnie wtrąciłem się. Położyłem rękę na trzeciej karcie i powiedziałem temu bardzo już z gotówki „wydojonemu” biedakowi, żeby na tę właśnie kartę postawił wszystkie pieniądze, jakie jeszcze ma. W tym momencie moje nogi straciły kontakt z podłożem. Zrobiło się zamieszanie. Benklarze nagle zniknęli z całą forsą. Szczęście, że nie „zarobiłem kosy”.

Przyjechała babka z synem po zakupy na wesele. No i ich zwerbowali. Raz jej się udało, a później zaczęła przegrywać. I ja akurat tam przechodziłam, a ta babka tak rozpaczała. Ja mówię do niej – „To po co pani grała, to nie wie pani, że tu oszukują?”. A ten benklarz do mnie „Jak ci przypier… w te bryle”, tak tuż nad uchem! Rany boskie, wystraszyłam się. I już na pyzy tamtędy nie chodziłam, tylko z drugiej strony, bo się po prostu bałam. No i minął jakiś miesiąc, znów mnie tam diabli ponieśli. Stał młody chłopak z dziewczyną. On miał chęć grać, ona go odciągała. Jakoś go tam uprosiła, odeszli stamtąd i idą za bramy. I ja tak z nimi idę, idę, rozglądam się, nie widzę nikogo i tuż przed wyjściem mówię „Dobrze pani zrobiła, że nie dała pani grać temu panu, bo ze wszystkiego by was oskubali”. I słyszę „Jak ci zaraz noża…”, nie obejrzałam się nawet kto. I od tamtej pory dałam sobie święty spokój. Bo ja taka jestem – jak widzę, że coś się dzieje, to nie mogę nic nie powiedzieć. A tu niestety można było dostać, że uuu.

Innym razem kawaler, młody chłopak z kolegą przyjechał zrobić zakupy na ślub i wesele. I zaraz od wejścia nawinęli go benklarze, choć nie był sam. Zatrzymał się i ktoś tam już niby grał. Pewnie wspólnicy benklarzy. Przygląda się, a tamten wygrywa: raz, drugi, zaraz trzeci. I gdyby to był chłopak z miasta, to by wiedział, że niemożliwe jest wygrać z benklarzem. Więc stoi i patrzy, a benklarz do niego „Panie, grasz pan albo spierdalaj”. Młody chłopak zawahał się, ale dał krok bliżej. W tym samym czasie ten jego znajomy woła go po imieniu. A ten nic. Jak zaczarowany. Ten jeszcze głośniej go woła. A on tylko odkrzyknął „Już idę” i kładzie pieniądze przy kartach. Najpierw małe kwoty, a potem coraz większe i większe. Nagle zrobiło się zamieszanie. Stary numer. Kawaler przegrał. Kram benklarza w kilka sekund się zwinął. A on w tym zamieszaniu poszedł do kolegi, który już mu znalazł garnitur i pantofle. Pyta się go „Podobają Ci się?”, a ten odpowiada „Idź, zapytaj tamtego” i ze łzami w oczach pokazuje miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stali benklarze. Następnego dnia wrócili. Chcieli odzyskać te przegrane pieniądze. Uzgodnili, że wytłumaczą sprawę, że wesele, że ślub i że musi mieć na ładny garniak, bo go panna z bogatego domu pogoni. Podchodzą, gadają, a benklarze udają, że nie pamiętają. W końcu kawaler mówi do kumpla, że to nic nie warte, że złodzieje nie mają teraz honoru. Odwrócili się na pięcie i mieli iść, ale w młodym coś pękło. Nagle jak opętany rzucił się na chłopaków z bazaru. Z pięściami na tego benklarza, co z nim przegrał, ale nic mu nie zrobił. Nie zdążył i już taką bombę dostał w mordę, że się nogami nakrył. Twarz podobno miał tak opuchniętą, że wesele i tak trzeba było przełożyć. Miał przynajmniej wytłumaczenie, że go okradli i pobili na bazarze, a nie że przegrał w trzy karty.

1 września 1985 roku wróciliśmy z rejsu i jak zwykle podjechał po nas Nyską umówiony kierowca. Na bramie zostało wszystko umówione i opłacone. Zawsze tak wyjeżdżaliśmy, szast prast, bez kontroli.

No tym razem czekali na nas – specjalna brygada celników. Miałem ze sobą całe złoto, zegarki, dolary. Samych łańcuszków kilka tysięcy.

Jak ich tylko zobaczyłem, to wiedziałem, że jest źle. Strażniczki, co normalnie tam stały, dają znać wyrazem twarzy, że jest jakiś nalot, że one nie mają z tym nic wspólnego.

Gdybym ja miał to, co normalnie jako przykrywkę woziłem, czyli te spodnie, parę chustek, to łapówkę bym zapłacił i po krzyku, ale ja miałem złoto.

Wyciągnęli nas z Nyski do budynku co jest przy bramie. Każą otwierać torby i pytają o zgłoszenia celne. Ja się zorientowałem, że jest gnój. Jak oni tę torbę zobaczą, jak zobaczą to złoto i te zegarki, to po mnie.

Miałem przy sobie nóż żeglarski. Wyjąłem ten nóż i mówię do celników „Odsuńcie się, ja nikomu nie chcę krzywdy zrobić, ale wy tej torby nie możecie otworzyć.”

Jak ktoś coś takiego zrobi, to pierwsza reakcja jest pół kroku do tyłu i na to liczyłem. I tak się stało, zrobili krok do tyłu. Ja tę torbę złapałem, uderzyłem w drzwi z rozpędu i uciekłem. Oni mnie oczywiście gonili, ale ja byłem na tyle sprawny fizycznie, że uciekłem. Mieli moją książeczkę żeglarską w ręku, ale nie mieli dowodu co ja mam przy sobie. Ja sobie pomyślałem, że potem się wyłgam, powiem, że się przestraszyłem itd.

Uciekam z tą torbą, a oni mnie gonią. W międzyczasie zawołali przez UKF milicję portową. Już słyszałem, że jadą na sygnale. Wybiegłem na ulicę, zatrzymałem samochód, wpakowałem się do tego samochodu z tą torbą, a kierowca się rozgląda, gdzie ta policja jedzie, bo słyszy syreny. Ja mówię „Jedź pan, jedź pan do kurwy nędzy, ja panu zapłacę”.

Ale on się przestraszył i stał tak tym samochodem. Ja gdybym nie wsiadł do tego samochodu to bym prawdopodobnie uciekł. A to działo się na moście. Mogłem wrzucić tę torbę do wody. Dwa radiowozy zajechały po bokach i sprawa przejebana

Wyciągnęli mnie, ręce mi zakuli w kajdanki i wrzucili mnie do suki.

Ta moja torba została w samochodzie. Oni spisali kierowcę i kazali mu jechać. On pojechał kawałek i się wrócił i mówi, że tu jakaś torba została. A milicja mówi jaka torba? I on przyniósł im do radiowozu tę torbę. Jak przeczytał na drugi dzień w gazecie, ile tam było, to chyba sobie w jaja strzelił.

Zawieźli mnie na posterunek portowy. Nikt ze mną nie rozmawiał. Wsadzili mnie do celi. Tam przesiedziałem noc. Rano mnie wzięli na przesłuchania. Rozmowa się zaczęła od tego, że ten gliniarz, co mnie przesłuchiwał, mówi tak „Ty nam lepiej od razu wszystko powiedz, bo my cześć już wiemy, ale żeby się sprawa nie przedłużała. Na wstępie dam ci taką informację. Wszystko jest w gazetach, w telewizji i w radiu. A po co to zrobiłeś? Dlaczego jesteś taki skurwysyn? Bo ty na pewno masz dobre układy, ale po to podałem wszędzie, żeby ci nikt nie mógł pomóc.”

Rozmowa zaczęła się od tego, gdzie ta cała szajka jest. Ja mówię nie ma tu żadnej szajki. A on mówi, co ty pierdolisz, skąd ty miałeś tyle pieniędzy, żeby to kupić... Ja mu mówię, że od Żydów dostałem w komis.

On na to „Nie opowiadaj mi tu bajek, wiemy jak się przemyca, co się przemyca, ile ludzie przemycają, my jesteśmy dłużej w tym interesie niż ty. Nie pierdol mi tutaj, że ty sam to robiłeś”.

Zawieźli mnie z powrotem do aresztu śledczego, ale żeby mi się za dobrze nie działo, to mnie stamtąd zabrali do prawdziwych kazamatów w piwnicy. Tam się zaczęły przesłuchania jak na starych filmach pokazują, środek nocy, żarówką w twarz itd. To trwało kilka dni i nocy. Wreszcie koniec końców przyszedł facet w stopniu majora i mówi „Oni tu z panem rozmawiają i nie są zbyt kulturalni”, itd. Mówi wreszcie do mnie. „Ten cały pana przemyt to nas bardzo mało interesuje”. I wtedy mi szczęka opadła. On mówi „Co innego nas interesuje – z kim się pan w Brukseli spotykał?

Ja mówię „W Brukseli? Ja w Brukseli byłem może parę razy, żeby kupić coś, czy sprzedać, ale się tam z nikim nie spotykałem”. „Spotykał się pan, spotykał – mówi – nawet na kolacji pan bywał u pewnego człowieka”.

Ja wtedy zacząłem kojarzyć. „To był mój kolega – mówię – co się ze statku znaliśmy”.

No właśnie, ale on z Polski uciekł i działa tam w „Solidarności” w Belgii. Wtedy dopiero zaczęło mi się kojarzyć, co jest grane.

Nic im nie powiedziałem, bo faktycznie nie gadaliśmy o polityce z tym kumplem, ale parę razy wódkę piliśmy w tej Brukseli. Znałem go ze stoczni, jak nasz statek stał w remoncie, i parę razy ulotki do Warszawy dla niego woziłem. Koniec końców, żeby mnie złamać, wsadzili mnie do kryminału z grypsującymi. Jakoś sobie tam dałem radę. Kilka lat boksu na Legii pomogło mi i jeden złodziej z aresztu w Szczecinie. Mówi do mnie „Ty, marynarz, ja ciebie polubiłem, ja ci pomogę”. Nauczył mnie grypserki i historie mi dorobił, że siedziałem w Nowym Targu. A ja tam byłem tylko kilka dni za nielegalne przekroczenie granicy o kilkaset metrów w Tatrach. Po czterech miesiącach przesłuchań żona mnie wyciągnęła za 20 tysięcy dolarów. To były wtedy dwa domy w Warszawie. Dostałem trzy lata w zawieszeniu, a groziła mi dycha odsiadki.

Później gdzieś na imieninach poznałem faceta. On się przyjaźnił z moją siostrą. Oczywiście znał moją historię… i siostra raz do mnie mówi: „Jacek, czemu ty do mnie nie przyjdziesz. Ja ci pomogę, ja ci załatwię robotę. Ty na bazarze masz dobrą opinię. Ludzie wiedzą, co się stało, nikogo nie podkablowałeś, to ci pomogą”.

I on mi załatwił budkę na bazarze w Rembertowie. Nawet nie wiem ile za to dał, bo mi nie powiedział, tylko mówił „Jak się dorobisz, to będziemy się rozliczać.” On funkcjonował w pierwszej piątce w hierarchii bazaru…. Miał wspólnika (potem się dowiedziałem) esbeka. I oni tam robili, co chcieli.

Przez pierwsze miesiące zarobiłem prawie tyle, co na statku. Myślałem potem, po kiego groma ja pływałem… tu bez ruszania się z domu takie same pieniądze można zarobić. Niestety to krótko trwało… Ja sobie nie zdawałem sprawy. Wszystko do człowieka dociera dopiero po faktach i człowiek ma życie takie, jakie ma, bo nie jest na tyle bystry i inteligentny… Do dziś się zastanawiam, czemu ja tego wcześniej nie widziałem, co jest naprawdę grane.

Od początku dobrze zarabiałem, bo się zorientowałem, co na bazarze idzie, skontaktowałem się ze swoimi ludźmi, co pływali na statkach i powiedziałem im „Wy tego nie sprzedawajcie w Gdańsku, za 1/3 ceny, tylko to do mnie przysyłajcie, ja Wam zapłacę dwa razy więcej”. I miałem towar. A na bazarze trzeba wiedzieć ile i czego ludzie szukają. Zawarłem tam kilka znajomości, zaprzyjaźniłem się z ludźmi i odbiłem się. Jak bazar pracował ?... Płaciło się jakieś opłaty administracyjne, grosze, jakieś sto złotych. I na czym trick polegał? Raz na rok przychodziła do Ciebie kontrola z Urzędu Skarbowego. Sprawdzali, ile masz towaru i pytali o książkę rachunkową, której ty nie miałeś.

Nikt tych książek nie prowadził, ale istniało niepisane prawo, że oni przychodzili, wypisywali karę, wysoką, nawet do 100 tys. złotych… Jak miałeś układy, to przychodzili. raz na dwa lata, dać ci tylko 50 tys. Miałeś napisać, że książka jest, ale zniszczona…

Przychodzili, wpisywali karę, Ty płaciłeś, miałeś to wliczone w koszt ogólny i sprawa się kręciła.

Ja wiedziałem, że oni przyjdą. Przez pierwszych 5 tygodni zarobiłem ok. 500 tysięcy. Więc w tydzień na tę karę zarobiłem, to się można było śmiać. Po dwóch tygodniach przychodzi do mnie dwóch cichociemnych, pytają o towar, oglądają i znienacka jeden pyta, gdzie mam książkę rachunkową. Mówi, że są z policji, z wydziału przestępstw gospodarczych i że oni to są trochę ważniejsi od Urzędu Skarbowego. Ja na to, że książki nie mam. On mi na to, że „będziemy musieli porozmawiać”. Skąd ja towar mam, od kogo, dlaczego to tak gładko idzie. Mówię co i jak, że ludzie przynoszą, to ja skupuję, jak wszyscy tutaj. On na to: „Co Pan nam tu pierdoły opowiada, my wiemy dokładnie, kto Pan jest. Gdzie pan pracował, siedział i jak wyszedł. Albo Pan będzie z nami rozsądnie rozmawiał, albo Pana załatwimy”.

„To co wy się tu spodziewacie? – pytam – Żebym ja swoich kolegów sprzedał? I żeby przeszli to, co ja?”

On na to „Panie, to jest Pana sprawa, ale jak się panu nie podoba, to jutro tu może przyjść Urząd Skarbowy”.

„To niech przyjdzie.” – mówię. I przyszli; karę mi dali.

Za parę dni znowu przyszli i znowu taka rozmowa. I powtarzają mi, że Urząd Skarbowy to może do mnie przychodzić nawet codziennie, jak nie będę z nimi gadał.

To się zaczęło w dwa miesiące po otwarciu budki. W kolejnych dniach obroty mi spadły, dość poważnie, bo znów przyszedł Urząd Skarbowy i nie dość, że naliczył karę za brak książki, to jeszcze jakąś inną. Policzyli wartość towaru i na tej podstawie domiar wyliczyli. Wyszło tego już ok. 150 tys. Potem znów ktoś był i kary sięgnęły już 240 tysięcy.

W pewnym momencie mówią „Panie, my Pana udupimy, albo Pan będzie z nami pracował.”

Potem jeszcze raz nastąpiła kontrola. Ja się z nimi próbowałem w kotka i myszkę bawić. Część towarów trzymałem w samochodzie, część w budce. Bałem się od ludzi kupować, w obawie, że ktoś mnie śledzi. Jeszcze się kilka miesięcy pokręciłem. Przed świętami sprzedałem parę rzeczy z ręki i budkę zamknąłem. To działo się w Rembertowie, ale na Różycu robili identycznie.

Wzięli ode mnie pieniądze, te 20 tysięcy dolarów, bo stwierdzili, że jak nie złamali mnie przez 4 miesiące, to już nie złamią. Trzeba go wypuścić i zobaczyć, z kim się będzie kontaktował. Jak odetniemy mu wszystkie środki do życia, to on gdzieś do kogoś pójdzie.

No i wtedy się u mnie zrodziła ta decyzja, że nie ma wyboru. Muszę wyjechać z Polski. Paszport załatwiłem za dużą łapówkę i całą rodziną wyjechaliśmy do Kanady.

W latach 80. rodzice mojej ówczesnej żony odziedziczyli po swoich rodzicach warsztat rzemieślniczy produkujący finki [przyp. red.: rodzaj noży typu fińskiego]. Warsztat funkcjonował we Wrocławiu. Teściowa była damą, a teść dziennikarzem. Niestety nie mógł dłużej pracować jako dziennikarz, ponieważ – gdy napisał z Wrocławia kolejną informację z zoo (a to było w czasie stanu wojennego) – to zażądano od niego relacji z posiedzenia Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Odmówił. „Wypadł” z zawodu i musiał zająć się finkami. Teściowie byli z tego powodu bardzo nieszczęśliwi, bo nic im z tej produkcji nie wychodziło… Przysyłali nam do Warszawy duże paczki z nożami, żeby je sprzedawać. Zuzanka [przyp. red.: żona], gdy wchodziła do sklepu myśliwskiego, słyszała już od progu: „Oj, będzie coś na ostro” (śmiech). No a ja poszedłem z worem tych finek na bazar Różyckiego i zrobiłem numer w stylu Franka Dolasa z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową” – to znaczy zacząłem krzyczeć „Jezus, Maria, co ja robię! Chyba oszalałem! Sprzedaję tak tanio: 13 w cenie 10!”. Powstał „młyn” wokół mnie i ja te wszystkie noże – a było ich kilkaset – sprzedałem. Bardzo często zadawałem sobie pytanie, dlaczego one wtedy „poszły”. Większość ludzi, którzy tam handlują, to są trochę takie „urki” [przyp. red.: z rosyjskiego – kryminaliści], sztajmesi [przyp. red.: żule, menele], łobuzy i kochają noże. Dlatego chętnie je kupili – ładne finki, z rogowymi rękojeściami w skórzanych pochewkach… No i udało się. Wysłałem teściom pieniądze, żeby mieli z czego żyć. Pamiętam, że potem zapuściłem się na bazar Różyckiego, ale zdjęty trwogą szybko rejterowałem. Niemal w każdej budzie i na każdym stoisku leżała duża ilość finek, które w ogóle się nie sprzedawały. Gdyby spojrzenie mogło ciąć jak nóż, to wyszedłbym stamtąd posiekany. Patrzyli na mnie z nieukrywaną wrogością. Potem przez dłuższy czas omijałem szerokim łukiem bazar Różyckiego, żeby nie dostać finką w brzuch.

Fajniej było być londyńczykiem w Warszawie niż Anglikiem polskiego pochodzenia w Londynie. Choć nie mam biznesowych zdolności, moim sprzymierzeńcem został czarny rynek i kurs funta. Jak się przywiozło parę płyt Beatlesów, po ich sprzedaniu starczyło na całe wakacje. Woziłem też ortaliony polonijnej firmy TAZAB, koszulki, płaszcze… Te paskudztwa schodziły błyskawicznie. Szedłem z siostrą cioteczną – malarką na bazar Różyckiego i pozbywałem się towaru w godzinę.

Dla mnie wówczas to było niezwykłe miejsce. Na Portobello Market w Londynie też był bazar z owocami, ze starociami, ale nie było tam czarnego rynku i nie było takiego przebicia. Robiąc na bazarze zdjęcia, zawsze miałem duszę na ramieniu. Tych zdjęć nikt nie chciał, to było niebezpieczne. Na szczęście Michał Komar tego nie zauważył.

Na bazarze wokół wszystko było bardzo przaśne, bardzo biedne, bardzo szare. Aż tu nagle przystojny facet z piękną kobietą. Wyglądał jak włoski dyplomata. Natychmiast nacisnąłem migawkę. Nie miałem pojęcia, kim oni są, ale widziałem, że nie pasowali do tej ogólnej przaśności, byli jak z innej planety.

Przez ponad dwa lata moje życie wyglądało tak: rano spotykałem się z Konwickim, Holoubkiem i siadaliśmy przy stoliku w „Czytelniku”. Później jechałem na bazar z „podrzutką”, na której bardzo dobrze zarabiałem. Załóżmy, że handlujesz grzebieniami, grzebień jak i lusterko każdy dżentelmen i dama powinni mieć w kieszeni bądź torebce. Producent wystawi Ci kwit na 10 grzebieni, które od niego kupiłeś. Od tych 10 grzebieni płacisz około 20% podatku obrotowego. Kiedy sprzedasz 9 przyjeżdżam z „podrzutką” od producenta – czyli dokładam kolejne, za które Ty już nic państwu nie płacisz, bo przecież nie sprzedałeś tej liczby z kwitu.

Przywoziłem głównie grzebienie i ozdoby do włosów. Miałem swoich kupców, czekałem na telefon kiedy będzie kończył się towar, mniej więcej dwa razy w tygodniu przyjeżdżałem, żeby im coś dorzucić. Oczywiście nie chwaliłem się swoją pracą, ale żonę i dzieci miałem na utrzymaniu Coś robić należało, a z kultury utrzymać się jest trudno. Nie wstydzę się więc tego, że pracowałem na bazarze. Zresztą, jeżeli pani zajrzy do albumu Chrisa Nidenthala, to będzie tam moje zdjęcie, które zostało przy tej okazji zrobione. Notabene dopiero po latach Chris dowiedział się, kogo sfotografował.

Bazar w scenie benkla jest porządnie obfotografowany. Nie tylko gra w trzy karty, ale również cała uroda tego miejsca. Jest to sekwencja sfilmowana kamerą podpatrującą, gdzie są przekupki i kramy, gdzie leżą „Playboye”, gdzie pokazane są charakterystyczne napisy na ścianach WC. Jako dziennikarz radiowy, reporter, wychowanek Jacka Stwory, który kochał podobne klimaty w Krakowie, słyszałem wielokrotnie, że prawdziwe życie jest w tego rodzaju rejonach miasta. Stwora mówił, że jak pójdziesz do cioci na imieniny, niczego prawdziwego się nie dowiesz, wszyscy są sztucznie uśmiechnięci i wszystko jest bardzo eleganckie. Natomiast prawda o życiu, taka brudna, reporterska, no to jest nocny dyżur na pogotowiu ratunkowym, izba wytrzeźwień, więzienie i – oczywiście – bazar. Mimo że urodziłem się i wychowywałem w Krakowie, to klimat prasko-warszawskie doskonale znam z autopsji. Wielokrotnie w tych miejscach poruszałem się jako dziennikarz. Chodziłem na bazar również jako klient. A poza tym uwielbiam gwarę warszawską, kapelę i grajków ulicznych. Kocham tego rodzaju klimaty: prowincjonalnych miasteczek, spelun, bazarów. W każdym mieście, gdziekolwiek to jest na świecie, szukam takich miejsc, które nie są wylizane na użytek turystów. W końcu „07 zgłoś się” to miał być film kryminalny. Kryminał nie rozgrywa się w salonach.

Na początku chcieli, żeby pokazać aktorowi, jak to się robi, bo nie miał pojęcia. Ale żaden z nas nie był fachowcem. Specjalnie dla nich ściągnęliśmy więc z lokalu prawdziwych benklarzy. Oni w ogóle nie chcieli. Bali się. Mówili „Szefie, ale jak to, będziemy nasze techniki pokazywać?”. Ale w końcu dali się przekonać, bo scenę trzeba było nagrać, nie wiem zresztą, za jakie pieniądze, bo widocznie im zapłacili. Grunt, że chłopaki wzięli udział w tym odcinku.

To było nagrywane w alei, gdzie sprzedawano owoce południowe. A cały odcinek opowiadał o złotych monetach, że na Brzeskiej ktoś handlował złotymi monetami i tam został zabity… Wiele tych wątków filmowych wziętych zostało z rzeczywistości. Dorobiona jest fabuła oczywiście, ale to się opierało na sprawach autentycznych.

Najgorszy problem polegał na tym, że plan filmowy należało obstawić, żeby aktorom się nic nie stało. Bo tu jeden pijaczek, tu drugi, za chwilę przyszli jacyś niezorientowani, chcieli nawet ekipę filmową pobić. Ale zostało im wytłumaczone, że ci grają dzisiaj legalnie.

To nie były moje ręce. Borewicz nie przychodzi tam po to, żeby żonglować kartami. Mój bohater idzie na bazar po to, żeby szukać tam przestępców. Jestem w tym filmie cywilnym dochodzeniowcem milicji. Borewicz przygląda się grze, ale nie uczestniczy. Tam kombinowali z tymi kartami jacyś spece. Rozdający, to aktor, wielokrotnie grający różnych szemranych facetów. U Marka Piwowskiego zagrał w „Przepraszam, czy tu biją?” i w dziesiątkach innych filmów. Nazywał się Zdzisław Rychter. I on to zagrał. Tam są zbliżenia rąk, żeby pokazać, na czym oszustwo polega.

Kiedy „Wariat” miał już na pieńku z Pruszkowem, tamci wynajęli płatnych morderców z Gdańska, którzy zaczaili się na „Wariata”, który się tam pojawił i bardzo interesował zatrzymaniem niedoszłych zabójców. Na komendzie „Wariat” zapytał mnie, ile zarabiam. Mówię, że gówno go to obchodzi. On mówi, że przecież grzecznie pyta. No to mu odpowiadam, że pięć milionów złotych na stare. „Wariat” złapał się za łeb i mówi, że tyle to on płaci za światło. Ja mu na to, żeby mnie w takim razie zatrudnił do tego światła. On mówi, że nie, bo się nie nadaję. Pytam: dlaczego? To Wariat pyta, czy on nadałby się na psa. Odpowiadam mu, że nie. No właśnie – bo jest za bardzo przekręcony na lewo, ja za bardzo na prawo. Żaden z nas nie nadałby się do roboty po drugiej stronie. Kiedy słyszę policjantów, którzy mówią, że po zwolnieniu wezmą się za bandytkę, nie wierzę w takie gadanie. Myślę, że „Wariat” z tym przekręceniem miał rację.

Dostałem służbowe mieszkanie milicyjne na Targowej pod 17-stką. Przeżyłem tam siedem lat. Nikt z milicjantów nie chciał tego mieszkania, bo wszyscy się bali. Dla mnie, biednego chłopaka z prowincji, 40 metrów z piecem węglowym i małą wanienką z kibelkiem, to był wtedy szczyt marzeń. Przełom z bandytami nastąpił dość szybko. Wyjechałem do szkoły milicyjnej. Kiedy wróciłem, moja żona płacze, że doliniarze z Różyckiego, nawyzywali ją od milicyjnych kurew. Okazało się, że ktoś wezwał milicję, kiedy pili na podwórku. Złodzieje pomyśleli, że psy wydzwoniła moja żona. Poszedłem do nich. Siedziało ich tam jedenastu w bramie, na schodkach i pili. Postanowiłem zagrać va banque. Podchodzę i pytam, który moją żonę od kurew nawyzywał. Patrzą na mnie. Cisza. Pytam się, czy nie znajdzie się żaden twardy, który się przyzna. Oni na to mówią, że moja żona wezwała na nich z domu psy. Ja im mówię, że nie mogła wezwać, bo ja w domu nie mam nawet telefonu. Od słowa do słowa okazywało się, że jeden ze złodziei wiedział jednak, że psy wydzwoniła jakaś inna baba. Mówię, że nie mam żalu, ale ten, który moją żonę nawyzywał, ma do niej iść i przeprosić. Bandyci kombinują, w końcu jeden mówi, że chuj, jestem psem, ale skoro tu mieszkam, to będzie trzeba ze sobą jakoś razem żyć. Temu złodziejowi, co moją żonę nawyzywał, kazali iść, przeprosić. Poszedł, to ja mówię, że w takim razie od teraz oni się nie przypierdalają do mnie, a ja nie interesuję się tym, co robią. Na zgodę poszedłem do domu po litr rozrobionego spirytusu i wypiłem z nimi na schodach. Od tamtej pory nie było żadnych problemów. Z czasem zacząłem nawet zostawiać na podwórku otwarte auto, pilnowali mi go złodzieje. Za kilka alpag bandyci zrobili mi potem w mieszkaniu remont, zapłaciłem tylko głównemu malarzowi. Kiedy wyprowadzałem się z Targowej po siedmiu latach, to menelstwo prawie po mnie płakało.

Jasne, że mogli kogoś okraść na bazarze – i tak się działo. Nawet w moim domu funkcjonowały trzy dziuple, w których kradzione samochody od razu rozbierano na części. Ale tych lepszych samochodów, które należały do ludzi ważniejszych w półświatku, nie ruszali. Stał kiedyś pod moim blokiem taki samochód, ładny audi, czarny, z ciemnobiałą tasiemką, na której stało napisane: „Jeśli kochasz swoje życie tak samo, jak ja swój samochód, to się od niego odpierdol”. I oni tego samochodu nie ruszali. Przestępczość wewnętrzna to były porachunki między gangami, między przestępcami z Pragi. Na bazarze mogli cię okraść, ale nikt cię nie zranił – jeśli nie należało się do tego ich światka. Ale porachunki między nimi, wewnątrz, to często kończyły się w Lesie Kampinowskim. Wywozili gościa do lasu i tam kazali kopać grób. Pamiętam taką historię, kiedy ktoś przeżył. Przeżył to Edek, którego nie znałam, ale znałam niedoszłego mordercę – mieszkał u mnie w bloku. Elegancki człowiek – miły, spokojny, miał żonę, dwójkę dzieci. To on zawiózł Edka do Lasu Kampinowskiego i tam kazał wykopać mu grób i pozwolił wybrać: czy chce kulkę w łeb, czy chce zginąć od noża. Edek wybrał nóż, bo wiedział, że to można przeżyć. I zadali mu cios i on udawał, że nie żyje, więc go tam zostawili, ale on potem zebrał te swoje wnętrzności i dotarł jakoś do szosy, złapał samochód i zawieźli go do szpitala. Potem ludzie z bazaru opowiadali, że Edek wrócił i będzie chciał się zemścić. A ten morderca, jak się o tym dowiedział, to się zaczął ukrywać, chował się w swoim mieszkaniu, a sąsiadom powiedział, że musi się ukrywać, bo jest w opozycji, w „Solidarności”. Ale w końcu go znaleźli. No i policja złapała tego mordercę, potem się okazało, że on kilku innych zabił i dostał 25 lat więzienia. Po 10 latach wyszedł i podobno go widziano parę razy na bazarze, ale potem już go nie widziano, zniknął. Więc może mu ktoś wymierzył sprawiedliwość.
Rok '89, imieniny chyba Tadeusza, a więc koniec października… na Cyryla i Metodego przyjechał młody chłopak, który wrócił z Berlina Zachodniego i kupił tam organki elektryczne na handel… młody dzieciak, może 17, 18 lat. Pamiętam twarz. Powiedział, że chciał sprzedać te organki. I odbyło się to na tej zasadzie, że podszedł w najbliższą okolicę komisu, tam gdzie rozrzucano kółka i zapytał, czy ktoś chce kupić organki. Jeden ze stojących mężczyzn powiedział. „Pokaż te organki, ile za nie chcesz?”. Chłopak dał mu do ręki i tu zrobił wielki błąd. Powiedział jakąś sumę, a ten mężczyzna, który już organki trzymał w rękach, oddał następnemu, tamten następnemu, tamten następnemu, tamten następnemu… Zniknęli ludzie, zniknęły organki, chłopak stał jak słup. Mężczyźni się rozeszli i został sam bez organków i bez pieniędzy.
Może i byli tacy, którzy uważali, że skoro Cieślak podpisany jest jako Borewicz, to pewnie on jest prawdziwym milicjantem. Może i coś takiego mogło się zdarzać. Jakiś młody milicjant z prowincji, nie znając jeszcze Warszawy, nadział się na mnie na ulicy, to mu ręka poleciała do dacha, bo mu się pomyliło. Ale na ogół to pozostawał odruch, którego on się potem szalenie wstydził. Stałem się wówczas, człowiekiem rozpoznawalnym. W tym sensie, że ludzie wiedzą, że to jest ten facet, który gra w telewizji. Ale to nie działa tak, że ludzie biorą mnie za milicjanta czy detektywa. Kiedyś z Krzysztofem Szmagierem – reżyserem serialu – przyjechaliśmy do domu wczasowego na spotkanie z widzami. Na schodach powitała nas pani dyrektorka ze swoją księgową, a ta powiedziała „Ach, jak dobrze, że panowie do nas przyjechali, ponieważ wczoraj jednej z naszych pensjonariuszek ukradziono torebkę”. Ale ona to mówiła żartem.

Aktor Bronisław Cieślak, znaczy ten porucznik Borewicz z „07 zgłoś się” z dwoma kolegami wszedł na bazar. „Kaszanka” zobaczyła go i zaczęła krzyczeć „Milicja, milicja!” i poszła w długą, zostawiając towar. „Kaszanka” miała zawsze dobre mięso.

Jak robiono naloty milicyjne, przeważnie zabierali właśnie ją. Nic dziwnego, że była przeczulona.

Pamiętam, że działała na bazarze taka handlarka, której twarzy nigdy nie widziałem. Chodziła owinięta chustami, stara babuleńka. Nosiła rękawiczki jak wszystkie handlarki z wyciętymi dziurami na dwa palce, żeby liczyć pieniądze. Pewnego razu zsunęła się jej rękawiczka i zobaczyłem pierścionek z ogromnym diamentem. Kilka lat później na przyjęciu spotkałem elegancka kobietę, którą pocałowałem w rękę. Poznałem ją po pierścionku. Niektórzy dają się rozpoznać.

Wszyscy mi mówili, że tu łatwy zarobek, ale ja początkowo tego nie widziałem, bo nie miałem dojścia do towaru. Gdzie przyszedłem, to wiedzieli, że pies. Jak dwóch, trzech stało i ja podchodziłem, to się rozchodzili, milkli. Coś należało zrobić, żeby mieć towar, mieć czym handlować. Bo nawet jak już ktoś coś przyniósł i miał przyjść z towarem, to sąsiadki mówiły, gdzie pracuję i więcej się nie pojawiał. I w końcu odszedłem z tej milicji. Tym bardziej, że chcieli zrobić ze mnie złodzieja. Wydali na mnie nakaz aresztowania, przeszukali mi mieszkanie. Zabrali mi z domu ostatnie pieniądze, które miałem na towar. Właśnie zaczynałem się rozkręcać, a oni zabrali mi te pieniądze i przez ponad miesiąc trzymali. Zresztą jak ja odchodziłem z milicji na Pradze Południe, ludzie z niej uciekali. Zastępca komendanta, którego potem wyrzucili za przekręty, w każdym widział przestępcę i ludzie nie chcieli z nim pracować. Ale to stare czasy. Teraz jak czasem spotykam tych moich byłych współpracowników, to ci co mają normalne rodziny, głównie w ochronach siedzą. Reszta zeszła na psy. Pijaczki, aż wstyd się do nich przyznać – tacy brudni, śmierdzący jak ci menele z Brzeskiej. Odszedłem więc z milicji, ale i tak łatwo nie było, bo tu mówią, że jak ktoś był psem, to psem zostanie. Poza tym ci z PG [przestępstwa gospodarcze] co na bazarze pracowali, mnie się tak mocno nie czepiali, bo ich dowódcę znałem. Więc kupcy się na mnie krzywo patrzyli. Z drugiej strony myśleli, że ja mam jakieś informacje od PG i jak ja w ciągu dnia zamykałem, to i oni zamykali.

Umarł nam tata. Miałyśmy z siostrą po 18 lat. Życie zmusiło nas do pracy. Handlowałyśmy więc w soboty i w niedziele. W tygodniu obowiązywała szkoła. Kończyłam hotelarską. W weekendy stadion, albo nawet co drugi dzień. Zrobiłyśmy maturę i zaraz potem moja siostra poszła do pracy. Została na stadionie. Ja przez trzy lata pracowałam w hotelu. Wtedy mama zachorowała. Miała trzy zawały serca i pół roku spędziła w szpitalu. Po chorobie wróciła na bazar, ale nie mogła już sobie poradzić, należało jej pomagać, przywozić towar, bo nie miała siły. W tym czasie trwał zresztą bardzo dobry handel. Przez dwa lata jeździłam z nią rano na bazar, a później chodziłam na zajęcia, bo chciałam koniecznie wrócić do pracy w hotelu. Po dwóch latach mama zrezygnowała z pracy. Siedziała w domu, załamana po śmierci ojca. A ja z siostrą, wtedy już definitywnie, stałyśmy na stadionie. Stadion robił wtedy furorę. Wszystkie bazary uzależniły się od niego.

Na bazar Różyckiego wróciłam przypadkiem. Wcale nie miałam zamiaru tam wracać. Złożyłam dokumenty i po trzech miesiącach dowiedziałam się, że nie odbieram budki i że ktoś mnie poszukuje. Do przetargu podeszłam z przekory. Siostra mamy powiedziała mi, że budki są w sprzedaży i kto chce, to może brać. Pomyślałam sobie: „Ee… to se złożę, ciekawe czy dostanę?”. No i jak już tą budkę wygrałam, to miałam problem, co ja mam robić. Zastanawiałam się bardzo poważnie. Namówiła mnie w końcu mama „Weź!” powiedziała. „Zawsze coś zarobisz, a jak nie, to zwiniesz”. Wtedy brałam akurat ślub. Wyremontowałam więc tę budkę w dwa tygodnie i ją otworzyłam. I tak się znalazłam na bazarze. I powiem szczerze, że żałuję, bo gdybym wtedy tam nie poszła, to pewnie życie moje inaczej by mi się ułożyło.

Kiedy wstępowałem do firmy, miałem nad sobą pięciu doświadczonych oficerów, którzy mnie uczyli. Po weryfikacji i zwolnieniach milicjantów w latach 80., na pięciu nowych przypadał jeden doświadczony. Zaczynałem w 88. roku w komisariacie na Cyryla. Komendant powiedział, żebyśmy poszli na Brzeską rozpytać jednego menela, który trudnił się na bazarze drobną paserką. Idziemy, pukamy, a menel krzyczy „Spierdalać”. To wróciliśmy na komisariat i powtarzamy wszystko komendantowi. On tylko uśmiechnął się, założył długi policyjny płaszcz i mówi „Chodźcie”. Wracamy pod drzwi, pukamy, menel znowu krzyczy „Spierdalać”. Więc komendant wyjebał drzwi, wpadł do środka i tak mu zapierdolił, że jak menel wstawał z podłogi, to w ręku już trzymał dowód osobisty.

Raz mieliśmy zatrzymać złodzieja – niejakiego Zdziśka. Wiedzieliśmy, że jego punktem kontaktowym jest sklep „Rybka” na Brzeskiej. Idziemy tam, a „Gruba” mówi, że Zdzisiek pije w bramie pod trzynastym. Idziemy pod trzynasty. Przedstawiamy się jako chłopaki ze Szmulek, którzy mają do Zdzisia interes. Złodzieje mówią, że Zdzisiek poszedł do „Rybki”. W „Rybce” „Gruba” mówi, że Zdzisiek poszedł nas szukać do bramy. W bramie złodzieje mówią, że Zdzisiek szukał nas, ale poszedł na bazar. Jeden z nich prowadzi nas tam i wskazuje Zdziśka. Zamiast go wyprowadzić z bazaru, mój kolega zakuwa go w kajdanki na środku alei. I wtedy się zaczyna. Złodziej krzyczy, że Zdziśka przyszli porwać bandyci, którzy podają się za milicję. To standard – taki parasol ochronny stosowany przez bazarowych złodziei podczas nalotów. Wylatuje do nas dwudziestu handlarzy i otaczają nas. Wyciągam legitymację, ale nie pomaga. Zrywają z nas ubrania, okładają pięściami. Dookoła rozjuszonych handlarzy biega ten złodziej, który wszystkich podjudza. Gdyby nie wsparcie kilku ekip kolegów, byłoby źle. Kilkakrotnie na bazarze prawie doszło do linczu milicjanta. Dla naszego bezpieczeństwa pani komendant zabroniła dokonywać aresztowań na terenie bazaru.

W ciągu jednego roku kalendarzowego wykryliśmy i udowodniliśmy więcej spraw niż cały Wydział Kryminalny Pragi Północ przez ostatnie pięć lat. Wpadła zorganizowana grupa handlująca bronią palną. Nie wyszła z tego gruba sprawa, ale już wtedy wiedzieliśmy, że handel bronią jest na bazarze Różyckiego mocno rozwinięty, że to nie są tylko wymysły i mrzonki. My doszliśmy do trzeciej ręki (uważam, że za wcześnie zaczęliśmy tę sprawę zamykać), nie doszliśmy tylko do hurtowni. Byliśmy u tego, który rozdzielał broń na poszczególne bazary… Myśleliśmy, że to już jest wszystko. Bzdura, potem okazało się, że jest to dopiero połowa góry lodowej…

Początkowo łapaliśmy tylko leszczy. Ale szybko zrozumieliśmy, jak to funkcjonuje. Polowaliśmy na hurtowników. Hurtownicy sami nie stali. Mieli swoich słupów. Słup stał z jedną kurtką. Nawet jak wpadał, to strata pozostawała niewielka. Namierzyć hurtownika przychodziło z trudem. Największe owoce przynosił moment kontaktu ze słupem. Jak „zwijaliśmy” gościa, to miał przy sobie pięć kurtek, ale kiedy robiliśmy przeszukanie w samochodzie, to tam było pięćdziesiąt, a jak jechaliśmy do domu, to znajdowaliśmy już 500. Raz zwinęliśmy z partnerem jednego gościa. Miał przy sobie kluczyki i dowód rejestracyjny. Idziemy, patrzymy, a tu stoi wielki Star, niby chłodnia. A w środku po sam sufit dżinsy. Gościu proponował nam po maluchu, tylko żebyśmy go puścili. Maluch wtedy to kupa forsy. Należało oszczędzać całe życie, żeby go kupić. A jak ekipa pojechała na przeszukanie, to okazało się, że pod domem ma drugiego Stara. Następował okres, kiedy powoli kończyła się amatorszczyzna, a zaczynało się zawodowstwo. Na bazar jechały całe TIR-y towaru. Jeden TIR to 50-60 tys. par spodni. Trwał olbrzymi obrót towarem. Wiedzieliśmy, że idą całe transporty ciuchów, taniej elektroniki, zegarków. Tylko niewielka część była sprzedawana w detalu. Większość stanowił hurt na całą Polskę. Bazar stał się punktem kontaktowym, same transakcje załatwiano gdzie indziej. Jak zaczęliśmy trzepać tych dużych, to podniósł się szum. Następowały naciski, żeby nas zdjąć z tego bazaru.

Grupa bazarowa została rozwiązana w 1993 roku. „Nasi ludzie po prostu uznali, że bazar nie jest już groźny”. Przez pewien czas podobno zastanawiano się nawet nad stworzeniem grupy specjalnej do zwalczania przestępczości zorganizowanej na podstawie bogatych doświadczeń grupy bazarowej. Praca policjantów została zauważona przez Francuzów i Amerykanów, którzy nakręcili filmy dokumentalne przedstawiające formy działania opisywanej grupy.

Widzi pan, z nimi to jest tak – dopóki pan jest im potrzebny, to będą panu nadskakiwali, będą panu dawali wódkę, kolację, wszystko. Jak pan odejdzie z policji, odbiorą to panu wszystko albo pana po prostu nie będą szanowali. Wie pan, co robili z policjantami – uchlewali ich. Dwóch takich miałem. Uchlewali mi dwóch policjantów z grupy lokalnej i dzwonili do mnie, żebym sobie ich podniósł, bo leżą tu i tu. A pili razem, specjalnie z nimi pili…

Wiele razy sprzedawało się sukienki na pogrzeb dla młodych dziewczyn. To jest bardzo niezręczna sytuacja, sprzedaje się sukienkę do trumny i przeważnie ci ludzie płaczą, są załamani, jest taka niezdrowa atmosfera. Płacz, lament, gdy widzą tę sukienkę i to jest właśnie najgorsze. Trzeba tę sukienkę dobrać tak, żeby człowieka później sumienie nie dręczyło. Przeważnie po takie sukienki przychodzili z rana. Młode dziewczyny. Albo wypadek samochodowy, albo na raka, albo na białaczkę. 16 lat, 21 lat, 22 lata... i wtedy zawsze się dawało najpiękniejsze sukienki i zawsze miałam taką zasadę, że na pogrzeb oddawałam sukienkę po cenie. Sumienie mi nie pozwalało zarobić na takiej sukience. I później, jak sprzedałam rano, to potem handlowałam cały dzień i sobie odbiłam to wszystko. I nie żałowałam nigdy. Bardzo wiele klientek przynosiło mi wódkę weselną, torty weselne. Miałam całą kolekcje zdjęć. Pokazywałam je później następnym klientkom. Wielokrotnie brały ode mnie wizytówki i przekazywały koleżankom. Potem często zdarzało się, że klientki przyjeżdżały z polecenia, np. z Nadarzyna. Miałam takie, które urządzały wesela po trzysta, czterysta osób. Takie się pamięta. Są też klientki niesympatyczne. Chciałyby nie wiadomo co, a to się po prostu nie da zrobić i już. Niektóre są bardzo szczere. Gdy się mierzy sukienki sam na sam, bez towarzystwa teściowej czy mamy, to można sobie luźniej pogadać. Więc czasami bywają tak już tym zamieszaniem wkurzone, że mówią, że chciałyby mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. „Ja już nie mam siły” mówi mi jedna z drugą, „Bo mi w życiu chodzi już tylko o to, żeby mi było dobrze, spokojnie”. Ale bywały też tak zakochane, że świata nie widziały. Mdlały na stojąco. Najbardziej wylewni są panowie. Lubią rozmawiać, żartować. Częstokroć młoda nie chce wziąć sukni, a jak dobrze się porozmawia z młodym, czy z teściem, to mówi „Bierzemy tutaj. Nigdzie już nie idziemy. Ta pani jest bardzo fajna”. Przeważnie to facet płaci. A jeszcze jak powie, że pięknie wygląda, to nigdzie dalej nie pójdą.

Jasne stało się od samego początku, że handlarze chcieli nas podejść. Funkcjonował przy bazarze bar „Kajtek”, gdzie stołowali się benklarze i policjanci. No i usłyszeliśmy, że zaczęli tam podawać „parówki po kanadyjsku”. Poszliśmy we trzech spróbować. Zjedliśmy. Przychodzi do płacenia. A barmanka mówi, że już zapłacone. Ale nikt z nas nie płacił. Na Targowej nastąpiła podobna sytuacja, to wynieśliśmy się do „Wileńskiej”, ale tam też nas wymacali. Trwały próby podstawiania nam dup, dania kasy. Chodziło o to, żeby nas przez 2 godziny nie widziano na bazarze. Wiem, że niektórzy brali. Ale wielu z nich powpadało.

Funkcjonował gościu o pseudonimie „Księgarz”. Niewysoki, szczupły, blondyn, kręcone włosy. Lubił książki. Oczytany. Załatwiał książki ludziom, no bo wielu książek wtedy też w księgarniach nie zobaczyłeś. Miał też całą sieć met z wódką w okolicach bazaru. No i ten „Księgarz” kumplował się z komendantem. Widywano ich razem itd. No i pewnie żył by sobie długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że ktoś go podpierdolił. Najpierw zaczęła się inwigilacja, a potem „Księgarza” zwinięto. I „Księgarz” zaczął mówić. Sprawę przejął wydział wewnętrzny, wtedy to się nazywało JOF – Jednostka Ochrony Funkcjonariuszy. Wyszły na jaw układy i powiązania pomiędzy wyższymi oficerami milicji a grubymi ludźmi z bazaru. Aresztowano komendanta rejonowego, dwóch jego zastępców, naczelnika wydziału kryminalnego, naczelnika PG. Jeden z wyższych oficerów zastrzelił się w swoim gabinecie. Potem na komendzie mówiono, że był jedynym, który wyszedł z tego z honorem. Jaki to musiał być pogrzeb!

Jak rozwiązywano PG, to oni wszyscy na bazarze sobie budki pozałatwiali, układy mieli. Żeby miejsce dostać i móc coś na nim postawić, to kierownikowi targowiska należało dać w łapę z dwa, trzy tysiące dolarów. On zachowywał się jak bóg. Jak mu się nie zapłaciło, to nie chciał rozmawiać. Jak już z nim się załatwiło, to drugim problemem pozostawało zezwolenie z wydziału handlu. Jak w 81. spłonęła duża część bazaru, to potem, żeby odbudować obiekt i handlować dalej, konieczne stało się zezwolenie. Też musiałem się o takie wystarać i dostaliśmy je cudem. Miało zostać wystawione na moją żonę, ale sąsiedzi bruździli, bo chcieli przejąć moją budkę. Jak poszedłem do urzędu, to kierownik wydziału handlu nie chciał w ogóle rozmawiać, gdy usłyszał nazwisko żony. W końcu załatwiłem to zezwolenie na teściową, ale co mi sąsiedzi krwi napsuli, to napsuli. Tak wyglądało ze wszystkim. Nikt tu drugiemu nie pomógł, a jak już pomógł to tak, żeby tamten dobrze na tym nie wyszedł. W ogóle każdy wtedy zajmował się tylko swoim handlem. Owszem piło się, ale w małych grupkach, sąsiad z sąsiadem. Nawet jak jakiś jubel wyprawiano, to tylko zapraszało się tych z okolicznych budek. A potem to i tego nie praktykowano, bo po takich imieninach to tylko więcej plotek krążyło. Ja z nikim żadnych bliższych kontaktów nie utrzymywałem. Praca to praca. Każdy tylko się handlem interesował. Polityka też zostawała za bramą. Do 1989 roku prowadziłem interes z teściową. Miała już wtedy swoje lata – wiek nie do handlowania. Mieliśmy parę wpadek. Okradli ją. Ukradli cały utarg, chociaż syn jej wtedy pomagał. Siedziała w budce, pieniądze z torbą położyła, ale pilnowała syna, co on robi, a nie pilnowała tego, co mierzył. A ten, co mierzył, sięgnął torbę do swojej torby i poszedł. W sumie miały miejsce dwa czy trzy takie przypadki i od 1990 roku handlowałem tu już tylko z żoną.

Starzy ludzie bazaru odchodzili, pojawiali się nowi. Byli to z reguły eksmilicjanci, rodziny milicjantów. Społeczność bazarowa wpuszczała takich ludzi ze względu na naciski zewnętrzne. Rodziny eksmilicjantów handlowały, ale równie dobrze w każdej chwili mogły denuncjować.

Wydaje mi się, że tak bardzo tęskniliśmy do tego niby cudownego świata, że zaczęliśmy wstydzić się własnej narodowości i historii. Goniąc za Zachodem, straciliśmy część tego, co było nasze. Wkrótce zrezygnowałam z prowadzenia budki. Na początku lat 90. wpadłam na bazar i zobaczyłam koleżankę Krystynę, która płakała, stojąc przed swoim straganem. Okazało się, że przed chwilą ktoś groził jej nożem i okradł. Od razu chciałam organizować ludzi do pomocy, ale Krystyna powiedziała, że wie, kto zabrał pieniądze i towar, ale nic nie może poradzić. Niestety inne czasy. I to miejsce się zmieniło. Zrozumiałam, że w trakcie transformacji ustrojowej okradziono bazar z jego najważniejszych wartości. Naszych ludzi już tam nie było.

Po przełomie 89. roku nastąpiły zmiany. W poczucie łączności, solidarności, w poczucie więzi międzyludzkich, wypracowanych przez lata PRL-u, zaczęła się wkradać korozja.

Na stadionie stoi się od godziny 3. do 12. Na bazarze się stoi od 7. do 17. A na Włościańskiej od 11. do 18. Najmilej wspominam stadion. Przyjeżdża się w nocy, tak jak każdy. Sprzedaje się, wychodzi się. Nikt nikogo o nic nie pyta, nie czepia się, nie ma problemów. Na Różycu klienci byli głównie z miejscowości podwarszawskich, takich jak Tłuszcz, Radzymin, Wołomin, Grójec, Jabłonna. Na Włościańskiej klient jest bardziej z miasta. Chce rzeczy lepszych gatunkowo, jest w stanie zapłacić, ale na średnim poziomie. A na stadionie sprzeda się wszystko, co jest ładne. Klient doceni i kupi. Na stadionie jest najtaniej, ale tam są nie najlepsze warunki, nie można niczego zmienić. Na stadionie stałyśmy z siostrą z towarem z Turcji. Na Włościańskiej jest inaczej niż na Różycu. Tutaj kupcy raczej się nie znają. Każdy przychodzi, otwiera budkę, a wieczorem ją zamyka. Na Różycu przynajmniej kiedyś ludzie sobie pomagali. Później klimat się zepsuł.

Praga władzy nie lubiła. Na bazarze panowało względne poczucie wolności wynikające z tego, że cała społeczność trwała solidarnie. Pamiętam sytuacje, kiedy ktoś robił coś nielegalnego – np. handlował walutą czy blitem (złotem) na ulicy, to gdy szła milicja, nagle tłum gęstniał i milicja nie mogła przejść. Powstawała anonimowa blokada, ale nie do przejścia. Milicjanci musieliby wszystkich zacząć pałować, a na to nie mogli sobie pozwolić. Panowała solidarność wśród ludzi. Praga władzy nie lubiła. Kiedy widziało się milicjanta na drugiej stronie ulicy, to do sznytu należało wydrzeć się „Tyyyyy! Blacharz!”. Poeta Janusz Chudzyński właśnie tak krzyczał. Dopóki robił to w Warszawie, wszyscy wiedzieli, że to jest artysta i go nie ruszali. Ale kiedyś pojechał do Lublina, to mało go nie zabili za ten sam numer.

Mieliśmy wszystko, stare giwery, takie jeszcze po AK-owskie, Glocki, Waltery, plastik, granaty. Pamiętam takie kopyto Miami, kawał giwery. Szkoda amunicji, lepiej kolbą w łeb pierdyknąć. Cykor duży. Bo to i psy i klienci niekoniecznie tacy cacy. Pamiętam, jak sprzedawaliśmy granat jednemu gościowi, a wygląd miał taki... jakiś popaprany, że nie zdziwiłbym się, gdyby mi ten granat odpalił. No to wspólnik wyjął zapalnik, dał mu granat i mówi „Dawaj kasę. Dasz kasę, dostaniesz zapalnik”. Chodziło o to, że jakby coś nie tego, to żebyśmy zdążyli spieprzyć.
Bazar pozostawał hermetyczny. Handlarze, złodzieje, spekulanci, cinkciarze i benklarze – w latach osiemdziesiątych ta społeczność stanowiła pierwszą polską przestępczość zorganizowaną na dużą skalę. Nic dziwnego, że wysyłano tam chłopców Edka Misztala, ówczesnych antyterrorystów.

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 39

Policjant U.

Broń próbuję kupić na drugim końcu bazaru. Pan „Co potrzeba?” oferuje pistolety gazowe po 400-600 zł i pojemniki z gazem po 20 zł. Z broni ostrej ma tylko „dziewiątkę” z tłumikiem za dwa tysiące dolarów. Na większy wybór trzeba poczekać parę dni.

Podchodzimy do budki. Z wnętrza wychodzi potężny człowiek z wąsem.

- Potrzebuję dyplom wyższej uczelni – mówię.

- Trzeba przynieść zdjęcia i poczekać cztery godziny. Ja pojadę i zrobię. Kosztuje 1200 dolarów. Chyba, że chcesz legal, za 15 tysięcy.

„Legal” to dyplom, którego wydanie w każdej chwili potwierdzi uczelnia. W archiwum znajdzie się jego odpis, arkusze ocen, a nawet protokół z obrony pracy magisterskiej. Tylko wykładowcy nie będą sobie mogli przypomnieć takiego studenta. Wąsacz przyznaje, że 15 tysięcy dolarów to dużo, ale, jak tłumaczy, 12 tysięcy musi dać osobie, która dyplom zalegalizuje. Czeka się miesiąc. Niedługo w porównaniu z pięcioma latami.

Pytam o ceny innych dokumentów. Dowód rejestracyjny kosztuje 400 zł (drukowany na komputerze 600 zł), prawo jazdy tyle samo. Fałszywy paszport można mieć za tysiąc dolarów, sześć razy więcej kosztuje paszport „legalny”. Mój rozmówca twierdzi, że jest w stanie dostarczyć każdy dokument. To tylko kwestia czasu i pieniędzy.

- Jak się zastanowisz, to pytaj o „Kaszanę” albo „Globusa”. Inaczej możesz trafić na oszusta – ostrzega.

W miarę upływu czasu było jednak coraz gorzej. Nikt już nie kupował „Playboyów” – leżały w kioskach, nikt nie szukał kawioru czy czekolady. Półki w supermarketach uginały się od towaru. Po co iść na flaki na bazar. Dziś flaki są wszędzie. Wszystko jest wszędzie. Bazar rozpierniczony. Towar leży. Trzeba kombinować, żeby przeżyć. Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od przypadku, a nawet od kilku przypadków. Wpadłem na pomysł, żeby pistolety startowe z Czechosłowacji (takie co to z nich na stadionie biegaczom strzelają) przywozić do Polski. Szły dobrze, choć przecież sportowców u nas nie tak wielu. Po co więc ludziom te pistolety? Niektórzy kręcili nosem, że to tylko „startowe”. Przyjrzałem się więc pistoletom i odkryłem, że wystarczy lufę przewiercić, żeby nie były „startowe”. Ja saper, wspólnik komandos na broni znaliśmy się dobrze...

Kiedy dzisiaj idziesz praską ulicą
tuż za bazarem,
niecodzienny widok „oczy zachwyca”,
widzisz bójkę tuż przed barem.
Czterech młodzieńców „podciętych” zdrowo
szemrze do siebie,
wtem jeden dostał głową
i leży na ziemi, a myślami w niebie.
W oczach gwiazdy,
wokół tłumek ludzi.
Nic się nie stało, powie każdy.
Nikt się nie nudzi.
Kumple podnoszą, obcierają,
żałują, normalna przecież mowa.
Bucik, który upadł, na nóżkę zakładają,
a życie? Życie toczy się od nowa.
Dziewczyny omiatają wzrokiem,
prawie piękne – a, że odmalowane…
Przyjemnie jest rzucić okiem
na te sukieneczki podkasane.
Trzech młodzieńców z trudem flaszkę odbija,
będzie uczta, wino, śpiew,
dziewczyna „jesteś wszystkich i niczyja”,
a od Ząbkowskiej dochodzi Wisły wiew.

Na bazarze ruch ustaje. Znikają ostatni klienci.
Z namaszczeniem zamykane są kramy.
Liczone pieniądze, a zyski notuje się w pamięci.
Wychodzą dostojnie przekupki – praskie damy.
Wokół bazaru ruch nie ustanie,
przeniesie się na okoliczne ulice.
Pogawędka lub kłótnia w bramie,
takie jest prażan codzienne życie.

Powoli zapada zmrok. Pierwsza likwiduje stoisko stara bukinistka. Cierpi na kurzą ślepotę. Pakują torby góralki, które też boją się ciemności. Bazar jest źle oświetlony. Wreszcie opuszczają targowisko na chwiejnych nogach ostatni bywalcy. Zostają sprzątacze i dozorca. Marczak [nazwisko zmienione – przyp. red.] zamyka bramy bazaru. Jego praca ma swoje dobre strony. Po jednej z milicyjnych akcji, podczas której pozbywano się trefnego towaru, znalazł cenne zawiniątko. Złota kura gubi czasem jaja.
Ja to w życiu zaradna zawsze byłam. Jak się coś na ziemniakach zarobiło, to zaraz na materiał u znajomej wymieniałam, potem proste bluzki szyłam i zaraz na bazar jechałam sprzedać. Nigdy swojego stanowiska nie miałam, ale że babka byłam jak się patrzy, to zawsze jakiś kawaler mi na kilka godzin koło siebie stanąć pozwolił. A wiadomo, że nic za frajer nie ma, to się z nimi chociaż trochę wygłupiałam. A tu kieliszek, a tu żarcik i tak się w końcu dwóch się we mnie zakochało. No i przychodzi niedziela, a tu na ojca gospodarstwo pod Warszawę oba amanty zjeżdżają. Między sobą ustalili, że przyjadą, wódki się z ojcem napiją i że wybiorę. To im ojciec polewał, ja podrobów donosiłam i tak siedzą pijani już mocno, aż mi decyzję natychmiast podejmować każą. A ja na to, że ja pojęcia nie mam. Jak się za łby brać zaczęli i pięściami okładać, to ja się w końcu przestraszyłam i ojcu obu pogonić kazałam. Po tym ojciec mi na bazarze handlować zakazał, bo powiedział, że jak ten handel tak ma się kończyć, to ja mu w końcu z Różyca z brzuchem wrócę. Bluzki dalej szyłam, ale już tylko u siebie na Kobiałce koleżankom sprzedawałam.

Na bazarze to te chłopaki fajne, obrotne, bo z racji zawodu i wygadane i zaradne. Zawsze, jak do ciotki przychodziłam, to jeden oko puścił, drugi papierosem poczęstował.

Ale że z ciotką pracowałam, to zawsze się na baczność trzymałam – ciotka bardzo pilnowała, żebym się do pracy przykładała, a nie głupoty jakieś. W sekrecie to pani powiem, że tylko raz jak taki Paweł mnie pod wieczór bimbrem domowej roboty poczęstował, to się za budą całowaliśmy (śmiech). Ale już następnego dnia to udawałam, że go na oczy nie widzę, bo jakby się ciotka domyśliła, co ja tam wyprawiałam, to zaraz by mnie z pracy oddaliła, a grosz każdy na wagę złota był, także tyle ja pani o miłości na bazarze mogę powiedzieć.

Moim zdaniem na bazarze wielkich miłości nie uświadczysz, bo każdy najbardziej na pieniądze patrzył. Romanse, owszem tak, ale większe miłości to się zawsze źle kończyły, bo zaraz się rodziny o forsę pokłóciły. A potem jak się para rozchodziła, to na noże szło… No nie wiem… Moim zdaniem to tam za bardzo każdy na kasę liczył, żeby sobie na słabości pozwalać.
Ja też męża poznałam na Różycu. On pracował jako hydraulik, a straszny wylew z kanalizacji nastąpił. To miało miejsce wiosną 85. roku. Był upalny kwiecień. Smród nastąpił zatykający, baby mdlały prawie. Wszyscy się zwijali, ci z jedzeniem to w ogóle życia nie mieli. I Krzysiek jak rycerz przyjechał, pracował w pocie czoła, wszystko się udało. Ze cztery godziny się chłopina uwijał. Więc go po całej tej naprawie zaprosiłam do domu, żeby ręce umył, żeby się kawy napił. I tak został, można powiedzieć. Dużo mieliśmy przykrości życiowych, ale wszystko się rozwiązało. Tak to już jest. Moja matka Krzysia nie akceptowała na początku, miała dla mnie innego upatrzonego kawalera. Najpierw ślub cywilny braliśmy. To nie przyszła. W ogóle tylko mój ojciec trzymał wtedy z nami. A dopiero po roku, jak kościelny braliśmy, to udało się wszystkich zgromadzić.
Bazar miał swoją mapę. Przy wejściach paserzy handlowali szpetem. Wśród nich prym wiódł „Cwany Czarli”. Sprzedawał fanty: złoto i papiery. A przy wejściach i na melinach lubiły się kręcić tutejsze kurtyzany. „Alicja Białowłosa” – tak ją sobie roboczo nazwałem. Romans to wybuchł gorący jak diabli. Latali tu po bazarze pijani, siali zamęt i robili przekręty. On komuś sprzedawał błyskotki, ona zaraz go obrabowywała. Albo lepiej! Kusiła do meliny i jeszcze na takim zarabiała! Obwieszona biżuterią latała, w czerwonych miniówach, kurwa rasowa, że niby droga! I opowiadała wszem i wobec, że jej chłop taki zakochany, taką jej przyszłość obiecał! A „Czarli” zazdrosny był. Po ryju prał każdego, z kim ją przyłapał. Najbardziej tajemnicze stało się jej zniknięcie. Któregoś dnia przestała przychodzić po prostu, on sam znów w bramie wystawał. Jak kiedyś ktoś spytał, gdzie Alicja, to splunął tylko wymownie. Gadali, że ją ubił. Kto wie, możliwe, bo „Czarli” porywisty został do końca.
Tam też, na bazarze można powiedzieć, wnuków doczekaliśmy, bo my nawet i tu blisko mieszkamy, na Kępnej.
Ale to już były lata osiemdziesiąte.
Potem przyjeżdżał na bazar po cokolwiek. Rano widziałam, jak pieczywo, mięso załatwiał i się o butelki na mleko wykłócał. Potem siedział u szewca albo flaki czy pyzy jadł. Naręcznych sprzedawców zaczepiał i zerkał tylko spod kapelusza. I ja go zaczepiłam w końcu ispytałam, czy on mnie się tak właśnie przygląda. A już zimą moje dziewczyny dla mnie sukienkę szykowały, z mojego snu. Jak już odeszłam z Różyca, to Antoni się tam wprowadził z antenami i sprzętem do telewizorów.
A co miałaś nie patrzeć, skoro wtedy w sile wieku był człowiek, prosto z wojska, dystynkcja, siła! Ale przyznać się trzeba bez bicia, że i ja łypałem na Marysię. Pierwszy raz mi to pasowało, że mamusia z Anią tyle czasu ubranie wybierały.

I stałam tak sobie w ten upalny dzień majowy, gdy przyszedł ON. Z matką i siostrą, bo siostra miała wychodzić za mąż.

Ja w ogóle na te panie nie patrzyłam, tylko na niego! Tylko!

Tuż obok kwiatuszki sprzedają.
Trzeba kupić, miłości pomagają.
A już na wiosnę w szczególności
Kiedy wszystko chce żyć w wielkiej radości.

To był maj, pachniała Saska Kępa – tak jak w tej piosence Osieckiej. Pracowałam wtedy na stoisku z Anią Figurską, prawdziwą królową Różyca, wszystkich znała. Nie znałam takiego, co to by się jej nie kłaniał. Nie ukrywam, że na mnie też te splendory spływały. Bardzo swoją pracę lubiłam, bo te sukienki stanowiły powiew zachodu, realizację dziecięcych marzeń. Miałyśmy zawołanko „Ślubne sukienki dla każdej panienki! Każda jak ze snu – przyjdź zobacz tu!”
Pani tu szuka miłości? Tutaj? Tutaj to się interesy robiło, a nie romantyczne jakieś, kurka wodna, uniesienia. Albo wiadomo – kurewki, szybkie zabawy bezuczuciowe. Chociaż tutaj, niektóre dziewczyny to fajne były i ja je szczerze lubiłem. Kazkę na przykład „Malinówkę” albo rudą Edytę, cudne wszystkie. W bramach się na nie można było natknąć najłatwiej albo na melinach. No ale gdzie to się pani nada do miłości…?

„Łysy” co chwila pokazuje jakieś okna i bramy.

– Tu mieszkali Jadziki. Co to był za kocioł! Sześciu braci. Dwie siostry. No i starzy. Ojciec paser. Matka trzymała metę. A bracia różnie: włamy, kieszonka, lewy towar na bazarze… Najmłodszy kochał się w takiej babie. Nazywaliśmy ją „Desa”. Mieszkała zaraz tutaj za rogiem. Na parterze. Miała ze czterdzieści lat, ale wyglądała jak stare pudło. Prostytutka. Zajeżdżona. Chodziły do niej najgorsze nurki. Dawała za butelkę wina albo nawet i piwa. Ciągle tam leżała goła, rozwalona. A ten chłopak miał ze dwadzieścia lat! Pojebało go! Codziennie u niej przesiadywał. Potem nie pamiętam, czy ona umarła, czy ją zabili… no, rozpaczał strasznie.

Powróżyć, powróżyć. Kto Cię kocha, kto nie.
Dawaj stówę. Powim wszystko i dobrze i źle.
Ciekawi przyszłości z napięciem słuchają,
A wróżki wprawnie karty rozkładają,
Przyszłość jasną przepowiadają,
Tym lepsza im więcej forsy dostają.
Wprost boli główka
Przyzwyczajonego do życia chłopaka z Targówka.
Nawet i tych z Czerniakowa i z Woli,
Główka też boli,
„Powróżyć, powróżyć kto Cię kocha, Panie, dawaj stówę”.
Cyganki łaziły, zaczepiały, głównie dziewuchy
„Opowiem Ci całe życie, czy Cię kocha, czy Cię lubi…”.

Dwieście metrów, trzydzieści posesji. Im bliżej Ząbkowskiej, tym większy ruch. Brzeska, dwa wejścia na bazar. Postój dorożek, szpital, punkt usługowy spółdzielni kominiarzy z siedzibą we Wrocławiu, punkt skupu płodów rolnych, setki warsztatów, sklepów, sklepików, państwowych i prywatnych i morze… melin. Wszystko żyje na pełnych obrotach. Na chodnikach i w oknach tłumy obserwatorów.

Dzielnica jest ciemnoszara, w kimie i brudzie, jak zdechły szczur. Znam każdą cegłę tej zapyziałej ziemi między Kijowską, Markowską, Targową i Dworcem Wileńskim, każdy zapach: sadzy kolejowej, tanich dup, pyz i flaków z bazaru, cichych szarpnięć kosą i głośnych przekleństw, od których drży frajernia po tamtej stronie rzeki.

Przy Kijowskiej zbudowali parę nowych bloków, ale za nimi wszystko zostało jak dawniej, przed wojną i po wojnie. Śmiecie, brud, dziury w chodnikach, zastawione doniczkami okna, z których wychylają się mężczyźni w podkoszulkach, ze zgasłymi petami na języku. Kobity pastują podłogowe dechy, gnojki wrzeszczą, doliniarze prują kimona, kapusie studiują gazety. W każdym podwórku skwer i kapliczka Matki Boskiej, w bramach interes do zafarcenia, na paluchach sygnety, we włosach tani aerozol, w mózgownicach nienawiść do państwowej roboty, w gaciach wrzątek, syf lub rulon dolców owinięty chustką albo plastikiem.

Im młodszy bandyta, tym stawał się bardziej bezwzględny. Zatrzymywaliśmy na Ząbkowskiej 14-letniego gwałciciela. Na imprezie pociął sobie ręce nożem i robił z naćpanymi rówieśnikami braterstwo krwi. Kiedy zapukaliśmy, poleciały na nas butelki, noże, krzesła – regularna bitwa. Gówniarze próbowali wciągnąć do środka jednego z nas. Gdy to się nie udało, zabarykadowali się. Wezwałem drugą załogę i wywaliliśmy drzwi. Gówniarze powłazili, gdzie tylko się dało. Nasz 14-letni gwałciciel siedział ukryty z nożem kuchennym w lodówce. Presja środowiska na „bycie kimś” jest ogromna. Dlatego coraz młodsi sprawcy dopuszczają się coraz brutalniejszych przestępstw. Strzelanie z zaskoczenia do policjanta nie sprawia takiemu trudności. Ale kiedy się po takiego pojedzie, a on usłyszy szczęk przeładowanej broni, nie sięgnie już po klamkę, tylko zesra się w gacie i zapłacze jak dziecko, bo chciałby cofnąć czas. Kiedy poszedłem na pogrzeb policjanta zastrzelonego w Piasecznie, popłakałem się. Nie widziałem tego faceta na oczy, a mimo tego czułem się tak, jakby mi zabili kogoś z rodziny. Za mną też pójdzie każdy pies, więc kto jest w większej mafii? – bandyta, czy ja? Zbóje strzelają do policjantów. I pewnie będą strzelać coraz częściej, ale ostatecznie to oni się przejadą – dawniej bandyci ginęli tylko od kul konkurencji, teraz zaczną ginąć dodatkowo od naszych. Rozpętali wojnę, na którą odpowiadamy jeszcze większą bezwzględnością. Nie będziemy się już zastanawiać, czy do nich strzelać, tylko jak to zrobić zgodnie z przepisami. Młodzi bandyci zniszczyli dawny kodeks przestępczy. Gówniarze wychowani na filmach i sterydach grają bez zasad. Nie liczą się nawet z własnymi kolegami i często wzajemnie na siebie nakładają kary. Dawniej mogłeś być psem, ale musiałeś być człowiekiem. Do niektórych bandytów musiałeś mieć szacunek. Oni też cię szanowali, bo robiliście w tej samej branży, tyle że po dwóch stronach płotu. Dziś nie da się już nosić w kaburze kanapki.
W latach osiemdziesiątych na bazarze pojawiła się nowa grupa młodych byków. Atakowali przede wszystkim Rosjan. W pięciu, siedmiu szli aleją i mówili „Ten”. I na przykład dawali sztachetą w łeb. Chodzili obwieszeni łańcuchami. Raz widziałem – zakotłowało się i po chwili podniósł się człowiek, cały zakrwawiony.

Ludzie na bazarze dogadywali się ze sobą. Bazar stanowił miejsce kontaktowe. Na samym początku jak powstała nasza grupa i przestępcy nie wiedzieli, że ta grupa istnieje, to przychodzili z towarem. Potem przychodzili sami, towar zostawał zamelinowany gdzie indziej. Szli gdzieś czy jechali poza miasto i tam dokonywali transakcji.

Nastąpiła kiedyś taka sytuacja, że policjanci z ZOMO patrolowali ulice z bronią, z kałasznikowami, czyli kbk AK. Poszli gdzieś napić się gorzałki i wypili za dużo, czy ktoś ich poczęstował skażonym alkoholem… Tak że jeden z nich obudził się rano bez broni. Wielka afera. Dzielnicowy, naprawdę wspaniały gość, Marek R. się nazywał, jako osoba znająca ten teren został wezwany na dywanik. Oczywiście cała komenda z Cyryla została zaangażowana. Zrobiono wykaz melin i miejsc, gdzie ten kałasznikow mógł zostać. Oczywiście tam, gdzie pili wódkę, było już zupełnie czysto. Te działania trwały ze dwa dni. Setki mieszkań zostały spenetrowane przez policjantów. W końcu ktoś miał dosyć nagonki. W niektórych melinach to co dwie, trzy godziny policja wpadała i robiła przeszukania. Żeby dano już święty spokój, oni sami podłożyli ten karabin. Ktoś zadzwonił na komendę, w którym śmietniku leży. Oczywiście, ktoś tego karabinu pilnował z ukrycia, żeby nikt obcy nie wziął, bo wszyscy chcieli, żeby dać im już święty spokój.

Sercem Różyca pozostawał pchli targ od strony Ząbkowskiej. Kręciło się tam zawsze z piętnastu gostków, od których mogłeś kupić broń, pornosy ze zwierzętami i z dziećmi, czy dokumenty. O ile wiedziałeś, jak z nimi gadać. Byłem niedoświadczony, więc poszedłem po cywilu, by niby kupić broń. Kiedy zaczepił mnie gostek i pyta co trzeba, odpowiadam, że „klamkę”. On mówi, że nie ma sprawy, tam a tam są kłódki, zawiasy i klamki. Mówię do niego, że chce kupić „kopyto”. On mi na to, że w takim razie muszę iść tam dalej do kowala. Ja mówię w końcu. „Człowieku chce kupić TT”. Chcesz kupić czołg?” pyta. Mówię, że broń, a on odchodzi, mówiąc, że broni to on niestety nie ma. Robię więc rundę po targu i kiedy mam już wyjść, zaczepia mnie inny gość. Opieprza mnie, mówi „Co ty kurwa tak głośno o klamce gadasz? Co chcesz?” Mówię, że TT. On mi mówi, że może mi załatwić, o ile mam gwaranta. Mówię mu, że nie mam. No to spierdalaj, mówi gostek, i poszedł. Później dowiedziałem się, że gwarant to osoba znana bazarowym złodziejom, która za ciebie, nieznanego poręczy.

realizacja: Stanisław Fiuk
tekst: Artur Howzan
pracowanie dźwiękowe: Tatiana Kamińska
redakcja: Janusz Kędzierzawski
montaż: Barbara Kosidowska
zdjęcia: Stanisław Plewa
lektor: Jerzy Andrzej Rosołowski
zdjęcia: Roman Trzeszewski

produkcja:
Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych
rozpowszechnianie:
Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów


źródło: kronikarp.pl

Fragment sekwencji „Nasza zima zła” z PKF 87/05 z roku 1987

reżyseria: Krzysztof Szmagier
scenariusz: Krzysztof Szmagier
zdjęcia: Wiesław Rutowicz

Fragment serialu „07 zgłoś się” z roku 1987, odc. 20 pt. „Złocisty”

Na Bazarze Rożyckiego mężczyźni jedzą pyzy i rozmawiają o interesach,
są obserwowani przez agentkę milicji.

reżyseria: Krzysztof Szmagier
scenariusz: Krzysztof Szmagier
zdjęcia: Wiesław Rutowicz

Fragment serialu „07 zgłoś się” z roku 1987, odc. 20 pt. „Złocisty”

Porucznik Sławomir Borewicz (Bronisław Cieślak) na Bazarze Różyckiego.
Bazarowi cwaniacy grają w trzy karty.

reżyseria: Krzysztof Szmagier
scenariusz: Krzysztof Szmagier
zdjęcia: Wiesław Rutowicz

Fragment serialu „07 zgłoś się” z roku 1987, odc. 20 pt. „Złocisty”

Mężczyzna chce kupić „klamkę” na Bazarze Różyckiego.
Agent milicji próbuje się dostać do ekipy Złocistego.

reżyseria: Jacek Bromski
scenariusz: Jacek Bromski
zdjęcia: Jacek Mierosławski

Fragment filmu „Zabij mnie glino” z roku 1987

Kapitan Popczyk (Piotr Machalica) rozmawia na bazarze Różyckiego ze swoim informatorem Jojo (Aleksander Machalica)

Fragment filmu „Fetysz” z roku 1984

Cała rodzina Rudych (inspektor Winicjusz Rudy/Jan Prochyra, ojciec Rudego/Ludwik Benoit, Wojtek syn Rudego/Tomasz Wojciechowski, Ewa żona Rudego/Ewa Ziętek) wyprzedaje różne przedmioty na Bazarze Różyckiego, ponieważ zbiera na wymarzonego malucha. Przyglądają im się agenci ubrani po cywilnemu.

reżyseria: Krzysztof Wojciechowski
zdjęcia: Andrzej Barszczyński

realizacja: K. Paweł Łebkowski
tekst: Bogdan Jachacz
opracowanie dźwięku: Marta Broczkowska-Kędzierzawska
montaż: Barbara Kosidowska
zdjęcia: Ryszard Golc
lektor: Leopold Rene Nowak
produkcja: Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych
rozpowszechnianie: Centrala Wynajmu Filmów

źródło: kronikarp.pl

realizacja: Ewa B. Bielska
tekst: Mirosław Chrzanowski
opracowanie dźwięku: Tatiana Kamińska
montaż: Grażyna Kociniak
zdjęcia: Waldemar Szarek
lektor: Tadeusz Wieczorek
produkcja: Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych

rozpowszechnianie: Centrala Wynajmu Filmów

źródło: kronikarp.pl

Sekwencja z PKF 81/13b z roku 1981 przedstawiająca kontrole i towary zarekwirowane na Bazarze Różyckiego

Sekwencja z PKF 81/13b z roku 1981
przedstawiająca handel na Bazarze

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz „Bazar Różyckiego”

wszystkie wykorzystane w książce utwory
Tadeusza Szurka udostępnił autor

Andrzej M.

Maria Terlecka

dziennikarz

„Autentyczność”, „Stolica” nr 4 25.01.1981 r.

Piotr Ikonowicz

działacz opozycyjny, poseł na Sejm, publicysta

Jadwiga Wierzbicka

kupiec

Zenon Jędra

kupiec

prezes SKWBR

Lech Falandysz

prawnik

M. Majewski, „Szanowny pan sobie życzy”,
„Rzeczpospolita. Magazyn”,
1998-09-03

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 77

Krzysztof Mich

pedagog specjalny, dziennikarz, fotografik, mieszkaniec Pragi

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Roman Konecki

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Muniek Staszczyk

muzyk

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 29

Marek Nowakowski

pisarz

„Moja Warszawa. Powidoki”
 Iskry, Warszawa 2010, s. 155 – 156

Pan Franciszek

sprzedaje wyroby z mosiądzu, rzeźby, ozdobne figury, posągi, wojskowe buty, spodnie, a także obrazy i ramy do obrazów, od ponad 30. lat w tej samej branży, kupiec

Sylwester Kozera

muzyk

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

„Piotrek”

kupiec

„Piotrek”

kupiec

Grażyna Dylewska

kupcowa

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 66

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 65

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 77

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz „Bazar Różyckiego”

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz „Bazar Różyckiego”

Magda Rybak

reporterka, Laboratorium Reportażu;
w rozmowie z Tadeuszem Szurkiem

Magda Rybak

reporterka, Laboratorium Reportażu;
w rozmowie z Tadeuszem Szurkiem

Magda Rybak

reporterka, Laboratorium Reportażu;
w rozmowie z Tadeuszem Szurkiem

Magda Rybak

reporterka, Laboratorium Reportażu;
w rozmowie z Tadeuszem Szurkiem

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

Krzysztof Wiliński

socjolog

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 62-70

Zbigniew Hołdys

muzyk, kompozytor, dziennikarz

Małgorzata Krzaczkowska

klientka

Małgorzata Krzaczkowska

klientka

Pani Katarzyna

klientka

Roman Konecki

mieszkaniec Pragi

Hanna Mertel

kupcowa

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Dariusz Osiński

Praca na konkurs
"Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Pani Stasia

kupiec

Adam Piechota, „Życie Różyca”, „Kurier Polski”,
5-7.06.1998

Krzysztof Wiliński

socjolog

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 62-70

Karolina Anna Kuta

Laboratorium Reportażu

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Pani Katarzyna

klientka

Krystyna i Eugeniusz Jugo

w rozmowie z 

Karoliną Anną Kutą

z Laboratorium Reportażu

 

 

 

 

Pan Stanisław

kupiec

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz „Bazar Różyckiego”

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz „Bazar Różyckiego”

Pan Stanisław

kupiec

Pan Stanisław

kupiec

„Mecenas"

kupiec

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 98

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Michał Komar

pisarz, publicysta

„Kupcowa”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 59

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 58

Policjant Z.

Policjant Y.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s.158

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s.152

Policjant U.

Policjant Z.

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 75

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 57

Policjant K.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 18

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 37

Mieczysław Przyjemski

bohater książki „No i dobra siedzę sobie”

Zuzanna Pol, „No i dobra siedzę sobie…”,Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007 r., s. 115-117

Policjant Z.

„Mecenas"

kupiec

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 102

Elżbieta Końca

kupcowa

Policjant Z.

Grzegorz Pikora

dziennikarz

„Kiedyś tu był raj”, „Życie”, 30.01.1997

Policjant Z.

Pan Wacek

kupiec

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 37

Pan Jacek

marynarz

Policjant K.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 18

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 75

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 58

Policjant Z.

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s.158

Policjant K.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 20

Policjant Z.

Policjant Z.

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s. 148

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 39

„Mecenas”

kupiec

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 98

Henryk Rejmer

poeta, bard szemranej Warszawy

„Mecenas”

kupiec

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 100

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11.2011

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 77

Mirosław Mikulski

proboszcz Parafii św. Floriana na Pradze
w latach 1989 – 1996

Mirosław Mikulski

proboszcz Parafii św. Floriana na Pradze
w latach 1989 – 1996

Mieczysław Przyjemski

bohater książki „No i dobra siedzę sobie”

Zuzanny Pol, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007 r., s. 132-136

Pani X

kupcowa

Anna Pniewska z Golubia-Dobrzynia

list do redakcji powieści

Pani Karolina

mieszkanka Brzeskiej

Pani Bożena

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Warszawskie moje ojczyzny”. Iskry,
Warszawa 1985, s. 142

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Warszawskie moje ojczyzny”. Iskry,
Warszawa 1985, s. 142

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 39

Grażyna Dylewska

kupcowa

„Łysy”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 38

„Mecenas”

kupiec

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 98

Grażyna Dylewska

kupcowa

Pan Józef

kupiec

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 67

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

Henryk Rejmer

poeta, bard szemranej Warszawy

Grażyna Dylewska

kupcowa

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

„Ballada o bazarze Różyckiego,
numer na rolkę”

słowa: Henryk Rejmer
muzyka: Andrzej Zarycki

utwory Henryka Rejmera występujące w książce udostępnił autor

Elżbieta Końca

kupcowa

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Elżbieta Końca

kupcowa

Michał Komar

pisarz, publicysta

Pan L.

kupiec

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny” [w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny” [w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

Muniek Staszczyk

muzyk

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

ks. Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11. 2011

Beata Kampa „Edel”

blogerka

Elżbieta Końca

kupcowa

Piotrek

kieszonkowiec

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 76

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 76

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s. 137

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

„Mecenas”

kupiec

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 98

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 59

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 59

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 59

Pani Zosia

sprzedawczyni flaków

Adam, Piechota „Życie Różyca”,
„Kurier Polski”, 5-7.06.1998

Adam Piechota

dziennikarz

„Życie Różyca”, „Kurier Polski”, 5-7.06.1998

Tadeusz Czarnecki Babicki

publicysta, mieszkaniec Pragi

„Pyzy a’ la Różycki”, [w:] „Gatki z chatki – pismo folkowe”, kwiecień/maj 2001, nr 35-36

Elżbieta Końca

kupcowa

Stanisław Wielanek

muzyk

Kupiec X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 87

„Clou”

internauta

komentarz do wpisu na blogu: https://www.salon24.pl/u/anita24/167628,bazar

Sylwester Kozera

muzyk

Sylwester Kozera

muzyk

Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii Św. Floriana od 20.11.2011

Pan Józef

kupiec

Elżbieta Końca

kupcowa

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 59

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Michał Majewski

dziennikarz

Michał Majewski, „Szanowny pan sobie życzy”, Magazyn „Rzeczpospolita”, 03.09.1998

Pani Katarzyna

mieszkanka Pragi

Pani Katarzyna

mieszkanka Pragi

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Piotrek

kupiec

Student

protokolant sądowy

Krzysztof Mich

pedagog specjalny, dziennikarz, fotografik,
mieszkaniec Pragi

Stanisław Wielanek

muzyk

Elżbieta Końca

kupcowa

Elżbieta Końca

kupcowa

Elżbieta Końca

kupcowa

Elżbieta Końca

kupcowa

Kupcowa

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

Kupcowa

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

Kupcowa

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 110

Barbara Olpińska

Laboratorium Reportażu

Student

protokolant sądowy

Barbara Olpińska

Laboratorium Reportażu

Hanna Mertel

kupiec

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Policjant X.

 

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 166

Hanna Mertel

kupiec

Pan Stanisław

sprzedawca dżinsów, kupiec

Elżbieta Końca

kupcowa

Policjant Z.

Policjant Z.

Policjant Z.

Policjant Z.

Karol Bulski

przewodnik praski, mieszkaniec Pragi

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 64

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 64

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 64

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 64

Policjant U.

Elżbieta Końca

kupcowa

Elżbieta Końca

kupcowa

Hanna Mertel

kupiec

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 64

Policjant Z.

L. Fabiańska

dziennikarz

„Krajobraz po bitwie”, „Sztandar Młodych”, 24.02.1992

Hanna Mertel

kupcowa

Stanisław Wielanek

muzyk

Piotr Ikonowicz

poseł na Sejm i działacz opozycyjny, publicysta

Bogumiła Kasprzyk

kupcowa

Policjant Z.

Policjant Z.

Karol Bulski

przewodnik praski, mieszkaniec Pragi

Muniek Staszczyk

muzyk

Marek Nowakowski

pisarz

rozm. Cyryl Skibiński i Jan Mencel,
jednodniówka „Kontakt”

Policjant Y.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 180-181

Policjant Y.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 178

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 179

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 178

Elżbieta Końca

kupcowa

Policjant K.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 21

Olga Wyżkocha

mieszkanka Pragi

Bronisław Cieślak

aktor, dziennikarz,
por. Borewicz z serialu „07 zgłoś się”

Chris Niedenthal

fotoreporter

 

Jacek Tomczuk, wywiad z Chrisem Niedenthalem, „Przekrój”, 11/04/2011

 

oraz 

 

z rozmowy z Markiem Millerem, Laboratorium Reportażu

Chris Niedenthal

fotoreporter

Michał Komar

pisarz, krytyk, publicysta

Bronisław Cieślak

aktor, dziennikarz,
por. Borewicz z serialu „07 zgłoś się”

Policjant Z.

Piotr Ikonowicz

poseł na Sejm, działacz opozycyjny, publicysta

Pan Jacek

marynarz

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 148

Bronisław Cieślak

aktor, dziennikarz,
por. „Borewicz” z serialu „07 zgłoś się”

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi, członek projektu
„Cała Praga śpiewa z nami”

Michał Komar

pisarz, krytyk, publicysta

Grażyna Dylewska

kupcowa

Policjant U.

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Policjant T.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 61

Policjant Y.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 154

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 157

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Policjant U.

Policjant X.

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2010, s. 154

Piotr Ikonowicz

poseł na Sejm, działacz opozycyjny, publicysta

Katarzyna Fidos

bufetowa w Teatrze Powszechnym

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Marek Nowakowski

pisarz

Marek Nowakowski

pisarz

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Policjant T.

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Marcin Przyczółkowski

dziennikarz

„Kaszana nie do ugryzienia”,
„Gazeta Wyborcza”, 31.01.1997

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 29

Policjant U.

Policjant Z.

Krzysztof Mich

pedagog specjalny, dziennikarz, fotografik, mieszkaniec Pragi

Policjant U.

Waldemar Łysiak

pisarz

„Dobry”, Officina, Kraków 1990, s. 23

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Czesław Kubiecki

dziennikarz

„Co słychać na Brzeskiej”,
„Stolica”, nr 26, 28.06.1987 r., s. 21

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Antoni Lubrycht

Antoni Lubrycht

elektryk, mąż Marianny

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, „Tygodnik Kulturalny”
[w:] „Magazyn Polski”, kwiecień 1986

Maria Lipka

na bazarze handlowała
dorywczo przez całą młodość

Alina Nowak

w młodości dorabiała u ciotki
sprzedającej na Różycu mięso

Elżbieta Pacłut

od urodzenia mieszkanka Pragi

Bronisława Magil

prowadzi second-hand przy Targowej, kiedyś pomagała ciotce na bazarze Różyckiego

Janek z Różyca

Marianna Lubrycht

Marianna Lubrycht

Marianna Lubrycht

w latach 70. handlowała na bazarze Różyckiego sukniami ślubnymi

Marianna Lubrycht

w latach 70. handlowała na bazarze Różyckiego sukniami ślubnymi

Jan Kitwas

obecnie emeryt, w latach 1957-1965 miał na bazarze Różyckiego stoisko z warzywami

„Łysy”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 35

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

Tadeusz Szurek

żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, mieszkaniec Pragi

wiersz "Bazar Różyckiego"

kliknij, aby powiększyć

Widok na bazar Różyckiego w latach 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Brama bazaru Różyckiego od strony Targowej,
fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Patrol wojskowy na bazarze, lata 80., fot. Wojciech Łaski, East News

Muniek Staszczyk 2017 r.
fot. Emilia Leska – Łysiak, LR

Bazar Różyckiego, lata 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego 1981 r., fot. Jacek Sielski, Polska Agencja Fotograficzna Forum

Bazar Różyckiego, lata 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, lata 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Procesja ulicami Pragi, fot. Jerzy Woropiński
[w:] Jerzy Woropiński „Praga w starej fotografii”, BOSZ, Olszanica 2015, s. 37

Procesja ulicami Pragi, fot. Jerzy Woropiński
[w:] Jerzy Woropiński „Praga w starej fotografii”, BOSZ, Olszanica 2015, s. 36

Anna Pniewska w bazarowej sukience komunijnej z siostrą i bratem, fot. archiwum prywatne

Praska kapliczka, fot. Jerzy Woropiński
[w:] Jerzy Woropiński „Praga w starej fotografii”, BOSZ, Olszanica 2015, s. 37

Praska kapliczka, fot. Jerzy Woropiński
[w:] Jerzy Woropiński „Praga w starej fotografii”, BOSZ, Olszanica 2015, s. 36

Bazar Różyckiego, lata 80., fot. Chris Niedenthal, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego, scena z serialu „07 zgłoś się”, fot. PolFilm/East News

Serial telewizyjny (1976-1987), odcinek 20. ”Złocisty”; produkcja: zespół filmowy Kadr, scenariusz i reżyseria: Krzysztof Szmagier, zdjęcia: Wiesław Rutowicz

Bazar Różyckiego, scena z serialu „07 zgłoś się”
fot. PolFilm/East News

Gra w benkla, scena z serialu „07 zgłoś się”, fot. PolFilm/East News

"Różycki" – ale czy taki? – artykuł podpisany inicjałami a.i.
fot. Piotr Malarski, „Stolica” nr 9, 28.02.1988, s.12

kliknij, aby powiększyć

Początek lat 80. – na bazarze Różyckiego wybucha pożar. Kilkadziesiąt stoisk zostaje spalonych.

Lata 80. – coraz większa część społeczeństwa cierpi na neurozy i psychozy, głównie kobiety, które nieustannie są pogrążone w atmosferze walki o byt, stojąc całymi dniami w kolejkach. Obok alkoholizmu, społecznym problemem staje się również narkomania. Na bazarze Różyckiego narkotyki są nowym, pożądanym towarem.

9 lutego 1980 – opublikowany zostaje komunikat GUS, w którym po raz pierwszy do wiadomości społeczeństwa zostaje podana informacja o spadku dochodu narodowego. W 1979 r. był on o 2% niższy niż w poprzednim roku.

1980 – produkcja rolnicza w stosunku do poprzedniego roku spada o 10,7%. Polska staje się silnie uzależniona od importu żywności z krajów kapitalistycznych (ok. 80%). Niskie zbiory dodatkowo potęgują kryzys żywnościowy, który władze chcą przezwyciężyć, wprowadzając podwyżkę cen mięsa.

1 lipca 1980 – w całym kraju wybucha fala strajków, których bezpośrednią przyczyną jest zapowiedź podwyżek cen mięsa i wędlin. Strajkuje ok. 80 tys. osób w przeszło 170 różnych zakładach. Największy rozmiar ma strajk w Lublinie (16-20 lipca), który kończy się uznaniem żądań strajkujących.

14 sierpnia 1980 – strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina rozpoczyna „polski sierpień” – największy po wojnie przełom polityczny w kraju. Na listach postulatów strajkujących znajdują się miedzy innymi żądania ekonomiczne, takie jak: podwyżka płac, pełne zaopatrzenie rynku, likwidacja cen komercyjnych i eksportu wewnętrznego, reglamentacja mięsa.

1 kwietnia 1981 – zostają wprowadzone kartki na mięso i przetwory mięsne. Kilka tygodni później także na ryż i produkty mączne, tłuszcze, wyroby czekoladowe, mydło, proszki do prania, alkohol, papierosy. Kartki mają obowiązywać przez 3 miesiące, funkcjonują kilka lat. Reglamentacja obejmuje połowę wartości całej sprzedaży żywności i w związku z tym radykalnie obniża możliwości zakupu. Społeczeństwo po podwyżkach, które wywalczyło w sierpniowych strajkach, dysponuje sporą gotówką, której nie ma na co wydać. Niedobory na rynku dramatycznie rosną z roku na rok, w 1979 roku szacowano je na 22 mld zł, w 1981 już na 278 mld zł. Reagując na zapotrzebowanie społeczne, czarny rynek znów przeżywa swój złoty okres. Na bazarze Różyckiego pojawia się nowy popularny towar – kartki żywnościowe.

1981 – płonie duża część bazaru Różyckiego

Czerwiec 1981 – następuje całkowite załamanie rynku, kolejki ustawiają się już po chleb, w sklepach zaczyna brakować nawet octu, pojawiają się głosy, że rząd celowo głodzi naród.

1981 – handel mięsem na targowiskach przynosi szczególnie duże zyski. Ludzie płacą każdą cenę za to, by nie przymierać głodem, dlatego ceny idą w górę. W porównaniu z poprzednim rokiem cena mięsa wołowego z kością na targowiskach wzrasta o 131%, mięsa wieprzowego z kością – o 96%, słoniny – o 54%, kury bitej patroszonej – o 90%, kaczki żywej – o 79%. W połowie 1981 r. cena mięsa wieprzowego na targowiskach jest 4-krotnie wyższa niż w handlu uspołecznionym, a rozziew między cenami w handlu państwowym a targowiskami wynosi kilkaset procent.

23 lipca 1981 – ogłoszona zostaje decyzja o zmniejszeniu przydziałów mięsa na kartki oraz o podwyżce cen.

lipiec – sierpień 1981 – pogarszająca się sytuacja rynkowa oraz decyzja władz o obniżeniu przydziałów kartkowych doprowadzają do napięć w kraju. Ich wyrazem stają się tzw. „marsze głodowe” z udziałem dziesiątków tysięcy osób w wielu miastach, m. in. w Łodzi, Warszawie, Krakowie, Przemyślu, Tarnowie, Częstochowie czy Szczecinie. Największe rozmiary przybiera demonstracja 3 sierpnia w Warszawie, gdzie dochodzi do 50-godzinnej blokady ronda na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. W Łodzi manifestuje 50 tysięcy kobiet, niosąc transparenty z hasłami przeciwko brakom żywności, m.in. „Idziemy do komunizmu – prosimy nie jeść w marszu”. Problemy z zaopatrzeniem w żywność wynikają po części z gromadzenia jej przez władze na czas planowanego stanu wojennego.

13 grudnia 1981 – władze wprowadzają stan wojenny. Zawieszona zostaje działalność związków zawodowych i wielu organizacji, zakazuje się strajków, ogranicza swobodę poruszania się, wprowadza godzinę milicyjną, cenzurę przesyłek pocztowych oraz blokadę łączności telefonicznej, wstrzymane zostają wyjazdy polskich obywateli za granicę, niektóre zakłady pracy oraz cała komunikacja, górnictwo, kolej, energetyka i porty zostają zmilitaryzowane, zawiesza się zajęcia szkolne, wstrzymuje wydawanie całej prasy, z wyjątkiem „Trybuny Ludu”, „Żołnierza Wolności” oraz niektórych pism terenowych. Za wykroczenia przeciwko postanowieniom dekretu o stanie wojennym stosuje się postępowanie sądowe w trybie doraźnym. Na bazarze Różyckiego codziennością stają się wojskowe patrole.

Grudzień 1981 – stan wojenny powoduje pogorszenie i tak już złej sytuacji zaopatrzeniowej. Wprowadzona zostaje zasada, że jedna osoba może nabyć tylko 1-2 sztuki lub opakowania produktów niereglamentowanych. Żeby kupić cokolwiek, trzeba stać w niekończących się kolejkach, a sytuacji nie ratują nawet prywatni handlarze, gdyż w realiach stanu wojennego „pokątny” handel jest wyjątkowo ostro zwalczany jako spekulacja. Toczy się tysiące spraw dotyczących wykroczeń takich jak: „nieuzasadnione gromadzenie zapasów”, „przestępczy wykup towarów”, „niezarejestrowany handel mięsem”. Handlarze, ze względu na zwiększone ryzyko swojej działalności, podwyższają ceny produktów.

30 grudnia 1981 – władze wydają okólnik „Nowe zasady sprzedaży reglamentowanej”, który między innymi wprowadza obowiązek rejestrowania kartek w konkretnym sklepie oraz proponuje skomplikowany system „zamienników”, np. wódkę można zamienić na cukierki albo za 15 pustych butelek dostać 10 dag kawy.

28 stycznia 1982 – w ramach ogólnopolskiej akcji antyspekulacyjnej na bazarze Różyckiego zorganizowana zostaje kontrola. Milicja rekwiruje towary na sumę kilkudziesięciu tysięcy złotych a kilkanaście osób oskarża o spekulację.

1 lutego 1982 – początek nowej reformy gospodarczej, która wprowadza drastyczną podwyżkę cen żywności (o 241%), opału i energii (o 171%). Reforma kończy się fiaskiem, pogrążając kraj w poważnym kryzysie ekonomicznym. Cała dekada lat 80. charakteryzuje się spadkiem stopy życiowej, wzrostem kosztów utrzymania, rosnącą inflacją, trudnościami mieszkaniowymi, co powoduje nasilenie się emigracji, głównie ludzi młodych i przedsiębiorczych.

26 października 1982 – sejm uchwala „Ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi’, która ogranicza ilość punktów sprzedaży alkoholu, pozbawia prywatnych kupców pozwolenia na sprzedaż, a także wprowadza w całym kraju zakaz sprzedaży alkoholu między godziną 6. a 13. Wszystkie te ograniczenia tylko napędzają rozwój bimbrownictwa, melin i met, w których można kupić alkohol. Sporo ich powstaje w okolicach bazaru Różyckiego – na Brzeskiej czy Ząbkowskiej niemal w każdej bramie. Na samym bazarze kwitnie nielegalny handel alkoholem.

22 lipca 1983 – kończy się stan wojenny.

19 października 1984 – przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa zostaje zamordowany ksiądz Jerzy Popiełuszko, były kapelan NSZZ „Solidarność”, rezydent parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie. Na wieść o jego śmierci warszawskie firmy oraz prywatne osoby składają wieńce w kościele św. Stanisława Kostki. Zbiórka na wieniec organizowana jest też na bazarze Różyckiego i staje się coroczną tradycją uświetniającą kolejne rocznice śmierci księdza.

1 listopada 1985 – zostaje zniesiona reglamentacja cukru wprowadzona 13 sierpnia 1976 r.

Marzec, kwiecień 1986 – znaczne podwyżki cen żywności, a także opłat za opał i energię wywołują wzrost niezadowolenia społecznego.

1986 – na bazarze Różyckiego powstaje specjalna grupa do walki ze spekulacją, która ma też zwalczać hazard na bazarze, kwitnący tam od dekad. Handlarze chcą w ten sposób wspomóc działania milicji z Wydziału Przestępstw Gospodarczych, która nie radzi sobie z rozwiązaniem tych problemów. Słynny bazarowy benkiel opanowany jest przez zorganizowane grupy przestępcze, które na początku lat 90. stanowią już prawdziwe mafie.

 1 lutego 1988 – zostają wprowadzone najwyższe od 1982 roku podwyżki cen (artykuły spożywcze drożeją o 40%, czynsze o 50%, benzyna 60%). W wielu miastach i zakładach dochodzi do wieców protestacyjnych.

16 września 1988 – zostają nawiązane stosunki dyplomatyczne pomiędzy Polską i Wspólnotą Europejską.

23 grudnia 1988 – sejm uchwala ustawę o działalności gospodarczej, od tej pory ma być ona „wolna i dozwolona każdemu na równych prawach”. Wprowadzony zostaje również wolny handel dewizami. W całej Polsce lawinowo powstają prywatne kantory.

1988 – Zadłużenie państwa na koniec roku wynosi 40 mld dolarów.

6 lutego - 5 kwietnia 1989 – trwają obrady Okrągłego Stołu, w których biorą udział przedstawiciele rządu i opozycji solidarnościowej. Jest to początek stopniowych przemian demokratycznych w Polsce.

4 czerwca 1989 – po raz pierwszy w powojennej Polsce odbywają się częściowo wolne wybory. Okazują się one dużym sukcesem opozycji, jednak wskazują też na dosyć wysoki poziom zniechęcenia i apatii społecznej, bowiem bierze w nich udział zaledwie 62% uprawnionych do głosowania.

Koniec lat 80. – bardzo szybko rośnie liczba prywatnych przedsiębiorców, których działalność jest często nielegalna, gdyż w obliczu szybko zmieniającego się i nie do końca jasnego prawa łatwo obejść je tak, żeby wyciągnąć dla siebie jak najwięcej korzyści. W takich warunkach świetnie powodzi się grupom przestępczym i mafiom.

29 lipca 1989 – rząd Mieczysława Rakowskiego wprowadza urynkowienie cen żywności, co w zmonopolizowanym wciąż handlu przynosi fatalne skutki, przede wszystkim dramatyczny wzrost cen. Przyspiesza inflacja, spada produkcja, sklepy stają się kompletnie puste, ceny rosną z dnia na dzień, spekulacja walutowa powoduje wzrost kursu dolara, przedsiębiorstwa, korzystając z inflacyjnej dewaluacji zadłużenia, zalegają z płatnością podatków, a to wciąż zwiększa deficyt budżetowy państwa.

1989 – za rządu Tadeusza Mazowieckiego następuje rozkład polskiej gospodarki, w dużej mierze za sprawą powszechnego uwłaszczania majątku państwowego przez partyjną nomenklaturę. Niejasne stosunki własnościowe powodują chaos, nikt dokładnie nie wie, jakie są stawki podatkowe, wysokość ceł, jak ustalić wysokość płac w stosunku do kursu pieniądza i cen rynkowych.

Sierpień 1989 – zostaje otwarte targowisko na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Początkowo handel odbywa się tylko w soboty i niedziele.

10 października 1989 – zostaje przedstawiony program gospodarczy rządu, zwany „planem Balcerowicza”. Zakłada on m.in. zdławienie gwałtownej inflacji, oszczędności budżetowe, wewnętrzną wymienialność złotego oraz prywatyzację przedsiębiorstw państwowych.

Luty 1990 – pojawiają się pierwsze efekty reformy Balcerowicza – ceny wzrastają tylko o 24%, jest to niewielki skok w porównaniu z ubiegłym miesiącem, gdy wzrost cen kształtował się na poziomie 76%. Z drugiej strony jednak gwałtownie wzrasta bezrobocie.

1990 – energicznie rozwija się sektor prywatny, wielu ludzi szybko bogaci się, tworząc własne firmy, z tym że często działają one nie do końca legalnie bądź nieuczciwie. Prawdziwym znakiem przemian gospodarczych w Polsce staje się handel uliczny, który w końcu przestaje być krępowany przez władze. Bazar Różyckiego zaczyna mieć konkurencję. Handlem zajmuje się wiele osób, które w wyniku przemian ustrojowo-gospodarczych straciło pracę.

1990 – bazar Różyckiego zostaje podpalony.

 Kalendarium

Dowiedz się więcej

Koło drugiej tłum sprzedających i kupujących gęstnieje. Naręczniak jest zdania, że to właśnie oni napędzają klientów straganiarzom. „Nikt by tu dla tej tandety specjalnie nie przyszedł”. Handlują najczęściej emeryci i renciści z wszystkich grup zawodowych. Nawet byli nauczyciele i urzędnicy. Wracający z zagranicznych wojaży klienci „Orbisu” i „Gromady”. Studenci i uczniowie. Elita naręczniaka to ciuchy i buty z Włoch, skóry z Turcji i zegarki z Hongkongu.

Pan Edek został bazarowym „zegarmistrzem”. Kupuje części, naprawia i sprzedaje zegarki. Mógłby pracować pod dachem, ale kto raz zasmakował bazarowego życia, nie wróci do warsztatu. Zawsze można tu coś okazyjnie kupić i sprzedać. Pan Edek ma przy tym oko na towar kumpla, kiedy ten odchodzi za potrzebą.

Janusz Kniaźnikiewicz

dziennikarz

„Bazar”, Tygodnik Kulturalny
[w:] Magazyn Polski, kwiecień 1986 r.

Za Unii

Za Gierka

Student

protokolant sądowy

Kontakt