Dowiedz się więcej

Pięć dni trwały walki o zdobycie prawobrzeżnej Warszawy. 

Pierwsze natarcie rozpoczęło się 10 września 1944 r. około południa. Do boju ruszyła 1 Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Dywizja walczyła w składzie 125 Korpusu 47 Armii Radzieckiej.

Atakujący forsowali pola minowe, druty kolczaste i rowy strzeleckie, zmagali się z najeżonymi bronią maszynową domami-bunkrami, łamali zacięty opór wroga.

Jeszcze się rwały pociski, ale handel na Bazarze już funkcjonował – i od Ząbkowskiej, i od Targowej.

Ja wziąłem udział w pierwszej defiladzie, która odbyła się na ulicy Targowej. Byłem żołnierzem Berlinga. Jechaliśmy od Grochowa w stronę Ratuszowej. Tam, gdzie teraz jest centrum handlowe, stała trybuna. Na trybunie generał Rola-Żymierski. Jechałem na czarnym koniu z przodu jako dowódca działek przeciwpancernych. Wyciągnąłem szablę na komendę „na prawo patrz”. Ni stąd, ni zowąd wyskakuje dziewczyna i rzuca się do mnie z kwiatami. Nachyliłem się do niej, żeby wziąć kwiaty, a ona mnie łapie za szyję. Na defiladę przyszedł mój przyjaciel Rybowski i jego córki. Przyszła Marysia Biernacka – taka masywna dziewczyna. Krzyczała na całe gardło: „Mój porucznik! Mój porucznik!”. Oprócz defilowania gdzieś jednak należało mieszkać. Miałem, że tak powiem, swoje „mp” [miejsce postoju, termin wojskowy] na ulicy Targowej 61 na drugim piętrze. Szyb jeszcze nie wprawiono. W podwórku „studni” stała figurka Matki Boskiej i na tym koniec. Mieszkałem przy rodzinie Rybowskich. Rodzina ta miała nie tylko swoje stoisko na Bazarze. Przed wojną pracowali w fabryce, w której produkowano rowery „balonówki” na szerokich gumach. Często u nich nocowałem. To była późna jesień, początek zimy. Wszyscy wtedy szli do pustych mieszkań. Właściciele zostali wywiezieni, uciekali, albo już nie żyli. Któregoś dnia przyszedł z frontu Rybowski. Drzwi otwarte, bo zamków nie było. Ja w mundurze, a on w cywilnych, porwanych łachach, w płaszczu podwiniętym sznurkami i z plecakiem... Duży fabrykant warszawski przychodzi w łachach do własnego mieszkania. Wracał z robót. Był zwykłym cywilem. Leżeliśmy w kuchni na podłodze. Choć okien nie wprawiono, myśmy tam siedzieli. Na płycie rozpaliliśmy ognisko, zadymiliśmy całe mieszkanie. Opowiadał, bo wracał z Zachodu, a ja mówiłem, co się dzieje na Pradze. Całą noc przeleżeliśmy na podłodze i dzieliliśmy się wspomnieniami. Gotowaliśmy obierki z kartofli pozostawione nie wiadomo przez kogo. Rozmawialiśmy o wspólnych planach. On powiada: „niech pan rzuci wojskowy mundur, zaraz rozkręcimy jakieś nowe przedsiębiorstwo!”. Powiedział „Panu, jako wojskowemu, wszystkie drzwi będą otwierać”. Zaprzyjaźnił się ze mną. Chciał czym prędzej wznowić produkcję rowerów.

Z ulicznego plakatu – „Obywatele! W niedzielę Warszawa będzie żegnać jednostki Wojska Polskiego udające się na front…”.

Naprzeciw zniszczonego Dworca Wileńskiego, na ukos od w zasadzie ocalałych domów kolejowych na rogu Targowej i Wileńskiej, gdzie mieszczą się ministerstwa i inne urzędy, prawie na zetknięciu z Zygmuntowską, ustawiona wielka trybuna. Na niej chyba cały obecny rząd, wojskowi polscy i sowieccy i nowa elita (oraz ci wieczni „od cyca”. Jest nawet ten, co przed wojną robił piękny profil, gdy zobaczył aparat fotograficzny. I dzisiaj robi). Na trybunie między innymi: Stanisław Ryszard Dobrowolski, Kruczkowski, Władysław Bieńkowski, Bida, Nadzin (do twarzy mu w mundurze) z mikrofonem, chyba jako sprawozdawca radiowy.

Żandarmeria wojskowa z milicją zatrzymała żołnierza na ulicy Ząbkowskiej. Prawdopodobnie nie miał przepustki, uciekał w stronę bazaru Różyckiego i został zastrzelony. I prasa tak się rozpisywała szczegółowo, gdzie mu kula wyszła, gdzie weszła. Jako dziecko z przerażeniem to czytałem. To nie był bandyta w moim przekonaniu, tylko po prostu żołnierz bez przepustki, który nie chciał, żeby go żandarmeria zatrzymała, bo poszedłby siedzieć.

Zostałem na bazarze aresztowany, mając przy sobie tylko dowód osobisty, legitymację Armii Krajowej i odznaczenie z Londynu. To miała miejsce akcja milicji na cinkciarzy i ludzi, którzy handlują wódką. Zostałem przewieziony na „Piątego lipca” i siedziałem tam czterdzieści osiem godzin. Przesłuchiwała mnie kobieta. Żadnych szykan mi nie robiono, tylko zaproponowano współpracę, czy ja nie mógłbym zostać ich agentem na Bazarze Różyckiego i kapować cinkciarzy. Odpowiedziałem, że niestety ale na to nie pójdę. Po dwudziestu czterech godzinach zostałem wypuszczony.

Gdy tylko weszli Ruscy, interes zaczął się kręcić. Szybko odbudowywano budy. Ale zaraz też zaczęły się zawirowania z nową władzą. Oni nie mogli znieść takiego miejsca jak bazar. W ich sklepach gówno, fabryki stoją, jedzenia nie ma, nic nie ma! Pensje ludziom wypłacali w mące i kartoflach. A tu było wszystko. Kiedyś przyszli w kilkunastu z siekierami – milicjanci, część w cywilu tylko z opaskami „MO” – i zaczęli rąbać pierwszą z brzegu budę. Ale, wieśniaki, źle trafili. Oni za siekiery, to chłopaki za noże. W końcu doszło do strzelaniny i ten ich główny milicjant dostał prosto w głowę… Widzę, że pan nie wierzy, ale tak było. Musi pan zrozumieć, że wtedy był zupełnie inny klimat. Milicjant, obojętnie granatowy czy czerwony, to była dla wszystkich parszywa gnida! Nieraz dochodziło do strzelaniny. Każdy chłopak na ulicy miał broń. Ja miałem ruskiego nagana i bębenkowego colta. To była nasza ulica! Nasz bazar!

Tu klient wchodził i kupił do chrztu i na śmierć, i do ślubu, i mięso kupił, i rybę kupił, i rodzynki kupił, i figi kupił, wszystko kupił, tylko rodzonej matki i ojca, którzy zginęli, nie kupił.

Po bardzo grubym lodzie przeszedłem Wisłą na Pragę, żeby zobaczyć luksusowe życie. Mówiono nam, że tam można kupić kiełbasę, że można dostać świece, karbid i różne inne rzeczy. No więc, kiedy dotarłem na miejsce i rzuciłem pierwsze spojrzenie na perspektywę cudownej Targowej, pomyślałem sobie „Jezus Maria, gdzie ja jestem? Paryż? Pola Elizejskie? Tak, tu jest wszystko, nie tylko kiełbasa, ale i kartofle, i chleb, nawet świeżawy, i karp…”. To było prawdziwe olśnienie.

Ludność zaczęła się organizować. A kto się najszybciej organizuje? Ludzie prości czyli ulica Targowa, Bazar Różyckiego. Ci od razu mieli wiele inwencji, tak jak w czasie okupacji – przywozili mięso ze wsi, kartofle, mąkę.

16 stycznia artyleria polska i radziecka zainaugurowały bitwę o Warszawę. Dziesięć godzin trwał huraganowy ogień. Nazajutrz pierwsi mieszkańcy Pragi przeszli po lodowej powłoce Wisły do uwolnionej Warszawy.

Praga rozpoczęła swe kolejne wcielenie: odtąd przez długie miesiące prawobrzeżna Warszawa była krwiodawcą całego organizmu półumarłego miasta, była ośrodkiem zawiadowczym stolicy i kraju.

Bazar stał się miejscem, gdzie ludność zaopatrywała się nie tylko w żywność. Wszyscy się tu spotykali. Tu koncentrowało się życie. Bazar Różyckiego stanowił deptak. Warszawa spalona. Niemcy po drugiej stronie. Na Bazarze gruzów nie było, ale na Brzeskiej stały rozwalone kamienice.

Nie należało wychodzić na ulicę. Kolega wyszedł, przejeżdżała tankietka i mu przestrzeliła brzuch. Mieszkałem na Wileńskiej 27. Wychowałem się na podwórku. Kiedy tylko zrobiło się bezpieczniej, a nie miałem co robić, to szedłem na Bazar.

Akurat znajdowałam się na Ząbkowskiej vis a vis Monopolu, kiedy dwa pociski rozerwały dom czteropiętrowy. Został tylko róg i w tym rogu na najwyższym piętrze zostało dziecko. Nie spadło. Matka w kuchni i ono przestraszone. Zaraz potem ich zdjęli.

Jeden z pocisków trafił w dom na Ząbkowskiej, nic z niego nie zostało.

Myśmy słuchali salw – niektóre pociski padały obok nas... Blisko...

Wszyscy chodzili i szukali bliskich. Te kartki z informacjami były rozwieszane również na Bazarze. No bo przecież słupów ogłoszeniowych nie było, albo zostały wykorzystywane do umocnień. Te ogłoszenia koncentrowały się wokół Bazaru. Dalej już nie, bo zaczynał się teren ostrzału niemieckiego.

Żeby wydostać się z obozu na Syberii zgłosiłam się do wojska. Dwa lata służyłam w rosyjskim, potem dwa lata w polskim. Jak wróciłam, zaczęłam szukać matki. Okazało się, że dostała mieszkanie na Pradze, po Żydach wywiezionych w czterdziestym. Jak poszłam na bazar, to jeszcze trwał ostrzał.

W tydzień po wejściu Ruskich pojawił się „Piękny”. Był tak zmieniony, że nikt nie mógł uwierzyć, że to on. W obozie zupełnie wyłysiał, wyglądał, jakby miał sześćdziesiąt lat. Cudem przeżył. Wrócił Kurczak. Stracił jedną nogę, chodził o kulach. Zmienił się, miał jakąś złość w sobie.

Na płotach i bramach Bazaru można było znaleźć wówczas bardzo ciekawe ogłoszenia, pisane na zwykłych kartkach wyrywanych z zeszytów, gdzie każdy informował: „jestem tu i tu, nazywam się tak i tak”, albo po prostu „żyję” i nazwisko.

Pracowałem wtedy w piśmie „Biuletyn Praski” i ono było wydawane przez 5 Dywizję im. Kilińskiego, która przyszła ze Wschodu. W tej Dywizji służył Wiktor Borowski. On założył naszą redakcję w podwórku, przy ulicy Wileńskiej. Słuchałem różnych radiostacji: amerykańskich, angielskich i z tego robiłem depesze do „Biuletynu”. Lewobrzeżna Warszawa była wtedy jeszcze zajęta przez Niemców. Pragę ostrzeliwano. Borowski – który miał motocykl służbowy – zabierał mnie często do Otwocka. Wyruszaliśmy wcześnie rano. Za każdym razem przejeżdżaliśmy obok Bazaru Różyckiego.

Decydujący szturm nastąpił 13 września 1944 roku o 10 rano i trwał całą dobę. Krótko po północy żołnierze 1 pułku I dywizji im. Tadeusza Kościuszki osiągnęli brzeg Wisły; wtedy to Niemcy wysadzili w powietrze most Poniatowskiego.

Z tą chwilą rozpoczął się jeden z najdziwniejszych etapów w historii stolicy – przez z górą cztery miesiące była ona podzielona, przez cztery miesiące oba brzegi znajdowały się w innych światach i chyba nigdy jeszcze Praga nie była tak odległa od Warszawy.

Kiedy 14 września 1944 roku o godz. 10 rano na placu przed cerkwią pojawili się pierwsi polscy żołnierze, Targowa zaroiła się natychmiast od ludzi.

Praga była wolna. Choć pełna gruzów, szkła, odłamków. Choć pod nieustannym ogniem artylerii.

Leżące bezpośrednio na linii frontu miasto zaczęło się natychmiast urządzać. Normalizowało się życie prywatne – tworzyły się pierwsze urzędy.

W gmachu dyrekcji PKP na rogu Targowej i Wileńskiej rozpoczęły działalność wydziały informacji i propagandy oraz kultury i sztuki władz wojewódzkich.

Podczas gdy od Wisły grały działa i szczekały karabiny maszynowe, na Targowej i w okolicy kipiało życie. Na Brzeskiej handlowano mięsem, chlebem i papierosami. Za pieniądze i „na wymianę”. Na placu Szembeka sprzedawano i kupowano „miękkie” i „twarde”, futra, zegarki i złoto. Pękające dokoła pociski nieprzyjacielskie przerywały tylko na moment transakcje wędzonką, pączkami czy wódką

Sergiusz Grudkowski

malarz

Wojciech Waś

malarz

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Kupcowa

Kupcowa

rozm. Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”,
Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 104

„Ferajniarz”

rozm. Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”,
Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 130

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Zygmunt Broniarek

dziennikarz

Zygmunt Broniarek

dziennikarz

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker warszawski. Praga”, t.III, Czytelnik, Warszawa 1964, s. 156, 157

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker warszawski. Praga”, t.III, Czytelnik, Warszawa 1964, s. 156, 157

Barbara Żarska, ps. „Basia”

obwód VI AK Praga, rejon IV, mieszkanka Pragi

Sabina Sebyłowa

Notatki z prawobrzeżnej Warszawy, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 398

Henryk Górniewski

mieszkaniec Pragi

AHMMWP

Marek Eugeniusz Stankiewicz
ps. „Moskito III”

batalion „Wigry”, mieszkaniec Pragi

AHMMPW z 28.06.2006.
rozm. Bogusława Burzyńska

„Ferajniarz”

rozm. Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 130

Barbara Borysiuk

kupcowa

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Olgierd Budrewicz, Wiesław Ochman, O wszystkim, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2010, s. 13, 16

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker warszawski. Praga”, t.III, Czytelnik, Warszawa 1964 r. s. 156, 157

Sergiusz Grudkowski
malarz

Po 5 latach w getcie byłem wreszcie wolny. Pierwsi Żydzi, których spotkałem na placu Szembeka, to byli żołnierze i oficerowie Kościuszkowskiej Dywizji, która razem z sowiecką armią weszła do Grochowa. Zaraz też zaczęli się na ulicy pokazywać inni Żydzi, którzy tak jak ja wyszli z ukrycia. Każdy wyzwolony Żyd miał w tym momencie mieszane uczucia – cieszono się z długo oczekiwanej wolności i jednocześnie bano się pokazać ludziom na ulicy. Żydzi głęboko wierzyli, że po wyzwoleniu Warszawy i całej Polski odnajdą się. Wkrótce dowiedziałem się, że również na Pradze pewna liczba Żydów uratowała się od śmierci.

Wspaniałe uczucie. Bazar promieniował w szarym warszawskim świecie. Rozlewał się na ulicę Targową, na Ząbkowską, Brzeską ludźmi, ich działaniami, rozmowami, interesami w bramach. Można było się zakochać.

Zacząłem wspólnie ze znajomym organizować do życia Bazar Różyckiego. Nasz komitet organizacyjny Bazaru znajdował się na Brzeskiej, na pierwszym piętrze. Ludzie zaczęli się dowiadywać, jak i co. Przychodzili do nas po uzyskaniu zgody i różne miejsca wybierali sobie, stawiali budki, żeby można było handlować. Ja też uzyskałem taką zgodę jako pracownik tej organizacji. Postawiłem budkę, w której moja mama razem ze swoją siostrą mogły handlować i jakoś pomału egzystować, i mieć do życia trochę złotówek.

Przyjechałam z mamą i siostrą ze Związku Radzieckiego, z Moskwy. Tata już przebywał tutaj. W ten sposób stanowiliśmy jedną z nielicznych rodzin w całości. Środowisko żydowskie było bardzo zwarte. Żydzi trzymali się razem, bo czasy były bardzo niebezpieczne. W związku z tym ci Żydzi, którzy się uratowali w Polsce, i ci, co przyjeżdżali ze Związku Radzieckiego, starali się mieszkać w skupiskach. I natychmiast organizowali komitety pomocy, szkoły.

Tadeusz Misiński, „Gustaw”

obwód VI AK Praga, mieszkaniec Pragi

AHMMPW z 21.03.2005, rozm. Magdalena Miązek

Ninel Kameraz – Kos

polska malarka, badaczka religii i obyczajów Żydów polskich,
wieloletni pracownik Działu Dokumentacji Zabytków Żydowskiego Instytutu Historycznego

Wiesława Młynarczyk, „Warszawska Szkoła Żydowska Centralnego Komitetu Żydów w Polsce”, Midrasz – nr 4 (156) Lipiec – Sierpień 2010r. 10-18

Władysław Noach Żelazo

członek Wojewódzkiego Komitetu Żydów w Warszawie

Wiesława Młynarczyk, „Warszawska Szkoła Żydowska Centralnego Komitetu Żydów w Polsce”,
Midrasz – nr 4 (156) Lipiec – Sierpień 2010r. 10-18

Marek Nowakowski

pisarz

Czyż jest coś bardziej poetyckiego w wielkim mieście niż targowisko? Czyż współczesna, wielkomiejska metropolia zdolna jest zdobyć się na inny objaw plastycznego liryzmu poza kolorową paletą bazaru? Czy może się cokolwiek równać w sile uczuciowej ekspresji z obraźliwymi rozmowami i zjadliwym targowaniem się przy rytualnym obrzędzie zakupów nabiału i owoców, warzyw i mięsa, ryb i kasz, pieczywa i kartofli? Trzeba być człowiekiem oschłym i zimnym, by nie dać się unieść wzruszeniu na widok gigantycznych połaci surowej wołowiny, by nie zatopić się w smutku wobec czarno-srebrzystych złóż ryb, wobec rozwartych z wysiłku, różowawych pyszczków świeżych karpi, by nie wydać okrzyku zachwytu, stanąwszy oko w oko z brunatnymi kopcami włoszczyzny, by nie zatrzymać się w nostalgicznej zadumie przed nieskalaną, śnieżną bielą ciągnących się hen w dal szeregów twarogu! Jedynie człowiek płytki nie ulega tajemniczej poetyczności ciasnych i ciemnych straganów z bielizną, obuwiem i odzieżą, budki z pończochami, czapkami i nićmi, kramów z norymberszczyzną, pasmanterią i konfekcją, stoisk z częściami rowerowymi, zardzewiałym żelastwem, zamkami, kłódkami, rurami do piecyków i odpadkami ślusarskimi. Jedynie człowiek tępy i brutalny nie przystanie w pełnym szacunku podziwie przed grubymi, opatulonymi w zwały odzienia, starymi jak drzewa i głazy przekupkami warszawskimi, przysiadłymi od wieków za kolorowymi szańcami świeżego, smakowitego towaru; i tylko człowiek głupi nie wsłucha się w ich kłótliwy dialog, nabrzmiały surową, zgrzytliwą i prastarą mądrością, wiecznie nową dzięki swej roziskrzonej humorem przyziemności.

Warszawski handel. Imponujący środek przynoszący ulgę z pierwszych miesięcy po wojnie, rzadko spotykane bohaterstwo ekonomii, w którym Polacy okazali szaleńczą brawurę, jak niegdyś na polach bitew.

Tata spędził wojnę na Syberii, gdzie rąbał las i budował drogę. Do Polski wrócił w złachanym mundurze, więc przede wszystkim udał się na bazar Różyckiego.

Przy straganie z gotową męską odzieżą siedziały dwie kobiety młoda ładna i starsza taka sobie. Starsza przyjrzała się mundurowi i tacie, rozpytała – kto, skąd i czy kawaler i wybrała najlepsze ubranie za pół ceny, młoda nie odzywała się.

Były to Franciszka i Tamarka, dawna służąca Abrahama Nowickiego i jego najmłodsza córka.

Bo co się okazało.

Okazało się, że pierwszego czy drugiego września ’39 Franciszka powiedziała – wie pan, panie Abrahamie, co u nas na Szwedzkiej ludzie mówią? Mówią, że nie będzie z wami dobrze w tej wojnie. To może wzięłabym do siebie Tamarkę? Przepisze pan mnie stragan na Różycu, żebyśmy miały z czego żyć, a po wojnie, jak Bóg da doczekać, spotkamy się wszyscy na Szwedzkiej róg Stalowej, zna pan przecież mój adres, i odbierze swoje dziecko i swój stragan.

Kiedy zaczęto wznosić mur, Abraham Nowicki oddał Franciszce dwa stragany – z odzieżą męską na bazarze Różyckiego i z gumowym obuwiem na Kiercelaku i swoją najmłodszą córkę jej oddał, swoją Tamerke. Nie zgłosił się na Szwedzką, bo razem z żoną i dwiema starszymi córkami zginął w Treblince.

Po wojnie nie wrócił nasz sąsiad Żyd, tylko wrócił jego starszy syn – Icek. Oczywiście w stopniu kapitana, w armii Berlinga. Przyszedł do domu księży z bazyliki na Radzymińskiej. Jakaś hrabina podarowała kościołowi ten dom. Ta pani była żoną oficera, jej mąż był w „dwójce” w stopniu kapitana. Icek wrócił i mówi: „Ja kapitan i pani mąż też kapitan”. Ale jakiś czas był i chyba pojechał do Izraela. Nie wiadomo, co się stało. Reszta rodziny nie wróciła z Rosji.

Wchodziłem w życie. Życie poza prawem mnie interesowało, poza tymi oficjalnymi ramami. Poza tą obowiązującą sceną, gdzie wszystkich spędzano. Wolałem obrzeża, nisze, zakamarki. Wydawało mi się, że tam jest więcej powietrza, więcej wiatru, istnieją przeciągi, nie jest duszno. Bazar był jednym z elementów takiego życia. Miałem tam dobrą rekomendację. Wszedłem w Bazar z ludźmi starszymi, którzy mieli tam swoje sprawy, załatwiali swoje interesy. Słuchałem tych ludzi. Chłonąłem to życie, te historie, nasiąkałem nimi jak gąbka.

Brudne sienie i błotniste podwórka o rozoranych brukach kryją sklepy, sklepiki, sklepiczki, składziki, warsztaciki, pracownie rannych pantofli i parasolek, rękawiczek i pluszowych zajączków o tak zgorzkniałym wyglądzie, że chyba dusza producentów wpełzła w ich oczka z guzików. Są tu sztuczne cerownie i farbiarnie, pralnie chemiczne i wytwórnie kosmetyków, z którymi fabryki państwowe konkurować mogą tylko dekretem i ceną, ale nigdy jakością. Gospodarcze getto, więc prężne, walczące o życie, nie bojące się żadnego wysiłku, by przeżyć. Pstrokacizna szyldów, tabliczek, wywieszek przypomina przedwojenną Franciszkańską i Nalewki.

Dlaczego ludzie tkwią w uporze handlowania mimo wrogich sił, które raz widzą w ich pasji rasową skazę, zaś drugi raz klasową nikczemność? Jest w tym jakaś prawidłowość, nawet wielkość i moc, gdy widzi się na tych tu umiejętnie i przewidująco niechlujnych wystawach upozowane na lichość, niepozorność, tandetność polskie skarby epoki: szminki Heleny Rubinstein, perfumy Elizabeth Arden, tusze Cediba, kupony angielskich materiałów, nylonowe szczotki do zębów z amerykańskiej taniochy, kremy, mydła, Palmolive i Colgate, Gilette i Max Factor, włoskie krawaty, paryskie pończochy „bez szwu”, jak mówią kobiety, krajowa biżuteria sztuczna, przyrządy do depilacji brwi. Dobry komunista nie rozumie, nigdy nie zrozumie, że ekonomika ma w sobie jakieś magie i iluzjonizm, i psychoanalityczną podświadomość, które kwitną w kapitalizmie, a nawet tutaj nie wiedną ze szczętem i plenią się po kątach, po tych tu podwóreczkach, jak pajęczyna łatwa do zdmuchnięcia, lecz której nie można się pozbyć.

Targowa, Ząbkowska, Brzeska…

Marek Miller

reporter

Leopold Tyrmand

pisarz

Dziennik 1954, RES PUBLICA, Warszawa 1989,
s. 282-283

Leopold Tyrmand

pisarz

Zły, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 424,425

oraz

Dziennik 1954, RES PUBLICA, Warszawa 1989, s. 282

Bolek Sz., syn starego Sz.
(Bolesław Szenicer)

mieszkaniec Pragi

Hanna Krall, „Różowe strusie pióra”, Świat Książki, Warszawa 2009, s. 137-138

Tadeusz Liszka ps. „Gryf”,

zgrupowanie „Żywiciel”, pluton 230, mieszkaniec Pragi

AHMMPW. rozm. Małgorzata Brama

 

Marek Nowakowski

pisarz

Pamiętam pana Różyckiego. To był miły, skromny, arcyprzyzwoity pan. Mówiliśmy do niego „panie Ludwiku”, ale on chyba miał inaczej na imię. Z wyglądu przypominał Jana Kiepurę, był niewysoki, szczupły, tylko że nie brunet, a blondyn. To on podpowiedział, żeby wszędzie położyć chodnik, mówił nam: „Pracujecie dla siebie, nie będziecie stać w błocie, a klienci do was w pantofeleczkach będą przychodzić”. Pan Różycki przyniósł nam w niedzielę kocioł jedzenia i kładliśmy ten chodnik w czynie społecznym, wszyscy razem, z jego ludźmi. Ale często on sam pomagał, brał łopatę do ręki i równał z nami ziemię. Przychodził o siódmej rano w soboty i w niedziele, a na koniec pracy mówił: „Kochani fajrant! Czas odpocząć”. To był 1948 rok.

Miał na imię Antoni nie Ludwik. Po wojnie w latach 1945-1949 tata jeździł jeszcze na Bazar na Pragę. Miał tam zaprzyjaźnionych kupców jak pani Piekut. Jeszcze prowadził rozliczne interesy. W domu pełno było ksiąg kasowych i najrozmaitszych kwitów. Kiedy w 1950 roku zakończył swoją pracę – kiedy upaństwowiono Bazar, zatrudnił się jako radca prawny w Miastoprojekcie Stolica przy ulicy Królewskiej. Miał wtedy 44 lata, był raczej niski z brzuszkiem, zawsze ogolony, zawsze z teczką. Nosił kapelusz. Bardzo czule go wspominam. Nigdy nie zaznałem bicia paskiem, zawsze dyskretnie zwracał mi uwagę. Nie pamiętam w domu awantur.

Przemiany zachodzące w Polsce traktował jako ostateczne – nie ma już powrotu do świata, który istniał przed wojną i trzeba się z tym pogodzić. Rodzice raczej oszczędzali mi informacji, żebym za dużo nie wiedział. Przed wojną i w czasie okupacji tata administrował Bazarem, skończył studia prawnicze i pełnił funkcję radcy prawnego. Był więźniem Pawiaka i Oświęcimia – rzadko jednak o tym mówił, jego pokolenie było powściągliwe w opowiadaniu własnych przeżyć. Problem utraty Bazaru nie był w rodzinie eksponowany.

O pradziadku Julianie Różyckim mówiono na poziomie moich dziadków. Dla mnie to była już tylko mityczna postać. Opowiadała o nim babcia Wanda. Pozostały zdjęcia i grób – kwatera 34 na Powązkach.

Na Bazarze słychać było jeden wielki szum. Szum głosów, który można porównać do ula. Bo jak się przyłoży ucho do ula, to słychać w nim buczenie, jednostajne, cały czas na jednym poziomie i na Bazarze też tak bywało. Nad tym szumem głosów wyróżniały się zawołania „tu najlepsze pomidory”, „kartofle za bezcen”, „papierosy, bibułka”, „gumka do majtek”. Stał facet, który krzyczał ”Sprzedaję tanio, kradzione w nocy, sprzedawane rano”.

Chodziłem na Bazar z mamą kupować warzywa, owoce, a przede wszystkim jabłka. Częściej jednak zaglądałem tu z bratem, starszym ode mnie o cztery lata. Myśmy nagminnie chodzili tam z dwóch powodów: pierwszy, bo na ulicy Brzeskiej znajdowały się stajnie, gdzie trzymali konie należące do rozwozicieli węgla. Stały tam perszerony – fest konie! Myśmy je oglądali i podkarmiali. Ci wozacy pozwalali nam to robić.

Fascynowali mnie zawsze prascy wozacy, sam chciałem być w dzieciństwie wozakiem. Potem zmieniłem marzenia i postanowiłem zostać generałem. Wszystko na darmo. Nawet wysiłki, aby zostać przyzwoitym inżynierem, spełzły na niczym – jestem tenorem…

Po drugie, na Bazarze stały stragany z obrazami prezentującymi arcydzieła malarstwa polskiego.

Pamiętam wielki napis „Wszystko ręczna robota”. Oczywiście sprzedawano obrazy przeważnie odmalowywane z pocztówek, ale przez jakiegoś artystę, który miał pojęcie o tym, co robił. Przypominam sobie „Bitwę pod Grunwaldem”. Została podpisana Jan Matejko i myśmy pytali straganiarza, kto to namalował i on odpowiadał ”Jan Matejko”.

Tu funkcjonowały wspaniałe typy dla filmu, dla życia teatralnego. Niektórzy nieogoleni przez tydzień, inni eleganccy. Na przykład taki pan, który wypijał litr wódki dziennie, siedział od strony Brzeskiej, ciągle zalany i jak się przechodziło, to on wstawał, kłaniał się, zdejmował poplamiony kapelusik i mówił „Może mi się tu coś znajdzie w tym kapeluszu”. Najbardziej elegancko ubrani pozostawali złodzieje. Mój kolega zajmował się tym i on zawsze chodził pod krawatem, czyściutka koszula i te długie palce, które działały, bo on został kieszonkowcem! Ale moralność jego funkcjonowała bez zarzutu i dotyczyła tego, jak się zachować na Bazarze. Należało mieć zaszyte kieszenie – mówił – cały czas oglądać się dookoła, unikać tłoku. Jak się pytało, która godzina, to ludzie odpowiadali „Wie pan, rozglądam się, będzie koło czwartej”, bo bali się pokazać zegarek. Jak mój kolega widział, że ktoś jest biedny, to go zostawiał, natomiast tych dobrze odzianych, z wydrami na kołnierzach, to obchodził, przyglądał się i załatwiał, czyli „kroił”. Nasz dozorca, który miał ryksze – pierwsze przedsiębiorstwo prywatne – i woził rykszą różne towary na Bazar Różyckiego z Dworca Wschodniego, mówił „Uważajcie na eleganckich ludzi, bo to bardzo niebezpieczne typy. No bo po co tacy mieliby chodzić na Bazar Różyckiego?”

Z moim mężem poznaliśmy się na Brzeskiej. Siedziałam na balkonie. Trwało piękne lato. Powiedziałam „wiesz, podoba mi się ten chłopak”. Zadziałał impuls. Mój mąż był bardzo przystojny, wysoki. Wtedy jeszcze tak śmiesznie wyglądał, bo z wojska wyszedł. Włosy miał krótkie. Spotkaliśmy się w Parku Praskim. Pobraliśmy się na Boże Narodzenie w kościele św. Floriana w 1953 roku. Zamieszkaliśmy na Brzeskiej 20 z teściową. Moja teściowa na Bazarze handlowała masłem.

Małżonkę poznałem kiedy jeszcze pracowałem na Litewskiej w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, któregoś razu schodzę po schodach – widzę: piękna kobieta idzie z aktami. Ma przed sobą na ręku stos papierów. Nie wiedziałem, jak do niej zagadać, no i nie wypadało zaczepiać. Umyślnie więc trąciłem te papiery łokciem. Papiery rozleciały się po schodach. Jak zaczęliśmy te papiery zbierać, to minęła dobra godzina. Okazało się, że to córka znanego kompozytora, Jurdzińskiego. Zamieszkaliśmy w 1948 r. u niej na Stalowej pod numerem 45. Całą bracią wyprawiliśmy wesele. Nie tylko koledzy frontowi przyszli, ale też przyjaciele z Bazaru Różyckiego. Był Leonowicz, który farby sprzedawał. Miał sklepik na rogu Inżynierskiej i Wileńskiej. A nad nim mieszkała pani Andrycz z matką. Przyszedł też kolega z Bazaru: Krzysio Starzyński, który handlował skórami. Miał twarde skóry i podeszwowe. No i tramwajarze.

Po wojnie kobiety zwalniano z wojska, nie były już potrzebne. A poza tym, każda dziewczyna chce wyjść za mąż, myśli o swoim domu, tak samo i ja myślałam.

Męża poznałam w wojsku już po wojnie. On jest z Wilna, ja jestem ze Wschodu. Ale tu miałam rodzinę, ciocię Zosię co prowadziła bar „Sas” pod 100-ką. Mąż pracował w tajnej kancelarii wojskowej „na Koszykowej”, a ja wtedy pracowałam jeszcze w szpitalu wojskowym na Koszykowej. Organizowano różne wieczorki, bale no i na jednej z takich zabaw poznaliśmy się.

Nikogo nie miałem, a chciałem mieć rodzinę. Kiedy pracowałem w Ministerstwie Obrony Narodowej, Rybowskiemu zależało na naszej znajomości. Przylgnąłem do rodziny. Jedna z jego córek była dość przystojna... W końcu zostałem zdemobilizowany. Z miejsca, jeszcze tego samego dnia, poszedłem zapisać się na studia. Zacząłem studiować malarstwo. Patrzyliśmy w przyszłość z nadzieją.

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jerzy Potocki

prawnuk Juliana Różyckiego

Jadwiga Wierzbicka,

kupiec

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Barbara Jarosławska

kupcowa

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Kiedy został ubity interes, należało to oblać. Wszyscy szli zwykle na ulicę Brzeską. Po drugiej stronie bazaru stały ruiny budynku, a w jego piwnicach – życie. Cała kamienica rozwalona, pozostały tylko jakieś fragmenty ścian. Pamiętam, w piwnicy zalegała pluszowa, zielona kanapa ze sprężynami, które wychodziły z siedzenia. Należało ostrożnie siadać. A na stole stał bimber i kiszona kapusta. Wszyscy siedzieli zadowoleni, jedli bez chleba. Tam i nocowano, i odbywały się orgie i weseliska. Przychodził tam i element, i porządni ludzie. Wszyscy siedzieli przy świecach, czasami przy lampie naftowej. Ale to jedyne miejsce, gdzie nie zaglądała milicja, gdzie można było sobie do woli wypić. A ludzie pili bimber, który przywozili chłopi z okolicznych wiosek. Bród, smród nie do wytrzymania, ale klimat warszawski i wesoły.

Po okolicznych podwórkach chodziły orkiestry, najczęściej gitara, akordeon, mandolina, albo bandżo. Oni grali i zawijało się dla nich pieniądze w papierek, w gazetę. Rzucali je ludzie z trzeciego piętra, z czwartego. Grali przeboje, które wszyscy śpiewali. Najbardziej popularna stała się piosenka o Hitlerze „Siekiera, motyka, piłka, alasz. Przegrał wojnę głupi malarz”. Bardzo dobrze grali i to jest zadziwiające, że te wszystkie orkiestry podwórzowe są świetne, może dlatego, że oni grają wciąż to samo i mają to we krwi.

Przychodził też na nasze podwórko pewien obdartus. Stawał przed śmietnikiem i śpiewał „Ebo, Ebo, Ebolinko, tyś piękna, ty dziewczynko, ja pan, a ty pani, pójdziem sobie razem w tany” i mówił „Jam jest śpiewak podwórkowy Jan Kiepura”. On był trochę psychicznie nadwerężony.

Ja myślę, że jego stworzyła tęsknota za lepszym życiem. Mama mi mówiła oczywiście, kto to był Kiepura, więc myśmy patrzyli na niego z podziwem, bo on faktycznie ładnie śpiewał. Dla nas to był ktoś. Mój brat w pewnym momencie zapytał go, dlaczego on śpiewa ciągle tylko jedną piosenkę, na co tamten odpowiedział: „Prawdziwy artysta zna tylko jeden utwór”.

Ja też próbowałem. Stawałem na stołku na Ząbkowskiej i śpiewałem „Chryzantemy złociste” i zdumiewało mnie, że panie wtedy popłakiwały. Po latach, gdy już pracowałem w Teatrze Wielkim w Warszawie i w radiu pojawiały się moje nagrania, to dozorca powiedział mi wspaniały komplement: ”Wiesiu, teraz śpiewasz pięknie, ale tak jak wtedy na stołku śpiewałeś, to już chyba nigdy nie zaśpiewasz”.

Donos
SŁONINA NA DWORCU WSCHODNIM

 

Protokół przesłuchania świadka-biegłego dnia 2 grudnia 1946 r. w Warszawie.

Członek Biura Wykonawczego Komisji Specjalnej w Warszawie przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka-biegłego w trybie art. 20 k.p.k. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał co następuje:

Imię i nazwisko – Maliński Zbigniew

Miejsce zamieszkania – Warszawa-Targówek

Zajęcie – robotnik

Stosunek do stron – obcy.

Mieszkając na Targówku, zauważyłem od szeregu miesięcy, iż mieszkańcy okolic stacji rozrządowej Warszawa-Wschodnia uprawiają przemyt za pośrednictwem obsługi pociągu międzynarodowego Moskwa-Berlin. Początkowo przemyt polegał na tym, iż okoliczni mieszkańcy przynosili w drobnych ilościach żywność, a w szczególności słoninę, mąkę, wódkę, cukier itp., i wymieniali to u obsługi pociągu na ruble lub marki. Z czasem jednak ten drobny przemyt przeobraził się w zorganizowany przemyt na dużą skalę. Przykładem tego jest okoliczność, iż poszczególne transakcje słoniną dochodzą jednorazowo do 100 kg. Akcja jest zorganizowana w ten sposób, iż miejscowi handlarze w dużej ilości przypadków oddają towar obsłudze pociągu w komis. Komis polega na tym, iż obsługa pociągu przewozi na teren okupacyjny Niemiec środki żywnościowe, a z powrotem sprowadza na teren Polski manufakturę, przeważnie pończochy i peleryny. Według posiadanych przez zeznającego wiadomości o akcji tej są doskonale poinformowani zarówno pracownicy Milicji Obywatelskiej, jak i członkowie Straży Ochrony Kolei. Akcja jest zorganizowana planowo i przedstawia się w ten sposób, iż w chwili wejścia pociągu na stację rozrządową, pasażerowie pociągu oraz obsługa wchodzą w kontakt z już czekającymi na stacji handlarzami i dokonują wymiennych transakcji. I wreszcie zeznający podaje, iż około dwóch miesięcy temu na terenie torów kolejowych, idąc w kierunku Bazyliki, znaleziono oficera UB (nazwisko nieznane zeznającemu), który – według wersji krążących wśród okolicznej ludności – zabity został w związku z utrudnianiem handlarzom i waluciarzom ich działalności na terenach stacyjnych. Według posiadanych przez zeznającego wiadomości na torach stacji rozrządowej przeprowadzana była obława przez Straż Ochrony Kolei. Obława zwykle kończyła się tym, iż przytrzymane osoby (jak było to np. ostatnim razem) odprowadzane zostały na stację Marki, skąd po wymierzeniu im mandatów karnych za przechodzenie torów w niedozwolonym miejscu zostały następnie zwolnione. Zeznającemu nic nie jest wiadomym o tym, żeby którakolwiek z osób uprawiających handel wymienny poniosła jakieś dalsze konsekwencje karne.

Protokół przesłuchania podejrzanego 1

Dnia 2 grudnia 1946 r. Warszawa.

Imię i nazwisko – Agata Lesińska

Nie przyznaję się do uprawiania handlu bez zezwolenia. Znalezione w moim mieszkaniu 38 kg słoniny zostało przeze mnie zakupione na okres zimowy, do użytku własnego. Nie mam nic wspólnego z rzekomym handlem mającym miejsce na stacji Warszawa Wschodnia Rozrządowa.

Protokół przesłuchania podejrzanego 2

Dnia 2 grudnia 1946 r. w Warszawie

Imię i nazwisko – Dębska Anna

Przyznaję się do nielegalnego handlu żywnością. Proceder ten wykonywałam, sprzedając słoninę i kiełbasę za złotówki bądź ruble przy pociągu Moskwa-Berlin. Często również za zarobione pieniądze ze sprzedaży żywności kupowałam następnie odzież, peleryny i pończochy, by sprzedać je na bazarze Różyckiego. Słoninę sprzedawałam za 500 zł kg, lub za 70 rubli za kg. Nie handlowałam, by się wzbogacić, a po prostu zmuszona twardą koniecznością, gdyż od dwóch lat mam na swoim wyłącznym utrzymaniu rodziców. Sama mam zaledwie 17 lat, a całe swoje życie jestem w pogoni za kawałkiem chleba. Wiem, że na stacji Warszawa Wschodnia Rozrządowa na znacznie większą skalę handlowały Agata Lesińska i Maria Lewicka.

Protokół przesłuchania podejrzanego 3

Dnia 2 grudnia 1946 r. Warszawie

Imię i nazwisko – Lewicka Maria

Do handlu słoniną na torach rozrządowych przy międzynarodowym ekspresie Moskwa-Berlin przyznaję się. Słoninę nabywałam na bazarze Różyckiego na Pradze, a następnie sprzedawałam żołnierzom rosyjskim, a także kolejarzom polskim i rosyjskim. Słoninę zakupywałam po 350 zł za kilogram, a sprzedawałam po 400 zł za kg. Po dokonaniu sprzedaży czekałam, tak jak wiele innych osób czekało, na przyjazd pociągu Berlin-Moskwa, by od obsługi i rosyjskich żołnierzy zakupić buty, pończochy lub palta. Odzież tą sprzedawałam później na bazarze Różyckiego. Nie dokonywałam nielegalnego handlu po to, by wzbogacić się, lecz by rodzinę swoją utrzymać, gdyż w bardzo złych warunkach materialnych żyjemy. Mam dziecko w wieku przedszkolnym, a mąż pracuje od rana do późnej nocy. Nie starcza nam jednak na godne życie. Dodatkowo zeznaję, że do pociągu wychodzi i handluje Lesińska Agata z ul. Nieświeskiej. Poza tym innych nazwisk nie znam. Osoby, które zostały ze mną zatrzymane, to wszystkie prawie znam, jako handlujące przy pociągu Warszawa-Berlin, handlują słoniną. Na tym kończę.

Uzasadnienie wyroku sądowego

W końcu listopada 1946 r. Delegatura Warszawska zaobserwowała na rynku niezrozumiały dotąd wzrost cen na słoninę, boczek i tym podobne artykuły pierwszej potrzeby, jak również przejściowy brak tych artykułów na rynkach warszawskich. W wyniku obserwacji i poufnych wiadomości Delegatura Warszawska ujawniła, że jedną z przyczyn tego stanu jest masowy wywóz tychże artykułów do Berlina, przy współudziale obsługi tegoż pociągu i całego szeregu osób, które skupując większe ilości słoniny, boczku i innych artykułów żywnościowych na rynkach warszawskich odsprzedawały je obsłudze wyżej wymienionego pociągu w drodze wymiany na artykuły tekstylne, jak np. pończochy, peleryny i tym podobne artykuły przywiezione z Niemiec. Delegatura Warszawska uznała winę wszystkich i uznała ich nie tylko za szkodników gospodarczych, ale także za nielojalnych obywateli Państwa Polskiego, usiłujących paraliżować wysiłki Rządu, idące w kierunku rzucenia na rynek jak największej ilości produktów pierwszej potrzeby w celu podniesienia stopy życiowej mas pracujących. Procederem swoim wywołali nieuzasadnioną zwyżkę cen na rynkach przez masowy wykup artykułów żywnościowych, a w szczególności tłuszczu, w celach spekulacyjnych. Wiedzieli dokładnie, gdzie artykuły te trafią i nie zawahali się przed wysyłaniem ich do Niemiec, zapominając o sześcioletnim głodzeniu i mordowaniu Polaków podczas okupacji. Zdawali sobie sprawę, że dożywiają wroga kosztem własnego społeczeństwa. Zamiast zająć się konstruktywną pracą, woleli lekki zarobek kosztem pracujących, stając się przez to podwójnym ciężarem dla społeczeństwa. Wobec powyższego Delegatura wnosi o umieszczenie wszystkich w obozie pracy na okres jednego roku, zaś Dębską Genowefę na okres 6 miesięcy, biorąc pod uwagę jej młodociany wiek.

Na początku to chodziły komisje społeczne, jeden urzędnik i dwóch robotników. I oni mieli za zadanie łapać tych, co sprzedają towar drożej niż w sklepie. No a wszyscy sprzedawali drożej. Inaczej się nie dało. Ich to jednak nie obchodziło. Jak kogoś złapali, to zaraz sąd i wyrok.

Stał na Bazarze śmietnik dla dozorców i inwalida, co tam siedział, mówi do mnie „Panie Stefanie, a nie można z tego śmietnika sklepu zrobić?”. Tu śmieciarze trzymali miotły. Poszedłem do Rady Narodowej na Jagiellońskiej i złożyłem podanie, że w tym śmietniku chciałem założyć sklep i oni mi to miejsce przyznali. Ja to wymalowałem, wyszykowałem i zrobiłem sklep. Ale jak już wyszykowałem, to mi rąbnęli opłatę za metraż cztery razy tyle co podatek. Nie wytrzymałem. A obok stała budka państwowa z walizkami i staruszek tam siedział. Poszedłem do niego. „Panie, czy pan by się zamienił ze mną? Daję panu ciepły sklep, a ja bym wziął tę budkę, bo dla mnie jest za drogie komorne, a pan przecie komornego nie płaci”. A on na to „Przyjdzie kierownik, to ja jemu powiem”. Przyszedł kierownik. Taki równy chłop i mówi „Proszę pana, na lepsze zawsze nam wolno iść. To jest buda państwowa, ale my ją panu damy na własność, jak pan to odda”. Mnie to przypasowało. Zrobiłem interes.

Miałam krawiectwo i mistrzowskie papiery. Otworzyłam pracownię. Nie miałam jednak gdzie towaru sprzedawać, więc jeździłam na bazar, żeby to upłynnić. No i na początku zaczęłam vis a vis bazaru na ulicy Targowej. Bazar bardzo się rozszerzał. Wiec jak ja tu przyjechałam z Legionowa, już widziałam budki. Kupcy już sprzedawali na Bazarze i teren zagospodarowali. No i ja z ulicy przeszłam tu. Jak przeszłam, to pracowałam najpierw z taką panią, ale ona szybko zmarła, a ja starałam się otworzyć coś na własna rękę. Poszłam do Rady Narodowej prosić o koncesję. Ale mnie zbywano „Pani przyjdzie za dwa dni”. Dobrze, przyjdę za dwa dni, panie kierowniku. Za dwa dni przyszłam. A on „Niech pani przyjdzie za dwa, trzy dni”.
I tak chyba dwa tygodnie. A wreszcie ja otwieram drzwi i mówię tak do pana kierownika „Dzień dobry, czy ja mam do pana przyjść w kapeluszu, czy tak mogę jak w tej chwili?”. Tak do niego się odniosłam, a on zrozumiał, że mnie to boli, że ja nie mogę dostać koncesji. I wtedy od razu dostałam. Dostałam koncesję, ale nie miałam budki. Więc co ja zrobię? Musiałam prosić kogoś, żebym ja swój towar mogła przenocować. Zostawiłam to na noc, a na dzień, to sobie wieszak robiłam i na tym wieszaku pracowałam. No ale deszcz pada na głowę, więc postanowiliśmy z mężem zrobić rodzaj szafy, bo na nic innego Rada Narodowa nie pozwalała. Zrobiliśmy to nocą. Dowiedział się o tym zarząd i pytają „Kto pani to pozwolił zrobić?”, a ja na to „Przecież ja nic złego nie robię”. Oni mówią „Proszę pani, tego nie wolno”. No to ja na to „Proszę mi powiedzieć, co ja mam robić?!”. Dyskusja, dyskusja, dyskusja. Za trzy dni przyjeżdża do mnie kontrola i pan inżynier budowlany. I na mój styl zrobił wszystkim tutaj takie szafy.

Ja zaczynałem od watoliny. Drugi kwiatki sprzedawał. Trzeci na ramieniu spodnie nosił. Po paru miesiącach każdy do czegoś dochodził, każdy na własną rękę ustawiał sobie budkę.

Jedni sprzedawali pamiątki ocalałe z wojny, inni jeździli na wieś i przywozili kiełbasy, kury, jeszcze inni sami coś szyli, a że w sklepach nic nie było, to ruch panował duży.

Pierwsze, to handlowałam z ręki. Potem miałam łokciówkę, handlowałam materiałami. Jeździłyśmy na Śląsk. Tam w sklepach kupowałyśmy materiał i z samego rana sprzedawałyśmy go na Bazarze.

Ludzie przywozili ze wsi mięso, rąbankę, bimber, to co mogli. Wszystko szło. Tutaj na Targowej pełno było sprzedających, handlujących. Każdy coś miał, coś przynosił, czymś handlował.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Stefan Kłyszewski

kupiec

P. Przybyłek

kupcowa

Stefan Kłyszewski

kupiec

Kupcowa

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 105

Jadwiga Wierzbicka,

kupiec

Kupcowa

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 105

źródło: Archiwum Akt Nowych

 

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

 

Olgierd Budrewicz, Wiesław Ochman, O wszystkim, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2010, s. 13-16

 

oraz

 

rozmowa Leszka Nurzyńskiego, LR, 2014

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Podanie 1, Warszawa, 18 grudnia 1946 r.

Żona moja Lesińska Agata została zatrzymana przez Władze bezpieczeństwa w dniu 2 grudnia 1946 r. rzekomo za nielegalny handel słoniną. Wyjaśniam, iż żona moja zasadniczo handlem się nie zajmuje. Ja staram się zarobić, jako szewc-chałupnik na utrzymanie domu. Żona zajmuje się pracą domową i wychowaniem naszej 10-letniej córeczki Katarzyny. Zresztą żona jest chora na serce, miała ostatnio trzy ataki, a ponadto cierpi na reumatyzm. Od momentu aresztowania żony dziecko stale pyta się o matkę, nie sypia po nocach, dotychczas sypiała stale z matką, a nawet nie może się uczyć. Wobec takiego jej stanu jestem bezradny. Staram się zastępować jej matkę, ale to mi się nie udaje. Nie mam w pobliżu rodziny, która pomogłaby mi poprowadzić dom. Ciężkie warunki materialne nie pozwalają mi na wynajęcie służącej dla prowadzenia gospodarstwa domowego. Dlatego zwracam się z gorącą prośbą do Komisji o łaskawe zwolnienie żony mej, Lesińskiej Agaty, z więzienia z uwagi na stan jej zdrowia, ze względu na dziecko i ponadto, na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia, które chcielibyśmy wspólnie spędzić. Zapewniam Komisję, że żona stawi się na każde żądanie Komisji, w każdym czasie. Pod wskazanym adresem zamieszkuje już od wielu lat i wszyscy nas dobrze znają. Na żądanie Komisji gotów jestem złożyć nawet niewielką kaucję. Oczekuję przychylnej odpowiedzi.

Lesiński Aleksander

Podanie 2, Mokotów, 27 grudnia 1946 r.

Uprzejmie proszę Komisję Specjalną o szybsze rozpatrzenie sprawy mojej, gdyż jestem bardzo chora – po dwóch atakach ślepej kiszki. Niezależnie od mojej choroby zostawiłam w domu chorą matkę – staruszkę – i 11-letnią córkę, również chorą, bez żadnej opieki, gdyż mąż pracuje. Mam nadzieję, że Komisja Specjalna weźmie pod uwagę moją sytuację i przychylnie potraktuje moją sprawę.

Lesińska Agata

Prośba, 17 kwietnia 1947 r.

Do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Bolesława Bieruta.

Gorąca prośba dziecka o ułaskawienie matki.

Mamusia moja Agata Lesińska została zatrzymana w domu w sprawie jakoby nielegalnej sprzedaży słoniny i została skazana wyrokiem Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym na 1 rok obozu pracy przymusowej. Znajduje się obecnie w tymże obozie w Mielęcinie od dnia 6 kwietnia 1947 roku. Przedtem zaś przebywała już w więzieniu Mokotowskim w Warszawie. Ja mam dopiero 11 lat... Chodzę do V Oddziału Szkoły Powszechnej. Utraciwszy mamusię, nie ma mi kto ugotować pokarmu, nie ma kto uprać bielizny… nie ma komu zaopiekować się mną i domem, a zrozpaczony tatuś, z którym zostałam, dać sobie rady nie może… Jako dziecko jeszcze, nie wiem właściwie, co mamusia mogła uczynić takiego, ażeby mi ją zabrano?

Wiem tylko, że straszna tęsknota i rozpacz za mamusią nie daje mi spać nocami… Zrywam się nieraz ze snu przerażona, matki wołając ze łzami… i z okna wyskoczyć pragnę, bo zdaje mi się, że w ten sposób prędzej odzyskam ukochaną a cierpiącą mamusię, bez której żyć nie umiem! Dostojny Panie Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej wiem, że mamusia moja nie jest winna, i że ją może pomówili jacyś ludzie przez złość, i że z tego powodu nie mam mamusi, która cierpi niezasłużenie. Dlatego też błagam sercem dziecka Wielce Dostojnego Pana Prezydenta o dobrotliwe ułaskawienie mamusi mojej i zwolnienie jej z obozu pracy… Całą duszą modlić się za Pana Prezydenta będę o zdrowie jego i szczęście, jeżeli mi dostojny Pan Prezydent matkę najukochańszą powróci! Składając powinny hołd dziecka polskiego Panu Prezydentowi za trudy wszelkie, gorącym sercem dziękuję i pozostaję z poważaniem najgłębszym.

Lesińska Katarzyna

P.S. Publiczna Szkoła Powszechna Nr 58 w Warszawie.

Kierownictwo szkoły powszechnej nr 58 w Warszawie komunikuje, że Agata Lesińska, opiekunka klasowa, wywiązywała się ze swych obowiązków bardzo dobrze. Otaczała troskliwą opieką własne i obce dzieci. Często przeprowadzała wywiady o dzieciach nieuczęszczających do szkoły i składała opiece szkolnej wnioski w sprawie pomocy tym dzieciom, by mogły z nauki szkolnej korzystać.

Podpisano

Kierownik Szkoły

Postanowienie 2

Dnia 10 maja 1947 r. Komisja Specjalna do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym po rozpatrzeniu podania o uwolnieniu Agaty Lesińskiej postanowiła na mocy art. 565 k.p.k. podanie pozostawić bez dalszego biegu.

Podanie 5, Mielęcin, 17 sierpnia 1947 r.

Powołuję się jeszcze raz na motywy przytoczone w uprzednio wysłanych podaniach, przy czym uprzejmie zauważam, iż w czasie ostatniej bytności służbowej miałam możność ustnie zreferować stan faktyczny mojej sprawy, moją sytuację materialną i rodzinną Obywatelowi Dyrektorowi Biura Wykonawczego Komisji Specjalnej z Warszawy. Zostałam zrozumiana, argumenty moje trafiły do przekonania Obywatela Dyrektora, skoro otrzymałam niedwuznaczna odpowiedź, że do dni dziesięciu wrócę do pełnienia mych ciężkich obowiązków w domu. Uprzejmie proszę nie brać mi za złe, że wnoszę to podanie, ale jestem pod wrażeniem świeżo otrzymanych wiadomości z domu, że dziecko jest kompletnie zaniedbane, mąż znajduje się w skrajnej depresji, wykazuje kompletną abnegację, nie dbając absolutnie o dom, o dziecko, wykazując lęki graniczące wprost z zaburzeniami umysłu. Gdy tyle wycierpiałam, gdy jestem tak poważnie chora (opinia lekarza urzędowego), gdy pracuję i sprawuję się nienagannie, proszę najuprzejmiej o ostateczne, szybkie zdecydowanie w sprawie mego zwolnienia z obozu pracy.

Lesińska Agata

Postanowienie 3

Dnia 8 września 1947 r. Komisja Specjalna do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym po rozpatrzeniu podania Agaty Lesińskiej w przedmiocie przedterminowego zwolnienia postanowiła podanie pozostawić bez uwzględnienia z braku podstaw.

Podanie 6, Mielęcin, 20 września 1947 r.

Zwracam się do Komisji Specjalnej z usilną i gorącą prośbą o łaskawe darowanie mi pozostałych 11 tygodni orzeczonej kary.

Jestem chora na raka, stan mego zdrowia jest poważny, dowód: opinia lekarza obozowego w aktach sprawy. Nie byłam karana, pracuję ciężko i uczciwie. Z szeregu innych otrzymałam najsurowszą karę. Chcę zrobić wszystko, aby postępowaniem swoim i pilnością w pracy zwrócić na siebie uwagę Władzy i zasłużyć na ulgę. Czy mam stracić wiarę, jako biedny, szary człowiek pracy, że nie ma dla mnie litości, ani zrozumienia, a tylko ostra kara? Tak mi zależy na tych paru tygodniach. Mam rozpaczliwą sytuację domową i materialną: dziecko opuszczone, nie ma kto się nim opiekować, ugotować na czas jakiejś strawy, matka staruszka w wieko około 70 lat, ciężko chora na serce i artretyzm, mąż uległ jakiejś psychozie, pisze mi list, że popełni samobójstwo i zabije mi dziecko – znajduje się w stanie krańcowej depresji. Wprost, ze łzami proszę o przyjście mi z ratunkiem w tej ciężkiej potrzebie, wszak wycierpiałam już blisko 10 miesięcy z orzeczonych 12. Pokładam głęboką nadzieję, że niniejsza prośba odniesie skutek, że odzyskam wolność, aby ratować moją nieszczęśliwą rodzinę od zagłady, a ognisko małżeńskie od grożącego rozkładu.

Lesińska Agata

Postanowienie 4

Dnia 10 października 1947 r. Komisja Specjalna do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym po rozpatrzeniu podania Agaty Lesińskiej w przedmiocie przedterminowego zwolnienia postanowiła podanie pozostawić bez uwzględnienia z braku podstaw.

Meldunki dzienne Komendy Głównej MO donosiły, że każdego dnia w całej Polsce Ludowej za spekulację i handel aresztuje się kilkadziesiąt osób. Najczęstsze powody aresztowań: nielegalny ubój i handel mięsem, nielegalny garbunek i handel skórami, wyrób samogonu i handel nim, nielegalny handel materiałami przemysłowymi.

Delegatury Komisji produkowały orzeczenia;

Na bazarze Różyckiego w W-wie ujawniono, że Aleksander Wrotek sprzedawał wełnę […] i za to [zdecydowano] wymierzyć mu grzywnę w wysokości 200 zł (dwieście złotych) z zamianą w razie nieściągalności na obóz pracy […] W wyniku kontroli przeprowadzonej przez inspektorów K. W. S. na bazarze Różyckiego ujawniono, że Julia ZAŁUCKA handluje wełną […], [zdecydowano] wymierzyć Załuckiej Julii grzywnę w wysokości 1000 zł (jednego tysiąca złotych) z zamianą w razie nieściągalności na 1 miesiąc obozu pracy […]. Marii Stawuszewskiej […] wymierzyć grzywnę w wysokości 10 000 (dziesięciu tysięcy) złotych z zamianą w razie nieściągalności na 3 miesiące obozu pracy […] współwłaściciela straganu z galanterią drobną Aleksandra Romańskiego […] w myśl powołanych na wstępie przepisów skierować do obozu pracy na okres 2 (dwóch) miesięcy, z zaliczeniem aresztu tymczasowego […] i wymierzyć mu grzywnę w wysokości 4000 (cztery tysiące złotych) z zamianą w razie nieściągalności na 18 miesięcy obozu pracy […] orzec przepadek na rzecz Skarbu Państwa: organki małe Piccolo 4 szt., nici różne kol. na drew. szpulkach i papier. rolkach niepełne szpulki 8 szt., zegarek budzik stojący marki Thiel 1 szt., okulary przeciwsłoneczne w masowej oprawie, w tym 3 w metalowej oprawie 7 szt., żyłka biała i krążek, taśma gorsetowa biała i szara 5 par, grzebienie masowe 175 szt., żyletki różne w tym 15 szt. zardzewiała 96 szt. […] żyletki 1400 szt. firmy Olimpia i Metro, paczki gumy podwiązkowej 60 sztuk […].

Podanie 4, Mielęcin, 2 lipca 1947 r.

Uprzejmie proszę Komisję Specjalną o udzielenie urlopu zdrowotnego dla przeprowadzenia specjalnej kuracji. Zapadłam ciężko na jakąś chorobę kobiecą. Lekarz obozowy stawia diagnozę, że mam opuszczenie żołądka. Ja podejrzewam zapalenie jajników, bowiem kilka miesięcy temu chorowałam na tę chorobę. Wiem jedno, że czuję szalone bóle co każdą noc. Proszę o zbadanie mnie przez lekarza-ginekologa, a wówczas prośba moja nie będzie potrzebowała żadnego dalszego uzasadnienia. Obecnie proszę tylko o jedno – aby Komisja raczyła możliwie szybko rozpatrzeć moją prośbę, bowiem z dnia na dzień czuję się coraz gorzej.

Lesińska Agata

Opinia, Mielęcin, 17 sierpnia 1947 r.

Więźniarka Lesińska Agata w czasie swego pobytu w tutejszym obozie wykazała sumienność i chęć do pracy. Jest spokojna, posłuszna i w całym tego słowa znaczeniu zasługuje na uznanie.

Podpisano

Naczelnik Obozu Pracy

Podanie 3, Warszawa, 30 czerwca 1947 r.

Żona moja Agata Lesińska w grudniu 1946 roku skazana została przez Komisję Specjalną na jeden rok Obozu Pracy, za 38 kg słoniny wziętej z mieszkania, którą zakupiliśmy na okres zimy. Ja i moje 12 letnie dziecko jesteśmy chorzy na płuca, a brak mej żony w domu sprawia, że pozostajemy pozbawieni pomocy, tym samym im bardziej nasz stan zdrowia się pogarsza, tym bardziej stajemy się ciężarem dla społeczeństwa. Proszę Kierownictwo Komisji Specjalnej wziąć pod uwagę moje położenie i dziecka. Oddać nam żonę i matkę, która będąc na wolności otoczy nas opieką i zdrowie naszej rodziny poprawi. Licząc na przychylne rozpatrzenie mego podania, pozostaję z poważaniem.

Aleksander Lesiński

Tylko do 1949 r. do obozów trafiło 16,5 tysiąca osób, wiele z nich straciło tam życie.

Czełowiek eto sam ciennyj kapitał – powiedział Stalin. Obóz Pracy w rozumieniu tego hasła winien mieć charakter organizmu uszlachetniającego, jak np. „piec bessemerowski” w hutnictwie. Z niejednego „kołtuna” wyjdzie pionier idei, postępu i sprawiedliwości. Powody występku każdego osadzonego winny być zbadane. Jego błędne poglądy – sprostowane. Jego lenistwo – zwalczone. Jego choroby – wyleczone. Jego nałogi – usunięte. Jego charakter – uszlachetniony, wady wykorzenione, zalety rozwinięte. Poczucie winy – rozbudzone i spotęgowane. Poczucie krzywdy – rozproszone i rozwiane. Każdy opuszczający Obóz Pracy powinien być zadowolony, że tam się dostał, że zajęto się nim, poprawiono go, nauczono pracy. Każdy opuszczający Obóz Pracy winieni mieć wdzięczność dla Komisji.

źródło: Archiwum Akt Nowych

kwerenda: Grzegorz Żukowski

Marek Miller

reporter

Fragment memoriału przygotowanego dla Komisji Specjalnej z 18 grudnia 1947 r.

źródło: Archiwum Akt Nowych

kwerenda: Grzegorz Żukowski

Wszystkie imiona i nazwiska w wykorzystanych dokumentach zostały zmienione, a daty wydarzeń podane tylko w przybliżeniu

Marek Miller

reporter

 

kwerenda: Marcin Grabowski, LR

Tutaj na Bazarze Różyckiego handlowała pani Kowalska, co została później chrzestną mojej starszej córki. Ona w 1947 r. do mnie mówi: Słuchaj, Jadzia, taka sprytna jesteś, młoda, dasz sobie radę. Tutaj jest taki pan, co ma budkę, to ty będziesz z nim handlowała. Handlowałam z nim przeszło pół roku. On mi wszystkie pieniądze ukradł. Taki był wspólnik. Pojechał raz w drogę. Pieniążki wziął. I już nie przywiózł ani towaru, ani pieniędzy. Zrobił tak dwa razy. No to się rozstajemy. Naprzeciwko handlowała sąsiadka. Ona mi mówi: tu jest jedna pani, co może ci wynająć budkę. Musiałam za nią zapłacić komorne. No i starać się o uprawnienia. Wydawał je Wydział Handlu Praga Północ. Ale decydowało Zrzeszenie Kupców, w którym należało przejść kursy handlowe. W 1952 zdałam na kupca, miałam 20 lat. Na początku handlowałam bławatnymi materiałami, bieliźnianymi i pościelowymi. Najtańsze jedwabiki damskie, to co biedni ludzie mogli kupić. Bo przecież do nas przyjeżdżali ludzie z prowincji, ludzie ze wsi – i tu się zaopatrywali. Potem miałam sukienki damskie, jesionki. Modne zrobiły się pelisy podszywane pod spodem futerkiem. Jak już sama na siebie miałam budkę, to jak ją zamknęłam, kilka razy wracałam. I sztaby sprawdzałam. A jak dostałam budkę, to miałam sen. Moja babcia mieszkała w Powsinie. Mieliśmy tam majątek. W ogrodzie stała piękna figurka Matki Boskiej z rozłożonymi rękami. Więc ja tak stoję pod tą figurą. I Matka Boska w lewym ręku trzyma dużą kromkę chleba. I mówi: masz, weź ten chleb, ale szanuj. I do tej pory ja ten chleb pamiętam. Do tej pory go szanuję, siedzę i pracuję. Tak wygląda życie człowieka.

W 1947 roku musiałam interes zalegalizować. Zgłosiłam dwa warsztaty i jednego pracownika. Po szkockich kratach, które ciągle nie stały się dobrym interesem, zaczęłyśmy wreszcie robić coś dochodowego, tzn. szaliki i chustki. Równocześnie znalazłyśmy z młodszą siostrą zbyt na bazarze Różyckiego. Szedł tam największy handel w Warszawie – sprzedawało się i kupowało hurtowo. Od czasu uzyskania oficjalnego pozwolenia na prowadzenie „przemysłu rzemieślniczego – tkactwa” (tak brzmiała urzędowa nazwa naszej działalności) wystawiałam rachunki, oczywiście tylko na małą część sprzedawanej produkcji. To się opłacało i mnie, i coraz liczniejszym naszym odbiorcom na Bazarze. Wielu z nich bardzo się z nami zaprzyjaźniło.

W sezonie sprzedawałam około dwustu szalików tygodniowo i wtedy już nasi przyjaciele z Bazaru przyjeżdżali odbierać towar.

Posiadałam wtedy dwa warsztaty, niedługo potem w innym mieszkaniu, trzeci. Miałam też już 6-8 pracowników, oczywiście nielegalnych. W moim zakładzie pracowało równocześnie 6 osób: trzy na warsztatach, dwie przy kołowrotkach, a ja zajmowałam się kupowaniem materiału, sprzedawaniem naszej produkcji, farbowaniem, robieniem osnowy...

Po wojnie ruch na bazarze panował jak nigdy. Kombinowaliśmy z „Sufitem”, jak się dało. Kupowaliśmy u Ruskich żywność. Raz nawet załatwiliśmy za jednym zamachem cały transport konserw, trzy ciężarówki. Nie mieliśmy jednak forsy, żeby to kupić. Ale „Sufit” przypomniał sobie, że widział u Kurczaka walizkę przedwojennych pieniędzy, teraz już nic niewartych, wycofanych z obiegu. No i Kacap łyknął tę walizkę. Cała Brzeska piła przez miesiąc.

Kurczak mimo inwalidztwa szybko wyrósł na jednego z walutowych królów. Zebrał nowych chłopaków i opanował cały handel miękkimi wokół bazaru. W pięćdziesiątym pierwszym ktoś go przykablował, wpadł i dostał straszny wyrok – dożywocie. Potem zamieniono mu to na piętnaście lat. W pięćdziesiątym szóstym, tak jak i mnie, objęła go amnestia i wyszedł.

Potem otworzyliśmy produkcję „swojaków”, ręcznie robionych papierosów, bo na rynku sprzedawano tylko drogie monopolowe albo jeszcze droższe camele. Ale ktoś nas przykapował. Dostałem rok. Odkiwałem pół.

Gdy wyszedłem, Sufit miał swoją rakietę i zaproponował, żebyśmy pracowali oddzielnie. Jeden weźmie bazar, a drugi targ na Ząbkowskiej. Tam też znajdowało się targowisko, głównie warzywa i owoce. Początkowo nawet większe od Różyca. Rzuciliśmy monetę i ja wygrałem bazar. Ząbkowska szybko zaczęła zdychać, a Sufit zaczął kroić w knajpach. A że robił to po pijaku, to szybko się położył. Za pierwszym razem zdążyłem go wykupić, za drugim zaliczył sześć miesięcy.

Mój brat Marian, bezrobotny od śmierci „Mordy”, zaczął jeździć na szaber. Miał jakiś lewy układ z wojskiem, dzięki któremu mógł używać ciężarówki. Wtedy to była wielka rzecz. Widywałem go rzadko. Chodził wystrojony, szastał forsą po knajpach, ale jak chciałem od niego pożyczyć, to powiedział, że akurat nie ma. Chyba miał jakieś konszachty z „Marynarzem”, bo czasem na fajrant wpadał do jego budy. A potem zniknął, przepadł. Usiłowałem go odszukać, na próżno…

„Piękny” uczył młodych rzucać lusterka i trzy karty. Skumał się z Cyganami. Na bazarze miał pod sobą trzy benkle. Był jednak bardzo chory. W nocy często krzyczał. Gdy siedziałem, był jedynym, który wysyłał mi paczki. W pięćdziesiątym czwartym wysłał ostatnią. Poprosiłem o przepustkę na pogrzeb, ale nie dali. Nie rodzina.

Na dobre wpadłem pod koniec pięćdziesiątego pierwszego. Zawinęli mnie z mieszkania, gdzie chłopaki trzymały towar. Wiedzieli wszystko: co, z kim, kiedy. Wyciągnęli mi nawet sprawę tych ruskich konserw. W parę dni po mnie posadzili prawie wszystkich moich chłopaków. Jak zwykle, szedłem w zaparte, ale ta sędzina, ona wyraźnie chciała mnie udupić. I udupiła. Za kradzieże, za recydywę, za zorganizowanie grupy przestępczej… przywaliła mi dziesięć lat!

„Ferajniarz”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 130

Lucjan Olszewski

dziennikarz

"Kolka”, Bokser nr 6/1994, s.7

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Edward Ałaszewski, Bohdan Tomaszewski, „Sławy sportu w karykaturze i wspomnieniu”,  Sport i Turystyka, Warszawa 1973, s. 92-93

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Wiktor Nowak

dziennikarz

„Słownik biograficzny ”,  Wychowanie Fizyczne i Sport nr 2/1972, s.102

Jerzy Zmarzlik

dziennikarz

„Bij mistrza!”, Polska Oficyna wydawnicza BGW, Warszawa 1992,  s. 18-19

Janina Przewłocka-Okęcka

kupiec

Prywaciarze: 1945-1989, red. Agnieszka Knyt,
Alicja Wancerz-Gluza, Ośrodek Karta,
Warszawa 2006, s. 35-36

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Do redakcji „Przeglądu Sportowego” po wojnie zgłaszali się naoczni świadkowie, którzy twierdzili, że kapral Antoni Kolczyński zginął.

To musiał być 1948 rok. Pracowałem w popołudniówce "Wieczór" – przed "Expressem", i mnie, młodego reportera, wysłano do rzeźni, w której pracował Kolczyński. Ta rzeźnia była chyba na Targowej, obskurna, praska. Wtedy nie było wiadomo, czy „Kolka” będzie startował w mistrzostwach Polski. Przychodzę do niego, on był w takim kitlu, i pytam.

– Co u pana słychać?
– Nie bardzo dobrze – on odpowiada.
– A pan ma chyba startować w mistrzostwach Polski? – ja na to.
– A jeszcze nie wiem – odpowiada.
– To dziękuję.
– Dziękuję.

Do tego zrobili taki zabawny tytuł „Siebie czy cielaka zważy dziś »Kolka«?”, bo nie wiadomo było, czy wystartuje, a on wyszedł do mnie z mięsem, kawałkiem cielaka na ramieniu.

W latach okupacji Kolczyński stracił wszystko, co miał najcenniejszego w życiu. Obniżył się jego znakomity kunszt bokserski, niezawodne wyczucie i refleks. Różne sytuacje życiowe podczas okupacji rozluźniły także tkwiące w nim rygory moralno-sportowe, toteż do reprezentowanego niegdyś poziomu sportowego już nigdy nie powrócił. Wyjątkowy jednak talent i rutyna ringowa oraz nieprawdopodobna ambicja w walce, pozwoliły mu jeszcze odnosić przez następnych kilka lat sporo zwycięstw.

Przy szóstym, czy siódmym upadku Polaka raptem pojedynczy, rozdzierający okrzyk z sali: — „Kolka”! Warszawa patrzy! Za Warszawę! „Kolka”!

Biedna, wynędzniała Warszawa schyłku lat czterdziestych. Dlaczego za Warszawę? Przecież z Węgrem, a nie z Niemcem walczy? Bije się z bratankiem, a nie z wrogiem.

Dosłyszał. Trzecia, niezapomniana runda „Kolki”! Jest w bezustannym ataku. Zasypuje gradem ciosów zaskoczonego Pappa. Triumfalny ryk warszawskiej widowni. Ostatnie sekundy. Finisz Polaka przybiera na sile. Ryk, lawina ciosów. Mistrz olimpijski słania się, chroni w narożniku za podwójną gardą.

Tak zastaje go ostatni gong.

Jeszcze kilka sekund, a przegrałby przez nokaut. A tak wygrał na punkty.

Huragan braw po ogłoszeniu werdyktu. Werdykt dla widowni tym razem był nieważny. Zobaczyła po raz ostatni, jak umie walczyć „Kolka”.

Właściwie trudno zapomnieć jego bezpardonowy bój z Węgrem Laszlo Pappem, w którym aż siedmiokrotnie wędrował na matę, wstawał i ze zdwojoną energią i ambicją warszawskiego zawadiaki, który walczy o słuszną dla siebie sprawę, atakował Pappa. Kilku naszych pięściarzy leczyło kontuzje i trzeba było sięgnąć po Kolczyńskiego. I znowu rozesłano listy gończe po Warszawie: „Gdzie ten »Kolka«?". Znalazł się. Prosił, by mu dać spokój, że go bardzo boli wątroba, że jest nie przygotowany... Nic nie pomogło. Kolczyński — Papp! Nie można pozbawić publiczności takiego sensacyjnego pojedynku. Działacze i trenerzy nie wiedzieli wtedy, co to troska o zdrowie zawodnika.

Bazar otwierano o czwartej rano. Przychodzili wówczas kolejarze, brali pelisy, błamy i wywozili. Sprzedawali i też zarabiali. Ja do pracy wstawałam wcześnie. Już o czwartej szykowałam wystawę z mięsem. Budek z mięsem stało ponad 60. My miałyśmy wołowinę, cielęcinę, wieprzowinę, polędwicę. Zaopatrywałam różne gospody – „Polonię”, „Pod strzechą”, „Pod Kandelabrami” również Poligraficzna Fabryka na Targowej brała ode mnie mięso. Do schroniska inwalidów, Targowa 56 też dostarczałam. I tak dzięki Bogu, że nigdy mnie nie złapali. Po 30 kilo nosiłam. W 1947 r. szybko psujący się towar stawał się nie lada problemem. Rano najpierw jechałam do rzeźni na Sierakowskiego. Potem ryksiarze zawozili towar na Bazar. Lodówek jeszcze wtedy nie było, ale przy Ząbkowskiej, tuż przy bramie do Bazaru funkcjonowała lodownia. Kupowałam bryły lodu na wagę, zawijałam w gałganki i wkładałam do balii, gdzie trzymałam mięso. Ja akurat miałam balię, ale inni kupcy posiadali drewniane niecki, albo wanny cynkowe. Lód stawał się niezbędny, bo rzadko udało się sprzedać wszystko jednego dnia. Po całym dniu schab nie wyglądał za dobrze, nie mówiąc o wątróbce, która robiła się po prostu biała. Mięso miałam zawsze pięknie urąbane, pouwieszane na drapkach, a większe kawałki leżały na ladzie. Jeśli klient sobie życzył, to kroiłam odpowiedni kawałek. W Izbie Rzemieślniczej wygrałam konkurs w rąbaniu kotletów toporem – z kilograma mięsa urąbałam dwanaście kotletów.

Do bazaru prowadziły trzy bramy, od Brzeskiej jedna, od Ząbkowskiej z boku druga i od Targowej trzecia. No i jeszcze czwarta z boczku, od Kępnej.

Od Brzeskiej rządzili Cyganie i drób. Kwitł handel alkoholem.

Ryszarda Zielińska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Barbara Borysiuk

kupcowa

Sergiusz Grudkowski

malarz

Zygmunt Broniarek

dziennikarz

Halina Machocka-Piekałkiewicz

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Agnieszka

przewodniczka, mieszkanka Grochowa

Barbara Jarosławska

kupcowa

Barbara Jarosławska

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

Mój tata z babcią mówili, że jest jedna dobra metoda na to, żeby gęsi wyglądały jakby były tłuściutkie i to się robi tłuczkiem w kręgosłup po prostu. Po prostu stłuc kręgosłup tłuczkiem i nagle gęś nie jest już koścista, więc jest troszeczkę bardziej handlowo przystępna.

A jak się wchodziło od Targowej, to ryby sprzedawali. Stały tu przeważnie beczki z solonymi śledziami, z matiasami. Karpie pływały w cynowych baliach. Jajka w koszyku na mendle się kupowało. Kobiety ze wsi w liściach kapusty przywoziły masło osełkowe, ser biały i śmietanę w bańkach – na mnie to robiło wrażenie.

W samym środku Bazaru królował pan Miecio w swoim interesie „Pod Karpiem”. Niski, krępy, krągły, sam przypominał karpia. W całej Polsce nie sprzedawano tego, co u niego. Z żywności wszystko. Bliżej świąt wisiały grzyby, zające, kuropatwy. Można było kupić przepiórcze jaja, kawior, węgorze, łososie, salami. Leżały cytryny, mandarynki, pomarańcze, zachodnie czekolady i bombonierki, no i oczywiście pływały piękne karpie. On musiał mieć dobre układy, skoro miał na to wszystko pozwolenie. Tu elita miasta przychodziła, tu niejeden ambasador się zaopatrywał.

Chleb mama kupowała na liściu. Ciemny chleb na liściu chrzanu. Trzymał się na nim ogórek posmarowany masłem. Co nie znaczy, że jak się kupiło osełkę masła, to w środku nie można było zamiast masła zobaczyć jakiś twaróg, czy coś. Też się zdarzało.

Chodziłem z nianiusią po zakupy. Jak miała kupować masło, to sprzedawca dawał osełkę na spróbowanie – z końca. A moja nianiusia kazała sobie przekroić wzdłuż osełkę. Wiadomo bowiem, że często gęsto wkładano w środek kamień oblepiony masłem, żeby wyrobić wagę. Albo końcówki zrobiono ze świeżego masła, a korpus ze starego. Dlatego na bazarze obowiązywał zwyczaj, żeby zawsze kupować u tych samych sprzedających.

Stała skrzynia, na której siedziała baba. I jak przychodziła klientka, to baba wstawała i wyciągała węgorze. Sprzedawali je, ale po kryjomu. Jawnie nie wolno było. Przyszła jakaś pani, bardzo elegancko ubrana. Zaczęła wyszukiwać te węgorze, brała jednego po drugim – a ta baba mówi jej: „Niech tak nie szuka, od macania nic taniej”.

Na Wszystkich Świętych od Brzeskiej 19 do samej Ząbkowskiej leżała gęś przy gęsi.

Od strony Brzeskiej stały też babcie, które skubały kury. Jaka to wspaniała rzecz... Kury skubią... Pióra lecą... Lecą wszędzie... We włosy...

Najwięcej melin funkcjonowało na Brzeskiej 18. Mieli taką umowę, że jedni sprzedawali do 12 w nocy, a drudzy po 12. Na ulicy, przed bramą od Brzeskiej, gdzie przyjeżdżali handlarze warzyw, można było kupić wszystko, co zabronione, a przede wszystkim wódkę. Tam też stały prostytutki. Zachowywały się strasznie głośno. Kiedy przyjeżdżała milicja, to na chwilę uciszały się.

Adam Ferch

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Elżbieta Budkiewicz

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Barbara Borysiuk

kupcowa

Sprzedawano gorące flaki prosto z garnków przykrytych ścierką, aby ciepło nie uciekło.

Potem pokazały się rurki z kremem. O, to już luksus. I lody wyśmienite.

Najpyszniejsze na całym świecie oferowano pączki od Gajewskiego, który miał swój zakład cukierniczy na Ząbkowskiej. A te pączki noszono na tacach, a tace na szelkach. Tak jakby połowa walizki. Te pączki leżały zawsze gorące i tak pyszne, że nikt nie mógł sobie odmówić. Roznosiciel co sprzedał, to zaraz szedł po nowy towar. Później pamiętam doskonale najpyszniejszą herbatę roznoszoną w butelkach ćwierćlitrowych. Ta herbata miała w środku cytrynę ze skórką. Próbowałam sobie taką herbatę zrobić. Nigdy nie udało mi się tak jej przyrządzić żeby smakowała jak wtedy. Ale sprzedawali tutaj też raki. W takich dużych beczkach, pośrodku Bazaru. Raki artykuł sezonowy. Jestem dziecko z miasta, które nie widziało krowy ani raków. Patrzyłam zachwycona, że w tej beczce, dużej, dębowej, te raki chodziły, ruszały się. Kupowaliśmy te raki. Gotowano je w ziołach i dolewało się wina. Banany sprzedawano na sztuki, bo to stanowiło bardzo drogi towar i luksusowy. Jak ojciec przynosił nam, to w kieszeniach, żeby nie zmarzły w czasie drogi. Mój ojciec zawsze wracał do domu dorożką. Oprócz tego jeździły jeszcze riksze, które dowoziły na Bazar towar, bo w tamtych czasach samochody należały do rzadkości. Wtedy powstawała fabryka FSO, pierwsze „Warszawy”. Ale te „Warszawy” to tylko mieli urzędnicy państwowi i w ogóle osoby prywatne prawie nie miały samochodów. To wszystko konie przywoziły albo riksze. Na Brzeskiej znajdowały się stajnie i urzędował kowal. To tam zamawiano dorożki i riksze. Takie były realia. Koło tej alei z artykułami spożywczymi, któregoś dnia ojciec pokazał mi pijawki. Te pijawki miały na celu wyssać złą krew. I pamiętam, że ojcu przystawiali te pijawki. Dla mnie szok, no bo ja w życiu nie widziałam pijawki. Pamiętam, że trzymano je w ogromnym słoiku i tam się wiły.

Wyśmienite wedlowskie czekolady... Ja najbardziej lubiłam śliwki z orzeszkiem w środku. Były oblane czekoladą i pakowane w fioletowe papierki. Handlowałam wtedy materiałami sukienkowymi i pościelowymi. Jak ludzie chcieli się zatrzymać przy mojej budce czy u Karpia, to stawało się to trudne, bo szła cała fala ludzi. Parli do przodu i wszędzie należało się przepychać, nawet po zabawki.

Zabawki, wiatraki, konie na biegunach, korale – wszystko z drewna, bo plastik należał do rzadkości. Lalki sprzedawano szmaciane, wypchane trocinami, z anielskimi włosami. Ale sprzedawali też naguski z twardej masy, droższe od tych szmacianych, miały piękne buzie, ale nie miały ubranek. Te należało samemu uszyć.

Kupiłam kiedyś córce piękną lalkę, pamiętam, że dałam za nią sześć tysięcy złotych. Lalka miała piękną buzię z porcelany i ruchome oczy. Całą resztę zrobiono z gałganków. Niestety. córka upuściła ją, porcelana się stłukła i po lalce...

Sprzedawano stare przedwojenne książki albo tytuły, których zabrakło w księgarniach. Sprzedawano stare monety, stare zegarki, różne części do zegarków, gramofonów, czyli jakieś śrubki, sprężynki. Stały też obrazy olejne. Różni artyści sobie dorabiali. Śmieliśmy się, że to są same jelenie na rykowisku. Inny sprzedawał perfumy. Miał butelki rozłożone na kartonie i zachęcał do zakupu. Pachniało różą, jaśminem, fiołkiem, ale tego zapachu starczało może na trzy minuty. Zachodnie perfumy nie egzystowały, chyba że ktoś dostał z zagranicy od krewnych. Zaraz obok stała pani Wanda z grzybkami do cerowania. Na taki drewniany grzybek naciągało się rajstopę, żeby łatwiej było cerować. Pani Wanda pięknie cerowała bawełnianymi nićmi, miała też specjalne igły do załapywania oczek, bo kaprony – rajstopy bez lycry – szybko się niszczyły. Robiono je ze sztucznego tworzywa.

A wie pani, kiedy zaczęło się pierwsze sztuczne tworzywo? Mianowicie na Bazarze Różyckiego sprzedawali nylonowe bluzki. Królował kolor biały i żółty. Dlaczego? Dlatego że po wojnie zostały spadochrony z nylonu i szyli z nich bluzki. Z takimi falbankami – szczyt mody.

Przecież modę dyktował Bazar, kochanie, Bazar Różyckiego! Dopiero powstawały zakłady, które szyły. Bo później już mogła pani kupować odzież gotową, proszę pani.

Te bluzki szyte ze spadochronów były białe i żółte z falbankami, tu karczek (demonstruje na sobie), tu falbaneczka i tu wiązanie. I szyto z koców angielskich, co żołnierze przywozili po wojnie – lejbiki kloszowe z tyłu. I żorżetowe, granatowe sukienki ręcznie malowane. Każda kobieta musiała taką mieć. No i kapce górale przywozili, takie z filca, z wełny górskiej poszyte. Pięty skórzane, i one się zapinały na sprzączki z tyłu. No i oczywiście oficerki modne dla kobiet. Każda je miała. Ja miałam po siostrze. Po niej nosiłam, a że ona niszczyła, to zawsze miałam zniszczone buty na nogach. Bluzki mama nam szyła, spódnice plisowane, ale buty po niej. Babcia moja kupiła sobie gazową chusteczkę. Gazówki stały się modne. I ja przyszłam do domu, a ona mówi „Pierwszego mi oddasz za tę chustkę. Bierz!”. Moja babcia żyła prawie dziewięćdziesiąt lat. Nie umiała specjalnie czytać, trochę książkę do nabożeństwa. Ale pieniądze umiała liczyć. Nie oszukał jej nikt.

Trzymałam w budce palta, pelisy i futerka na błamach. Płaszcze były wtedy modne, rozkloszowane z tyłu, a z przodu dopasowane, zgrabniutkie. Jasny, ciemny beż, ale często panie chodziły też w zieleniach, brązach czy marengach.

Po futra i kożuchy jeździłam do Garwolina, dominowały wtedy farbowane muflony. Jeździłam tam również po płaszcze z żorżety – na dole i na kołnierzu miały namalowane farbami olejnymi kolorowe kwiaty. Niesamowitą furorę zrobiły tarafanki – spódnice z materiału podobnego do ceraty. I można się było o wszystko potargować.

Przy stoisku z marynarkami jakiś bardzo młody człowiek, chudy i o ogromnym nosie, targował się zajadle o gabardynową marynarkę kawowego koloru. – Za ten łach? – miotał się – za tę szmatę chce pani cztery z dwójką? Sprzedawczyni uniosła w górę brwi, co nadało jej szerokiej, spoconej twarzy wyraz bolesnego rozmodlenia. – Już – powiedziała zabierając marynarkę z rąk młodzieńca – nie ma o czym mówić. Nie sprzeda się, nie kupi się, rozejdziemy się, nie zrobi się interesu, do widzenia. I nie cztery z dwójką, tylko czterysta osiemdziesiąt, o! – Cztery z dwójką to moja ostatnia cena! – krzyknął dramatycznie młodzieniec, wyrywając jej nagłym ruchem marynarkę z ramion, błyskawicznie założył ją na siebie i jęknął: – Rękawy za krótkie, za ciasne w ramionach… Co ja robię. Ja zwariowałem! Za taki kaftanik czterysta czterdzieści! O zgrozo! Po co ja się uparłem na ten śmieć? Popatrz, Janek, powiedz, jak ona leży, ten szajs? Zwrócił się do […] kolegi, który w niedbałej pozie palił papierosa, lustrując marynarkę wzrokiem pełnym nieskrywanego obrzydzenia. Sprzedawczyni zręcznie zdarła marynarkę z ramion mierzącego. – Co pan brudzi, co pan dotyka! – powiedziała, otrzepując marynarkę jak po trędowatym. – Czterysta siedemdziesiąt, chce pan? – Ucho od śledzia – wtrącił się flegmatycznie Janek, po czym nieoczekiwanie, błyskawicznym gestem wydarł marynarkę z rąk sprzedawczyni – ja bym za nią czterech stów też nie dał. Bądź poważny frajerze – zwrócił się do młodzieńca o wielkim nosie – i patrz przytomnie. O tutaj! […] – Widzisz? – spytał oskarżycielsko Janek. – Widzę…- bąknął niepewnie facet o długim nosie; nie dostrzegł nic szczególnego, lecz domyślając się jakiejś szczególnie ważnej flinty taktycznej, przytwierdził na wyczucie. – Co pan widzi? Co pan widzi? – rozdarła się agresywnie sprzedawczyni […] – Mowa do trawy! – huknął z oburzeniem Janek – nie widzi pani, że jeden rękaw jest jaśniejszy, a drugi ciemniejszy! […] Zapanowała martwa, pełna tragizmu cisza; po chwili rozległ się leciutko, ledwo dostrzegalnie niespokojny głos sprzedawczyni: - Może trochę przybrudzony, ten z prawej… Marynareczka nowiutka, prosto z paczki… Trzeba odczyścić. Było to jednak trąbienie na odwrót […] – Za ten wybrakowany surducik mogę dać najwyżej trzysta osiemdziesiąt… – rzekł lekceważąco młodzieniec. […] – Cztery z czwórką. Może ją pan wziąć, chce pan? – rzekła nieśmiało sprzedawczyni: była na progu załamania. – Równo cztery – rzekł Janek – i po krzyku. Dość mam tych igraszek. Głowa mnie boli. – Czterysta dwadzieścia – broniła się słabo sprzedawczyni. Młodzieniec o ogromnym nosie wyjął z kieszeni cztery stuzłotowe banknoty i włożył sprzedawczyni do ręki. […] – Ach! Jak leży! – zawołał z zachwytem Janek – leży jak złoto! – Nie mówiłam – uśmiechnęła się pogodnie sprzedawczyni – a wy żyły byście z człowieka wypruli za te parę groszy. I tak oddaję ją bez zarobku, żeby był początek… – Kupcowa… – rzekł Janek […] – niech nie będę ojcem moich dzieci, jeżeli pani nie trafiła przynajmniej dwóch stów na tej marynarce. – A jak nawet? – oburzyła się sprzedawczyni – to co? – Nie wolno? Za tyle szumu? – Obojętnie, stówa nam została – rzekł młodzieniec z wielkim nosem – i tak przeznaczyłem pięćset złotych na letnią wytworność, a obleciała za czterysta. Chodź, Janeczku, trzeba opryskać tę marynarkę. Ukłonili się grzecznie sprzedawczyni i odeszli.

Materiały brałam od pani Husiatyńskiej. Ona zbierała spadochrony wojskowe i farbowała na różne kolory, malowała na nich piękne wzory.

Przyjeżdżałam z Mokotowa na pyzy. Hmmm! Jakie pyzy tam serwowano! A mój mąż to się wstydził. Zawsze gdzieś za budkę wlazł, żeby go nikt nie widział i te pyzy zjadał. Ja się nie wstydziłam, a on się wstydził. Doskonałe żarcie.

Sprzedawano pyzy... ciepłe, gorące, ze słoninką. Pyszne! Pyszne! Prawdziwe pyzy na Pradze – wielka przyjemność.

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta, felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki, 1994,  s. 52

Romana Ciechomska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Magdalena Michalska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Magdalena Michalska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Hanna Gałys

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Elżbieta Strzemińska-Lipińska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Elżbieta Strzemińska-Lipińska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Barbara Borysiuk

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Leopold Tyrmand

pisarz

Leopold Tyrmand, Zły, Czytelnik, Warszawa 1990,
s. 401-403,
[w:] Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński, Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 38

Barbara Borysiuk

kupcowa

Dużo sprzedawano na Bazarze rzeczy wojskowych: kurtki z demobilu z Anglii albo z Francji z naszywką „Poland”. A reszta – sowieckie czapki futrzane i waciaki. Nie wiem skąd pochodził materiał z konopi. Robili z niego mocne marynarki, długie prawie do kolan. Długie rękawy. Ale to raczej inteligenci nosili. Kobiety po wojnie ubierały się przeważnie w ciuchy amerykańskie..

25 stycznia 1954

Zaczęło się, jak to zawsze, od chłopów. Chłopi, zwłaszcza na Podkarpaciu i w Poznańskiem, mają najbardziej rozbudowane związki z Ameryką: gros Polonii w USA rekrutuje się z tych właśnie okolic. Obfitość i zasobność tego, co szło do Jasła, Nowego Sącza i Krotoszyna z Chicago, Detroit i Buffalo śni się po nocach warszawskim dandysom i elegantkom. Kmiecie jak to kmiecie, zawsze gustowali raczej w kamgarowych wyrobach Łodzi i Białegostoku, które nawet niezdarny przemysł socjalistyczny wkrótce rzucił na rynek. Zaś chłopi rzucili swe prezenty od krewnych na okoliczne jarmarki: już wkrótce w kurzu i błocie małopolskich targów walały się stosy taftowych sukien, mokasynów, kolorowych blezerów, płaszczów z wielbłądziej wełny, flanelowych spodni i spódnic, garniturów z Prince de Galles, sandałów na słoninie. Zaś z Warszawy i Krakowa przybyli ludzie całkiem różnego rodzaju: asy i notable przedwojennego Kercelaka i placu Kazimierza, wyrafinowani specjaliści handlu starzyzną ze zwierzynieckiej Tandety i z praskich bazarów poczęli krążyć pośród podhalańskich i kurpiowskich straganów i macać towar z ostrożną ironią. Wietrzyli narodziny wielkich koniunktur handlowych i nie omylili się. Krótka podróż z Warszawy do Tarnowa czy Bochni, odpowiedni rozmiar waliz i kilku pomocników stanowiło zalążek fortuny. Łupy lądowały nieopodal Bazaru Różyckiego na Pradze, który to placyk znany był w Warszawie od niepamiętnych czasów jako „ciuchy” – stąd i nazwa całej doniosłej gałęzi naszej ekonomiki, zatrudniającej i utrzymującej tysiące ludzi, mimo że śladu jej nie ma w urzędowych statystykach gospodarczych.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Leopold Tyrmand

pisarz

Dziennik 1954, 25 stycznia 1954, RES PUBLICA, Warszawa 1989, s. 138

Tu na Pradze, to mieszkali ludzie tacy, no, niewymagający. Bo nie chcę nikogo obrazić. Ci, którzy troszeczkę wymagali, jeśli chodzi o elegancję, jeśli chodzi o szyk, to oni już jeździli na Marszałkowską, na Chmielną, bo Chmielna ulica stała się pępkiem mody i Nowy Świat. A zwykli ludzie, co nie mieli pretensji większej, to ubierali się na Bazarze. Bazar Różyckiego stanowił ich okno na świat.

Tu się wchodziło do budki, żeby zmierzyć coś. Panowała ciasnota. I takie malusieńkie budeczki, tak jedna koło drugiej. Po jednej stronie kasza, mięso, a tu panie przymierzały płaszcze, i garsonki, i sukienki, i buty... Ja tam zawsze buty kupowałam.

Mnie ojciec kupował buty Bata. Ale na przykład ta Niemka, moja sąsiadka, to tym swoim dziewczynkom, tym bliźniaczkom – Lidce i Milce – kupowała u Żyda. Mieli swojego Żyda i tam chodzili. Ja raz z nimi byłam. On miał taką klitkę, że tylko sam się mieścił. To się wchodziło na okrągłe schodki, że tylko jedna osoba mogła wejść. I na górze stał fotel i stołek szewski. I on tam te buty klepał cały dzień. A jak dzwonek zadzwonił u drzwi, to on schodził i obsługiwał klienta. I on małą miał przestrzeń, tylko dwóch klientów mogło się zmieścić.

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Hubert Waliszewski

operator

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Helena Kruck

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Romana Ciechomska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Hanna Sujecka

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Elżbieta Strzemińska-Lipińska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Na Bazarze funkcjonowały i szewskie budki i sklepy Bata, tej słynnej firmy.

Pracę w Telewizji Polskiej zacząłem jeszcze w latach 50. jako operator. Telewizja dopiero raczkowała, wtedy powstawały pierwsze kamery, odbiorniki telewizyjne i magnetofony. Nikt z nas nie miał doświadczenia, wiele rzeczy improwizowano.

Wracając z Armii Andersa z emigracji w Anglii, jeszcze na Wyspach, kupiłem lampę ikonoskopową, którą przywiozłem do Polski. Tak naprawdę dzięki temu można było zbudować pierwszą polską kamerę telewizyjną.

W Muzeum Telewizji na Woronicza stoi wielka, stalowa skrzynia, która bardziej przypomina sejf niż telewizyjną kamerę. Na niej realizowano najlepsze Teatry Telewizji Polskiej, pierwsze programy TVP i pierwsze nagrania ze studia.

Oprócz wspomnianej już lampy ikonoskopowej i paru elementów zachowanych gdzieś na strychu, nie mieliśmy nic, z czego można by tę kamerę skonstruować. Na pomoc przyszedł Bazar Różyckiego.

Jak zaczynała się wojna, to okupant zarządził, żeby oddać wszystkie odbiorniki radiowe – za znalezienie w domu radia groziła kara śmierci! W 1939 roku, gdy Niemcy wkroczyli do Warszawy i zaczynała się okupacja, posiadanie radioodbiornika uznawano za szpiegostwo. Mieszkaliśmy wtedy na Żoliborzu – rodzice zakopali owinięty kocem odbiornik w ogródku. Podobnie robili też nasi sąsiedzi. Wszyscy myśleli, że wojna potrwa 2-3 miesiące, a jak się okazało, te rzeczy leżały pięć lat zakopane w ogródku. Po wojnie zostały rozkradzione lub straciły swoich właścicieli. Ich nowym domem stał się Bazar Różyckiego. To co znaleźliśmy na Bazarze, to stare wykopane z ziemi odbiorniki radiowe, w których pozostały różne części: lampy radiowe, kable, oporniki, kondensatory. Inżynierowie Mori i Kiełkiewicz zbierali te części, z których potem skonstruowali KT3, czyli ową pierwszą polską telewizyjną kamerę.

Moi rodzice posiadali dwie budy z obuwiem. Obuwie najdroższe na całym Bazarze. Mój ojciec zatrudniał piętnastu kamaszników i oni robili buty Bata. Kosztowały 350 złotych. Nauczycielka wtedy zarabiała również 350 złotych. Te buty były fenomenalnie zrobione. Futrówka skórzana, spody skórzane, wszystko ręczna robota. Wszyscy kupowali u ojca. Ojciec został więc osobą bardzo zamożną ze względu na to, że miał szczęście do handlu. Dzięki mojej mamie zresztą, która była bardzo piękną kobietą i przyciągała klientów. No i handlowali razem. Z tym, że ojciec ciężko zdobywał materiały na te buty. Robił jakieś czary mary, żeby mieć odpowiednie skóry. I nie byle jakie, tylko luksusowe. Bo jeżeli brało się duże pieniądze, no to ten towar musiał sprostać odpowiedniej jakości. No i teraz powiem pani o zwyczajach na Bazarze. Te buty stały dosyć ciasno koło siebie postawione i automatycznie miało się sąsiadów. No i naprzeciwko ojca budy stał kupiec, który handlował artykułami szewskimi. W tamtych czasach miał czterdziestu trzech chrześniaków w okolicy. Każdy go prosił, ponieważ też był bardzo bogaty. Na tamte czasy on miał własny samochód i telewizor. Wtedy nikt nie miał telewizora. On miał na imię Jan. Na nazwisko wiem, ale nie powiem.

Jak ojciec wysiadł na Brzeskiej z dorożki, jak już wszedł do swojej budy, to wszyscy wiedzieli. Po prostu przekazywali sobie wiadomości. My mieliśmy na Bazarze krawca lekkiego i ciężkiego. Lekki szył nam wszystkim, bo nas było pięć kobiet – mama i cztery córki. Sukienki szył nam jednakowe, z jednego kuponu. Kiedyś nie kupowało się staników czy majtek w sklepie, tylko u gorseciarki. Ona brała miarę i szyła. To drogo kosztowało, ale każdy nie miał, tak jak teraz, bardzo dużo bielizny, tylko jedną, dwie sztuki. Kobiety, pani wie, wtedy miały i talię, i biust, i wszystko. Zupełnie miały inną figurę niż teraz.

Ale najważniejsze, że na Bazarze zaczął funkcjonować komis. Ten komis prowadził dział z futrami, który bardzo często odwiedzaliśmy. Mieliśmy bardzo dużo futrzanych rzeczy. I te futrzane rzeczy, żeby nie zajmowały miejsca w szafie, na lato oddawało się do specjalnych przechowalni futer. No i te futra były przekładane wiórami. Takimi ściętymi z drewna. No i oprócz tego w komisie znajdowały się artykuły zagraniczne. Na przykład parasolki składane, małe. Wtedy po prostu nikt o czymś takim nie słyszał. Moja mama miała takie parasolki. My natomiast miałyśmy pończochy na staniczku. I chłopcy też nosili pończochy bawełniane na staniczkach. Później, pod koniec lat 50., zostały sprowadzone pierwsze rajstopy. Te rajstopy pamiętam, bo sprowadzano je z Czech w białym kolorze i chabrowym. No to mama od razu pokupowała nam po kilka par. Te rajstopy chabrowe na nogach powodowały ogólny szok, dlatego że wtedy wszystkie dzieci nosiły beżowe pończochy. Byłyśmy bardzo moderne jak na tamte czasy.

Raz na jakiś czas ojciec zabierał nas na Bazar, żeby pochwalić się dziećmi. Jak szłyśmy, to zaraz wszyscy oglądali się i mówili, że urosłyśmy. Miałyśmy wszystkie sztywne kokardy we włosach. Byłyśmy reprezentacyjne. On się nami szczycił. Taka duma jego. Pamiętam, że moja mama miała szale z kaszmirowej wełny. Ona już umarła, a one jeszcze znajdowały się w bardzo dobrym stanie. Mama miała wszystko najwyższej jakości. W naszym domu wisiało bardzo dużo obrazów. Ściana została nimi dosłownie wytapetowana. Mój ojciec zamawiał malarzy do malowania naszego domu, tych, którzy malują kościoły. Wszystko po to, żeby to zostało zrobione artystycznie najlepiej, najpiękniej, według jego gustu. Posiadaliśmy również dom poza miastem. Różne rzeczy mieliśmy takie, których może inni nie mieli. Ale my na przykład nie jeździliśmy na wczasy, jak ludzie z pracy jeździli. Jeździliśmy na letniska, które ojciec załatwiał u swoich znajomych. Do pewnych miejsc nie mogliśmy jednak uczęszczać np. do szkoły państwowej. Chodziłyśmy do szkoły prywatnej, którą prowadziły siostry zakonne.

Na zewnątrz Bazaru przez pewien czas chodził miś. Taki jak w Zakopanem – przebrany. I ja mam zdjęcia właśnie z tym misiem na jego ręku.

– Do sałaty! Do sałaty! – wołał przenikliwie jakiś pan w welwetowym wdzianku. – Każda głowa premiowa! – Te ogórki, proszę państwa – przemawiał tęgi mężczyzna z ogromnym nosem, o pełnej wybojów czerwonofioletowej twarzy – to okazy wyjątkowo ziarniste. Każdy sprawdzany. Siedemset pięćdziesiąt dwie pestki każdy! Za zbrakowane dopłacam po pół złotego od pestki. Liczyć, proszę państwa, liczyć! Komu? Komu?

– Truskawy, ananasy, najlepszą, patentowaną, miczurinowską,* metodą , pielęgnowane, na osiem, tygodni, przed, terminem, zakończyły, plan, dojrzewania… — strzykał wyrazami przez rzadkie zęby pełen werwy młodzian.

Żeby zachęcić kupujących, handlarze wykrzykiwali na Bazarze różnorodne hasła.

„Afrykańskie ziele faraona na miłość w księżycową noc!”
„Na wszystkie ludzkie boleści: maść na wyprostowanie kręgosłupa i szyi!”
„Na powiększenie soczystych piersi!”
„Kastet metalowy na prawą rękie!” (Takie żelastwo do bicia się).
„Ostrzenie zagranicznych brzytew i widelców do solonych śledzi z dębowej beczki!”
„Uniwersalny proszek zapachowy na odpędzenie szczurów, złodziei i komarów!”
„Hiszpańskie muszki dla kawalerów na szybką miłość wieczorową!”
„Reperacja skarpetek męskich!” (Wyjmował taki skarpetę, a drugi wyciągał łatkę, smarował klejem naokoło, przystawiał, młoteczkiem przybijał i nie trzeba było cerować. Gratisowo dodawał biały proszek do butów, żeby skrzypiały).
„Miękkie grzybki w śmietanie i kwaszone ogórki na ślubną zakąskie!”
„Horoskop na całe szczęśliwe życie do raju!”…

Jeden miał stoliczek okrągły zastawiony wszelkiego rodzaju wyrobami z gliny, na środku stał kogut, a wokół równe figurki, kogutki, pieski, kotki z piłeczką... I on stał mniej więcej w ten sposób, zachwalał swój towar: „Tu się gra w te karasie! Amerykańska cipka gra, jednemu weźmie, drugiemu da! Kto ma żonę, kręci w jedną stronę, kto nie ma żony, kręci w obie strony! Tutaj byki do naszej fabryki, tu rozkosze za dwa grosze! Sztuknij panna kogutka w złoty ogonek, a wygrasz mydło do mycia, maszynę do szycia! Dwa stare buty, parasol rozpruty!” Co, nie idzie? Nikt nie kupuje? No to uwaga teraz: „Wielka wygrana! Uwaga! Sztuknij panna kogutka w fiutka, perliczkę w piczkę, a wygrasz oryginalne złote puderniczkie! Co, nie chcecie kupić tego? Nie pokażę nic innego!” I odchodził obrażony. A inny rozłożył wprost na tych kocich łbach gazetę i tak mniej więcej zachwalał swój towar: „Niby cuś, niby nic, niby gwóźdź, niby szpic. Tu go biorę, tam go trzymam, tu go wieszam, już go ni mam. Drobiazg, pani, taki śmnieszek, wszystko razem to jest wieszak. Co, nie chcecie tego kupić? Pokażę wam co innego. Mam tu różnych rzeczy kupę, więc pokażę wszystkim lupę. Mamy takie pieścidełko, z wierzchu metal, w środku szkiełko. Mała rączka je upiększa, ma zaletę, że powiększa. Gdy ten właśnie moment przyjdzie szkiełkiem przesuwasz się nad krzesełkiem i olbrzyma masz już w dłoni. Co, nie chcecie kupić tego? Pokazuję, coś innego. Eksperyment! Eksperyment, plamoznik! Genialny plamoznik, usuwa wszelkie plamy. Dzieci rozstąpta się, bo może wybuchnąć. Uwaga, szmatkę biorę w samej rzeczy. Szmatkę maczam w onej cieczy. Wstrząsnąć przed użyciem. Szmatką trochę się poszura, znika plama... I jest dziura. Co, nie chcecie tego kupić? Nie pokażę nic innego. Do widzenia, ślepa Gienia! Kup se trąbkę do trąbienia!”.

Wszędzie budeczki, jedna tylko szparka jakby, od Brzeskiej do Targowej, taka uliczka jakby – a tu wszędzie po bokach budeczki. Po jednej stronie pieczywo, mięso a po drugiej ubrania. Pamiętam, że koninę kupowałam. Oni sprzedawali befsztyki, naoctowane, przyciśnięte – coś fantastycznego zupełnie. Jakież było to dobre!

Z luksusowych zabawek to miałyśmy samochód, który jeździł na pedały. Pewnego razu dostałam od ojca lalkę, która miała jakiś 80 cm wysokości, mówiła i chodziła. W ogóle miałyśmy bardzo piękne zabawki, bo wszystko, co zrobiono na świecie najpiękniejszego, to ojciec kupował. Kiedyś, jak pojawiły się pierwsze telewizory, to pojawiła się też zabawka, taki mały telewizorek, który się pykało z góry, przyciskiem i tam przelatywały obrazki. Obrazki znajdowały się na tarczy okrągłej, na przykład zdjęcia z Paryża, z Berlina, z Warszawy. I pamiętam, że ta mała zabawka kosztowała sto złotych. I ojciec mi kupił. Bardzo nas kochał. Jak moi rodzice szli do kościoła, to na tacę dawali sto złotych. W latach pięćdziesiątych to było bardzo dużo pieniędzy. Wszyscy wokoło kłaniali się. Dom prowadziliśmy otwarty. Pracujący na Bazarze nie mieli wówczas ubezpieczenia. Ojciec musiał dać na mnie 500 złotych. Na ten banknot mówili „góral”. Opowiadam zawsze, że kosztowałam „górala”.

Jak człowiek zachorował, to wszystko należało prywatnie zamówić. Dlatego że po prostu nie istniała służba zdrowia dla prywaciarzy. Nie mogłyśmy też chodzić do żłobka czy przedszkola. Dlatego miałyśmy nianie. Nie miałyśmy kontaktu z innymi dziećmi robotniczymi czy innej kategorii społecznej. No ale wszyscy sobie dawali radę. Pamiętam, że na przykład czekoladę to ojcu dostarczali w blokach. One miały jakieś 50 cm na 30. Taka gruba bryła na 10 cm. Rąbało się ją siekierą. W naszej rodzinie znajdowało się czworo dzieci i każdy musiał wypić szklankę gorzkiej czekolady dla wzmocnienia.

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Krzysztof Rogulski

reżyser

Krzysztof Rogulski

reżyser

Leopold Tyrmand

pisarz

Zły, Czytelnik, Warszawa 1990, s. 3

Sergiusz Grudkowski

malarz

Pan Mieczysław Gajda

rok ur. 1931

Nagrywali: Aleksandra Sadokierska i Przemysław Olszewski. >>Praga Gada.<< Fundacja Animacja

Halina Sujecka

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

* Iwan Miczurin – przedstawiany w latach pięćdziesiątych przez Stalina i wszystkich propagandzistów komunistycznych, także w Polsce, jako twórca najlepszych odmian roślin i najwybitniejszy ogrodnik socjalistyczny. Reklama przedrzeźnia też charakterystyczny dla gospodarki socjalistycznej kult planu połączony ze współzawodnictwem w przekraczaniu planu i jego przedwczesnym wykonaniu, czego symbolem był w ZSRR Stachanow, a w PRL – górnik Pstrowski.

Chodziłem tam nie, żeby kupować, ale żeby chłonąć ten inny kawałek miasta. Bazar stanowił coś innego niż Warszawa, którą znałem. Tu panowała barwna, swoista atmosfera. To była wyspa straganów, przez którą przelewały się tłumy. Wyspa twarzy przekupek i muzyki, pełnej języka gwary warszawskiej. Tu miała miejsce kwintesencja przedmieścia, niesłychana barwność. Trochę znałem świat, widziałem przeróżne bazary, ale ten bazar stanowił jeszcze coś innego. Natarczywość też, ale dominowało poczucie pogody, życzliwości, uprzejmości. Elegancja przedmieścia. Bez chamstwa. Jeśli ktoś przeklął to przekupki go uciszały – Jak się pan zachowuje!...

Benkiel* to stanowiska na zwykłych beczkach od śledzi, jakiejś skrzynce. Przynosił taki skrzynkę, stawiał w miejscu najbardziej widocznym i zaczynali namawiać. A naiwnych ludzi nie brakowało. Kwitł przecież handel złotem, srebrem, łańcuszkami... pani sobie wyobrazi.

* „Podstawowym terminem używanym do dziś w celu określenia hazardowego procederu związanego z Różycem jest benkiel. Oznaczał on w dawnej gwarze praskiej pojemnik na śmieci, zwany również kotłem. Nazwa ta odnosiła się też ogólnie do gier hazardowych, nielegalnie organizowanych na praskich targowiskach, w których gracze używali odwróconych koszy na śmieci jako stolików. Kotły przykrywano zazwyczaj małymi kawałkami tektury, odgrywającymi rolę plansz do gry. Z czasem nazwa benkiel rozciągnęła się jeszcze na organizatorów gry, o których mówiono benklarze. Także poszczególne gry zwane były niekiedy benklami.”, [w:] Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 163

Ten, co to prowadził, miał stolik i trzy karty. Przetasował, rozdał i ludzie przegrywali pieniądze, pierścionki. Nieraz to się cuda działy, jak benklarze się bili, jak oni krzyczeli. To były makabry. Kupcy się ich bali.

Warszawiacy, kiedy rozmawiają ze sobą, to zdrobniają. Na przykład „Poproszę paniusiu tę marcheweczkę”. Normalnie by powiedzieli „Poproszę tę marchewkę”, prawda? Warszawiacy zdrobniają wszystko. Mój ojciec miał kolegę, który był bardzo gruby. Ale też zdrabniał. Chodził do restauracji na obiad. I żeby to ładnie wyglądało, to chodził codziennie do trzech różnych restauracji i zjadał bardzo skromny obiad. Każdy się dziwił, dlaczego on taki gruby, jak on tak mało je.

„Ja panu powróżę, ja panu powróżę” – mówiły. „Daj kochany złotóweczkę, ale masz na pewno więcej, połóż banknot, bo banknot to lepiej”. Dlatego nauczyłem się mówić „Dobrze, ale ja najpierw powróżę Tobie” i wtedy uciekały, bały się tego jak ognia.

Chodziły też Cyganki, w długich sukienkach, wróżyły z ręki i z kart. One miały dużo dzieci, więc jak tylko coś wywróżyły, to kupowały dzieciom po ciastku czy po cukierku.

Słyszało się okrzyki: garnki lutuję. Przychodzili ostrzyciele noży. Wszędzie stały dorożki, furmanki. Towarzyszył temu zapach końskiego nawozu. Te wszystkie zapachy, barwy i dźwięki tworzyły symfonie.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Stał facet i pytał: „Jaki pan chce zegarek...?” Jak rozpinał marynarkę, tam wisiało 150 zegarków. Wszystkie Atlantiki, Oystery, co pani chciała, Schaff-hauseny podrabiane, nie podrabiane.

Handlarze obawiali się, że nie dość, że w razie łapanki zabiorą im to, co mają, to jeszcze wsadzą do paki. Dlatego w trakcie nalotu milicji rzucali na dach budek bazarowych złote dwudziestodolarówki, pięciorublówki. Wszystko co mieli. Chcieli się oczyścić. Inni, którzy nie zdążyli, to nawet rezygnowali z tego złota i wrzucali je do studzienki od kanalizacji. Ze strachu. Ktoś mądry, to wszedł szybko na budkę i zgarnął te dwudziestki. Przecież tam leżała kupa pieniędzy. Mogę pani powiedzieć, że niektórzy handlarze mieli kieszenie wypchane złotem. Funkcjonował taki jeden, który mieszkał zaraz przy wejściu do Bazaru, od strony Ząbkowskiej. No to fama głosiła, że facet siedzi na workach ze złotem. I wszyscy o tym wiedzieli.

Moja ciocia, co została wdową, mieszkała na Targowej i na Bazarze mleko sprzedawała. To ta ciocia do mnie mówi „Wiesz co, ja robię herbatę, kakao, kawę, mleko i roznoszę po Bazarze i sprzedaję, i... może byś nam pomogła” . I ja mówię „To ja się też za to wezmę. Mama mi pomoże”. Kupiłam sobie ćwiartki, butelki ćwiartkowe i korki... i zaczęłam. Kobieta przynosiła mi mleko wiejskie, bańkami. Ja brałam to mleko i gotowałam to na kawę, na samo mleko. No i... w te butelki nalewałam. Cukrem słodziłyśmy. Wygotowywało się korki, czyściutko się robiło. Ja zawsze też czysta jestem. Później pojawiły się i inne kobiety z Brzeskiej, które się za to wzięły, ale to takie niechlujne, na oko spojrzeć, to widać. Ale ja miałam wielkie powodzenie, bo moja ciotka to też była czyściocha. Ja w jedną rękę jeden kosz, w drugą rękę drugi kosz, jak zimą – to przekładane jeszcze jakąś flanelą i z tymi dwoma koszami na bazar i do budek wstawiałam. Już na mnie czekali! Wstawiałam, to nie płacili. Tylko jak wypili, to dopiero musiałam butelki zbierać. Miałam pamięć jeszcze dobrą, więc wiedziałam, gdzie je pozostawiałam. Początkowo miałam trochę ciężko, a potem to już dorobiłam się swoich klientów.

Powstawały zupełnie nowe knajpy, nie znane poprzednio. Do takich należała „Zakąska”, która mieściła się w budynku przy Targowej 68.

„Zakąskę” założył jeden z braci Hirszfeldów i prowadził ją wraz ze swoją żoną, także znającą się świetnie na gastronomii. Lokal otwarto już w czerwcu 1945 roku. Był to bardzo nowoczesny bar szybkiej obsługi (określenie wówczas nieznane). Przy bufecie ze szklanym blatem, pod którym znajdowały się przekąski zimne, siedzieli goście na wysokich, barowych stołkach.

Ruch w „Zakąsce” był ogromny. Najwięcej gości przychodziło z pobliskiego Bazaru Różyckiego. Przychodzili także urzędnicy z Dyrekcji Kolei z ulicy Targowej, przedsiębiorcy budowlani, handlarze złotem i obcą walutą z ulicy Ząbkowskiej, a także właściciele sklepów z całej okolicy. Wśród gości było wielu wojskowych, tych, którzy przyszli ze Wschodu i tych z Zachodu. Niemal stałymi bywalcami „Zakąski” stali się tajniacy z Cyryla i Metodego oraz funkcjonariusze UB z ulicy Środkowej. Trzeba było uważać na to, co się mówi i z kim się rozmawia. Największy galimatias panował wówczas, gdy sprytny i inteligentny barman zaczął tytułować różnych cywilnych gości a to kapitanem, majorem, czasem nawet pułkownikiem. Nikt już wówczas nie wiedział z kim naprawdę rozmawia i kto jest kto. Podobnie było w „Oazie”.

Chodziła taka pani, co ją nazywaliśmy „Udziałowa”, bo ona z cukierni brała ciastka. Kładła je na tacę i sprzedawała na Bazarze. Miała i szarlotkę, i stefanki, i napoleonki, i eklerki, i same dobre ciastka. Ale można też było dostać obwarzanki, jagodzianki, a nawet pyszne placki ziemniaczane. Chodziła też słynna pani Janka, która w koszyku przynosiła butelki z kakao. Znowu inna pani chodziła z czajnikiem owiniętym ręcznikiem. A rosół wszyscy kupowaliśmy u pani Gieni, woziła go w dziecinnym wózku. Ona świetnie gotowała. Makaron miała własnej roboty. Mało kto mógł się dobić po swoją porcję. W ostateczności można było skoczyć na obiad do jednej z okolicznych knajp.

Nie zapominajmy, że kupcy, rzemieślnicy, hurtownicy, ci, którzy żyli z tego zjawiska, to było sto tysięcy ludzi. Jako gimnazjalista, potem jako student dorabiałem tu w ten sposób, że jeden z moich sąsiadów szył płaszcze męskie, prochowce. Na Bazar należało dostarczyć te płaszcze pod wskazane budki, żeby milicjant nie złapał. Z kolegą zakładaliśmy po trzy, cztery sztuki na siebie. Rozmawiałem kiedyś z kobietą, która straciła męża i została sama z synem studentem i zarabiała grosze jako robotnica. Mieszkali na ulicy Nieporęckiej, czyli już na Szmulkach. Przyszli sąsiedzi, powiedzieli „Jadźka, my ci pomożem” i załatwili jej prawo sprzedaży kawy i herbaty na Bazarze. I to funkcjonowało tak, że ona wyruszała z wózkiem, gdzie leżały butelki obwiązane szmatami, żeby to nie stygło. Musiała mieć dobrą, mocną herbatę i dobrą mocną kawę. Przychodziła o szóstej rano, żeby to rozwozić. Potem, po paru godzinach te butelki odbierała, a wieczorami zatrudniała u siebie dwie, trzy studentki, które te butelki myły i napełniały. I wiem, że ona finansowo odżyła i stanęła na nogi dzięki Bazarowi.

Pracowałem jako reporter w „Życiu Warszawy” i od 1946 roku, wielokrotnie bywałem na Pradze. Ta dzielnica miała lichą substancję mieszkaniową. Kamienice obdrapane, parszywe. Ale Bazar to były delikatesy. Przychodzili tam wszyscy. Kwitła korupcja, łapownictwo. Władza próbowała to wypalać gorącym żelazem – bez rezultatu.

Mówili na to „zielone”. Ludzie ci nie znali angielskiego, a chcieli mieć dolary. Taka magia, żeby mieć tego dolara. No to działali oszuści, którzy przeprawiali te banknoty: drukowano jeden, a oni napisali na przykład dziesięć. Albo dostawili dwa zera. I ci ludzie tak chcieli mieć te dolary, że jak zostało napisane sto, to oni dawali za sto. Moja koleżanka miała mamę, która posiadała te fałszywe dolary i poprosiłam, żeby mi podarowała, to dam do Muzeum jako atrakcję. Ale ona wzięła i podarła to wszystko.

Przy wejściu do Bazaru handlowali blichtrem, czyli złotem i dolarami.

Ci, którzy trzymali handel naręczny, to mieli bardzo duże płaszcze. I oni trzymali cały towar po prostu upięty pod tym płaszczem. Mieli różne kieszonki, różne haczyki, sznurki. Oni po prostu opasywali się tym swoim towarem. Jak ktoś ich chciał skontrolować, to po prostu zapinali ten płaszcz. I pozostawali osobą prywatną. Żeby przeprowadzić rewizję, no to już musieli zrobić jakieś czynności prawne, prawda? Taka pani tutaj właśnie tak handlowała. Ją przyłapali i chcieli, żeby mandat zapłaciła. Ona powiedziała, że nie może zapłacić żadnego mandatu, bo jest biedna i handluje, żeby zebrać pieniądze na trumnę. Raz jej darowali, a później się ktoś uparł i nastąpiła sprawa w sądzie. Ktoś jej poradził, żeby powiedziała, że nie zbiera na trumnę, tylko że nie miała co jeść. Ale ona w sądzie kategorycznie powiedziała, że zbiera na trumnę i nie będzie płaciła żadnej kary.

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Krystyna Kralkowska

córka szewca z Bazaru Różyckiego

Tomasz Rosiński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Tomasz Rosiński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Adam Królak

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Adam Ferch

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta
i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki 1994,
s. 119-126, 130

Barbara Borysiuk

kupcowa

Helena Kurek

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Oazę” przy Targowej 32, założyli w kilka miesięcy po wojnie wspólnicy: Stefan Deczkowski, Kazimierz Pyziński. Także i w ich przypadku do osiągnięcia sukcesu przyczynili się klienci ze sławetnego Bazaru Różyckiego. Licznymi gośćmi byli także pasażerowie pociągów podmiejskich i dalekobieżnych z pobliskiego Dworca Wschodniego. Niejeden z nich nie dotarł na czas na dworzec, zatrzymując się po drodze w „Oazie”.

W „Oazie” można było zobaczyć i usłyszeć wielu przedwojennych ulubieńców nie tylko praskiej publiczności, takich jak Henio Domański. W dosyć dużej sali bufetu Oazy zrobiono bar; stało tam kilka stolików dla klientów pragnących na chybcika coś zjeść i wypić. W dużej i jedynej sali restauracji było kilkanaście stołów oraz sporych rozmiarów estrada, na której oprócz zawsze dobrej orkiestry, grającej przedwojenne szlagiery, występowali aktorzy i śpiewacy. W Oazie można było zobaczyć i usłyszeć wielu przedwojennych ulubieńców nie tylko praskiej publiczności, takich jak Janusz Ściwiarski, tancerzy Marciniaków, czy niemłodego już, jednak zawsze nazywanego zdrobniałym imieniem – Henia Domańskiego. Na życzenie publiczności zawsze bisował on piosenkę pod tytułem „Jedzie kolejka”. Tekst mógł odnosić się tak do popularnej ciuchci, jak też i do następnej „kolejki” gorzałki.

Ludzie łapali powiew powojennej atmosfery, bawili się często bez opamiętania, nie zdając sobie sprawy, co może ich jeszcze czekać tu, w kraju, w następnych latach.

Być może dla podkreślenia, że jesteśmy zainteresowani wyłącznie demokracją zachodnią, goście w knajpach śpiewali razem z orkiestrą, w „Oazie”, piosenkę „To jest Ameryka, to słynne USA…”. Bardzo często grano też tango „Jalousie” i „La Cumparsitę”, a do słuchu „Czerwone maki na Monte Cassino”. Przy tej pieśni wielu płakało, a wśród gości spotykało się czasem wojskowych, którzy walczyli tam, na ziemi włoskiej.

Miałam z 15 lat i przyjechałam na Bazar do taty, który handlował obuwiem i poszliśmy tam coś zjeść. Wchodzę do środka i widzę potwora. Potężne chłopisko. Ważył z 350 kilo. A ta jego żona taka szczuplusieńka. Pierwszy raz jadłam wtedy minogi. Tak mi nie smakowały, że nie wiem, ale ciekawa byłam pana Andruszkiewicza.

„Marynarz” to był wielki chłop, zawsze stał w drzwiach, jak byłem mały.

Zawsze mówiło się „idziemy do Marynarza”. Lokal znajdował się na Brzeskiej 31.

Bogumiła Kasprzyk

kupcowa

Andrzej Newelski

malarz

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

W knajpie stały podłużne stoliki i szynkwas, a za nim panna – no, powiedzmy – Krysia. W niej się wszyscy kochali. Nastroje panowały świetne. Tak, jakby się weszło do domu. Wpadało się na setę, pogadało i wyskakiwało. W środku wisiała chmura dymu. Światło szare. Gwar. Jak w ulu. Każdy gadał. Nie darł się, a gadał. Zwracano się do wszystkich nie „panie Stanisławie”, a „Stasiu”, nawet „Stasieńku”. Mordobicie zdarzało się wtedy, jak kto źle powiedział np. o mamusi. Wicuś jak już właził na zaplecze, to stamtąd raczej nie wychodził.

Siedział przy kasie ze względu na ograniczającą ruchy tuszę.

Przeważnie siedział jednak przy kasie z kręciołkiem. Kelner zbierał pieniądze i jemu oddawał.

Do tego alkohol. Alkohol to podstawa. Wóda płynęła tu strumieniami. W lokalu nie podawano mniejszych kieliszków niż setki.

Słynął ze znakomitych flaków podawanych nie tylko tradycyjnie w czwartek. Z Pragi i lewobrzeżnej części stolicy przyjeżdżali tu goście na gorącą kiełbasę z kapustą i wyśmienite zrazy wołowe z kaszą gryczaną.

Specjalnością stały się także minogi, golonki, naleśniki, paszteciki, flaki.

Każdy mógł tam dostać wspaniałego śledzia i doskonałą baraninę.

Knajpka nazywała się „Pod ryjkiem”. „Schron u Marynarza” to taka ugładzona nazwa, oficjalna. Przychodziła tam lokalna elita, ludzie z marginesu, milicja i dygnitarze partyjni. Cyrankiewicz też bywał u niego, nawet wtedy, gdy już został premierem. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wówczas nie działało dużo restauracji w Warszawie, gdzie można było dobrze zjeść. A Wicuś „Marynarz” dobrze dawał jeść – przede wszystkim świńskie uszy, ryjki, łapki, a nawet całego pieczonego prosiaka. Wówczas delikatesy. Sam przyrządzał te smakołyki, ale miał też pomocnika. Świńskie uszy i ryjki były najważniejsze.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Wojciech Waś

malarz

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Bedeker warszawski. Raczej o ludziach. Pół wieku później, T. 2., Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2009, s. 110

 

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki 1994, s. 134

Czasami jacyś goście próbowali robić zamieszanie, to on nie miał wątpliwości, co zrobić. Brał gościa za kołnierz i jak nim machnął, to się na połowie jezdni zatrzymywał. I wszyscy wiedzieli, że albo go trzeba omijać, albo wypić, zjeść i wyjść.

Po trzech latach spędzonych w obozie koncentracyjnym w Mauthausen do ojczyzny wróciłem w lipcu 1945 r. na Dworzec Wileński. Zamierzałem odwiedzić rodzinę mieszkającą przy ulicy Targowej 33. Zobaczyłem nieznane mi mundury, które wkrótce okazały się być strojem NKW-udzistów. Z chwilą, gdy wszedłem w bramę, tuż za mną znaleźli się owi wojskowi. Zanim zdołałem przywitać się z babcią usłyszałem głosem nie znoszącym sprzeciwu „Wstawajcie i spraszaju Was dokumenty”. Cóż mogłem zrobić: podałem posiadane papiery z Mauthausen, a następnie z miejsca zakwaterowania z Regensburga w strefie amerykańskiej czyli Ratyzbony. Dokumenty natychmiast zostały zatrzymane i znalazły się w zarękawku munduru jednego z żołnierzy. Otrzymali polecenie doprowadzenia mnie na ul. Grochowską do siedziby NKWD.

Czułem, że to nie przelewki – eto szpion tzn. szpieg padło określenie. Zostałem od razu zakwalifikowany jako wróg Związku Sowieckiego i aresztowany. Zanim zwalczyłem szok, zdołałem zapytać pozostałego przy mnie wojskowego, czy nie jest głodny, a ponieważ był to początek lipca gorący tego roku, że może się napije – usłyszałem, że chętnie skorzysta. Wówczas pomyślałem o barze pana Andruszkiewicza. Pan Wicek , gdy mnie ujrzał w „obstawie” natychmiast zorientował się co jest grane. Zarządził co trzeba, zarówno do jedzenia jak i odpowiednio do picia.

Wyjaśniłem mu, że wracam nie z sanatorium jak to początkowo, żartobliwie określił, tylko po 3 latach spędzonych w Mauthausen. Tak mnie, powiedziałem, przywitała ojczyzna, troszcząc się nawet o „obstawę”. Ciężka sprawa – szepnął. Po plus-minus godzinie żołnierz zorientował się, że zastosowano na niego pułapkę. Uruchomił pepeszę i zaczął strzelać. Najpierw do fotografii zdobiących ścianę pomieszczenia przedstawiających morską tematykę z dotychczasowej służby p. Andruszkiewicza, następnie po suficie i podłodze wołając do mnie w pieriod. Sytuacja stawała się bez wyjścia.

Po dzielących wyjście od ulicy schodkach – wybiegłem na jezdnię – jednocześnie usłyszałem, że z lewej strony jezdni zbliża się szybko gazik. Pędził jak szalony. Strach dodał mi skrzydeł i los chciał, że zdążyłem przebiec przed maską gazika, unikając zderzenia. Mnie się udało. Nie udało się natomiast żołnierzowi. Mnie pęd powietrza rzucił do rynsztoka ulicy, dokładnie naprzeciwko bramy prowadzącej na bazar. Natychmiast poczęli gromadzić się gapie. Ponieważ upadłem przy krawężniku i ledwo się ruszałem ludzie pomogli mi wstać i sprawdzić mój stan nóg. Wiedziałem, że mogą być mi potrzebne.

Wiezionej na tylnym siedzeniu gazika rosyjskiej generalicji nic nie zagroziło – szofer usłyszał natomiast rozkaz: pasmatri czto s nim (mówiąc o żołnierzu). Zbliżył się do leżącego na jezdni i widząc, że nie daje znaku życia a jednocześnie ze wszystkich otworów czaszki sączy się piana krwi – odpowiedział on ubit. Następny rozkaz brzmiał: da, pojedziom w period i kierowca ruszył. Nad sobą usłyszałem głos pana Wicka „Panie Stefanie musi pan wydostać swoje dokumenty z zarękawnika żołnierza, zasłonię Pana. Musi Pan jak najszybciej stąd się ulotnić i nie daj Boże, gdyby pana zidentyfikował ktoś i uczynił sprawcą zabójstwa żołnierza.

Potrafiłem jeszcze nieboszczykowi wyjąć spoza mankietu jego płaszcza swoje dokumenty i zniknąć w tłumie.

Powróciłem do domu, do Przasnysza. W jakiś czas po tym zdarzeniu wybrałem się do Warszawy, aby spotkać się z panem Andruszkiewiczem, uregulować rachunki i podziękować.

Pan Andruszkiewicz radośnie mnie powitał. Bagatelizował swoją rolę, choć była oczywista – ot zrobił wtedy swoje, co mu serce i okoliczności dyktowały. Powiedział: pomogłem panu p. Stefanie przez szacunek dla Pana i ciężko przeżyte czasy wojny. Cieszę się, że widzę pana żywym i szczęśliwym. Po czym przeszedł do czasów teraźniejszych. Dużo opowiadał.

Snuł pan Wicek opowieści o groźnych sztormach i czyhających na morzach i oceanach niebezpieczeństwach. Ale burze na morzu były dla pana Wicka mniej chyba groźne aniżeli kontrole dokonywane dosyć często w knajpie przez milicję albo komisje do tzw. walki ze spekulacją. Kilkuletnie doświadczenia pana Wincentego w handlu na bazarze uodporniły go na tyle, że dawał sobie jakoś radę z różnymi inspekcjami. Posiadał wielki dar spokojnego przekonywania, perswazji, a także potrafił zachęcić kontrolerów do skosztowania dobrych trunków i przekąsek.

Wicek lubił gadać o morzu, o tym jak służył na łodziach podwodnych, o zamorskich portach, o knajpach. Nie wiem, czy to była prawda, ale pod wódeczkę dobrze się go słuchało.

Ja tam przychodziłem czasami; ten marynarz to tak potrafił opowiadać, że miałeś wszystko wyrysowane przed oczami.

Przyjeżdżali z daleka, aby go oglądać. U niego nigdy nie trwały zbyt długo awantury; goście bawili się grzecznie jak dzieci w przedszkolu.

Wincenty Andruszkiewicz potrafi zapanować nad tą nieuchwytną, niesprawdzalną, nieokreśloną plazmą, jaką tworzy masa ludzka w promieniu 500 metrów od zbiegu Ząbkowskiej i Targowej. Ma swój trzeźwy osąd o życiowych problemach tego groźnego terenu. Powiada na przykład „Handel jest tutaj jak wiatr i burza, i nic go nie powstrzyma”. Albo „Dopóki chłop z dalekiej wsi będzie tu przyjeżdżał z nadzieją, że na bazarze i ulicy taniej coś kupi niż w sklepie, dopóty będą go okradać i okpiwać, dopóty będą tu mieli ludzie z czego żyć. Wypowiada się również na inny drażliwy temat „Jak się da chłopakom pojeść w spokojnej knajpie, nie będą pili po bramach i melinach. A i trzeba im dać przy tym jakieś przyzwoite świńskie ucho czy golonkę.” Wicuś był niezniszczalny jak warszawski humor, spryt, energia, pomysłowość, szwindel, upór. 

W knajpie panował idealny porządek, regulowany potężnym ciałem szefa. Dzięki temu lokal, mimo pozorów spelunki, posiadał walory restauracji wyższej kategorii.

Czasy największej świetności przypadały na pierwsze lata powojenne. Wówczas nie było dla Wicusia rzeczy niemożliwych, za jego pośrednictwem można było załatwić niemal każdą sprawę. Dotrzeć do każdego człowieka, który się w tych stronach liczył. Funkcjonował jako ekspert od podszewkowej warstwy spraw prawobrzeżnej Warszawy.

Andrzej Nowakowski

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki, 1994

„Ferajniarz”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004

Marek Hłasko

pisarz

„Pijany o dwunastej w południe”, w: Marek Hłasko, „Pierwszy krok w chmurach. Następny do raju.”, oprac. Joanna Pyszny, BN, Wrocław 1999.,  s.122

Marek Hłasko

pisarz

„Pijany o dwunastej w południe”, w: Marek Hłasko, „Pierwszy krok w chmurach. Następny do raju.”, oprac. Joanna Pyszny, BN, Wrocław 1999.,  s.122

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Bedeker warszawski, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s. 108, 109, 110, 112

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Bedeker warszawski, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008,  s. 108, 109, 110, 112

Stefan Budnicki

praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego” - Urszula Bobińska, córka bohatera relacji, napisała ją na podstawie notatek, które sporządziła po powrocie ojca
z K.L. Mathausen do Warszawy

Przyszedł raz do marynarza pewien pijak. Stanął przy bufecie i mówi „Panie gospodarzu, ja stąd wyjadę. Wyjadę stąd i wszyscy zapomną, że żyłem w tym mieście. Ale pan będzie mnie pamiętać, co? To nieważne, że ja jestem pijaczek. Codziennie piłem tu u pana. Piłem nawet w niedzielę. Cały tydzień czekałem, że pójdę gdzieś w niedzielę, lecz w niedzielę nie chciało mi się nigdzie iść. Ci, do których chciałbym pójść, nie mają niedzieli. I przychodzę do pana. Czy pan będzie mnie pamiętać w życiu?” – zapytał i wyszedł z knajpy na ulicę.

Przechodnie oglądali się za nim, bo rozpychał rękami powietrze jakby co chwila napotykał przeszkody. Mamrotał przy tym bez sensu. W pewnym momencie zwalił się na trawę i tam już pozostał.

– Czy on był wariatem? (…)

– On nie był wariatem. To był kiedyś bardzo fajny i porządny chłop. (…)

– Przed wojną pracował na tramwajach, robił tam strajk. Przechowywał ludzi podczas okupacji: miał u siebie całą żydowską melinę i śmiał się z Niemców. I mówił do nas „Przyjdzie zwycięstwo, to zobaczycie, jak będziemy żyć. Będziemy mieli wszystkiego do cholery i nigdy nam już niczego nie zabraknie. Nie będzie już żadnej biedy. Odkujemy się za wszystką nędzę, cośmy wycierpieli w życiu. Będziemy opalać brzuchy: musimy tylko czekać”.

Pewien mężczyzna pochylił się nad nim i wciągnął go na siebie. Pijany leciał mu przez ręce jak bezwładny wór. Mężczyzna prowadził go i mówił:

– Dlaczego się uchlałeś? Dlaczego się uchlałeś w samo południe?

Po chwili z baru „Schron u Marynarza” wyrzucono kolejnego pijanego awanturnika; pojechał twarzą po bruku; za chwilę wyleciała za nim teczka i kapelusz. W bramach stały grupki milczących gapiów; jakiś głośnik ryczał donośnym basem „Dzisiejszy etap Wyścigu Pokoju zakończył się porażką drużyny polskiej. Zwycięzcą etapu był Rumun Dumitrescu…”. Śmierdziały gnijące odpadki jarzyn z bazaru. Ktoś śpiewał piskliwym tenorem. […] Na Dworcu Wschodnim wyły lokomotywy; wilgotne powietrze z trudem parło do płuc; ludzie mieli spocone twarze i zmętniałe oczy.

Marek Hłasko

pisarz

„Pijany o dwunastej w południe”, w: Marek Hłasko, „Pierwszy krok w chmurach. Następny do raju”, oprac. Joanna Pyszny, BN, Wrocław 1999, s.121-132

oraz

Ósmy dzień tygodnia, w: Marek Hłasko, „Utwory Zebrane”, cz.2 , Czytelnik, Warszawa 1989, s. 9, 10

Tęgi? Wicek ważył chyba ze 130 kg.

Ilość anegdot o Wicusiu zakrawa na legendę. Niektóre z nich są zresztą bliskie prawdy. Jak ta, która mówi o wypadku z dorożkarzem: Wicuś wsiadał do dorożki, a woźnica automatycznie zlatywał z kozła. Jak ta, która opisuje sposoby, którymi pan Andruszkiewicz posługiwał się w 1944 roku w charakterze organizatora kolejki wąskotorowej Jabłonna – Karczew: przy niewielkiej pomocy sam ustawiał „ciuchcie” na szynach. Prawdą jest również, że ćwierćtonowy marynarz należał do najtęższych ludzi na świecie.

Pana Andruszkiewicza widziałam jak jechał tramwajem. Jak wszedł na stopień, to ten tramwaj się prawie przechylił.

Mój ojciec znał się z Andruszkiewiczem. Wicek przyjeżdżał często na warsztat do ojca hammerować resory. Musiał je wzmacniać, bo siadały pod jego ciężarem. Ojciec zrobił to, bo był tokarzem, znał się na ślusarce, na mechanice. Pracował na Stalowej. Zachodził po pracy do Wicka na setkę. Jak często przychodziłem do ojca, to nie raz czekałem na Brzeskiej, aż wyjdzie.

Po obu stronach dorożki umocowane były latarnie. Masa ludzi wychodziła na chodnik i czekała, kiedy pan Wincenty Andruszkiewicz usiądzie. On wchodził, a resory aż siadały do samej jezdni. Niektórzy patrzyli, ile centymetrów brakuje jeszcze, żeby ta dorożka siadła całkowicie. A Andruszkiewicz jechał na Kercelak, na drugą stronę Warszawy, do swojego kolegi. Za nim nie tylko dzieciarnia leciała, ale cała masa ludzi. A on nonszalanckim głosem żegnał tych ludzi, którzy stali i do niego machali.

Mówiło się, że jak siadał do dorożki, to koń się na dyszlu podnosił.

Woził go Rysiek dorożkarz.

Nigdy chodnikiem nie chodził. Miał dorożkę na wzmocnionych resorach i wozaka, który mieszkał na Szmulkach.

Ten syn też wyrósł na olbrzyma. Na bazarze wołali go „Misiek”. Podróż Andruszkiewicza do domu zawsze wzbudzała sensację. Mieszkał zaraz obok na Ząbkowskiej, ale nigdy nie chodził na piechotę. Sapiąc, toczył się wolno do bramy bazaru, a tam czekała już dorożka. Z pomocą dorożkarza ładował się do środka, a wokół zawsze zbierał się tłumek gapiów.

Ale żonę miał szczuplusieńką i syna.

To był ogromny kawał mięsa. Zawsze spocony, ważył jakieś 180 kg.

Straszny grubas. Dwieście pięćdziesiąt kilo wagi. Kwadratowy, wielki łeb, ciemny, krótko ostrzyżony.

Proszę sobie wyobrazić: monstrum. Ważył 200 kilo. Głowa mała, barczysty, w jakimś zdartym płaszczu wojskowym, swetrze albo marynarce niedopiętej, niechlujny taki. Spodnie miał krótkie, zawsze przed kostkę.

Wysoki był, tęgi z brzuchem.

Kiedy Wicuś „Marynarz” kroczył Targową to jakby sam król wyszedł na spacer. Ze wszystkich sklepów, zza wózków i straganów witają go przyjazne ukłony i pozdrowienia. Wicuś idzie wolno, lekko powłócząc lewą nogą, sapie, podpiera się swą grubą lagą.

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Bedeker warszawski”, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s. 108

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Ferajniarz”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 129

Sylwester Grudkowski

malarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

„Ferajniarz”

Piotr Kulesza, „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 129

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker warszawski”, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s.111

Bogumiła Kasprzyk

kupcowa

Czesław Jakubik

lider Kapeli Praskiej

Sylwester Grudkowski

malarz

Sylwester Grudkowski

malarz

Andrzej Newelski

malarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Żył w taki sposób, że nie rzucało to się w oczy. Mieszkał w kamienicy przy ulicy Ząbkowskiej 36 na pierwszym piętrze. Mieszkanie było ciasne, dwa, trzy pokoje i skromnie umeblowane. Miało balkon, na którym Wicuś lubił przesiadywać. Przechodnie nie przechodzili pod spodem, bo się bali, że balkon spadnie.

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

Nad bramą domu na balkonie pierwszego piętra, za skrzynkami przekwitłych pelargonii stał człowiek-nonsens, człowiek-abstrakcja, człowiek-mit: 200 kilogramów żywej wagi! Wypełniał sobą balkon bez reszty, był wspaniałym akcentem ulicy.

Kiedy pan Wincenty staje na środku swego mieszkanka, pozostali domownicy starają się zająć miejsca siedzące. Przy chodzeniu powłoka cielesna stanowi już większą przeszkodę – pan Andruszkiewicz posługuje się chętnie swoją olbrzymią dłonią, opierając się kolejno na mijanych sprzętach. Chwilami ma się wrażenie, że nawet rozmowa stanowi dla niego pewien wysiłek.

Obowiązkiem każdego nowego gościa jest, natychmiast po przywitaniu się z domownikami, dokładne obejrzenie obwieszonych pamiątkami ścian.

Na naczelnym miejscu wisi fotografia z wizyty polskich okrętów wojennych w 1932 roku w Sztokholmie. Tuż nad tym umieszczono dyplom o przyznaniu Medalu Zwycięstwa i Wolności. Nieco wyżej zaś znajduje się dyplom Odznaki Grunwaldu za udział w obronie Helu i pamiątkowe wstążki Dyonu Łodzi Podwodnych sąsiadują znowu z czymś z dziedziny kulinarnej. Pan Wincenty porusza obrączkę na palcu, a obrączka ta jest niczym mała bransoletka. Syn Wojtek, wielki mężczyzna, rude włosy wsuwa przed obiadem salaterkę budyniu. Pani Andruszkiewiczowa przynosi wiadomość, że dzisiaj znowu na klatce schodowej znaleziono porzucone przez złodziei portfele.

Szliśmy z kolegami, a on stał na balkonie, na pierwszym piętrze. Najstarszy z nas mówi „Przechodzimy na drugą stronę”. Ja na to „dlaczego?”, a on „Zobacz, na górze stoi »Marynarz«, jak się urwie balkon, to nas zabije” i przeszliśmy na drugą stronę.

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker Warszawski”, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s.108, 112, 113

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Pan Wincenty nie stoi już za ladą swej knajpki, pod obrazkami morskich okrętów i chwatów marynarzy, nie nalewa wódki, nie podsmaża pyzów.

Ze względu na nieszczególny stan zdrowia większość dnia spędza w domu, w apokaliptycznych rozmiarów pidżamie-worku. Jest teraz prezesem Związku Inwalidów Wojennych w dzielnicy Praga-Śródmieście, oszałamia wszystkich swą niesamowitą ruchliwością i inicjatywą. „Schron…” przy Brzeskiej diabli wzięli, została po nim piosenka, ale Wicuś „Marynarz” nie dał się złamać. Dawna rana na głowie stała się tymczasem przyczyną paraliżu, który przetrzymywał bosmana w łóżku. Potem choroba częściowo ustąpiła, pozostał jednak niedowład lewej strony ciała. „Mam wrażenie, jakbym lewą ręką i nogą chałupę za sobą ciągnął” – mówił.

Opowiadał o niemożności dalszej egzystencji, o wciąż dokładanych domiarach do podatków, których wysokość przekraczała logikę i możliwości. Dopóki było to możliwe – płacił.

Wreszcie przyszedł kres możliwości – zaprzestał. Wtedy pojawił się „negocjator” z propozycją nie do odrzucenia dla chwiejnego charakteru, na wyjście z sytuacji. Zostań Pan naszym kapusiem, donosicielem, a wszystko da się ułożyć – padła propozycja. Zdecydowanie odmówił. Wtedy szantaż – będzie pan musiał zamknąć interes – padła dalsza propozycja ze strony ubeka. Riposta p. Andruszkiewicza brzmiała „Z bólem serca zamknę, ale kapusiem nie będę”. No i zamknął.

Knajpa szła bardzo dobrze, ale – z przyczyn ideologicznych – istniała tylko kilka lat. Panu Wickowi przytrafiło się nawet aresztowanie i półtoramiesięczny pobyt na osławionej „Gęsiówce” za nielegalne posiadanie w domu trzech butelek koniaku. Odbyły się także w jego mieszkaniu dwie rewizje w poszukiwaniu obcej waluty i złota. Żona pana Wincentego odzyskała z depozytu milicyjnego dopiero po kilku latach dwie ślubne, małżeńskie obrączki i złoty łańcuszek z krzyżykiem od swego chrztu. Jeszcze później zwrócono jej książeczkę PKO ze skromnymi oszczędnościami. Powodem likwidacji restauracji „Schron u Marynarza” stały się nieustanne domiary podatkowe.

Pewnego dnia bosmanmat został członkiem zarządu Zrzeszenia Przemysłu Gastronomicznego, a jego pozycja i autorytet zyskały pieczęć oficjalnej godności. Innego pewnego dnia knajpę zamknięto i zamieniono na sklep MHD z przyborami wędkarskimi.

Stefan Budnicki

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego” -  Urszula Bobińska, córka bohatera relacji, napisała ją na podstawie notatek, które sporządziła po powrocie ojca
z K.L. Mathausen do Warszawy

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki, 1994, s. 134

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker Warszawski”, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s.108, 112, 113

Olgierd Budrewicz

reporter, varsavianista

„Bedeker Warszawski”, Wydawnictwo Trio,
Warszawa 2008, s. 109, 110

Był w naszej stolicy 

Przy Brzeskiej ulicy

Schron – jak się patrzy.

Nie przeciwlotniczy,

Tamten się nie liczył,

A ten coś znaczył.

Tu, za kontuarem,

Kilogramów parę –

Król marynarzy.

Obsługiwał wiarę

Niczym sułtan harem,

Ćwierć tony ważył.

Golonka u Wicusia

Pod setkę albo dwie,

Jeśli już człowiek usiadł,

Minogi jeszcze zje.

Pół lytra, świńskie ucho

Nadają żarciu ton,

Bo nie je nikt na sucho,

Gdzie marynarski schron.

Tam gdzie on miał ladę,

Dzisiaj MHD,

Ferajna znikła…,

Poszło na zagładę

Towarzystwo blade…

Gdzie dziś ta sitwa?

Nie było w schronisku

U Wicka kieliszków –

Najmniejsza seta.

Znikał z półmisków,

I wierz mi, braciszku –

To była meta…

Golonka u Wicusia

Pod setkę albo dwie,

Jeśli już człowiek usiadł,

Minogi jeszcze zje.

Pół lytra, świńskie ucho

Nadają żarciu ton,

Bo nie je nikt na sucho,

Gdzie marynarski schron.

"Wicuś Marynarz"

słowa: Jerzy Sułkowski
muzyka: Władysław Słowiński 

Bronisław Wieczorkiewicz, Warszawskie ballady podwórkowe, PIW, Warszawa 1971, s. 401

Kiedyś jeszcze podczas studiów poszliśmy nad Wisłę po praskiej stronie. Przebrnęliśmy przez wikliny na piaszczystą łachę. Studentów było kilkunastu. Nie tylko z prawa, również z polonistyki, historii, socjologii. Rozprawiali o programie odbudowy niepodległej Polski. Radykalni w pragnieniu uwolnienia kraju od sowieckiej zależności. Używali słowa „Sowieci”, które znałem z domu. Starsi tylko tak mówili, nigdy Związek Radziecki.

Trochę powyżej biegu rzeki na kamienistej drodze siedzieli rybacy, raczyli się monopolową pod czarny salceson, zwany popularnie fiutem. Docierały do nich nasze podniesione głosy. Życzliwie na nas spoglądali.

– Studenciaki – Spiskujecie tak. No i dobra, młodzi jesteście, nie pękajcie!

Nagle skojarzyłem sobie tę sympatię wiślanych rybaków ze swoimi Włochami, Pragą, ferajną z bazaru Różyckiego, handlarzami ulicznymi z „Syberii”, którzy na dwukołowych wózkach sprzedawali warzywa i owoce, za co nie raz ścigała ich gliniarnia i psy w cywilu. Ci wózkarze byli jak Kozacy na taczankach, czerwona konnica Budionnego, tylko w odwrotnej roli, opowiadali się za wolnym rynkiem, popytem i podażą. Czułem wśród nich silny związek z życiem jako nieujarzmionym żywiołem. Dawał poczucie niezależności. Tam mało kogo obchodziła partia, bezpieka, cały ten komunistyczny sztafaż. Trwali jak pod okupacją niemiecką, kluczyli, wymykali się nagonce, żeby w tym wszystkim obcym, wrogim, żyć po swojemu. Zupełnie inne sprawy zaprzątały ludzi stamtąd i nie bez powodu tak bardzo lubili hodować gołębie. Wypuszczali je z gołębników, machali tyką ze szmatą na końcu i patrzyli za wirującym na niebie stadem. Wolne ptaki! A na ptasim targu przy Stalowej faceci o twardych, brutalnych twarzach z czułością i tak delikatnie brali w dłonie gołębie. Stroszyli im pióra, dotykali dzióbków, sprawdzali urodę, siłę, rasę. Sami może przy swoich gołębiach czuli się chociaż przez chwilę naprawdę wolni.

Dość często i bardzo chętnie zaglądałem do kolegów, którzy handlowali gołębiami… Jeśli człowiek wystartuje z takiego otoczenia, to w życiu daje sobie później radę w każdej sytuacji… Nie, to nie jest cwaniactwo – to pomysłowość w rozwiązywaniu najtrudniejszych problemów. To moja prywatna definicja zaradności. Ząbkowska, Brzeska, bazar Różyckiego: tam szlifował się mój charakter, tam przeszedłem szkołę życia. Większość lokatorów, wśród których dorastałem, to uczciwi, ciężko pracujący ludzie. Nie jest łatwo zostać w życiu uczciwym, ale być uczciwym w okolicach Ząbkowskiej i Brzeskiej – to prawdziwe osiągnięcie.

Córka mojego przyjaciela cierpiała na niedokrwistość. Lekarz przepisał rosołek z młodego gołąbka. Skąd wziąć gołąbka? Troskliwy ojciec długo rozpytywał znajomych, w końcu powiedziano mu, że na bazarze przy ul. Stalowej istnieje „Dział zoologiczny”. Udał się tam natychmiast. Poszukując odpowiedniego egzemplarza, prostoduszny ten człowiek zwierzył się handlarzom, że gołąbek potrzebny mu jest na rosół. I tu wybuchła awantura „Co! Wyszwanca chcesz pan na rosół?!”.

Gołębie, które po prostu kocham, trzymam od siódmego roku życia, czyli od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Już wtedy zostałem gołębiarzem. Gołębiarz to taki człowiek, który trzyma gołębie tylko po to, aby je ganiać i łapać innym. Albo też któremu inni łapią. Krótko mówiąc, jest to coś w rodzaju sportu, i ja właśnie byłem takim gołębiarzem. Na Targówku w tych czasach nie było praktycznie podwórka, na którym nie byłoby przynajmniej jednego gołębnika. Gołębie trzymał również mój brat, którego wtedy zwano wśród kolegów „Dziadem”. Ja miałem ksywę „Garbus”. Wybiegając w odległą przyszłość: to, że po latach prasa ochrzciła mojego brata „Wariatem”, a mnie „Dziadem”, jest już całkiem inną sprawą. Natomiast nasi dwaj pozostali bracia nigdy nie interesowali się gołębiami, a nawet śmiali się z naszej pasji. W tych latach był to mój żywioł i moje największe szczęście.

Oni mieli moralność. Ja to mogę zagwarantować, bo ja się wśród złodziei wychowałem. Jak na Targowej spiłem się jak morel, to mój portfel leżał na stole do rana i żaden złodziej go nie ruszył. Kiedy pracowałem w Warszawskiej Fabryce Pomp na Żeraniu, to pracował tam również zawodowy złodziej. Chciał ode mnie pieniądze na wódkę. Powiedziałem mu, że nie mam. On poszedł do szatni i wyjął mi pieniądze z portfela. Wiedziałem kto, ale nic nie powiedziałem. Doszło do wypłaty, otwieram portfel, a tam te pieniądze, które mi ukradł tydzień wcześniej.

W naszym domu na Ząbkowskiej 48 mieszkał profesjonalny złodziej. Poważny człowiek, który zajmował się złodziejstwem jako sztuką. Gienio pozostawał mistrzem w swoim fachu. Nas nigdy nie okradł, bo pracował wyłącznie poza domem.Nosił pistolet wycięty z dykty, napadał na papownię i żądał wydania 20 rolek papy. I jeszcze mówił, że rabuje w imię ojczyzny. Niesamowity typ. Gienio regularnie chodził na Bazar w „celach wiadomych”. Raz przyniósł kradzione kury. On te kury wypuścił, powiedział, że będzie je hodował, potem wymienił je na gołębia, potem go sprzedał. Zadziwiającą rzeczą jest to, że on miał pewnego rodzaju honor, który przydałby się nawet ludziom zajmującym wysokie stanowiska. Okazało się, że kiedy grał w karty, to nigdy nie oszukiwał. To było coś wyjątkowego, bo karciarze z reguły mają w rękawie dwa asy. Kiedyś podczas gry kolega go posądził o to, że oszukuje i on się zaklinał na wszystko, na matkę i ojca, że nigdy nie oszukuje w kartach i jak kolega nadal nie wierzył, to on sobie wbił nóź w wątrobę żeby udowodnić, że nie kłamie. Popełnił samobójstwo. To pewnego rodzaju honor, duma biedaka, bo nigdy nie miał domu, ani niczego, ale miał za to coś niezwykle cennego – dumę. Odszedł do wieczności, broniąc swojego honoru.

W latach pięćdziesiątych zacząłem poznawać paserów, złodziei, handlarzy różnego rodzaju. Paserzy kojarzyli mi się z bohaterami książek mojej młodości. Z opowieściami o bosmanach, którzy nie mając jednej nogi lub dwóch poruszali się na kulach. Pierwszym człowiekiem, który mnie zafascynował, był właśnie paser. Król Bazaru człowiek od ciemnych interesów. Na imię miał Leszek, a ksywę „Kulas”, bo był po prostu kulawy. Zawsze ciekawili mnie ludzie, którzy nie zostali tak do końca podporządkowani. Którzy byli na swój sposób wolni, suwerenni. Bazar wydawał mi się krainą ludzkiej suwerenności. Każdy miał tu swój interes, niepodporządkowany żadnemu innemu interesowi.

Lubię oglądać ludzi. A tam było w czym wybierać. Wybierałem w tych zmęczonych gębach, po których od razu widać, co taki robił całe życie. Na Bazarze funkcjonowała pewna postać niewidomego z harmonią na plecach. Na harmonii grał, ale paskudnie. Chciałem go sprawdzić, bo wydawał mi się dziwny. Dałem mu jakiś inny pieniądz. On od razu posłał mi wiązankę, że niech lepiej nie myślę, że on taki głupi. Kiedyś spotkałem go w Śródmieściu z młodą ładną kobietą. Elegancko ubrany, szedł dziarsko i… widział chyba. Na Bazar przychodził w jesionce, czapce, czarnych okularach, z harmonią i z psem. Później ten pies zdechł. Potem już go na Bazarze nie widywałem. Słyszałem, że gdzieś tam miał willę, bo to był zamożny facet. On na harmonii czasem zagrał, ale poza tym prowadził jakieś inne, ciemne interesy.

Andrzej Miskina

kupiec

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

źródło: rozmowa Leszka Nurzyńskiego,
Laboratorium Rerpotażu

oraz

Super Express, https://www.se.pl/wiadomosci/gwiazdy/wiesaw-ochman-o-mao-nie-wyrosem-na-chuligana-aa-tFjx-AeEv-MVqK.html

Marek Nowakowski

pisarz

Wojciech Waś

malarz

Marek Nowakowski

pisarz

Dziennik podróży w przeszłość, rozdz. Uniwersytet, Iskry, Warszawa 2014, s. 103-105

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Józef Sadzik

dziennikarz

Marek Sadzewicz, „Słowik nie gołąb, wróbel – nie kanarek. Na bazarze przy Stalowej”, w: „Stolica”, nr 27, 8.07.1962, s.12

Henryk Niewiadomski, „Dziad”

domniemany szef gangu wołomińskiego,
z wykształcenia stolarz

„Świat według Dziada. Sensacje XXI wieku”, redakcja, korekta, skład i łamanie, druk i oprawa Henryk Niewiadomski -  pseudonim „”Dziad”, więzień polityczny III Rzeczpospolitej, Warszawa 2002, s. 6-7

W 1952 roku zobaczyłem pierwszy raz króla bazaru na Pradze. Leszek „Kulas”. Tak go nazywano. Był potężnym, rudowłosym mężczyzną o dobrodusznej twarzy i wesołych, niebieskich oczach. Spacerował przy bramach wejściowych na bazar, od Ząbkowskiej lub Targowej. Postukiwał sztuczną nogą i żartował z kobietami. Wyglądał na beztroskiego rencistę z powodu kalectwa. „Globus ma jak chiński uczony”. Taką pochwałą obdarzył go ktoś znający się na rzeczy. Sposób jego pracy dla naiwnego oka był trudno uchwytny. Właściwie tylko spacerował. Z tym się przywitał, tamtego zaczepił, a z innym oddalił się na stronę. Wnikając głębiej pod ten zwodniczy naskórek, można było dostrzec, że coś czasem odbierał od tych napotkanych niby przypadkiem osobników lub coś im wręczał. Ten rytm spacerowy uprawiał od rana do wieczora. Później przychodził czas na relaks w knajpach: „U Inwalidów”, „Pod Żółwiem” czy „Schron u Marynarza” na Brzeskiej, którego to relaksu finalnym akordem była przeważnie „Oaza” na Targowej. Odpoczynek ten zresztą łączył się z pracą. Przy knajpianym stoliku zawierał jakieś transakcje i finansował jakieś skoki. Miał reputację najlepszego odbiorcy lewego towaru, juchtu, jak się mówiło w warszawskim argot [żargon, slang]. Solidny i wypłacalny jak bank. Sam też wymagał takich przymiotów od drugiej strony i nieraz można było zobaczyć, jak karcił nieuczciwych kontrahentów. Siłą obdarzony niedźwiedzią, z kilkoma przeciwnikami potrafił dać sobie radę. Tak królował na tym najbardziej chyba zatłoczonym placu w Europie Wschodniej przez lata całe. Mimo szczęśliwej gwiazdy, która prowadziła go przez wiry i mielizny życia, znikał czasem z bazaru. „Ma klops – powiadano wtedy. – Ale pójdzie w zaparte i da sobie radę”.

Wracał po kilku miesiącach, roku. Raz nawet dłużej był nieobecny. Prawie dwa lata. Miejscem jego przymusowego pobytu była Gęsiówka – więzienie po drugiej stronie Wisły na ulicy Anielewicza, dawnej Gęsiej. Przetrwał jako niekwestionowany monarcha bazaru cały stalinizm i po październikowej odwilży 1956 roku zmarł w szpitalu z powodu marskości wątroby i innych zaawansowanych przypadłości. Pozostawił po sobie dobre, niezatarte wspomnienia i długo cytowano jego powiedzenia, żarty, przestrogi. Niektóre nawet weszły do żelaznego kanonu postępowania, zyskały sobie znaczenie obowiązujących norm.

Na miejscu „Kulasa” pojawił się następny król. Potem jeszcze następny. Tron nigdy nie pozostawał pusty. Bywało i tak, że panowało dwóch królów i społeczność bazaru dzieliła się na dwa obozy. Wybuchały także rokosze, pojawiali się uzurpatorzy, samozwańcy. Ze smutkiem powiedzieć należy, że w miarę upływu czasu kodeks „Kulasa”, oparty na tradycyjnych, jeszcze przedwojennych wzorcach, zaczął się stawać anachroniczny jak resztki żydowskiego świata przestępczego. Miałem okazję jeszcze spotkać kilku takich ludzi. To mnie fascynowało.

Po wojnie pojawili się Żydzi. Funkcjonował taki stary doliniarz, którego znałem bardzo dobrze, Mietek „Łapka”. „Łapka” ponieważ ręka stanowiła narzędzie pracy doliniarza. Miał dobrą rękę, zwinną, malutką, sprytną, lekką i stąd wziął się ten przydomek. „Łapka” wyjechał z Polski w 1963 czy 64 roku. Odkrył jakiegoś stryja czy wujka w Brazylii. Ten stryjek go do siebie zaprosił. Stryjek „Łapki” wyemigrował przed wojną do Brazylii, dzięki temu zapewne się uratował. Inaczej getto byłoby jego losem, a potem Treblinka lub Oświęcim. Żegnałem Mietka „Łapkę”, piliśmy wódkę. On w ten obcy brazylijski świat wziął swoją kobietę, handlarkę uliczną. Oboje handlowali modną wówczas czeską biżuterią z Jablonexu. Mietek po wylewie nie miał już takiej sprawnej ręki. „Łapka” opowiadał mi zawsze o przedwojennych szkołach złodziejskich, o złodziejskiej społeczności. W świecie przestępczym nie istniał antysemityzm. Mietka traktowano zawsze jako partnera, nikt nie wytykał mu pochodzenia. Mówiono do niego często Żydu, ale to Żydu nie było obraźliwe. Mietka z Polski nie wygonił antysemityzm, on wyjechał dlatego, że miał szansę innego, być może lepszego życia, niż to tutaj pod niebem komunizmu. Znałem jeszcze jednego typa, osobnika z ul. Dzikiej. Nazywano go Władek „Wampir”. Miał rude włosy i ostro zarysowaną, groźną twarz. Pochodził, jak to mówiono, ze starych urków Żydowskich. Kiedyś wyczytałem w prasie wiadomość, że w Łodzi w Grand Hotelu schwytano słynnego przedwojennego włamywacza ze starej warszawskiej czy lwowskiej szkoły kasiarzy. Skutecznie działał jeszcze w latach 50. Miał pseudonim „Caban”, starszy sześćdziesięcioletni pan, złapano go z walizką pełną narzędzi. Ten złodziejski świat odchodził w niepamięć. Ludzie parający się tą profesją, poruszający się w ekstremalnych warunkach, krócej żyją. Więzienie, odsiadki, kłopoty, ostry tryb życia, to wszystko odbierało im zdrowie.

Marek Nowakowski

pisarz

Moja Warszawa: Powidoki, Iskry, Warszawa 2010,
s. 154-155

oraz

rozmowa Wojciecha Przesmyckiego,
Laboratorium Reportażu

A ja szkicowałem postacie. Podchodzę do jednego, gdzie stały – wie pani – takie „ryczące jelenie”. I tam przyszedł facet i mówi, że koniecznie chciałby jeden obraz kupić. I naturalnie dobił targu i zakupił, ale wraca, bo zauważył, że ten jeleń ma tylko jeden róg. A ja siedziałem blisko i miałem farby akwarelowe. I tamten sprzedający powiada: „niech pan domaluje”, no to domalowałem. On poszedł z Bazaru i po pół godzinie wraca i mówi: „ten róg mi zniknął!”, bo rzeczywiście padał deszcz i zmył farbę.

W temacie broni mocno nie siedziałem, bo życie mi miłe. Raz tylko zostałem świadkiem przekazania tego towaru z ręki do ręki. Wiedziałem, że nie wolno patrzeć na to, bo szybko można było kosę zarobić.

Podchodzi do mnie facet i pyta, czy ja chcę „tank”. Sądziłem, że chodzi mu o kanister, więc mówię: „A ile litrów?”. Na co on, że czterysta. Pomyślałem sobie o nim jak o wariacie, a okazało się, że on mi chciał sprzedać czołg T-34. Przekonywał, że mogę sobie postawić w ogrodzie; dopiero, jak powiedziałem, że nie mam ogrodu, to go pohamowało.

W tamtym czasie dużo malowałem, pisałem i obserwowałem. Powstało mnóstwo różnych szkiców z Bazaru. Chodziłem wtedy między budkami, straganami i zauważyłem, że ktoś krzyczy „pestka, pestka, pestka...”. Początkowo myślałem, że ktoś sprzedaje nasiona po dyniach. Podchodzę do tego człowieka i pytam „A czy są pestki smażone?”, a on mi odpowiada „A jaki pan chce kaliber?”.

Bazar Różyckiego to był taki polski Montmartre albo jakiś hinduski bazar, poprzez swoisty ruch. Wtedy bazar żył na miarę jednej wielkiej rodziny.

Wojciech Waś

malarz

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi,
członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Olgierd Budrewicz, Wiesław Ochman, O wszystkim, Wyd. BOSZ, Olszanica 2010, s. 13-16

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Na Bazar szedłem tylko po to, żeby zrobić szkic, bo kiedy siadałem na dłużej, to zaraz powstawało zamieszanie. Staram się zachować piękno. Widzę to piękno wśród straganiarzy. Ja z nimi nie paliłem, ale zawsze miałem w kieszeni papierosy, żeby częstować. A oni podchodzili do mnie życzliwie, bo nie zadzierałem nosa. Byłem człowiekiem szczęśliwym, że nikt nie ma do mnie pretensji. Na bazar przychodziłem jak do teatru. Codziennie grali coś innego. Kiedy malowałem, siadałem między straganami i robiłem szkice, zarówno straganów, jak i ciekawych osób. Ale zawsze musiałem mieć – jak to się mówi – obstawę, żeby mi nikt nie przeszkadzał. Nazywał się Rudy Leon, na głowie miał cyklistówkę, ubrany był w kapotę w kratę. Jak malowałem, to wokół mnie krzątały się dzieci, a z tyłu stał Leon i uciszał te dzieci. Mówił „Tu ma być spokój, jak w kościele”. On miał duży posłuch. Ustalał ceny. Na ogórki i na kiszoną kapustę. I trzymał porządek. Chodził sobie między straganami. Tak funkcjonowała „dintojra” warszawska. Kiedyś potrzebowałem miotłę do zamiatania. A na Bazar od ulicy Brzeskiej przyjeżdżała fura z miotłami. Patrzę, że nie ma już tej fury. Zmartwiony szedłem już do domu, ale Leon zobaczył mnie i powiada: „Mistrzu, co taka mina?” Ja mu mówię: „Panie Leonie, miotły nie mam”. A on powiada: „Co za problem?” Bierze dwa palce w usta, gwiżdże dwa razy w kierunku Brzeskiej, gdzie skubali kury. I tam siedziały takie stare, grube panie, okutane różnymi swetrami i skubały te kury. A zamiatał tam Franek. Leon gwizdnął: „Franek!” i od razu Franek leciał. „Miotła potrzebna czysta”, a Franek: „Mam tylko jedną, właśnie nałożyłem na kij”. No i Gienia, co tam miała stoisko z kapustą, owinęła tę miotłę w gazetę. Ja pytam się: „Ile panie Franku?” Zapłaciłem dychę. No i poszedłem, jak człowiek idzie z wizytą na imie=niny, to ja tak z tą miotłą. No i kiedy już odchodziłem, to Rudy Leon powiedział: „Mistrzu, ale jutro proszę Pana do mnie pod Warszawę. Będę brał ślub z teściową”. No więc ja mówię „Panie Leonie, ale ja czasu nie mam”. „Co? Pan się boi? Pan gardzi moim towarzystwem? Niech się Pan nie boi nic. Panu włos z głowy nie spadnie. Ja już od miesiąca ostrzę siekierkę, żeby się Panu nic nie stało”.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Po Bazarze chodził facet bez ręki i na gitarze grał kikutem. Za parę groszy dawał ulotki ze spisanymi piosenkami o bikiniarzach i uczył ludzi śpiewać, i co chwilę jakąś nową piosenkę wymyślał, żeby zarobić te 5 czy 10 zł. Miałem 10-12 lat, ale piosenkę pamiętam do dziś.

Kark chudy jak śledź,
rondel musi mieć na głowie,
buty zamszowe,
spodnie gabardynowe,
żakiet samodział,
taki frajer musi być.

A gdy idzie z panną do kina,
frajer ubogi pieruna,
patrzy na panienki,
żeby dała mu nóż do ręki,
bo on w kieszeni,
guzik, a nie forsę ma.

Nosił kraciastą, długą marynarkę. Wtedy panowała modna na marynarkę aż prawie do kolan. No i buty miał na gumie amerykańskiej. Z szeroką, grubą podeszwą. Krawat z dużą muszką. A na dole, na końcu krawata miał namalowaną nagą kobietę. Chodził po Bazarze i wszyscy się mu kłaniali. On wiedział, kto, gdzie, kogo okradł, ale nikomu tajemnicy nie zdradził. Lubił bardzo malarzy.

Nosił ksywę Rudy Leon – pokiereszowany, bo w każdej bójce brał udział. Trzymał w kieszeni nóż. Gościnny, jak znał kogoś. Ale jeżeli należało, to się zemścił. Właściciele budek go utrzymywali, a on chodził i dyrygował. Nie miał zawodu – czasami w lusterko zagrał, czasami zagrał na ustnej harmonijce. Wesoły chłop – jak sobie podpił, to nawet i potańczył między straganami.

Sergiusz Grudkowski

malarz

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Idzie figus Targową ulicą,
przed nim baba z rozpiętą spódnicą.
Figusa podnieca
ta rozpięta kieca,
bugi-ugi, bugi-ugi, dżez.

Kiedy słychać dżezu pierwsze trzaski,
szuka figus dla siebie fagaski,
tamta jest za blada,
tamta znów wysiada,
dżez, bugi-ugi, dżez.

Chuligani to są ludzie „tacy” ,
dżez, bugi-ugi.
Mają w dupie dyscyplinę pracy,
dżez, bugi-ugi.
A ludowa władza
do mamra ich wsadza,
bugi-ugi, bugi-ugi, dżez!

Ci bikiniarze to wcale nie byli frajerzy. To byli eleganccy faceci. Buty mieli zamszowe tzw. lotniki, trzy – cztery razy szyte. Eleganckie buty. Czubate, na wysokim obcasie, ozdobione. Koszulkę nosili białą, krawat z jakąś kobitą. Włosy strzyżone na tzw. jaskółkę, z przodu wszystkie włosy się zaginały do tyłu i tam się łączyły w ogon jaskółki, a na przodzie loczek zrobiony. Figus to był figus.

autor nieznany

Stanisław Manturzewski „W zaklętym kręgu drętwej mowy. Idzie figus Targową ulicą…”, „Po prostu”,
nr 15 (344), 30 października 1955

Ryszard Wójcicki

fryzjer

To był naturalny, nieoszlifowany diament, nie używał tego swojego nokautującego ciosu w życiu, a wyłącznie na ringu. Nie bał się wyjść do nikogo, a jeśli mu się zagrało na ambicji, tak jak to robił Stamm, to rzeczywiście wyciągnięty z trzydniówki, czy pięciodniówki alkoholowej, włożony pod prysznic trzeźwiał i potrafił wyjść na ring i wygrywać.To był człowiek o gołębim sercu, bardzo zraniony wewnętrznie, wychowany praktycznie bez ojca, mimo że ten ojciec go za sobą ciągnął, ale kompletnie się nim nie interesował i w związku z tym nie miał dobrego wzorca męskiego. Od małego zostawiony na bazarze samemu sobie, gdzie wódka płynęła bardzo łatwo. Ojciec pił. A to pęknięcie, ta niezagojona nigdy rana, która otwierała się co pewien czas, dotyczyła kobiet, bo on lgnął do nich, a z drugiej strony to knajackie towarzystwo, koledzy, którzy go ciągnęli do wódki, mieli inne nastawienie do płci pięknej i on w tym wszystkim wydawał mi się w relacjach z kobietami bardzo delikatnym i bardzo wrażliwym człowiekiem.

Proszę sobie wyobrazić, że on – wielki bokser – sprzedaje bilety na walkach bokserskich. Byłem zdziwiony, lecz nic nie mówiłem. To już był najgorszy okres jego życia.Ci, którzy stali blisko „Kolki”, wiedzą, jak było naprawdę. Miał potężny cios, wyjątkową odporność fizyczną i warszawskiego ducha walki, lecz miał słabą wolę. Był przy tym dobrym i łagodnym człowiekiem. Nigdy nikogo nie uderzył bez rękawicy.Początek lat 50., Marszałkowska, okolice Dworca Centralnego. Tu miał swój stolik. Co to znaczyło dla ludzi. Kolczyński gra w karty. Miał warszawską gadkę i zręczne ręce.

Mieliśmy już nowych bohaterów: Kukiera, Stefaniuka, Chychłę i Drogosza – widywano „Kolkę” tylko od czasu do czasu. Co prawda na stadionie sportowym, ale już w innej roli. W potłuszczonej czapce i zniszczonym paletku stał przy wejściu i przedzierał bilety. Marniał w oczach.

Chciałem ratować największego polskiego boksera i mego kumpla, któremu nie wiodło się szczególnie. Żeby go ratować starałem się odciąć „Kolkę” od towarzystwa, w którym przebywał, musiałem wyrwać go z warszawskich knajp i melin. Swoje „seanse” zaczynał „Kolka” u Inwalidów na Pradze, w filii „Kameralnej”. Dorwałem tam kiedyś człowieka, słynnego Stefana zegarmistrza, który stawiał wódkę bokserom. Powiedziałem mu “Jeśli jeszcze raz dasz »Kolce« kielicha, to zabiję!”. A tamten na to tak mówi “Dobrze, przyjmuję, ale teraz ty ze mną wypij jednego. To jest mój warunek!”.

Tu przychodził Kolczyński. Na Bazarze traktowano go jak bóstwo. Bo tam bóstwem zostawał ktoś, kto wiedział, gdzie trafić, żeby faceta położyć. Od razu Kolczyńskiego nazwali „Kolką”.

Od 45 roku handlowałem odzieżą. Łapickiego ubrałem w jesionkę. Wiech kupił ode mnie dwie pary spodni. Spodnie w kratę, w których występował Dymsza to też ode mnie. I co najważniejsze w filmie „Pętla” Wojciecha Hasa Tadeusz Fijewski gra w jesionce, którą mu sprzedałem. Specjalna jesionka, którą nikt nie chciał – z futerkiem, a jemu do tego filmu pasowała. Zapłacił mi 150 zł, a ja mu wystawiłem rachunek z ceną 450 zł. 300 zł sobie zarobił.

Tłum go obsiadał, że aż go nie było widać. Odprowadzali go potem do pociągu. Chodziłem na Bazar, bo w tamtym czasie w Warszawie nie było żadnych atrakcji. A tu same atrakcje.

Dymsza włóczył się po Bazarze. Każdy go przyjmował, odciągał od jednej budki do drugiej, do trzeciej, aż się ululał w końcu.

Ale najważniejsze, że trwała tu specyficzna atmosfera i gwara. Mimo kłopotów, mimo ciężkiego życia. Ludzie śpiewali piosenki takie dość dosadne i polityczne. Prażanin, jak podpił, to i śpiewał. I śpiewał wesoło, mimo że nie miał nic. Kiedy szła jakaś artystka z teatru, to ją zatrzymywali i robili koncerty. Jak Gołas przychodził na flaki, to od razu zbierała się grupka i śpiewali mu. Maria Szulecka z Newerlym przychodziła. Wpadał też czasami Dymsza.

Grała kapela praska, czerniakowska, cygańska. Grały kapele rosyjskie, przyjeżdżały Rosjanki i śpiewały. Kapela cygańska – jaka przyjemna. Cyganie eleganccy. Zawsze grzeczni, zawsze mili, jeden z jednej strony zbierał pieniądze, drugi z drugiej. Mieli swoje bębenki i do nich zbierali, a kapela grała... Nieraz ktoś piosenkę sobie zamówił, nieraz wojskową zamawiała kawaleria. Tu handlowało wtedy sporo kupców, którzy służyli w wojsku. No, np. pan Jastrzębski, inwalida z 1939 roku, pan Paprocki, powstaniec warszawski…

Na bazarze grała kapela. Mieli czapki w kratkę, grali na skrzypcach, harmonii, gitarze i mandolinie. Nieraz rzucaliśmy im pieniądze, a na imieniny organizowaliśmy zabawę. Zaraz grali „Sto lat!”. Ktoś zatańczył, ktoś inny zaśpiewał, a w budce solenizanta poczęstunek i wódeczka.

Tadeusz Kosiński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Krzysztof Rogulski

reżyser

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

na podstawie rozmów Leszka Nurzyńskiego i Marka Millera z Laboratorium Reportażu

oraz

Bohdan Tomaszewski, „Pożegnalna defilada”, Iskry,
Wa-wa 1990, s. 64.

 

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Bohdan Tomaszewski „Pożegnalna defilada”, Iskry, Warszawa 1990, s. 64

Franciszek Szymura

bokser

Krzysztof Kraśnicki „Antoni »Kolka« Kolczyński”, Ring Bulletin, nr 22, 2013, s. 54

Tadeusz Kosiński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Stanisław Brzostowski

98 lat

Prowadzący wywiad: Przemysław J. Olszewski, <<Praga Gada>> Fundacja Animacja

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

Robił za ochroniarza, jak laleczki na Bazarze rzucali [rodzaj gry w benkla]. Jak ktoś podskoczył, to wiedział, co robić. Kręcił się wokół benklarzy bez przerwy. Jak był nalot, to krzyczał zeks i się zwijali. Chodziły słuchy, że handlarze z Bazaru się złożyli i dla niego złoty medal zrobili. Kolczyński lubiał sobie pochlać. W każdej knajpie na Pradze siedział i popijał. U Wicka „Marynarza” często przesiadywał, bo to byli koledzy. Wóda go rozniosła. Zaczął dużo pić. Przyszedł taki moment, że jak miał walczyć z Ruskim na Torwarze, to był tak pijany, że mu włożyli głowę w wannę i jak stanął do walki, to ten ruski go tak zbił, że wybił mu boks z głowy.

W knajpie „Pod Trójką” na Ząbkowskiej Kolczyński siadał w takim miejscu, że każdy kto wchodził, to musiał go zobaczyć. Jak każdy z nim chciał wypić, to wiadomo, że się ubzdryngoli. Ten wypije, bo to „Kolka”, to trzeba z nim wypić. Drugi przyszedł: „chodź wypijemy jeszcze”. I takich przyszło dziesięciu. Z każdym niech on wypije i po chłopie. „Kolka” żeby nie pił wódy i nie miał towarzystwa, to by się nie skończył.

Jurek był inteligentny, ułożony i pięknie grał na pianinie. Znaliśmy się już wcześniej, bo nasi rodzice przyjaźnili się jeszcze przed wojną. Potem zaczął pracę w ministerstwie Górnictwa i Hutnictwa na Górnośląskiej. Przychodził do mnie do budki, na Bazar, a mnie wstyd się robiło. Raz pomagał mi zamknąć budkę i klucz odruchowo schował do kieszeni. Na drugi dzień nie mogłam się dostać, więc musiałam odszukać go w pracy. Najpierw musiałam rozmawiać z jedną sekretarką, potem drugą, potem trzecią, bo on już został wtedy dyrektorem. Pomyślałam sobie „Gdzie ja, handlarka do takiego?” I tłumaczyłam mu „Jurek, pomyśl, zapytają cię w towarzystwie, gdzie żona pracuje. A ty co powiesz? Że na bazarze Różyckiego? Chcesz sobie przechlapać życie?” Innym razem poszliśmy do filharmonii na koncert. Jurek znał się na muzyce poważnej, a mnie to denerwowało. Rany kota! Myślałam, że szału dostanę. Uciekłam stamtąd, bo pończochy miałam mokre, dopiero co je uprałam i po jakimś czasie kałuża wody się wokół mnie zrobiła (śmiech). Udawać to można raz, czy dwa, i na razie, a nie całe życie. Jaka to przyszłość? Jak mu powiedziałam, że to koniec, to Jurek chciał sobie życie odbierać. Jego matka przerażona przychodziła do mnie, żebym zmieniła zdanie, ale jej powiedziałam „Życie to nie bajka. Muszę mieć męża podług siebie. Takiego, który mi zawsze pomoże, nie ważne czy będę prowadzić pralnię, czy skład opałowy, czy będę handlować na bazarze”. I niedługo potem poznałam męża. Koleżanka obok mnie sprzedawała zegarki, on jeździł wtedy na taksówce, brał od niej te zegarki, sprzedawał je i dorabiał w ten sposób. I to właśnie ona nas wyswatała. Umówiła nas w „Kolorowej”.
Na Bazarze Różyckiego można było spotkać kataryniarza, który chodził z papugą i wyciągał koperty ze szczęściem. Dziewczyny – ze wsi szczególnie – przyjeżdżały i wyciągały kopertę, w której stało napisane, co je czeka, jaka miłość, kogo one będą miały, jak im serce zabije...

Barbara Borysiuk

kupcowa

Sergiusz Grudkowski

malarz

Miałam wtedy piękną kurtkę z łasiczek.
Pierwszy raz w kawiarni byłem. Zawsze wolałem z chłopakami piwo wypić. Siedzę i widzę, że wchodzi do środka ładna dziewczyna w eleganckim futerku...

Barbara Borysiuk

kupcowa

Stanisław Borysiuk

kupiec

Piosenka „Tango Notturno”,

audycja „Muzykanci dnia powszedniego”

Mariana Bekajły z 1962 roku

archiwum PR

Od godziny jedenastej wieczorem, kiedy przychodziło lato, to mowy nie było, żeby w okolicy Brzeskiej spać przy otwartym oknie. Przyjeżdżały codziennie fury z końmi. Z lewej strony na Brzeskiej stały ryksze, na które pakowano towar. Panował taki harmider, że nie dało się spać. Zjeżdżali się chłopi z okolicznych wiosek, przyjeżdżały kobiety ze wsi. Zajmowali miejsca przed bramą, a handlarze, którzy rano przychodzili, kupowali od nich towar na stragany: kurczaki – zabite albo żywe, masło, jaja. Kiedy jeszcze Brzeską pokrywał bruk a koła wozów miały żelazne obręcze, na ulicy słychać było jeden wielki huk. Konie stały całą noc na ulicy, załatwiały się, a wszystkie opary szły w górę... Nie wyobrażałam sobie, że można żyć inaczej niż na Brzeskiej. Zostałam przyzwyczajona do Bazaru do tego stopnia, że kiedy miałam trzynaście lat i wybrałam się w pierwszą daleką podróż do wujka z Nowego Targu, to podczas podróży wyglądałam przez okno. Pociąg mijał jakieś pojedyncze chałupki, a ja się zastanawiałam „Boże! Jak ci ludzie mogą tu żyć bez Bazaru!”.

Żeby zrobiło się więcej miejsca i trochę porządku, to budki pozsuwano i kupcy siedzieli w wąskich tunelach. Zrobiło się ciemno w tych tunelach. Wszędzie tylko świece zapalone. Siedziało się i czekało na klienta.
Już ciemno się robiło na Bazarze, a klientów ciągle nie brakowało, więc zapalałam świece i pracowałam przy świecach, dopóki klient nie przestał chodzić.
Ale ja wtedy nie myślałem o ożenku. Myślałem o motorze. Kupiłem kradziony od Ruskich – prawdziwe niemieckie BMW. Nikt wtedy nie miał takiego w całej Warszawie.

Barbara Jarosławska

kupcowa

Nocni stróże z Bazaru Różyckiego


audycja „Targowisko rozmaitości” Mariana Bekajły i Macieja Szczepańskiego z 1959 roku; archiwum PR

P. Przybyłek

kupiec

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Stanisław Borysiuk

kupiec

Transakcje odbywają się na ogół w atmosferze miłej, sympatycznej, pełnej życzliwości i uśmiechów. – Choć czasem dochodzi do krótkich spięć, na tle pośpiechu i powojennej nerwowości.

Oto przed budką z drożdżami, mąką, rodzynkami i makiem klientka przegląda pod światło jajka.

Kupcowa patrzy na to przez jakiś czas spokojnie, wreszcie zauważa z lekką ironią:

– Co pani szanowna zaćmienie słońca chce zobaczyć czy jak?
– Tylko bez kpinków, moja pani, nie mogę przecie śmierdzącymi jajkami ciasta sobie zepsuć.
– A ja nie mogę pozwolić, żebyś mnie pani panoramę z towaru urządzała.
– No, no, już nieraz kupiłam tu podejrzane jajka.
– Co? Coś pani powiedziała? Moje jajka po-dej-rzane! To nie bierz pani, a w ogólności dosyć już mam takiej klientki! Cała Praga bierze u mnie jajka, zakrystian od świętego Floriana, cały piąty oddział straży ogniowej i nigdy jeszcze nie miałam zwrotu. To kościelna osoba może zjeść, to brandmajster z apetytem spożywa, a dla pani podejrzane?! Patrzcie, jaka przebredza.

Zgromiona kupująca bierze wreszcie jajka i odchodzi, ale po pół godzinie wraca, niosąc na talerzu triumfalnie żółty płyn.

– No, nie mówiłam?!
– Coś pani mówiła? – pyta kupcowa, lekko blednąc.
– Powąchaj no pani.
– A bo ja chce?
– A ja panią proszę, powąchaj pani!
– A ja nie chce, bo wiem, że moje jajka muszą być świeże.
– No to w taki sposób powiedz pani: czem to czuć?
– Czem ma być czuć, pieniędzmi i kurą. Wiadomo, że drób dziobem jajek nie znosi, tylko… Chcesz pani mieć zapach pod nosem, to sobie fiksatuar kup albo miętowego proszku, a nie jajko. Jajecznica perfumerią nie może zalatać, to trudno.
– A ja panią proszę, powąchaj pani!
– A ja nie chcę!
– Nie?
– Nie!
– No to masz!

Tu zachodzi coś strasznego. Zdenerwowana klientka z rozmachem chlusta właścicielce budki jajkami w twarz, potem chwyta z bufetu ćwierć kilo masła, dorzuca to do jajek, następnie łapie woreczek z makiem, wyrzuca jego zawartość na jajka i masło, obsypuje wszystko cukrem i starannie zagniata.

Mąż kupcowej patrzy na to osłupiały, wreszcie krzyczy przerażony:

– Julcia, ona ci makowiec na twarzy przyrządza!

Parskając makiem i żółtkami, pani Julcia odzyskuje wreszcie zdolność widzenia, chwyta wiszącą obok ubitą gęś za szyję i wali klientkę w buzię.

Grymaśna nabywczyni jajek przewraca się w kubeł ze śmietaną, pociągając za sobą jeszcze dwie, trzy osoby spośród ciekawskich.

Robi się Sodoma i Gomora, nadbiega milicja i odprowadza całe towarzystwo do komisariatu.

A przez co wszystko? Przez nerwy i pośpiech. Spokojnie, spokojnie, proszę państwa, do świąt jeszcze prawie tydzień.

Każdy czuł się jak u siebie w domu, można było się potargować, powybrzydzać, ponarzekać. I wszyscy nas bardzo serdecznie witali, dlatego właśnie jeszcze raz powtarzam, powinien powstać pomnik warszawskiej przekupki, warszawskiego kupca.

Brzeska, Targowa stanowiły centrum handlowe. Tu się przychodziło. Tu panował ogromny ruch, tu ulice tętniły życiem. Ludzie byli przywiązani do mojego ojca, czy do któregoś z pracowników... bo człowiek się przyzwyczaja, tak jak z dentystą, że chodzi się do tego samego, bo ma się zaufanie. Większość stanowili jednak ludzie, którzy mieszkali na Pradze, na Brzeskiej. Wszyscy się znali. To nie było tak, że się przychodziło „dzień dobry”, tylko „dzień dobry panie Władziu, dzień dobry panie Józefie, dzień dobry panie Marianie. Cześć, ile mam poczekać, to jeszcze pójdę do sklepu, coś kupię”. To najbardziej rzucało się w oczy, taki układ znajomości, wręcz rodzinny.

Stefan Wiechecki „Wiech”

polski prozaik, satyryk, publicysta
i dziennikarz

Wiech „Opowiadania powojenne. Tom IV. Pantofelki z flądry”, Vis-a-vis. Etiuda, Kraków 2011, s. 53-54

Magdalena Michalska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Adam Królak

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Ten historyczny czas na Bazar oddziaływał. Cała Polska w czasach PRL-u była zorganizowana jednomyślnie i podporządkowana. Na Bazarze natomiast życie toczyło się dynamicznie, anarchicznie, tam się czuło tę specyficzną dezorganizację społeczności. Tam każdy był oddzielnie. Taka Polska, której władza nie była w stanie ogarnąć, oswoić do końca. Tam żyła różnorodność etniczna, co w Polsce – trzebionej przez katastrofy wojenne, poprzez odebranie Kresów – było wydarzeniem. Na bazarze stali Cyganie, biali Rosjanie, ci którzy skryli się w Warszawie przed bolszewizmem. Oczywiście trwały próby ogarnięcia tego światka przez tajną milicję, przez milicję mundurową, przez różne inne siły. Pomimo tych wszystkich starań Bazar został niezdobytą Grenadą. Z Bazarem Różyckiego wiązał się żywioł ludzki jeszcze sprzed wojny, który lubił handlowanie, wszelkiego typu działanie zarobkowe, szybkie, doraźne. To specyficzny żywioł, taki warszawski, umocowany w mieście. Napływowi ludzie wejść na Bazar nie mogli, bo on nie wszystkich przyjmował. Został społecznością zamkniętą. Mocno zakorzenioną. Jak to wtedy mówiono ze względu na przywiązanie do miasta „Ja mam Syrenkę, a nie snopek w dowodzie”. Chodziło o pochodzenie, pochodzenie stąd. W komunizmie obowiązywało prawo administracyjne, że jak się zostało elementem aspołecznym (aspołeczność rozumiano w różny sposób), czyli się nie pracowało, kombinowało, piło wódkę lub też było się obcym klasowo, to wtedy następowała z miasta eksmisja administracyjna. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin wysiedlano takiego osobnika z Warszawy. Dawali mieszkanie na Ziemiach Odzyskanych, najczęściej w okolicach Zielonej Góry. Zielona Góra została polską Nową Kaledonią, kolonią karną. Tak jak Tasmania lub Australia dla Anglików.

Na Bazarze znajdowałem to, co lubię. Ten geniusz miasta umocowany w ludziach. Taka soczystość, barwność, ludzka śmiałość. Specyficzny rodzaj dowcipu, żartu, lekkości, zabawy, warszawskiego ducha. Zupełne olewanie wydarzeń politycznych dziejących się wokół. Mogę powiedzieć, że ci ludzie byli ostatnimi przedstawicielami wolnych zawodów. Ludzie w swej istocie wolni; handlarze, dostawcy towarów, ludzie grający w trzy karty. Komunizm wyczuwali intuicyjnie, jako coś złego, obcego, coś co prześladowało.

Miałem dziesięć lat. Ojciec z sąsiadem-kupcem popili sobie i głośno gadali. Milicjant zwrócił im uwagę. Nie wiem jak to wyglądało, w każdym razie ojciec wyzwał go od pachołków stalinowskich. A to był gwóźdź do trumny. W domu rozpacz, bo ojca zabrali na Cyryla. Nie było go w domu parę dni, a trwały akurat wakacje. Spędzaliśmy je w Miedzeszynie, gdzie mieliśmy letni domek w pięknym lasku. No i nastąpiło wielkie szczęście, kiedy z ciuchci, z wąskotorówki wysiadł ojciec. Jednak go puścili. Zadziałały znajomości, do których doszły pieniądze, żeby to puszczono w niepamięć. Bo za takie powiedzenie to skazywano na ciężkie więzienie.

Marek Nowakowski

pisarz

Wiktor Skowroński

aktor

Nazywaliśmy ją Mańka „Pędzel”, bo miała włosy ściągnięte do tyłu w koński ogon. Ciągle robiła kontrole, nieźle się dała ludziom we znaki. Później to ona się wywindowała na kierowniczkę. Wszystko zabierała ludziom! Tam nikt jej nie ubłagał, żeby klękał, żeby padał, to nie ubłagał. Bo nieraz to można było „No mam te dwie czekoladki, czy te pończochy... No niech pan mnie puści, proszę pana”. No to puścili. A ta Mańka „Pędzel” – okropna. Funkcjonował też przodownik – kolejarz – to znaczy milicjant. Nazywaliśmy go „Dziobaty”. Bo on miał dzioby. Bezwzględny typ. Rozbijał jatki i kazał sprzedawać po cenie towar. Bali się go wszyscy jak ognia. Cinkciarze i benklarze uciekali, gdzie pieprz rośnie. Bo on pozostawał nieprzekupny. Taki niski, brzydki grubas i chodził w mundurze kolejarza. Nikt nie wiedział, czy on naprawdę pracuje na kolei, czy nie. Jak go tylko ktoś zobaczył z daleka, to krzyczał „Kolejarz idzie!” – i już nas nie było. Każdy z budki wychodził, spacerował po Bazarze, żeby się z nim tylko nie spotkać – bo jak nikogo w budce nie zastał, to szedł dalej. Ale raz mi się nie udało. Przyjechało takich trzech rykszą, zabrali mi cały towar, wszystkie materiały i nie oddali ani jednego centymetra.

Mańka „Pędzel” była najgorsza, strasznie okrutna.

Towar wieszało się na drążku przed budą. I za to, że się wywiesiło, płaciło się pieniądze. Przychodzili poborcy, ci którzy pobierali pieniądze. I im się płaciło, pomimo że za budkę się przecież też płaciło. No a za wywieszenie dodatkowo. Dlaczego? Nie wiadomo. Stosowali kruczki, żeby ludzi ukarać i mieć za co wziąć pieniądze. Na przykład nie pozwalali robić palta na futrze. Albo metki. Na każdym towarze musiała wisieć metka, firma, kto to wyprodukował. Jak tego zabrakło też kara. Przychodziły urzędy skarbowe, kontrole, superkontrole a jeszcze na dodatek działała Mańka „Pędzel”!

Główna Komisja Specjalna mieściła się na Nowogrodzkiej. A tu na Małej 8 mieli podkomisję. Tym, co na ręku handlowali, pończochami czy pumeksem, to wszystko zabierali i od razu na Małą. Tam protokół, karę dali, komenda albo obóz. Ale kto tam miał z czego zapłacić? Szeregi Komisji zasilali przeciętni obywatele. To byli różni ludzie: kolejarz, tramwajarz, dozorca, urzędnik, menele różne. W czynie społecznym kontrolowali przydzielony im rewir. Kontrola polegała na czym? Ja prowadziłam jatkę z mięsem. I załóżmy w rzeźni, w hurcie to mięso kosztowało 220 złotych – przykładowo – kilo. To się kupowało tam całą krowę, tylko już po szlachtowaniu. A tu obowiązywał cennik 180. No to trzeba było by 40 złotych dołożyć. No z czego? Jak może człowiek coś robić wbrew wszystkiemu? I przyszła taka pani i mówi „Proszę pani, poproszę kilo mięsa”. No to ja jej zważyłam te kilo mięsa. „Ile płacę?”. „240”. „Pani wyjmie cennik. Jest 180. Jestem z Komisji Specjalnej”.

Dwa obozy przeżyłem. Raz mnie złapali Niemcy i wywieźli do Mauthausen, a potem Polacy. Nie chcę tego opowiadać.

Chodziły specjalne komisje i prześladowały ludzi, wysyłali do obozu do Mielęcina. O tym nikt nie mówi, ile tam osób życie zakończyło. Jak złapali kogoś w dzień bezmięsny, to otwierali jatkę, mięso wysprzedawali po cenie, a właściciela do obozu.

Zygmunt Pągowski

kupiec

Barbara Borysiuk

kupcowa

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 106

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

Kontrolerzy na Bazarze Różyckiego

audycja „Targowisko rozmaitości” Mariana Bekajły i Macieja Szczepańskiego z 1959 roku; archiwum PR

Barbara Borysiuk

kupcowa

W październiku 1950 r. następuje wymiana pieniędzy. Za stare trzy złote otrzymywało się trzy nowe. Wymieniłam swoje oszczędności i z niewielką sumą, która mi została, musiałam zaczynać wszystko od nowa. Ale nie wszystkim starczyło sił. Na Bazarze funkcjonował taki pan Olek, dobry kupiec i miły, pogodny człowiek. Miał budkę niedaleko mnie. Handlował futrami, kożuchami, pelisami. Miał wielkie pieniądze, a po tej wymianie wszystko stracił. Żona czekała na niego w domu, w końcu zniecierpliwiona poszła go szukać na Bazarze. Myślała, że może został popić z kolegami, pograć w karty. Weszła do budki, a Olek tam wisiał na drążku, gdzie zawsze wieszał swoje futra i kożuchy...

Okropnie to wyglądało, to był straszny czas i straszna bieda. Nie brali do więzienia rekinów, tylko zwykłych śmiertelników. Nie było dnia, żeby nie zrobili protokołu. Nie szło się upilnować. Wchodził człowiek do jatki i cały się trząsł. W tej Komisji Specjalnej szło się na przesłuchanie. Tu na Małej funkcjonował taki kierownik Korzeniowski. I mówię mu: „Proszę pana, jak ja płacę 220 złotych w hurcie na rzeźni, to jak ja mogę sprzedać za 180? Przecież ja muszę te parę złotych zarobić”. „Ale nas to nie obchodzi”. No i fura się nazbierała tych protokółów. Od groma i ciut ciut. O rany kota! Ze dwadzieścia albo więcej. Wreszcie ta bomba pękła i dawaj się dobierać do mnie. To wszystko szło na mnie, bo ja się chodziłam tłumaczyć, bo mama już miała swoje lata. Wreszcie oni to oddali do prokuratury. I prokurator dał nakaz do Mielęcina. Ja tam siedziałam 5 dni. A że miałam niecałe osiemnaście lat, to nie podlegałam karze. To mnie zwolnili i zabrali mamę. W 1949 r. mama poszła właściwie siedzieć za mnie. Dostała karę pieniężną z zamianą na więzienie. Za kilka dni musiała się zgłosić na wezwanie na ulicę Nowogrodzką, gdzie funkcjonowała główna siedziba Komisji do Walki ze Szkodnictwem Gospodarczym. Stamtąd, tak jak stała, zabrali ją do Mielęcina.

Raz pamiętam, przed moją budką jakaś kobiecina handlowała… przyszła kontrola i ją cap. To ta jak zaczęła rozpaczać i nagle złapała się za serce, upadła na ziemię i zemdlała. To ta kontrola się wystraszyła i odeszła. A kobiecina otwiera oczy i pyta mnie „Poszli?”. Ja do niej „Lepiej jeszcze poleż”.

Siedziałam na Gęsiówce za to, że pożałowałam kogoś, kogo zatrzymali przed Bożym Narodzeniem. Powiedziałam „oj, jaka szkoda, zatrzymali ją, a tam dzieci dwoje” – tylko tyle. Myśleli, że ja mam z nią spółkę. No i widocznie funkcjonowali też tacy, co donosili między kupcami. Kupcy też zostawali agentami. No i jak ja ją tak pożałowałam, to przyszli w nocy, zabrali mnie. Potem z budki towar cały wzięli, wszystko mi zniszczyli. Przeszukali cały dom. I jak mnie zabrali 23 grudnia, to wyszłam jako świadek 2 stycznia. I siedziałam. Patrzyłam na kratę więzienną, patrzyłam jak ptaszek lata. I wyjść nie mogłam. Bogu ducha winna.

Kupcy się bali. Wszyscy. Jeden drugiego.

Uważali nas za wrogów. Co tydzień robili rewizje. Organizowali łapanki jak za Niemców.

W 1952 roku przyszło zarządzenie z wydziału handlu, takie by zniszczyć kupca. Wydali koncesję tylko na sprzedaż odzieży dziecięcej do 11 lat. Nikt nie dostał innej koncesji, tylko taką do 11 lat. No to kombinowaliśmy, ryzykowaliśmy, bo jak wpadła kontrola, to zabierali koncesję. Z czasem wszyscy na dziko handlowali, bo zobaczyli, że o centymetr za długi rękaw dawał już pretekst do tego, żeby zabrać pozwolenie.

Ona brała łapówki, bo potem u niej pod podłogą znaleziono towary, które skonfiskowano kupcom. Ona za łapówki przymykała oczy. Nie było słodko. Ulicą jak się szło, to klientów sprawdzano. Skąd pan to ma? Gdzie pan to kupił?

Wysyłali ich z zakładu pracy, żeby zwalczać spekulantów. Nie mieli wyjścia. Ale ta Mańka to była obrzydliwa, taka baba oderwana od garów, suteryniara!

To byli tak zwani społeczniacy. Ubrani zwyczajnie, po cywilu. Chodzili i sprawdzali ceny, towar, rachunki.

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 106

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Zygmunt Pągowski

kupiec

Barbara Borysiuk

kupcowa

Dzielnicowy i kontrolerzy o nielegalnym handlu dolarami i zegarkami

audycja „Targowisko rozmaitości” Mariana Bekajły i Macieja Szczepańskiego z 1959 roku

archiwum PR 

Barbara Borysiuk

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jak zabrali mamę, to pojechałam do niej na widzenie. Od Włocławka jechało się kolejką No to potem na polu staliśmy. Obóz zrobiony został jak Oświęcim-Brzezinka, w polu. Nas tam stało ze dwadzieścia osób na to widzenie. W deszczu i błocie czekałam przed biurem naczelnika obozu przez dwa dni. Deszcz lał nieludzko. Wszyscy pomarzli, pomokli, a barak, co tam świetlica stała, zamknęli. Wreszcie, po dwóch dniach, to ja najmłodsza narobiłam szumu. Uparłam się, że nie wyjadę stamtąd, dopóki nie sprawdzę, czy mama jeszcze żyje. Wreszcie naczelnik zlitował się i zezwolił na widzenie. No i wpuścili nas do baraku, to ja jedna dostałam tylko widzenie. To chyba trwało z piętnaście minut. To lepiej, żeby do tego widzenia nie doszło. Ludzi widzieliśmy, bo oni stali za drutami i ten spacer jak mieli, no to widzieliśmy. No i jak mamę zobaczyłam, to w ogóle to jest nie do opowiedzenia. Stała wyniszczona w szarych łachmanach, w drewniakach. Miała poranione i odwapnione ręce od darcia pierza. Więźniarki darły pierze gołymi rękoma, bez rękawiczek. Wtedy trwało zapotrzebowanie na kołdry do szpitali i na śpiwory dla wojska, więc kazano im drzeć gęsi, kacze pierze. Niektórym kobietom ręce nadawały się do amputacji. Z mamą widziałyśmy się krótko, może z dziesięć minut. Usadzili ją przy stole naprzeciwko mnie. Tuż obok siedział strażnik, więc nie za bardzo mogliśmy rozmawiać. Miał prawo przerwać widzenie, jeśli uznał, że się mówi za dużo... Powiedziałam jej tylko „Nie martw się, wydostanę cię stąd żywą”. Jak wróciłam do domu, to poszłam od razu do prokuratora generalnego, pana Pepłońskiego. To był Żyd, ale dobry człowiek. Trudno się było do niego dostać, więc musiałam przechytrzyć sprzątaczki. Nie zauważyły, że się schowałam w ubikacji i w ten sposób przenocowałam w toalecie budynku prokuratury. Na drugi dzień prosiłam go, błagałam, po nogach go całowałam, żeby on mamę puścił, bo już tam siedziała od kilku miesięcy, a wyrok miała na trzy lata.

Pepłoński zapytał, jak się tu dostałam. To mu prawdę powiedziałam „Panie Prokuratorze, nie miałam innego wyjścia. Mam matkę, która była w Mauthausen, z Mauthausen uciekła, jak ich prowadzili w marszu śmierci i przyszła do Polaków na pieszo, nocami szła, chyba na coś sobie zasłużyła. Żeby dzisiaj siedziała w obozie?”. Kazał mi przynieść śniadanie. Wysłuchał mnie i powiedział „Ja ci obiecuję, że będzie zwolniona. Kiedy, jak nie wiem? Samo się wyjaśni. Ale mówię ci, żebyś więcej tutaj do mnie nie trafiła. Ja ci pomogę, że ci zwolnię matkę, ale ty już się nie czepiaj, bo ja ci już nie pomogę. To pójdziecie razem z matką siedzieć. Ty do obozu dla młodzieży, a matka wróci do Mielęcina”. Dał nakaz zwolnienia mamy. No i mama wyszła. Przesiedziała sześć miesięcy. Nasza znajoma, pani Wolańska, właścicielka kolektury totka, nigdy stamtąd nie wyszła.

Mama wróciła z Mielęcina ciężko chora, już więcej nie pracowała na Bazarze. A ja handlowałam dalej...

Przychodziło do mnie dwóch braci. Proponowali rachunki z Żarów koło Żagania. Jak się kupiło zagraniczny towar, to trzeba było odprowadzić 10-procentowy podatek. Wiadomo, kombinowało się. Ludzie chodzili na cmentarz, spisali jakieś nazwisko. No i ja napisałam sobie nazwisko, jak zwykle Jankowski, wypisałam na niego rachunek i napisałam Żary koło Żagania. Na rachunku stało, że Jankowski sprzedał Barbarze Borysiuk laminat. Bo to trwał okres kanadyjskiego laminatu. Przychodzi co do czego, a przywożą takiego staruszka 85 lat... Wszystko się zgadzało! I nazwisko, i imię, i ulica, i Żary koło Żagania! Emeryta Jankowskiego natychmiast skonfrontowano ze mną. Sprawę prowadził prokurator Mieczysław Żarnowski. Prokurator Pepłoński na wieść o kolejnych moich wybrykach wychodził wprost z siebie. To on kazał Żarnowskiemu przywieść Jankowskiego z Żarów koło Żagania. Staruszek – zgodnie z prawdą – zarzekał się na wszystkie świętości, że nie zna mnie. Jeszcze głuchy jak pień był. Sprawa trafiła do Ikaeru, ale bez poważniejszych konsekwencji dla mnie. Tylko na staruszka Jankowskiego wszyscy z Komisji pokrzykiwali. Później Miecio Żarnowski (bardzo przyzwoity człowiek) zarobił przy mnie furę pieniędzy. Zaczął pośredniczyć w sprowadzaniu zagranicznych materiałów. W Radości wybudował sobie piękny dom.

Już nie wiedzieli, jak mają sobie z nami poradzić, to otoczyli cały bazar, wjechali samochodami i wszystko zaczęli zabierać. Czy jest rachunek, czy nie ma rachunku. Wszystko. To było MO. Rewidowano nawet klientów. Waluciarze w popłochu wyrzucali dolary. Ja przytomnie wyrzuciłam worki z kożuchami do warzyw i wszystko przykryłam śmieciami. Ludzie krzyczeli „Niemcy! Gestapo!” We mnie odżyły wspomnienia. Bo myśmy na Kercelaku mieli jatkę z mięsem i też tak Niemcy otaczali ten Kercelak. Wszystko zabierali ludziom. Nigdy więcej na Różyckim nie widziano podobnej obławy. W Komendzie Głównej za tą akcję poleciały głowy. Ktoś dostał za to dobrze po krzyżu. Prascy stróże prawa nie mogli pozwolić, aby odbierano im chleb od ust. Komenda z nas żyła. Szczególnie z waluciarzy. Ja się nie wstawiałam, bo nie miałam wielkiego aj – łaj. No ale jak mnie złapali, to też poszłam, załatwiłam. Działkę wzięli; tam nie było, żeby koś miał jakieś przykrości. Najbardziej to na tych meneli, na złodziejachów, to wszystko zrzucali. A tutaj, to jak mogli, to okrywali, brali działki. Pobudowali się. Gieniek taki był – straszny łapówkarz, Misiek taki był, Bokserek; takie były pseudonimy tych agenciaków z pegie (Wydział Przestępstw Gospodarczych w komendzie na ul. Św. Cyryla i Metodego). Działka wynosiła parę złotych – na dobre śniadanie; czasem więcej. Jak na sobie się niosło 4 pelisy płaszczem zakryte. „– O, pani pokaże, co pani ma”. „– No wie pan jak jest. No trzeba żyć”. „-No trzeba” „No to już – jest działka”.

 

Resocjalizacja poprzez pracę. Dziś kopiem dół głęboki na kilka metrów. Przychodzim następnego dnia rano i trzeba ten dół zasypywać. Albo zmiana stanowiska pracy. Idziem kamienie polne w pryzmy układać, wysokie jak jaki kopiec Kościuszki. Na drugi dzień rozkaz jest to rozbierać i przenosić dwadzieścia metrów dalej. No to wszyscy się buntują. Jeden patrzy na drugiego, co to wariatów z nas robią, czy oni wariaci. A takie chłopaki starsze, co już tam siedzieli, mówią – Wy, gnoje, się uspokójcie, bo dopiero niedawno bunt tu był, to kilku rozstrzelali, czołgi wjechali na teren obozu, wojsko. Pomału kop, rób co ci każą i nie bądź oporny, to przetrzymasz.
Miano mnie tam zresocjalizować przez pracę. A co to była za praca? Jednego dnia kazali górę z kamieni ułożyć, a następnego ją rozebrać. Ja więcej pracowałam w kuchni. To musiałam codziennie na błysk odczyścić spody garnków. Następnego dnia znów zostały okopcone, to znowu czyścić. I tak dzień w dzień, bez końca, bez sensu… A jakby człowiek odmówił, to mieli taką karę „post”. Co drugi dzień nie dawali nic do jedzenia. I tak przez miesiąc. A przecież i bez tego całymi dniami głodna chodziłam. Znowu tak jak za Sowietów śnił mi się chleb.
Jak bili, to tak umiejętnie, pod nerki pękiem kluczy. Anatomię człowieka taki znał i lał zgodnie z anatomią. Tak zostali nauczone. U mnie serce nie jest królika, ale nieraz jak to widziałem, to mnie ciarki po plecach przelecieli. Też się nie zwierzałem, tylko sam tak sobie główkowałem, jak w tym terrorze przetrwać.
Poniemieckie baraki, drut kolczasty, psy… Strażnicy z karabinami. A strażniczki… Jak one biły – kluczami po nerkach, z taką pasją…
Przyjeżdżamy [do Mielęcina], a tu klawiszy więcej jak nas. Szum, krzyk. A to już nie były żarty. Poniemieckie baraki obozu dla młodocianych i terror faszystowski. Sadyzm i okupacja.

Zaczęli też nas nachodzić różni przebierańcy. Działał taki jeden milicjant. W trakcie kontroli ukradł kobiecie obrączkę. To ta pani zadzwoniła na skargę. Zrobiono mu rewizję i wyleciał z milicji. Zorganizował więc bandę, dziesięciu takich jak on wyrzuconych milicjantów. I oni chodzili sobie na kontrole. Mieli stare legitymacje, stare mundury. Przyszli do mnie do mieszkania. Traf chciał, że wieczorem poprzedniego dnia przyjechali z Łodzi handlarze z sukienkami. Zostawili je u mnie. I oni zobaczyli te sukienki i zaraz musiałam dać im trzy tysiące łapówki. Zabrali wszystko, nic nie pokwitowali i poszli. Ale jaki los sprawiedliwy. Następnego dnia poszli kogoś skontrolować, pomylili piętra i weszli piętro niżej, a tam mieszkał adwokat. Zadzwonił po prawdziwą milicję i tych złodziei zatrzymano. Znaleziono u nich notatnik, gdzie mieli napisane, co komu zabrali, i przy moim nazwisku mieli napisane, że zabrali mi dwa tysiące. A przecież zabrali trzy! Oni sami siebie okradali. To był rok pięćdziesiąty czwarty. Wezwali mnie do sądu. A tam mówią, że skoro dałam dwa tysiące łapówki, to już sama wiem, za co, i że zajmie się tym Komisja od Spekulacji. Poszłam do tej komisji, żeby powiedzieć, że jestem niewinna, ale oni nic nie słuchali – od razu urzędniczka na maszynie wyrok wypisała. Bez odwołania, bez jakiegoś sądu, bez niczego – dwa lata obozu pracy. Jak usłyszałam, to słabo mi się zrobiło.

Tak trafiłam do Mielęcina.

Mieczysław Przyjemski

bohater książki „No i dobra siedzę sobie”

Zuzanna Pol „No i dobra siedzę sobie”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007, s. 47-48

Mieczysław Przyjemski

bohater książki „No i dobra siedzę sobie”

Zuzanna Pol „No i dobra siedzę sobie”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007, s. 47

Mieczysław Przyjemski

bohater książki „No i dobra siedzę sobie”

Zuzanna Pol „No i dobra siedzę sobie”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2007, s. 47

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 107

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 107

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 106

Barbara Borysiuk

kupcowa

Przeklinam tylko, żeby go święta ziemia wyrzuciła.

5 marca 1953 r., jak i dni późniejsze, nie odznaczyły się na Różycu niczym wyjątkowym. Śmierć Stalina przeszła bez echa. Nic się o tym nie mówiło. Bazar nie żył polityką. Nikogo to nie obchodziło. Benklarze od ulicy Ząbkowskiej patrzyli w lusterka, a nie w gazety, złociarzy interesowały tylko próby biżuterii, kupcy martwili się poziomem zbytu. Bardziej przeżywano brak dolara niż brak Stalina. Dwudziestodolarówki „z ptakiem” szły na rynku jak woda. Zwykły banknot dwudziestodolarowy kosztował ok. 5 tys. złotych, ale jak był z ptakiem, to cena rosła o 1000.
Dla uczczenia pamięci „Wielkiego Wodza i Nauczyciela mas pracujących” Rada Państwa postanawia uhonorować będący w trakcie budowy Pałac Kultury i Nauki imieniem Józefa Stalina. Dwa lata później przekroczyłam progi pałacu, w którym po raz pierwszy zorganizowano wielki bal noworoczny. O tym balu pisano w prasie. Miało być pięknie, obowiązywały stroje wieczorowe. Pani Jasińska na Ząbkowskiej, która przed wojną pracowała u Hersego, uszyła mi piękną sukienkę ze śliwkowej organtyny, miała odkryte ramiona, długa do ziemi, śliczna. Niestety, organizacja balu okazała się straszna: przyszło około tysiąca gości i zabrakło krzeseł. Jak ktoś miał szczęście, to złapał jakąś skrzynkę po piwie i miał jak usiąść z Nowym Rokiem. To był skandal! Wszystko w bufecie śmierdzące i obrzydliwe. Jak mi brat przyniósł kawałek sernika, to w ogóle nie dało się go zjeść. A przez ten kiepski bufet to i z tańczeniem zrobiło się kiepsko, bo orkiestra szybko się spiła. Miała być wielka gala, a wyszła wielka szmira...

Dobrze zrobił, że umarł.
W czasach stalinowskich na Bazarze obowiązywały jeszcze przedwojenne zasady. Istniał silny obóz przedwojennych ludzi. Między nimi istniała głęboka solidarność, bardziej podporządkowywali się zasadom. Panowało większe poczucie antykomunizmu, oni widzieli, co się święci, jak rzeczywistość się zmienia po 1945 roku na ich niekorzyść. Panowało rozeznanie polityczne większe niż wśród inteligencji. Ludzie Bazaru to byli ludzie prości, elementarni, osadzeni na korzeniach. Inteligencja zaczęła tłumaczyć sobie socjalizm, zaczęła go sobie przyswajać. Bardziej dała dupy niż ludzie z przedmieścia. Ten świat inteligencji pozostał światem z kreacji. Krył się za nim specyficzny rodzaj niepewności i fałszu. Marzec 1953. Umiera Stalin. Na Bazarze Różyckiego nie ma ani żałoby, ani radości z powodu jego śmierci.

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Marek Nowakowski

pisarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Już nie wiedzieli, jak mają sobie z nami poradzić, to otoczyli cały Bazar, wjechali samochodami i wszystko zaczęli zabierać. Czy jest rachunek, czy nie ma rachunku. Wszystko. To było MO. Rewidowano nawet klientów. Waluciarze w popłochu wyrzucali dolary. Ja przytomnie wyrzuciłam worki z kożuchami do warzyw i wszystko przykryłam śmieciami. Ludzie krzyczeli „Niemcy! Gestapo!” We mnie odżyły wspomnienia. Bo myśmy na Kercelaku mieli jatkę z mięsem i Niemcy też tak otaczali ten Kercelak. Wszystko zabierali ludziom. Nigdy więcej na Różyckim nie widziano podobnej obławy. W Komendzie Głównej za tę akcję poleciały głowy. Ktoś dostał za to dobrze po krzyżu. Prascy stróże prawa nie mogli pozwolić, aby odbierano im chleb od ust. Komenda z nas żyła. Szczególnie z waluciarzy. Jak mogli, to brali działki. „Gieniek” taki był – straszny łapówkarz, „Misiek” taki był, „Bokserek”; takie były pseudonimy tych agenciaków z PG [Wydział Przestępstw Gospodarczych w komendzie na ul. Św. Cyryla i Metodego]. Działka wynosiła parę złotych – na dobre śniadanie; czasem więcej. Jak na sobie się niosło 4 pelisy płaszczem zakryte, to można było usłyszeć „O, pani pokaże, co pani ma”. „No wie pan, jak jest. No trzeba żyć”. „No trzeba”. „No to już – jest działka”.
Wydarzenia polityczne 1956 roku złagodziły gorset narzucony przez władzę. Wzmógł się dynamizm, co przyniosło korzyści dla świata bazaru. Społeczeństwo zostało zróżnicowane z powodu szkół, jakie przeszło, szkoły okupacji i tej ponurej stalinowskiej szkoły powojennej, w której powstawała tak zwana wolność w cudzysłowie. Ludzie różnie się zachowywali, różnie się przystosowywali do rzeczywistości. Świat kupców został przez historię zdeprawowany. Oni mieli wykształconą w sobie biologiczną odporność egzystencjalną, która wyrażała się w tym, aby przeżyć za wszelką cenę, nie dać się utopić, zniszczyć. Zdobyć jak najwięcej środków materialnych, wszystko jedno jaką metodą. Bazar wypełniał lukę na potrzeby nie spełniane przez gospodarkę sterowaną centralnie. Bazar tworzył struktury niezależne. Istniał drugi świat, pół świat Bazaru. Świat przestępczy, świat paserów, złodziei. Jedni drugim nadawali robotę. Nie chodziło tutaj o problem wolnego kraju, tym ludziom chodziło o zupełnie coś innego. Rozgrywała się tam swoista walka o byt, górowała zasada Homo homini lupus est, tym właśnie się kierowali.

Marek Nowakowski

pisarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Wie pan, gdyby mi pan tego nie pokazał, nigdy bym nie uwierzył… Proszę pana… upłynęło tyle lat… Nie chcę o tym mówić. Nie chcę o tym pamiętać… Oni wszyscy już nie żyją. Ja właściwie też. Mam osiemdziesiąt pięć lat i co rano dziwię się… że się obudziłem… Wyszedłem w pięćdziesiątym szóstym z okazji amnestii. Pojechałem do mieszkania, a tam jakaś obca rodzina. „Sufit” gdzieś wyjechał, nikt nie wiedział gdzie. Mieszkanie zamknięte na głucho. Skrzynka pełna listów. Poszedłem do chłopaków na bazar, a tu wszyscy patrzą na mnie bokiem. Od słowa do słowa okazuje się, że mam łatę kabla, że to ja wszystkich wtedy zapucowałem. Co miałem robić? Wsiadłem w pociąg i pojechałem do Szczecina. Miałem tam kumpla z celi. Od tamtego czasu do Warszawy przyjechałem tylko raz. Przypadkiem dowiedziałem się o jego śmierci (wskazuje palcem na leżące zdjęcie). Odszukałem jego grób. Zarośnięty chwastami, brudny, zapomniany. Mój też taki będzie. Taki jak jego… mego najlepszego kumpla.
Wyciągam zniszczone, przedarte na pół zdjęcie „Sufita”. Kładę je na stole i łączę obie połowy. Na zdjęciu wysoki, uśmiechnięty mężczyzna, milicyjny uniform, jakieś odznaczenie – może właśnie je dostał, może z tej okazji to zdjęcie? Stary człowiek pochyla się z niedowierzaniem.

Piotr Kulesza

prawnik, dziennikarz, student LR

„Ferajniarz”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004,
s. 112, 31

Anna Kornacka w rozmowie z Krystyną Żebrowską – o bazarze jako symbolu zmartwychwstania

audycja „Wspomnienia o życiu na Pradze jesienią 1944” z 1979 roku,

archiwum PR

z albumu: Jarema Stepowski. Chłopak z Woli
słowa: Jerzy Medyński
muzyka: Jerzy Wasowski

„Kłaniaj się Pradze”

w wykonaniu Jaremy Stępowskiego

22 lipca 1944 – zostaje ogłoszony manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, organu, który na ziemiach polskich wyzwolonych przez Armię Czerwoną wprowadza komunistyczny system władzy. Jednym z jego filarów ma być likwidacja prywatnej własności i centralna dystrybucja zasobów. Oznacza to koniec wolnorynkowego handlu.

31 sierpnia 1944 – wydany zostaje dekret PKWN o wyznaczaniu kary dla hitlerowskich zbrodniarzy oraz zdrajców narodu polskiego. Na jego podstawie na ziemiach polskich zajmowanych przez Armię Czerwoną tworzone są obozy pracy przymusowej. Początkowo więzieni są w nich Niemcy, jeńcy wojenni, opozycja polityczna, a z czasem coraz szerszy przekrój społeczeństwa polskiego, między innymi kupcy. Obozy tworzone są często w ośrodkach funkcjonujących do tej pory jako nazistowskie obozy koncentracyjne, ich charakter jest bardzo podobny.

25 października 1944 – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydaje dekret „o zwalczaniu spekulacji i lichwy wojennej”. Metodami zwalczania stają się: obowiązkowe wywieszanie cenników oraz sporządzanie faktur, wprowadzenie zakazu handlu poza wyznaczonymi do tego miejscami. Za najpoważniejsze przestępstwa dekret przewiduje nawet karę śmierci bądź dożywotniego więzienia, a także wysłanie do obozu pracy.

1945 – wojnę i okupację przeżyło zaledwie kilkadziesiąt tysięcy polskich Żydów, a znaczna część tych, którym się to udało nie chce pozostać dłużej w Polsce. Jedni nie wyobrażają sobie życia wśród wojennych ruin bez swoich bliskich, z tragicznymi wspomnieniami holokaustu, inni, zachęceni agitacyjnymi hasłami organizacji syjonistycznych, postanawiają wyjechać do Palestyny, by tam zacząć nowe życie. Dlatego też liczba Żydów mieszkających w Polsce w pierwszych powojennych latach szybko maleje, pod koniec 1946 roku wynosi 192 tysiące, a w połowie 1947 r. już tylko 110 tysięcy. Ma to wpływ na wizerunek Bazaru Różyckiego, który już nigdy nie odzyska swojego przedwojennego żydowskiego kolorytu. Przestaje też być mozaiką wielu kultur i mniejszości etnicznych, jaką był przed wojną. Po utracie Kresów Wschodnich i przesiedleniu mniejszości narodowych, głównie ukraińskiej i niemieckiej, Polska staje się krajem niemal jednolitym etnicznie, a zatem na Bazarze Różyckiego handlują odtąd w ogromnej większości Polacy, którzy zajmują również pożydowskie mieszkania na Pradze.

1945-1950 – powojenna bieda i niedożywienie są powszechne, żywności brakuje szczególnie w miastach. W latach 1945-46 dorosła osoba spożywa dziennie około 1700 kalorii, tyle ile powinno dostarczać organizmowi 4-6-letnie dziecko. Norma fizjologiczna dla młodych mężczyzn powinna wynosić 3000-3700 kalorii, a dla ciężko pracujących dorosłych nawet 3500-4500 kalorii. Mieszkańcom miast żywność dostarczają głównie drobni handlarze przywożący ze wsi worki z ziemniakami, słoninę czy „rąbankę”. Towar sprzedają przeważnie na targowiskach, których w Warszawie jest 11, najpopularniejsze z nich to targowisko przy ulicy Polnej oraz Bazar Różyckiego.

1945-1947 – upowszechnia się system kartkowy, który z jednej strony ma gwarantować całemu społeczeństwu równy dostęp do artykułów spożywczych, z drugiej strony jednak oferuje bardzo skromne normy miesięczne: 4-8 kg chleba, 0,25-0,5 kg cukru, 9-18 kg ziemniaków, 0,5-1 kg tłuszczu. To, czego brakuje w sklepach, można dostać na bazarach, z tym że towar wolnorynkowy jest znacznie droższy. Przykładowo: w połowie 1945 r. chleb kupowany na kartki kosztuje 0,75-1,50 zł, na wolnym rynku – 45-50 zł; za słoninę na kartki płaci się 2,75-10 zł, u „prywaciarzy” kosztuje ona 350-500 zł; mięso jest tańsze, prywatni kupcy każą sobie za nie płacić 70-180 zł, ale na kartki kosztuje tylko 2,25-4,50 zł; bazarowa mąka pszenna to wydatek rzędu 57-95 zł, podczas gdy w systemie kartkowym można ją dostać za 1,10-1,15 zł.

16 listopada 1945 – Rada Ministrów wydaje dekret o utworzeniu Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która funkcjonuje do 1954 r. „Szkodnikami” w powszechnym rozumieniu komunistycznych władz zostają nazwani kupcy, których Komisja bardzo często skazuje na najwyższą karę, jaką może orzec – 2 lata obozu pracy. Celem takiej kary ma być resocjalizacja poprzez pracę. Od 1946 r. Komisja dysponuje swoim własnym obozem pracy Jaworzno-Chrusty, a później obozem w Mielęcinie koło Włocławka. W całym okresie swojej działalności Komisja osadza w obozach około 84,2 tys. osób, głównie za bumelanctwo, spekulację, bimbrownictwo, nielegalny ubój zwierząt rzeźnych, nielegalny garbunek skór, włóczęgostwo i chuligaństwo. Więźniowie obozu Komisji Specjalnej mogą raz w miesiącu otrzymać paczkę z odzieżą i tzw. paczkę higieniczną zawierającą bieliznę, obuwie, szczoteczkę do zębów, gazę i watę. Dwa razy w miesiącu więźniowie mogą otrzymać paczkę żywnościową, natomiast lekarstwa tylko za zgodą lekarza obozowego.

1945 – pomimo zakończenia wojny nadal kwitnie konspiracja niepodległościowa tworzona przez osoby, które nie zgadzają się z wprowadzeniem w Polsce władzy komunistycznej zależnej od ZSRR. W 1945 roku takich osób jest ok. 150-200 tysięcy. Blisko 20 tysięcy Polaków walczy w zbrojnych oddziałach partyzanckich, dlatego nielegalny handel bronią, pomimo oficjalnego zakończenia wojny, nadal jest dochodowym zajęciem, a Bazar Różyckiego wciąż stanowi jeden z jego ważnych ośrodków.

1945-1947 – w ramach pomocy z UNRRY (Administracji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) do Polski trafiają towary o wartości ok. 480 mln $. 42% z nich stanowi żywność, a poza tym: produkty naftowe, lekarstwa, środki medyczne, samochody, ciągniki, środki do produkcji rolnej, urządzenia przemysłowe, odzież, obuwie.

5 marca 1946 – Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii, przemawia na Uniwersytecie w Fulton w USA ogłaszając istnienie „żelaznej kurtyny” przecinającej Europę „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”. Staje się to symbolicznym początkiem „zimnej wojny” pomiędzy kapitalistycznym Zachodem i komunistycznym Wschodem, trwającej, ze zmiennym nasileniem, do lat 90.

1946 – Stany Zjednoczone przeprowadzają serię testów broni nuklearnej na atolu Bikini. Nieoczekiwanie wywołuje to powstanie pierwszej polskiej subkultury zwanej bikiniarzami. Jej przedstawiciele noszą charakterystyczne kolorowe krawaty przedstawiające właśnie wybuch atomowy na atolu Bikini (jak pisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”) – stąd bierze się ich nazwa. Inni twierdzą, że pochodzi od dziewczyn w kostiumach bikini widniejących na krawatach. Stałe elementy ich ubioru stanowią też kolorowe skarpetki i buty na grubej podeszwie, tzw. „słoninie”. Takiej garderoby próżno szukać w państwowych sklepach, ale z łatwością można ją dostać na Bazarze Różyckiego, dlatego bikiniarze stają się jego stałymi klientami. Przez cały okres stalinizmu bikiniarze są tępieni przez media, milicję i działaczy Związku Młodzieży Polskiej jako „bumelanci”, „element chuligański” i „kosmopolityczny”. Dopiero w 1956 roku zaprzestano nagonki na nich.

kwiecień – listopad 1946 – funkcjonuje obóz pracy przymusowej w Chrustach, gdzie osadzani są „przestępcy” skazani przez Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Obóz jest filią Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie nadzorowanego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.

czerwiec 1946 – w Warszawie dochodzi do kilku poważnych starć ulicznych handlarzy z milicją. Ostateczna likwidacja handlu ulicznego zapowiedziana jest na sierpień 1946 roku, ale wbrew zapowiedziom Bazar trwa dalej.

1946 – Bolesław Rosal vel Rusak, czyli „Bolek z Pragi” zamieszkały przy ulicy Targowej 62, trzyma na Pradze cały handel maskując się sprzedażą maszyn do pisania. Ceny na Bazarze są mocno zawyżone, za kilogram mąki płaci się 120 zł zamiast 90 zł (według oficjalnego cennika).

listopad 1946 – grudzień 1951 – Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym osadza osoby uznane za winne w obozie pracy przymusowej w Mielęcinie koło Włocławka. Przenosi tam swój obóz z Chrustów ze względu na trudności organizacyjne w jego funkcjonowaniu.

21 grudnia 1946 – wielu właścicieli budek na Bazarze Różyckiego zostaje aresztowanych pod zarzutem handlu mięsem i wędlinami pochodzącymi z nielegalnego uboju.

grudzień 1946 – w Warszawie około 4494 osób miesięcznie szuka pracy, zatrudnienie znajduje około 1893. Handel, pomimo restrykcyjnych przepisów nowej komunistycznej władzy, jest wciąż dla wielu jedynym możliwym źródłem utrzymania.

1947 – z zaopatrzenia kartkowego zostają wykluczone osoby zdaniem władz najlepiej zarabiające: przedstawiciele wolnych zawodów, spółdzielcy, prywatni przedsiębiorcy.

22 lutego 1947 – władze komunistyczne ogłaszają amnestię dla przeciwników politycznych, co kładzie kres istnieniu masowego podziemia, w konspiracji pozostaje kilka tysięcy osób. Do kwietnia 1947 roku, gdy amnestia przestaje obowiązywać, z podziemia wychodzi 53 517 osób, ujawnia się też 23 257 więźniów i osób przetrzymywanych w aresztach. W lesie pozostaje ok. 1200-1500 partyzantów. Kończy się zatem bazarowy popyt na broń.

maj 1947 – Polska Partia Robotnicza ogłasza swój program „bitwy o handel”. Przedstawia go jako sposób wyjścia kraju z trudnej sytuacji rynkowej. Władza stawia sobie za cel ograniczenie roli prywatnych kupców na rzecz spółdzielni handlowych, regulowanie cen i zysków oraz utworzenie sieci państwowych domów towarowych, tzw. PDT-ów, którym państwo będzie gwarantować pierwszeństwo w zaopatrzeniu. Zostaje powołane do życia Biuro Cen, które ma ustalać dopuszczalne marże i ceny maksymalne. W latach 1947-49 „bitwa o handel” doprowadza do likwidacji 66% prywatnych hurtowni i 42% placówek detalicznych, Bazar Różyckiego jednak ciągle funkcjonuje, wbrew centralnym rozporządzeniom i wykazom oficjalnych cen.

2 czerwca 1947 – zostaje wprowadzona ustawa o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym oraz ustawa o koncesjonowaniu. Od tej pory prywatne sklepy mogą istnieć jedynie po uzyskaniu państwowej koncesji, a żeby ją zdobyć właściciele sklepów muszą załatwić wiele formalności i uiścić wysokie opłaty. Ma to doprowadzić do upaństwowienia całego handlu w Polsce. Rzeczywiście liczba prywatnych sklepów spada w ciągu dwóch lat ze 131 tysięcy do 58,5 tysiąca, jednak wciąż „prywaciarze” wytwarzają ok. 42,4% dochodu narodowego. Pogarsza się jednak zaopatrzenie ludności, bowiem państwowych sklepów w miejsce prywatnych powstaje jedynie ok. 20 tysięcy i w większości są one źle zaopatrzone. Lepszy, ale za to znacznie droższy towar można kupić na bazarze.

16 czerwca 1947 – IV Zjazd Komisji Specjalnej orzeka, że „walka ze spekulacją jest obecnie najważniejszym zagadnieniem gospodarczym kraju. Spekulacja powojenna w Polsce stała się zjawiskiem tak masowym, iż zagraża równowadze gospodarczej Państwa”.

1947 – na Żoliborzu zostaje otwarty pierwszy warszawski PDT. Szczególnie atrakcyjnym towarem oferowanym przez Państwowe Domy Towarowe okaże się w latach 1956-58 sprzęt AGD i RTV: pralki Franie, telewizory Wisła czy Belweder, lodówki marki Mewa.

do końca 1947 – 70 tysięcy kontrolerów Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym przeprowadza kontrolę 213 353 punktów handlowych, sporządza ponad 45 tysięcy protokołów karnych, prawie 22 tysiące osób otrzymuje grzywny na łączną sumę ponad 531 mln zł, do obozów pracy wysłanych zostaje ok. 1850 osób.

1948 – z systemu kartkowego zostają skreślone kasze, ziemniaki i cukier.

maj 1948 – kupcy boją się, że państwo – poprzez reorganizację spółdzielczości i opodatkowanie inicjatywy prywatnej – chce zmusić ich do likwidacji swoich warsztatów pracy. Wśród ludności nasila się przekonanie o bliskości wybuchu III wojny światowej przewidywanego na sierpień lub wrzesień. Warszawska ulica mówi, że „należy szykować buty, by w odpowiednim momencie można było pójść do lasu”.

wrzesień 1948 – rozpoczyna się najgłębszy od zakończenia wojny kryzys mięsny. Ponieważ ten sektor w znacznej części znajduje się wciąż w rękach prywatnych, władze wykorzystują sytuację, by rozprawić się handlarzami mięsem. Rozpętana zostaje kampania prasowa oskarżająca „spekulantów” o niedobory mięsa na rynku, a w sklepach rzeźniczych pojawiają się liczne kontrole.

do końca 1948 – Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym przeprowadza 23 700 akcji kontrolnych, w których sprawdza ponad 400 tysięcy sklepów. Spisane zostają 77 744 protokoły karne.

28 stycznia 1949 – wadze oficjalnie ogłaszają rozpoczęcie akcji H (hodowla) wymierzonej przeciwko nielegalnemu ubojowi zwierząt hodowlanych. W ciągu całego roku za uprawianie tego procederu skazanych na obóz pracy zostaje 2119 osób.

1949 – w obozach pracy przymusowej uwięzionych zostaje blisko 9 tysięcy „prywaciarzy”, wielu z nich nie zostają postawione jasne zarzuty.

1 stycznia 1949 – system kartkowy zostaje całkowicie zniesiony.

początek lat 50. – handlem na czarnym rynku zajmuje się każdy, kto ma ku temu sposobność. Jest to bardzo opłacalne zajęcie, bowiem ceny tych samych produktów są na bazarach czterokrotnie wyższe niż w sklepach.

1950 – Bazar Różyckiego przechodzi na własność skarbu państwa. Jednak, co dziwne, rozkwita. Przybywa stoisk, których jest teraz już ponad 400. Wbrew prawu funkcjonują prywatne firmy handlowe, zatrudniające pokątnie dziesiątki domowych wytwórców drobnej galanterii, ubrań, butów. Paradoksalnie nastaje „złota epoka Bazaru”, między innymi dlatego, że w interesie komunistycznych urzędników całkowita likwidacja prywatnego handlu jest nieopłacalna – nie przynosiłaby sporych sum z łapówek, jakich żądają urzędnicy od prywatnych przedsiębiorców w zamian za nielikwidowanie ich działalności.

28 października 1950 – zostaje przyjęta ustawa „o zmianie systemu pieniężnego”, na mocy której Polacy tracą 2/3 swoich oszczędności (ok. 7 miliardów współczesnych dolarów). Jest to celowy zabieg władz borykających się z problemami finansowymi. W praktyce na mocy tej ustawy państwo kradnie pieniądze swoim obywatelom. Stosuje przy tym nieuczciwy przelicznik – ceny, płace, zobowiązania, wkłady bankowe i oszczędnościowe (do 100 tysięcy starych złotych) przeliczane są w relacji 100 do 3, podczas gdy gotówka 100 do 1.

1951 – załamanie rynku: brakuje wszystkiego, a szczególnie mięsa. Wprowadzone zostają kartki na mięso, ceny skaczą o 100%. Ludzie myślą, że mięso wywożone jest do ZSRR. Nie brakuje ziemniaków i pomidorów. Chleb sprzedaje się na wagę, nie na bochenki.

15 lutego 1952 – wprowadzone zostają obowiązkowe dostawy zwierząt rzeźnych pod karą do 3 lat więzienia. Jest to wyraz pogłębiających się trudności państwa w zaopatrzeniu i błędnych decyzji gospodarczych.

kwiecień – maj 1952 – władze, walcząc z trudnościami aprowizacyjnymi, wprowadzają obowiązkowe dostawy mleka, reglamentację mydła i proszku do prania (uprawnionym przysługuje 250 g środków czystości na miesiąc) oraz cukru i słodyczy. Mięso, także w restauracjach, wydaje się na kartki.

22 lipca 1952 – sejm uchwala Konstytucję Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Określa ona PRL jako „państwo demokracji ludowej, w którym władza należy do ludu pracującego miast i wsi”.

1952 – z Polski w ciągu całego roku wyjeżdża za granicę jedynie 900 osób, z czego większość w podróże służbowe. Wobec szczelnego zamknięcia polskich granic zagraniczny towar staje się na rynku prawdziwym rarytasem. Trafia on do kraju głównie w paczkach przysyłanych od rodzin żyjących na emigracji. Bardzo często są to ubrania z Zachodu, które szybko stają się jednym z najbardziej pożądanych produktów bazarowych. Ubrania z całej Polski zwożone są do Rembertowa, a następnie sprzedawane na bazarze Różyckiego, na Szembeka i na Stalowej.

3 stycznia 1953 – zniesiony zostaje system kartkowy, ale jednocześnie ceny produktów pierwszej potrzeby zostają drastycznie podwyższone. Władze tłumaczą tą podwyżkę koniecznością zrównania cen oficjalnych z cenami bazarowymi, żeby „wytrącić spekulantom broń z ręki”.

5 marca 1953 – umiera Józef Stalin. W Polsce dzień 9 marca zostaje ogłoszony dniem żałoby narodowej.

1953 – średnia pensja wynosi 1000 zł; cytryny kosztują 40 zł, spodnie, marynarka – 500 zł, buty – 1000 zł. Sklepy oferują drogie towary realizując politykę wysokich cen, która ma na celu tworzyć wrażenie, że w sklepach jest wszystko. Skoro towary są za drogie, to ludzie ich nie kupują, więc mogą długo stać na półkach i wystawach. Brakuje lekarstw, te z przemytu dostępne są na Bazarze.

1953 – władze PRL usiłują zamknąć Bazar Różyckiego, co może stać się poważnym ciosem dla warszawskiego handlu, na Bazarze funkcjonuje bowiem ponad 500 stoisk i 200 sklepów.

1953 – zostaje zamknięty ostatni obóz pracy przymusowej w Polsce, w Mielęcinie koło Włocławka, w którym więzieni byli między innymi warszawscy kupcy oskarżeni o spekulację.

23 grudnia 1954 – wydany zostaje dekret rozwiązujący Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.

31 lipca – 14 sierpnia 1955 – w Warszawie dobywa się V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów „O pokój i przyjaźń” z udziałem 30 tys. gości zagranicznych. Mimo że jest to impreza prokomunistyczna, kontakt z młodzieżą wielu krajów wpływa pobudzająco na rozwój światopoglądu środowisk młodzieżowych i studenckich, a także na zmianę obowiązujących trendów w modzie. Wymagania klientów Bazaru Różyckiego w kwestii ubioru wzrastają.

14 lutego 1956 – podczas XX Zjazdu KPZR Nikita Chruszczow wygłasza referat krytykujący Stalina za wprowadzenie terroru i kultu jednostki. Rozpoczyna się okres destalinizacji.

28-30 czerwca 1956 – w Poznaniu trwa pierwszy w komunistycznej Polsce strajk i protest społeczny, nazwany później „poznańskim czerwcem”. Rozpoczyna się w Zakładach Przemysłowych H. Cegielskiego, a później obejmuje wszystkie największe zakłady w mieście. Przed Prezydium Miejskiej Rady Narodowej gromadzi się ok. 100-tysięczny tłum. Protest skierowany jest przeciwko istnieniu reżimu stalinowskiego oraz złej sytuacji gospodarczej kraju. Do jego stłumienia władze wysyłają 11 tys. żołnierzy. Kilkadziesiąt osób zostaje zabitych a kilkaset rannych.

 Kalendarium

Za Gomułki

Za Niemca

Walki na przedmieściach Pragi, wrzesień 1944 r., [w:] „Warszawska Praga dawniej i dziś. Katalog wystawy zorganizowanej w 350-lecie nadania praw miejskich”, Muzeum Warszawy & Wydawnictwo DiG, Warszawa marzec–maj 1998, s. 146

Notka prasowa, „Życie Warszawy”, nr 160, 12.06.1945

Targowisko przy ulicy Targowej, kwiecień 1945 r.,
źródło nieznane

Marek Nowakowski w latach 50., okładka książki „Nekropolis”, Świat Książki, Warszawa 2014

Barbara Borysiuk

kupcowa

Barbara Borysiuk, lata 50.,
zbiory rodzinne Barbary Borysiuk 

Jerzy Potocki, 11.04.2012, fot. archiwum rodziny Potockich 

„Janek Kiepurka” ; 1958; rys. Jerzy Zaruba; źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Ulica Targowa w Warszawie, Zabudowa po parzystej stronie ulicy na wysokości Bazaru Różyckiego.
Na jezdni widać samochody osobowe; rok 1957  
fot. Zbyszko Siemaszko; NAC

x10 – Ośrodek Karta

Ruchliwa główna alejka Bazaru Różyckiego; fot. Janusz Skarżyński;
„Stolica” nr 24; 18.06.1950; s. 3

Na bazarze Różyckiego WSS zakłada pierwsze, estetycznie wykonane stoiska
z odzieżą; fot. Janusz Skarżyński; „Stolica” nr 24, 18.06.1950, s. 3

Notki prasowe z "Przeglądu sportowego"

Zdjęcie do filmu „Sprawa do załatwienia”, rok 1953
Od lewej: Adolf Dymsza, Feliks Stamm i Antoni Kolczyński
fot.: Franciszek Kądziołka
źródło: Fototeka Filmoteki Narodowej
prawa: WFDIF

Zdjęcie do filmu „Sprawa do załatwienia”, rok 1953
Od lewej: Antoni Kolczyński, Feliks Stamm i Adolf Dymsza
fot.: Franciszek Kądziołka
źródło: Fototeka Filmoteki Narodowej
prawa:
WFDIF

"Pyziara z bazaru Różyckiego"
rok 1957;
rys. Jerzy Zaruba;
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

"Stragan przy Ząbkowskiej - p. Zosia"
rys. Jerzy Zaruba;
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Sergiusz Grudkowski, „Gorące flaki”, lata 50. XX w.,
akwarela, Muzeum Warszawy

Widok z góry na tłum ludzi na bazarze; 1955-65; fot. Zbyszko Siemaszko; NAC

Widok z góry na tłum ludzi na bazarze; 1955-65; fot. Zbyszko Siemaszko; NAC

Widok bazaru od strony ulicy Targowej. W tle widoczne kamienice przy ulicy Brzeskiej (z lewej Brzeska 18); 1955-65; fot. Zbyszko Siemaszko; NAC

„Biały niedźwiedź” przed wejściem na Bazar Różyckiego przy ulicy Targowej w Warszawie;
fot. Jan Kosidowski, niepublikowana fotografia z serii do fotoreportażu „Między wsią a stolicą…”;
„Świat”, nr 15, 14.04.1957 r.; Muzeum Narodowe

Gra w trzy karty – "benkiel"
rys. Jerzy Zaruba;
rok 1957;
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Handlarz zegarkami
rys. Jerzy Zaruba
rok 1957
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Kontrola MO. Bazar pustoszeje. 1957 rok.
źródło: fotos z Polskiej Kroniki Filmowej (Archiwum WFDiF)

Słynny barman Walenty Kędziorek (Józio z „Zakąski”) z koleżanką – po fajrancie
źródło: Wiesław Wiernicki „Wspomnienia o warszawskich knajpach”, s. 122

W „Oazie”, tak jak i w wielu innych restauracjach, dyżurowali ubowcy w mundurach wojskowych i tajniacy po cywilnemu. Nasłuchiwali rozmawiających. Zdarzały się przypadki aresztowań. Aresztowano kiedyś tańczącą parę.

Wśród gości „Oazy” można było spotkać przedwojennych sportowców, którzy mimo iż początkowo pili niewiele, mieli jednak powoli coraz to większe zamiłowanie do alkoholu, aż wreszcie niektórzy stawali się ofiarami nałogu. Stałym klientem „Oazy” był Antoni Kolczyński. Asystował mu najczęściej były bramkarz piłkarski – Rudnicki. Kolczyńskiego i innych znanych sportowców rozpijali goście, biorący sobie za punkt honoru spełnienie toastu ze znanym człowiekiem, w tym wypadku z popularnym polskim bokserem. Niektórzy klienci chcieli użyć „Kolki” do załatwienia osobistych porachunków, na co on się nie godził, nawet za obiecywane spore pieniądze. „Knajpa to nie ring. Ja tu jestem gościem, nie bokserem.” Wyjątek robił czasem dla właścicieli, ulegając ich prośbom usunięcia kogoś bardzo niesfornego z lokalu, za co był zresztą wynagradzany. Najczęściej jednak takie usunięcie polegało na perswazji, gdyż każdy wiedział, że z „Kolką” nie warto zaczynać, a poza tym nie wypada. Kolczyński wrócił jednak niebawem do prawdziwego boksu, porzucając igraszki knajpiarskie. Jeszcze zdobył w kilku następnych latach tytuły mistrza Polski w kategorii średniej, ale w jakimś momencie znowu się załamał i rozpoczął wędrówkę po swych ulubionych lokalach gastronomicznych, będąc jednak znowu najczęstszym gościem „Oazy”. Oderwał się zupełnie od sportu, w towarzystwie Rudnickiego można było go spotkać nie tylko w lepszych lokalach, ale i zwykłych, praskich mordowniach. U schyłku swego życia stale przesiadywał w knajpie przy Ząbkowskiej 3 – barze „Pod Trójką”, a także u Wincentego Andruszkiewicza w słynnym „Schronie u Marynarza”.

Wejście do pierwszej knajpy w wyzwolonej Warszawie – Oaza
rys. Jerzy Zaruba
rok 1946
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Alfred Lubecki – pianista z Oazy
rys. Jerzy Zaruba
źródło: Aneta Bukowska/Galeria Stara Praga

Wincenty Andruszkiewicz przed swoją restauracją na ul. Brzeskiej

źródło: ze zbiorów rodzinnych Jacka Andruszkiewicza

Fragment Polskiej Kroniki Filmowej nr 15/1948 o "Schronie u Marynarza" i Wincentym Andruszkiewiczu

Żona Wincentego Andruszkiewicza; źródło: ze zbiorów rodzinnych Jacka Andruszkiewicza

Ul. Ząbkowska 36. Balkon mieszkania, w którym mieszkał Wincenty Andruszkiewicz; czerwiec 2013 r.; fot. Maciej Łopuszyński

Żeton kelnerski o nominale 50 zł. Tego typu przebitki wykonywano z monet wycofanych z obiegu. W tym przypadku ze srebrnej monety z okresu międzywojennego tzw. “Głowy kobiety” o nominale 5 zł. Na żetonie zachowano oryginalny awers. Żetony z baru Andruszkiewicza należą do jednych z ostatnich tego typu przebitek.

zob. Bogusław Sikorski, Monety zastępcze i żetony z zaborów rosyjskiego i austriackiego, Piła 2000

60 lat Sekcji Gastronomików m.st. Warszawy. Pośrodku marynarz
W. Andruszkiewicz
źródło: Wiesław Wiernicki, „Wspomnienia o warszawskich knajpach”, s. 113

Zebranie ZBOWID-u z udziałem Wincentego Andruszkiewicza

źródło: zbiory rodzinne Jacka Andruszkiewicza

Wincenty Andruszkiewicz, lata 60.

źródło: zbiory rodzinne Jacka Andruszkiewicza

Bazar Różyckiego, rys. Jerzy Miller, ok. 1953, akwaforta,

źródło: Mariusz Cichomski, w: Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński, Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, fotowkładka

„O landszaftach i reprodukcjach” - artykuł Beaty Sowińskiej
Stolica”, nr 37, 11.11.1955, s. 10

Ludzie oglądający oleodruki wystawione na sprzedaż; 1955 r.

fot. Zbyszko Siemaszko, NAC

Bazar Różyckiego; 1955; rys. Sergiusz Grudkowski; materiały autora

Bazar Różyckiego; 1953; rys. Sergiusz Grudkowski; materiały autora

Bazar Różyckiego; 1955;
rys. Sergiusz Grudkowski; materiały autora

Rudy Leon i Józio z Bazaru Różyckiego; 1958; rys. Sergiusz Grudkowski; materiały autora

Bażand z Wileńskiej; rys. Sergiusz Grudkowski;
źródło: materiały autora

Barbara Borysiuk; lata 50.; zbiory rodzinne Barbary Borysiuk

Targowa przed wejściem na bazar, rok 1958;
fot. Zbyszko Siemaszko, NAC

Fantazjo warszawskiej Pragi,

masz asyryjskie rogi

i jedną nogę

     czerwono

           lakierowaną.

O bazar! bazar! bazar!

O baran! baran! baran!

To jego profil

    - jaki z lewej ręki –

i jego baranica piękna –

ach! dwa profile Nefretet

z liworyzacją tête à tête.

    Cztery czerwone kropki uszu,

    Babilony

    trefione w srebra z tłuczonego lusterka

    i czerwone chorągiewki,

    kożuchów złote Homery,

    lazurowe cokoły.

A dalej: barany

      w koronkach brabanckich

            i barany z Bizancjum

i barany w koronach oryniackich…

Jaki zwrotnik?

      „Wiek który? - - Czas który?”

Magie – religie – rytuały.

A to wszystko z jaskiń

                pod miastem,

nieustanne Mentony gminne,

a to

    nieprzerwane dylu-dylu

   dyluwium

         peryferyjne 

Miron Białoszewski

poeta

Rozprawa o stolikowych baranach, w : Ryszard Matuszewski, Wiersze polskich poetów współczesnych – wybór, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1980, s. 199-200

Bazar Różyckiego - lata 50.; publikacja towarzysząca seminarium „Twarze Różyca. Historia i przyszłość bazaru”, zbiory Muzeum Warszawy

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki 1994, s. 119-126, 130

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, Wydawca Wiesław Wiernicki 1994, s. 134

Nawiasem mówiąc pierwszy bazar działał już od 14 września 1944 r. na placu Szembeka, następnie (w połowie października) przeniesiony został na ulicę Zamieniecką, gdzie działa do dziś; zaś osławiony Bazar Różyckiego rozpoczął działalność pod koniec listopada 1944, i to z inicjatywy Starostwa Grodzkiego, w porozumieniu z wydziałem handlu Zarządu Miejskiego, ściśle z jego kierownikiem, Wiliamem Ramusem.

Około 15 października odbyło się uroczyste poświęcenie bazaru przy ulicy Zamienieckiej (późniejsze „Ciuchy”). Bazar święcił p.o. proboszcza ks. Kitliński. Na pamiątkowym zdjęciu widać obok księdza w liturgicznych szatach: sekretarza PPR, przewodniczącego dzielnicy PPS, komendanta wojennego radzieckiego i polskiego i kilku innych działaczy, znanych ze swojego świeckiego światopoglądu.

Roman W. Kołodziejczyk

redaktor, wicestarosta Pragi tuż po
II wojnie światowej

„Praga 1944 roku”,  „Stolica” nr 37, 14.09.1986, s. 4-5

Trzeci dzień po wyzwoleniu Warszawy przyszłam i na rogu Marszałkowskiej i Alej stragan pierwsza postawiłam. Tam najwięcej ludzi się kręciło. Tuż po wojnie zbierały się tu furmanki, które rozwoziły towar w różne strony Warszawy, to było świetne miejsce do handlowania. Z początku kładłam mięso na kartonie, gazetach, potem zbiłam skrzynkę z paru desek. Handlowałam czym się dało, nie tylko mięsem, ale i karbidem. Paliło się wtedy lampki karbidowe. Bo dużo ludzi nie miało jeszcze prądu. Chodziłam po lodzie na Pragie. A za pół roku to już u Leżańskiej na Marszałkowskiej zaczął Fogg śpiewać, już czekoladę gorącą się piło. Na Marszałkowskiej to już sklepy Świstak miał, Wołczyński z materiałami, a to już Grand Hotel zaczął funkcjonować. Tu się spojrzało – już rura wystawiona z gruzów i dymi - już ludzie mieszkają. W końcu 1947 roku kupiliśmy z mamą budkę na Bazarze Różyckiego.

Dowiedz się więcej

W latach, kiedy wrzesień był jeszcze Miesiącem Odbudowy Warszawy, a zwyczajnie po prostu Miesiącem Warszawy, Redakcja Humoru i Satyry Polskiego Radia, podobnie jak i inne redakcje, obficie nasycała program akcentami warszawskimi. Przodowali tu jako autorzy, pisujący przeważnie wspólnie, Ziemowit Kuniński i Jerzy Medyński. Obydwu już nie ma wśród nas, Kuniński odszedł w czerwcu 1981 roku, a Medyński w styczniu bieżącego, 1986 roku.  
 


Jerzy Medyński, fot. „Stolica”,
nr 38, 21.09.1986,  str. 24

 

Jurek Medyński poświęcał w swojej twórczości warszawskiej najwięcej miejsca stołecznemu folklorowi, „warszawskim rodakom”, a i co sympatyczniejszym cwaniakom. jak np. fryzjer „pan Feliks” stworzony przez Medyńskiego komentator aktualności w audycjach „Radio-Kabaretu”.

Szczególną życzliwością cieszyła się w utworach Jurka jego rodzima Praga na której się urodził i gdzie życia dokonał na tej samej ulicy Stalowej pod numerem 12.

Zawsze też bronił imienia swojej dzielnicy sławił je i przypominał fakty wzbogacające historyczną chwałę Pragi! I on to właśnie już w którymś z pierwszych wrześniowych Miesięcy Warszawy napisał piosenkę (z muzyką Jerzego Wasowskiego) „Kłaniaj się Pradze". Piosenka przypominała wiele ważnych faktów z tamtego pierwszego, jeszcze praskiego okresu, życia stolicy:

Zenon Wiktorczyk

aktor radiowiec

Praski radiowiec, „Stolica”, nr 38, 21.09.1986,
str. 24

Dowiedz się więcej

Piosenka „Warszawo, ty moja Warszawo” w wykonaniu orkiestry podwórkowej

audycja „Muzykanci dnia powszedniego”
z 1962 roku, archiwum PR

Marek Miller

reporter

Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym została powołana w grudniu 1945 r. W ramach „bitwy o handel” miała za zadanie zniszczenie prywatnego handlu i przedsiębiorczości, a od 1947 r. również zwalczanie drożyzny i nadmiernych zysków. Komisje działające w trzyosobowych kompletach miały prawo orzekać przepadek mienia, karę grzywny w wysokości do 5 mln zł (średnia płaca w 1949 r. to 15 875) oraz karę obozu pracy w wymiarze do dwóch lat. Oskarżeni nie mieli prawa obrony. Wystarczył brak ceny jakiegoś produktu lub cena wyższa od ceny ustalonej przez państwo, żeby komisja skonfiskowała towar lub wysłała handlującego do obozu.

Dowiedz się więcej

Dowiedz się więcej

Obozy pracy przymusowej powstały w 1946 r. W gestii Komisji Specjalnej był obóz poprawczy w Mielęcinie koło Włocławka, jeden z obozów w Jaworznie i w Chrustach. Ich regulamin zapożyczono ze Związku Radzieckiego. Pod względem warunków oraz systemu kar i represji obozy pracy niewiele się różniły od hitlerowskich obozów koncentracyjnych.

Marek Miller

reporter

Dowiedz się więcej

Na praskim placyku pokrytym kolorowymi szmatami tłoczą się żony komunistycznych dygnitarzy, słynni architekci na usługach rządu, poeci opiewający jeszcze wczoraj Stalina i muzycy wymieniający tysiące złotych z nagród za rewolucyjne kantaty na parę blue jeans wprost od Macy’s z Nowego Jorku.

Rzecz jasna, że „ciuchy” są źle widziane i mogą stanowić ruinę kariery, toteż do pracy chodzi się w zetempowskiej koszuli i waciaku, a dopiero wieczorem, w „Kameralnej”, welwetowa marynarka i krawat swing.

Właśnie młodzież jest najżarliwiej „ciuchowa”, skarpetki w kolorowe paski są wśród niej manifestem i uniformem. O takie skarpetki toczą się heroiczne boje z komunistyczną szkołą, z komunistycznymi organizacjami młodzieżowymi, z systemem. Już przed paru laty skarpetki stały się zarzewiem świętej wojny o prawo do własnego smaku, jaką młodzież polska stoczyła z reżymem i którą wygrała. Były to zmagania o sylwetkę znaną na Zachodzie jako jitterbug albo zazou – wąziutkie spodnie, spiętrzona fryzura, tzw. plereza, buty na fantastycznie grubej gumie, tzw. słoninie, kolorowe, bardzo widoczne spod krótkich nogawek skarpety, straszliwie wysoki kołnierzyk koszuli. W Warszawie nazywano chłopców tak ustylizowanych „bikiniarzami”, w Krakowie „dżollerami”. „Bikiniarz” pochodził od krawatów, na których wyobrażony był wybuch bomby atomowej na atolu Bikini w 1946 roku.

Istnieje w Europie specjalna kategoria bazarów o tradycjach bogatych i problematyce skomplikowanej. Są to place ze starzyzną. Europa jest ich pełna, każda bowiem wartościowa cywilizacja zawiera w sobie kult rzeczy starych, którego pojąć nie mogą cywilizacje młode i prymitywne. Takie bazary ze starzyzną nazywają się rozmaicie w różnych miejscach: w Paryżu – marché aux puces, w Rosji – tołkuczka, a w Krakowie tandeta, łączy je zaś malowniczość. Oczywiście jest to malowniczość bardzo wyjątkowego gatunku, dostępna przede wszystkim naturom poetyckim i duchom pełnym wyobraźni, abstrahując od tego, czy dusze takie zamieszkują ciała artystów, czy też drobnych urzędników, sprzedawców mięsa czy śpiewaków, albowiem wiadome jest, że spiritus flat ubi vult.

W Warszawie taki bazar ze starzyzną nosi nazwę ciuchów i stanowi unikat wśród swych odpowiedników z innych miast Europy. Jest jak gdyby groteskowym paradoksem, przewrotnym żartem, wesołym dziwolągiem, albowiem stanowi – uwaga! – kuźnię mody! […]

Niewielki, niechlujny, pełen kurzu i błota placyk na Pradze, pomiędzy kostropatymi murami dwóch ponurych czynszówek, zmienia się w pogodne wiosenne przedpołudnie w feerię kolorów, w festyn barwnych materii, w eldorado tkanin i kroju, w niezgłębioną akademię targów i okrzyków, zachęt i wyjaśnień, sprzeczek i zachwytów. Wiem, że rozsądne skądinąd młode kobiety, o których żywotności uczuciowej dane mi było przekonać się, przeobrażają się w jednokomórkowe pierwotniaki, wkraczając w zaklęty krąg obwieszonych łachami straganów lub sunąc wzdłuż rzędów rozciągniętych na ziemi sukien i bielizny: tak przeobrażone nie są w stanie odpowiadać na pytania ani nie reagują prawidłowo, według opisów gatunku Homo sapiens: jedynym przejawem bytowania tych ameb stają się wtedy ceglaste wypieki na policzkach, nieprzytomny wzrok i chrypiący jęk na widok cyklamenowego sweterka z mięciutkiej wełenki.

 

Wchodziło się na ciuchy bramą od strony Ząbkowskiej. […] Wprost z ciasnego chodnika ulicy wchodziło się w długi pasaż pomiędzy girlandami z sukiennych bamboszy. Jak zawsze, tak i tym razem potknęła się o żelazny zawór od bramy, wbity między kocie łby wejścia, z trudem odzyskała równowagę na twardym, wyboistym bruku i od razu skręciła w prawo, co znamionowało starą bywalczynię ciuchów. Ciągnęła się tu długa i wąska uliczka pomiędzy kramami, budami, straganami. Z prawej strony wisiała gotowa twórczość chałupniczych krawców: ciemne, źle skrojone garnitury, spodnie, bryczesy, jesionki, płaszcze. Przed obwieszonymi odzieżą hakami i wieszadłami przystawali młodzieńcy w cyklistówkach, o czerstwych, zdradzających całodzienny kontakt z przyrodą obliczach; sztywnymi od pługa i wideł palcami dotykali i miętosili tandetne tkaniny, udając znawców. – Chodź tu, to cię ubiorę na wesele! Ty, gospodarz, przesuń się, to cię tak wyszykuję, że cię narzeczona nie pozna… - wołali do nich tędzy, barczyści sprzedawcy o rozbieganych oczach w czerwonych twarzach, odziani w wysokie glansowane buty i oficerskie, kamgarnowe bryczesy. Po lewej stronie stały rzędem kryte grubo czarną papą budy z ciuchami, obwieszone teraz na wiosnę lekkimi marynarkami z tropiku lub gabardyny, cienkimi, popelinowymi wiatrówkami i spodniami z drelichu lub sztruksu. Z ciemnej głębi bud, spoza nawarstwionych parawanów łachów błyszczały czujne oczy sprzedawczyń i dochodziła woń czosnku i kiełbasy z kapustą na gorąco.

12 marca

Byłem z Tadeuszem Mirkowskim na ciuchach. Mirkoszczak, dziecko Czerniakowa, uroda ucywilizowanego drapieżnika, siła tygrysa, pieścidełko kobiet nie odpornych na białe zęby i czarne włosy w plerezę, jest nieocenioną pomocą na targowiskach.

Rozglądałem się za marynarką, bo już nie mam w czym chodzić. Znaleźliśmy coś i ciuchara chciała 550 złotych, cenę poważną. Tadeusz interweniował skutecznie. „Niech ja skonam… - założył mowę, przecierając oczy – albo ja wzrok tracę, albo ta jedna ćwiartka tak mnie ścięła, ale ten rękaw ma inny kolor… Prawy jaśniejszy, lewy ciemniejszy, niech moich dzieci więcej nie zobaczę…- co było zaklęciem ryzykownym, gdyż Mirkowski ma dwoje dzieci i jest do nich bardziej przywiązany niż do kolejnych matek. – Jak pragnę wolności, przecież kropla wódki mi dotąd źrenic nie zabierała. No, powiedz sam – przytykał dla porównania dwa identycznej barwy rękawy – nic tylko inny kolor…” „Mamo – apelowałem do ciuchary – żona kazała mi kupić mleko w proszku dla dziecka. Maleńki Jerzyk kwili w domu ‘Tato, jeść’, a ja tu z mamą marynarę handluję… Jak dam trzy z połówą, to nie starczy na mleko…” „Ty śmieciarzu! – zgrzytał Tadeusz odbierając podanie – Jerzyk, kruszynka, zanosi się od łez, a ty chcesz tej pani za ten łach dać czwórkę?... Zupełnie bez sumienia!” wskazywał na mnie, przyzywając na świadków kibiców, których nigdy nie brak na targu. „Nie chcę! – wołałem rozdzierająco. – To ta pani bez serca chce!” Ciuchara rozkrzyczała się: „Ja? Żebym obiadu nie doczekała, jak oddam wam ją nawet za cztery i pół!...” Po czym zmitygowała się nieoczekiwanie, zmięła marynarkę jak szmatę, cisnęła nią we mnie i powiedziała spokojnie: „Daj pan cztery stówy, niech ja stracę, żeby tylko zrobić początek…” Otrzymawszy pieniądze rozpogodziła się natychmiast i pożegnała nas z nieoczekiwaną serdecznością, co wzbudziło podejrzenie, że jeszcze pięćdziesiątaka można było zheblować. „Skąd ci przyszedł ten Jerzyk do głowy? – denerwował się Tadeusz. – Byłem zupełnie nie przygotowany na to imię.” „Frajer jesteś – martwiłem się – numer z rękawami był dobry, ale za wcześnie wskoczyłeś na czwórkę. Oddałaby za trzy i pół.” „Idź, chamku – obruszył się Mikroszczak – myślałem, że stara zaprawi cię czymś po głowie jak zaproponowałeś trzy i pół. Już nie przesadzaj, marynareczka w dechę, diagonal…”

 

Leopold Tyrmand

pisarz

Dziennik 1954, 25 stycznia 1954,
RES PUBLICA, Warszawa 1989, str. 138-141

Dlaczego Cyganie wróżą?

Audycja „Cyganie” Alicji Maciejowskiej z 1959 roku; archiwum PR

Jarema Stępowski na Bazarze Różyckiego

fragment programu TVP2

Sprzedawca z Bazaru Różyckiego reklamuje maść na odciski

audycja „Targowisko rozmaitości”
Mariana Bekajły i Macieja Szczepańskiego z 1959 roku, Archiwum PR

Dowiedz się więcej

Wiesław Wiernicki

pisarz, dramaturg, publicysta i felietonista

Wspomnienia o warszawskich knajpach, str. 152

Władze komunistyczne dokonały zamachu na prywatne apteki, restauracje, a nawet sklepy spożywcze, będące

w rękach prywatnych często od pokoleń.

Domiarami stworzono sztuczne zadłużenie prywatnych interesów wobec urzędów skarbowych lub bezpośrednio dokonano likwidacji na podstawie dekretów. Nie było wyjścia. Uniemożliwiano w ten sposób nie tylko odnowienie, odbudowę znakomitej warszawskiej gastronomii, ale zlikwidowano tę, która powstała na zgliszczach zburzonej Warszawy. Sprzęt i urządzenia knajp szacowano i sprzedawano za grosze na publicznych licytacjach. Coraz częściej zaczęły się ukazywać w gazetach, w roku 1950, obwieszczenia o licytacji. W jednym z dzienników tylko jednego dnia podano kilkanaście takich obwieszczeń. Właścicielom zabierano lokale, które były ich własnością, albo też zostały przez nich wyremontowane. Niektórzy z nich, ogarnięci rozpaczą, ciężko odchorowali grabież, a nawet na skutek tych zmartwień przedwcześnie zeszli z tego świata. Ci, którym wiek nie dawał możliwości podjęcia pracy, żyli później w skrajnej nędzy. Zaczęła zanikać atmosfera prywatnych knajp. Rozbite zostały grupy stałych bywalców, smakoszów, ludzi sobie bliskich, znających się.

Marek Nowakowski o farmazonistach m.in. Witku Ratuszu

audycja „Marek Nowakowski. Pisarz, jego pasje i fascynacje” Elżbiety Łukomskiej
z 2005 roku, archiwum PR

Piosenka „Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka”
wyk. Stanisław Grzesiuk,
nagranie z 1962 roku, archiwum PR

Fragment filmu „Sprawa do załatwienia”  z 1953 roku.
Bokser Fronczak (Adolf Dymsza) walczy z Antonim Kolczyńskim

Dowiedz się więcej

Do warsztatów w każdej chwili mogła wpaść kontrola z Urzędu Skarbowego, a tu pracuje pięć lub sześć osób zamiast jednej zgłoszonej. Żyłyśmy w ustawicznym strachu. Wymyśliłyśmy system ostrzegawczy. Na drzwiach przy nazwisku napisałyśmy „Proszę dzwonić dwa razy”, a wszystkim znajomym powiedziałyśmy, że mają dzwonić trzy razy. Na dźwięk dwukrotnego dzwonka wszyscy zeskakiwali z warsztatów i od kołowrotków, zasiadali wokół stołu, jak gdyby przyszli „towarzysko”. Wyglądało to pewnie naiwnie, bo i tak nie sposób było usunąć wełnę porozwieszaną wszędzie.

Musiałam płacić podatki. Nigdy nie wiedziałam, jak one są obliczane. Każda wyprawa do Urzędu Skarbowego stawała się dla mnie przerażająca. Złośliwi i niekompetentni urzędnicy, obskurny lokal.

Do dziś pamiętam przejmujące wydarzenie. Stałam w kolejce w ciemnym korytarzu urzędu i nagle stojący przede mną mężczyzna przewrócił się, zmarł na miejscu. Powód - wielkie nerwy i strach przed ewentualnymi szykanami, domiarami.

Dodatkową trudność stanowiło to, że nasze wyroby szły rzeczywiście jak woda, ale tylko w sezonie. A ja musiałam opłacić pracowników i utrzymać większość rodziny przez cały rok Skutek był taki, że co chwila tonęłam w długach. Równocześnie żyłam w ciągłym strachu, że mnie złapią na nielegalnych działaniach, a wtedy groziło mi więzienie. Prowadzenie interesu wiązało się z ciągłym zagrożeniem. Ze strachu  nie spałam po nocach. Nie kradnąc, ale popierając złodziejstwo, mogłam utrzymać tę część rodziny, która tylko ode mnie zależała. Cały ustrój stał na złodziejstwie. Żadna prywatna inicjatywa nie mogła istnieć na legalnych surowcach, bo ich nie było. Ale, tymczasem, ten ustrój był przez nas uważany za następną okupację. Chodziło więc tylko o to, by nie dać się złapać. A pod koniec lat czterdziestych było coraz niebezpieczniej.

Janina Przewłocka-Okęcka

kupcowa

Marek Nowakowski o języku przedmieść
 

audycja „Marek Nowakowski. Pisarz, jego pasje i fascynacje” Elżbiety Łukomskiej
z 2005 roku, archiwum PR

Dowiedz się więcej

Kiedy w 1946 roku Józef Bednarski powrócił z wojska, żona pana Józefa, Stanisława, starała się w czasie nieobecności męża utrzymać na jakim takim poziomie knajpę przy ulicy Brzeskiej. Wyposażenie restauracji było już mocno podniszczone. Potrzebna była gotówka na renowację mebli, zakup towaru, na pierwsze pensje dla pracowników i w końcu jakieś grosze na życie. Bednarski zaczął się rozglądać za wspólnikiem, widząc, że sam sobie nie da rady.

Po przyjęciu w 1946 roku do spółki, ze sporym wkładem finansowym decydującym o przyszłości restauracji, pana Wincentego Andruszkiewicza, po zmodernizowaniu knajpy, zakupieniu dobrego i atrakcyjnego towaru, a także dzięki mądrej reklamie, knajpa poszła na całego. Nadano jej nazwę – „Schron u Marynarza”. Goście walili drzwiami i oknami.

„Targowisko próżności, czy dowód ubóstwa?” - artykuł Tadeusza Kura, „Stolica”, nr 17, 28 kwietnia 1957, s. 12-13

„Sezon drobiu” - artykuł pisany pod inicjałami MS, “Stolica”, nr 46, 15 listopada 1957 s. 12-13

„Praga Śródmieście”- fragment artykułu S. T. Gebethnera, „Stolica”, nr 46, 11 listopada 1956, s. 8-9

kliknij, aby powiększyć

Ul. Targowa, widok od rogu ul. Białostockiej w kierunku południowym, 1950 r.
fot. A. Gąsiewicz, archiwum "Stolicy", Muzeum Warszawy

Ruiny Starego Miasta z widokiem na Pragę, 1945 r. 
fot. Leonard Sempoliński, zbiory IS PAN

Notka prasowa, "Życie Warszawy", 22.12.1944 r.

Zestaw monet baru  Schron u Marynarza:
20 złotych wygrawerowane na monecie 2 złote,
50 złotych wygrawerowane na monecie 5 złotych,
100 złotych wygrawerowane na monecie 10 złotych

źródło: Warszawskie Towarzystwo Numizmatyczne

Kontakt