Na bazarze Różyckiego zacząłem pracować w latach dziewięćdziesiątych. Ciągle handel kwitł, bo po przemianach roku 89., to jednak towarów jeszcze tak dużo w sklepach nie leżało.

Pan Zdzierski

kupiec

„Ta dzielnica nazywa się Praga”

tekst: Henryk Rejmer
muzyka: melodia tradycyjna

Robert Dłużniewski

Praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Beata Malisz

Praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Pan Marek

kupiec

Pan Marek

kupiec

Historyk 

Beata Krupa

Laboratorium Reportażu

Rzucam w pracy hasło „bazar Różyckiego”. Wszyscy podnoszą oczy znad komputerów i nagle się ożywiają. „Kupiłam tam buty do ślubu”, „znalazłem tam pierwszą kasetę Eminema”, „zawsze się targowałem z tymi handlarzami” – przekrzykują się nawzajem. Kiedy milkną, odzywa się jeden z naszych zazwyczaj najgłośniejszych kolegów „Niedaleko bazaru ukradłem kiedyś samochód”.

Miałem 13 lat, jak ostatni raz widziałem ojca. Rozwiódł się z matką i zwiał. Mieszka gdzieś pod Wrocławiem. To on mnie pierwszy zaprowadził na Bazar. Pamiętam, że opowiadał, jak żołnierze radzieccy wynosili z jednostek broń i sprzedawali nielegalnie „na Różycu”. Zapamiętałem to – skoro da się tam opchnąć spluwę, to bez problemów sprzedam wszystko, co tylko chcę – kombinowałem. Moja matka nie miała łatwo. Pracowała jako sprzątaczka i musiała sama utrzymywać dwóch synów. Ojciec oczywiście nie poczuwał się do płacenia czegokolwiek. A ja nie byłem aniołkiem. Roznosiło mnie. Tłukłem gówniarzy, zabierałem ich drobne z portfela, a później wydawałem na jakieś totalne głupoty. No i chodziłem często na wagary. Jak nie mieliśmy co robić, to szliśmy na bazar Różyckiego i zaczepialiśmy ludzi. Kradliśmy cukierki z wystaw i takie tam głupie pomysły. Policja nas spisała kilka razy, ale poza tym uważali nas za nieszkodliwych łepków. Ale ja ciągle kasy nie miałem. I myślałem, skąd ją wziąć. Podbierałem drobne z portfela dzieciaków, może i starczało na bułkę w sklepiku, ale ja przecież miałem większe ambicje. No to próbowałem różnych rzeczy. Jak ktoś coś większego wywalił na śmietnik w naszej kamienicy, to zanosiłem na bazar.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. Młody byłem, długo szukałem pracy i tak się w końcu potoczyło, że zająłem się rozprowadzaniem niemieckich gum do żucia. Nazywały się Maoam. Któregoś dnia razem z kumplem trafiliśmy na bazar. Trochę pokrążyliśmy i w końcu zauważyliśmy małe stoisko ze słodyczami. Prowadziła je para staruszków. I pytamy, czy nie chcieliby kupić od nas trochę gum. „Ile macie?” – pytają. Mówimy, że prawie całą ciężarówkę. „Po ile?” Mówimy, że tanio. „Bierzemy wszystko” – mówi kobieta. Zdziwiliśmy się, bo stoisko nieduże, ale – jak to się mówi – klient nasz pan. Poprosili, żeby przywieść im to wszystko do mieszkania. No to pojechaliśmy. Zaprowadzili nas przez bramę na obskurne podwórko. Baliśmy się, że nas koś napadnie i okradnie. To był Grochów, okolica nieciekawa. Zaprowadzili nas na górę, pokazali swoje mieszkanie i poprosili, żeby przynieść towar. Wtedy nam zapłacili. Gotówką. Pamiętam, że dużo jej było. Kiedy wnieśliśmy ostatni karton, to zaprosili nas na herbatę. Kobieta wyjęła z lodówki sernik. Pytali nas jak żyjemy i co robimy. Bardzo sympatyczni ludzie. My też chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o nich, ale nie bardzo chcieli mówić. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że może mieli jakąś trudną przeszłość, że los skierował ich na bazar i nie chcą o tym mówić. Wtedy kobieta zapytała męża „To co? Pokażemy im?” On, nic nie mówiąc, wstał od stołu i otworzył dużą, drewnianą, starą szafę. I stanął dumny przodem do nas. „Czasem otwieramy szafę, patrzymy i zastanawiamy się, co moglibyśmy z tym zrobić. Ale tylko się zastanawiamy. To wszystko co mamy”. Na każdej półce stały słoiki różnych rozmiarów. W słoikach banknoty. Mnóstwo banknotów.

Znalazłem się na bazarze bo tu były pieniądze. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych czułem, że jestem na fali. Miałem 22 lata. Początkowo próbowałem handlować ciuchami. Rynek pozostał chłonny. Miałem dwukrotne przebicie ceny. To były moje najlepsze lata. Jak tu nie szło, to jeździłem jesienią na słynne cebule (tulipany, lilie) do Holandii. W Norwegii zbierałem truskawki. Najmniej płacili w Izraelu. W dziewięćdziesiątym drugim roku zarabiałem 11 guldenów dziennie. W miesiąc tu bym tyle nie zarobił. Wyjeżdżałem w sezonie, a od stycznia wracałem na bazar. Tu poznałem moją drugą żonę. Dzięki bazarowi siedziałem też dwa lata. Teraz bym nie dostał tyle. Na początku coś się kupiło, coś się sprzedało. Parę sygnetów, pierścionki. Żyłem przekonany, że zaraz to sprzedam. Zdawałem sobie sprawę, że mogą pochodzić z kradzieży i wpadłem. Pani sędzia, jak wydawała wyrok dwa lata z art. 215 (paserka), to powiedziała, że mnie skazuje za włamanie. Wierzyła, że to ja ukradłem. Po pół roku złapali złodzieja, ale mnie już nie wypuścili. Miałem wtedy 25 lat. Miałem niefart. Po pół roku nastąpiła amnestia, to się ucieszyłem, że pewnie wyjdę. Ale nie – odsiedziałem swoje od deski do deski.

Ta dzielnica kojarzy się źle.

Ta dzielnica z bezprawia w krąg słynie,

Tu niejeden na złą drogę zszedł.

Na Różycu się wszystko zaczęło,

W benkla uczył szulerki mnie brat,

Potem wyrok i w kiciu z przytupem pięć lat,

Ciasna cela, prycza i bat.

 

I tak tu jest od lat,

Tu przez kraty się patrzy na świat

I wolno płynie czas,

Ten, co siedział, ten wie co i jak.

 

Tu pod celą ferajna szpanuje,

Każdy złodziej gangsterem być chce.

Do Perszinga na staż się szykuje

Rudy Felek stryjka szwagra zięć.

Mnie w tym bajzlu z kretesem obrzydło,

Podłe żarcie, klawisze i psy,

Blinda w lipie, grypsera i cały ten szyk,

Gites wzorki i knajacki szyk.

 

 I tak tu jest od lat,

Tu przez kraty się patrzy na świat,

 I wolno płynie czas,

Ten, co siedział, ten wie co i jak.

 

Przed świętami rakietę dostałem,

Smalec, fajki, kiełbasę i dżem,

A nad listem od matki płakałem,

Ojciec chory i czuje się źle.

Pozostało mi jeszcze dwa lata,

Ma dziewczyna z kimś innym już jest,

Gryps dostałem z wolności, brat pisze mi że,

To jest frajer, farmazon i leszcz.

 

To chyba jakiś żart,

Ma dziewczyna z ferajny jest wszak.

Czy ze mną w pchełki gra?

Tego ścierpieć się nie da, ot tak.

 

Co z tym fantem ja teraz mam zrobić,

Niech się zajmie tą sprawą mój brat.

Trza frajera ciupasem odprawić,

Trza mu zrobić facjatę na glanc.

Brat frajera fajkami częstuje,

Pyta grzecznie, wyjaśnia w czym rzecz,

Gdy ten kluczy, kugluje i odgraża się,

Brat go wali gazrurką przez łeb.

 

I tak tu jest od lat,

Tu o szczęście z fantazją się gra.

Tu każdy wie kto zacz,

A ferajna zasady swe ma.

 

Ma dziewczyna frajera pognała,

Zrozumiała że nygus, że leszcz,

W skrusze grypsy do kicia mi słała,

Lecz mój honor to święta jest rzecz.

Po miesiącu ja z tonu spuściłem,

Bo me serce to przecież nie lód.

Będzie czekać, warunek mam pewny jak z nut,

Wcześniej wyjdę i bierzemy ślub.

 

I tak tu jest od lat,

Tu o szczęście z fantazją się gra,

Tu każdy wie kto zacz,

A ferajna zasady swe ma.

Ludzi na bazarze znałem może z czterystu. Dużo więcej mnie znało. Wiedziałem, z którym z nich co można załatwić. Nie chciałem wiedzieć o ich nazwiskach. Imiona wyleciały mi z pamięci, a gdyby nawet nie, to nie wiadomo, czy by sobie życzyli zostać personalnie wspomniani, no i czy ja bym chciał, by mnie z niektórymi znanymi kojarzyć. Wycofałem się z bazaru w 1991 r. Czas pokazał, że ludzie poszli różnymi drogami. Dziwnie wielu, zamiast spożytkować zarobione pieniądze, podłożyło się lepszym od siebie cwaniakom. Oddawali je kasynom gry. Już wówczas bazar tracił swój koloryt. Nieraz wcześniej myślałem sobie, jakież to wyjątkowe stanowisko pracy dał mi los. Kilkanaście lat bez szefów, w atmosferze absolutnej niezależności, swobody, akceptacji i sukcesu. Szczerze – niemniej gdzieś pod skórą miałem też dość. Podobnych dni, tych samych widoków, podobnych tras…

Do Ruskich uwielbiałam chodzić, bo praktycznie zawsze mieli jakieś zabawki i przedmioty, które bardzo mnie fascynowały. Co najważniejsze, nie kosztowały dużo, więc często udawało mi się na nie naciągnąć rodziców. Lubiłam się targować. Dopiero kiedy poszłam do szkoły, to zrozumiałam, dlaczego to moje targowanie wszystkich bawiło. Targowałam się, używając jednego znanego mi słowa - "skolko?". Niezależnie od odpowiedzi, pytałam zawsze w ten sam sposób, po kilka razy o jedną rzecz. Jeśli tylko miałam żądaną kwotę, z zadowoleniem wręczałam banknoty. Jeżeli nie miałam, albo rodzice nie aprobowali zakupu, odchodziłam z płaczem. Czasem wzruszałam handlarzy na tyle, że oddawali wybrany towar za bezcen, a nawet za darmo. Od bazarowych Ruskich miałam na przykład bombki choinkowe - różowego misia, kolorową babę i różową panią w futrze. Miałam też papiery kolorowe i plastelinę. Używałam ich do robienia dziecięcych makiet. Do niczego innego się nie nadawały, bo były bure (czyli, jak to się obecnie nazywa, w kolorach ziemi). Żywsze kolory miały kanciaste kredki świecowe, o których zakup dość długo prosiłam. Za to nożyczki z czerwonym uchwytem i plastikową osłonką "upiększoną" buźkami chłopca i dziewczynki, trzymających transparent, służyły mi świetnie. Podobnie jak bardzo ostre "dorosłe" nożyczki, które do dziś są w naszym domu i zajmują honorowe miejsce obok ruskiego otwieracza słoików. Od bazarowych Ruskich pochodził też prezent, który dostałam na piąte urodziny – dwa żółte telefony w kształcie psich głów (było to o tyle absurdalne, że mieszkaliśmy wtedy w mikroskopijnej kawalerce, gdzie brakowało miejsca na rozciągnięcie kabla aparatów). Uwielbiałam składany na płasko kubeczek turystyczny. Nigdy nie doczekałam się za to wańki-wstańki ani kolorowych gumowych "piszczków". Bawiłam się nimi jednak u rodziny, która mieszkała obok bazaru, na Brzeskiej, i odnajmowała kąt handlującym na bazarze Ruskim. Brzeska była ich pełna. Pamiętam jak bawiliśmy się "ruskim towarem", który przez jakiś czas stanowiły żywe żółwie.

Rosjanki przyjeżdżały na Dworzec Wileński i szły Brzeską. W bramach stało dwóch, trzech mężczyzn i dzieciaki. Jak szła jakaś Ruska objuczona torbami, to oni podlatywali i kłuli ją szpilką w rękę. Ona z bólu puszczała torbę i dzieciaki łapały tę torbę i ciągnęły do bramy. A gdy ona się zorientowała i chciała lecieć za nim, to dorośli, którzy stali w bramie, podkładali jej nogę. Zanim się pozbierała już dzieciaki pouciekały. A torba znikała.

Tam było naprawdę strach przejść. A ile tam osób zniknęło. Kiedyś w okolicach Bazaru na Brzeskiej stała większa skrzynia. Koło niej góra piachu, którym posypywało się ulice, jak śnieg spadł. W tej skrzyni znaleźliśmy z kolegami rzeczy kobiety: ubranie, dokumenty, klucze, paszport, torebkę i album ze zdjęciami. Należały do młodej Białorusinki. Prawdopodobnie musieli ją uprowadzić. Zawieźliśmy do ambasady Białorusi dokumenty. Bardzo mnie gryzło sumienie, że nie mogłem nic zrobić, zastanawiałem się, co się stało z tą kobietą. Album trzymałem w domu bardzo długo, nie mogłem się z nim rozstać. Za to koledzy zabrali te jej znalezione ubrania i torebkę, handlowali tym na bazarze, bo wszystko znajdowało się jeszcze w bardzo dobrym stanie.

„Trójkąt bermudzki”, tak w żargonie określają ten teren policjanci, zawsze należał do obszarów największego zagrożenia. To obszar o bardzo wysokim wskaźniku przestępczości, a zarazem najniższej wykrywalności. To świat „met” i ciemnych spraw. Dla jednych rejon wywołujący dreszcz zgrozy, dla innych to po prostu raj. Pod względem przestępczości Praga-Północ plasuje się w pierwszej dziesiątce w skali całego kraju. Do niedawna dokonywano tu 30-40 włamań na dobę. O gwałtach, rozbojach, morderstwach nie wspomnę.

Wiosną 90 roku nasiliły się napady na, wegetujących w zaułkach źle oświetlonych ulic, Rosjan. Na początku odpowiedzią na zorganizowane ataki miejscowych było utworzenie czegoś w rodzaju komitetu samoobrony, który szybko przekształcono w gang. Dziś do Rosjan dołączyli Ormianie, Gruzini, Uzbecy. Od kilku miesięcy także Rumuni, Bułgarzy, Czesi i Jugosłowianie. Największy bazar Europy środkowo-wschodniej stał się międzynarodowym „pchlim targiem”, wschodnim „Flohmarktem”.

Właśnie tu, w okolicach ulic Targowej, Ząbkowskiej i Brzeskiej przybywający Litwini, Białorusini, Łotysze i Ukraińcy zdobywali doświadczenia i poznawali smak rodzącej się polskiej wolności. W małym sklepiku praskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” usytuowanym w pobliżu bazaru Różyckiego wykupywali flagi, nalepki i znaczki „Solidarności”. Podejrzewam, że tu rodziło się i dojrzewało marzenie o niepodległości.

Brat Wojtek

– Zamieszkałem na Brzeskiej w 94. roku. Wielokrotnie widzieliśmy wówczas napady na Rosjan. Nie wiem do końca, czy to byli Rosjanie, mówiło się na nich Ruscy. Wiele razy to widzieliśmy i słyszeliśmy krzyki na ulicy.

Brat Kazek

– Na Brzeskiej działała mafia. Siedział starszy facet i miał 3-4 brygady po 3-4 ludzi i tylko wskazywał palcem. Nawet nic nie mówił. Podchodzili do wyznaczonej osoby, zatrzymywali, zabierali towar. Koniec. Osoba taka nie miała żadnych szans. Nikt jej nie pomógł. Widziałem te zatrzymania z okna kilka razy. Próbowałem telefonować na policję, bez rezultatu. Wydaje mi się, że ta mafia funkcjonowała w doskonałej zmowie z policją. Takich regularnych napadów, jakie tam miały miejsce, ja w życiu nie widziałem, a mam już 70 lat.

Brat Mirek

– Nie wiedzieliśmy, jak sobie dać z tym radę. Słyszeliśmy w nocy krzyki i wołanie o pomoc. U nas na Brzeskiej i na Ząbkowskiej czasami nawet w biały dzień chuligani wyrywali Rosjankom torebki. Któregoś dnia szła sobie ulicą starsza pani i trzech młodych chłopców w wieku komunijnym próbowało jej wyrwać torebkę, tak jakby na niej ćwiczyli. I ona odparła atak trzech, po kolei. I tak pomyślałem sobie, co dalej będzie z tymi dziećmi?

Brat Andrzej

– Po południu, gdy wracałem z pracy, to na klatce schodowej stały czasem te torby zostawione przez bandziorów. Okradali ludzi z towaru, ale zostawiali w torbach dokumenty. I ci ludzie nie musieli iść na komendę, zgłaszać, co się stało, bo najważniejsze dla nich były te papiery. Mamy kaplicę od strony ulicy, czasem słyszałem tam krzyki okradanych, policja w ogóle się tym nie interesowała.

Brat Kazek

– „Gazeta Wyborcza” zorganizowała w końcu akcję. Dziennikarze porobili zdjęcia złodziejom. Zza szyb samochodów, z pięter szpitala kolejowego. Po kilku dniach tej akcji, jak uciął nożem, napady się skończyły.

Brat Andrzej

– Tak od razu się nie skończyło, najpierw miały miejsce patrole policyjne, które chodziły z jednej strony ulicy na drugą. Ale jak policjanci stali w jednym końcu, to na drugim kradli. Więc zrobili dwa patrole, które się mijały.

Brat Wojtek
– Pamiętam, że któregoś razu naliczyliśmy przed szpitalem kolejowym 17 patrolujących policjantów.

Woziliśmy praktycznie wszystko, zaczynając od zabawek dziecięcych, kończąc elektryką, alkoholem, papierosami. Niektórzy wozili na sprzedaż wędzone węgorze. Duże torby pełne węgorzy zastawiały całe miejsce w autobusie. Jeździli do Polski wszyscy a dokładniej wszyscy, którzy mieli dostęp do towaru, ponieważ na Białorusi też trwał kryzys. Dojeżdżaliśmy do bazaru w Warszawie, sprzedawaliśmy, co kto przywiózł, i wracaliśmy do domu. Wszystko było zorganizowane. Nawet mieliśmy przewodnika. Można powiedzieć, że wtedy panowała moda handlować w Polsce na bazarze.

Tuż przed granicą białorusko-polską, z lasu jak wilki, wyskakiwały samochody. Jeden z przodu przecinał drogę, drugi dociskał z tyłu. Kierowca musiał hamować. Z samochodu wysiadali „chłopaki”, przystawiali przez okno kierowcy pistolet do głowy, drzwi autobusu się otwierały. Każdy pasażer musiał zapłacić za przepustkę 20 dolarów i oddać część swojego towaru. Zazwyczaj interesował ich alkohol, a najbardziej lubili szampan. Na szczęście w powrotnej drodze już nikt nas nie dotykał. Musieliśmy tylko powiedzieć, że „grupa »Alex« nas już sprawdzała” i wszyscy od razu się odczepiali. I tak za każdym razem, wjeżdżasz – płacisz.

Jednego razu pojechało z nami kilka nowych kobiet i nie za bardzo orientowały się w sytuacji. Znów spotkała nas grupa „Alex”, a nowe kobiety siedziały na pierwszych miejscach. Zbulwersowane, odmówiły pieniędzy. Wtedy naprawdę zaczęliśmy się bać. Te kobiety natychmiast wyciągnęli z autobusu, przynieśli butle z paliwem i zapytali pasażerów: „Czy chcecie, żebyśmy wam tu urządzili »Katyń«? Jeżeli nie, to wiecie, co macie robić”. Wszyscy zaczęli szukać kasy. Wtedy zebrali najwięcej. Handlując na bazarze, koleżanka poznała jednego z kierowników grupy „Alex” ,chodzącego z towarzyszącą mu dziewczyną. Niektórzy mówili, że oni szukali nowych ofiar, niektórzy, że po prostu robili zakupy. Wracając z Polski, do pełna tankowaliśmy swoje torby ubraniami, butami. Wtedy polskie ubrania były bardzo modne i popularne na Białorusi. Mieć polskie buty albo dżinsy oznaczało prestiż i pieniądze. Do dziś mam dżinsy z polski. Mają ponad 20 lat, zachowałam sobie na pamiątkę.

Po kolejnym udanym handlu rozjeżdżaliśmy się po Warszawie i każdy załatwiał swoje sprawy. Robiąc zakupy, spóźniłam się na autobus i zostałam z torbami na dworcu. Dobrze, że miałam adres Pani Basi – koleżanki z bazaru, do której udałam się na nocleg. To była jedyna znajomość i jedyna nadzieja. Mieszkała Pani Basia niedaleko od bazaru. Bez żadnej znajomości językowej, świetnie się porozumieliśmy. Najbardziej charakterystyczna cecha, którą u Pani Basi zapamiętałam do dziś, to papierosy i rum. Miała około siedemdziesiątki. Dobrego serca człowiek. Zawsze otwarta i pomocna.

Na ziemi, na gazetach i kartonach rozkładają swe dobra. Jak zwykle są tu czajniki, samowary, wiertła, gumowe zabawki dla dzieci, matrioszki, zegarki, podejrzanie wyglądające pastylki i tabletki. Nie brakuje też kolorowych, plastykowych pasków, suwaków do spodni i spódnic, garsonek o rozmiarach jak dla słonia.

Tam od tyłu wyburzono wtedy część pawilonów i zrobił się mały placyk. Ludzie z Różyca nazywali go „Plac Czerwony”, bo tam sami Ruscy stali.

Jak przyjeżdżali z Litwy, z Rosji, z Ukrainy, to sytuowali się od Brzeskiej, tam mieli swoje stoiska. W różnych innych częściach też, ale ta część to przede wszystkim przez nich była zajmowana.

Wczesne lata dziewięćdziesiąte. Do Warszawy jeżdżę do lekarza. Tego dnia mamy sporo czasu, bo lekarz się spóźnił, a my z mamą siłą rzeczy spóźniłyśmy się na pociąg. Na dokładkę wyniki się pogorszyły i byłyśmy wcześniej w przyszpitalnym hotelu. Dlatego też mamy ze sobą ogromną torbę. Dla zabicia czasu wybieramy się na bazar Różyckiego, stajemy trochę bezradnie i zastanawiamy się, co począć, może jedna będzie oglądać a druga pilnować tej nieszczęsnej torby? Nasze rozważania przerywamy, bo widzimy jakieś niezdrowe zainteresowanie handlarzy naszymi osobami. W końcu podchodzi do nas rosła kobieta (bardziej w szerz niż wzdłuż) i krzyczy „won mi stąd”, patrzymy ogłupiałe mama na to „Ale co my tu Pani przeszkadzamy?”. Kobieta patrzy ze zdziwieniem do niej dochodzi jakiś starszy facet i mówi; To wy nasze? To przepraszamy, myśleliśmy, że Ruskie ze swoim towarem chcą się tu rozłożyć…

Wysiadłem z autobusu 125 przed bazarem Różyckiego i sztychem przebijałem się do ulicy Brzeskiej. Przystanąłem w miejscu, gdzie handlują złotem. Kruszec ma tu lekko czerwonawy odcień, co znaczy, że pochodzi z Rosji.

Tutaj nie ma straganów. Handlarki siedzą na stołkach, a cały dobytek zawieszają na sobie.

Pani Violetta z Brzeskiej pożera hamburgera. Nie może ugryźć, więc miażdży kanapkę ciężkimi od kilkudziesięciu pierścieni palcami. Nieszczęsna bułka krwawi pikantnym sosem. Kobieta goni rozchylonymi wargami uciekające od łokcia strużki, błądzi szybkim językiem pomiędzy gruzołami sztucznych rubinów, malachitów i akwarynów.

– Co potrzeba? – pyta i pod nos podstawia mi upierścienioną dłoń jak do pocałowania.

– Ach! Ja to bym całom tom rączkę urżnął – próbuję zabłysnąć bazarową galanterią.

– Niektórym to nawet jęzory urzynają.

Wyczuła obcego.

Moi ludzie też mieli różne sytuacje. Kiedyś tam chodzili po bazarze, sprawdzali, czy wszystko jest pozamykane, czy wszystko jest w porządku. Stała budka, w której sprzedawano suknie ślubne i garnitury i babka paliła tam zawsze światło. Weszli złodzieje fachowcy do tej budki, nie uszkadzając zamka. I ochraniarze podchodzą, a tam złodziej stoi i udaje manekina. Jeden ochroniarz mówi „Ty, to nie manekin, oczami mruga”. Temu złodziejowi wreszcie ręce osłabły i je opuścił, bo ile można manekina udawać. Zresztą okazał się trochę pijany. No i go złapali.

Załatwiłem komuś budkę na bazarze po staruszkach. Ci znajomi remontując budkę, znaleźli pod podłogą skrytkę ze złotem i srebrem. Dali mi pierścionek, ale tam znaleźli dużo więcej.

W innym miejscu, przy wejściu na bazar handlował znajomy mojego znajomego. Miał budkę z futrami, mocno stał finansowo. Zrobił sobie skrytkę w swojej budce, bo tam naloty milicji dokuczały bardzo. W budowaniu skrytki pomagało mu dwóch Ukraińców. On później zachorował, a ci Ukraińcy tam handlowali, jakoś się do tej skrytki dostali i wszystko zabrali. Jak wyszedł ze szpitala, to oni już pojechali na Ukrainę. A jak szli do pociągu na Dworcu Głównym, to syn tego faceta im pomagał nieść bagaże i się dziwił, że takie wielkie zakupy zrobili.

Nie wiem, czy do dziś tych skrytek nie ma. Kto wie, czy jak na bazar wjadą kiedyś spychacze, to takich skrytek jeszcze nie znajdą.

Chłodnie odkryliśmy, kiedy zostałem dyrektorem ochrony na bazarze – początek lat 90. Kolega Staś konserwował kanalizacje i mówi, że rury pękły i woda gdzieś bokiem ucieka. Okazało się, że część piwnic pod bazarem jest zasypana albo zalana wodą, ale wyjście znajduje się przy ul. Targowej. Tam istniały chłodnie, w których przechowywano żywność – mięso, warzywa. Nie posiadano kiedyś lodówek jak teraz i stąd piwnice. To były lata 60., 70. A później chodziła inspekcja sanitarna i obowiązywał zakaz handlu mięsem na bazarze. I od tamtej pory te chłodnie niszczały, część została zasypana, bo nikt o to nie dbał. Tam stały drewniane chłodnie, wisiały haki, leżały jakieś pordzewiałe siekiery, młotki. Ja tam tylko kawałek zobaczyłem, ale ten facet, który konserwował rury, doszedł do połowy bazaru. Później opowiadał, co tam widział. Dał mi maczetę stamtąd.

Niech pani popatrzy za kalendarzem. Są to pozostałości po włamaniach. Tu się nie przekłuli. Tam (wskazuje sufit), jest dziura po większym włamaniu. Kiedyś zegarek miał większą wartość. Taki dzieciak z Pragi czuł się szczęśliwy, nawet jak posiadał zegarek popsuty. Widzi pani, do mnie zawsze przychodziły dzieci. Do dziś przychodzą. Przed drzwiami zakładu stanął przed chwilą siedemnastoletni chłopak – widziała Pani. Rozmyślił się i odszedł zaraz. To jeden z tych, co przychodzili od dzieciaka. Płacę mu dwadzieścia złotych za sprzątanie podwórka. Kiedyś, w 1988 zdarzyło się włamanie. Zginęły narzędzia, jakieś wkrętaki. Same duperele. Ale na ladzie zostały odciski butów, tak wyraźne, jakby zrobione celowo. I ja je sobie zapamiętałem. Tomek przychodził i przesiadywał u mnie wtedy często. Przychodziło dużo dzieci, ale on pojawiał się częściej. I jego buty mi się zgadzały. Byłem pewien, że to on te odciski zostawił, choć nigdy mi się do tego nie przyznał. Zainteresowałem się nim, bo to był dzieciak z Pragi, z rozbitej rodziny. Załatwiłem, że zabrali go do domu dziecka. Uciekał stamtąd kilka razy, zawsze wtedy przychodził do zakładu. I zawsze przyjeżdżała po niego milicja, żeby zabrać go z powrotem. „Panie Jurku, przyjedzie Pan do mnie?”. A ja patrzyłem, żebym za daleko nie zabrnął, bo potem można kogoś rozczarować niemiłosiernie. Obiecałem mu kiedyś, że za dobre stopnie na świadectwie zabiorę go na wakacje. Miał same szóstki, więc pojechaliśmy z nim na Roztocze. Miał zostać tam na całe wakacje. Któregoś dnia zapolowaliśmy na kaczki. Psy nie chciały kaczek przynosić, więc on wskoczył do wody i sam po te kaczki popłynął. Wróciliśmy z polowania i okazało się, że jego matka zmarła. Za dużo wypiła. O ten urlop miałem w domu problem z żoną. Bo ja zacząłem myśleć o czymś takim, żeby go do domu wziąć, żeby go zaadoptować. Tylko widzi pani – ja mam dwójkę swoich własnych dzieci. Kuba cztery lata młodszy od Tomka i widziałem, że jest zazdrosny. Czy Tomek przychodzi tu jeszcze? Często. Jego narzeczona właśnie urodziła synka. Przyszedł ostatnio i zapytał, czy nie chciałbym zostać ojcem chrzestnym… Chciałem, żeby mi kiedyś powiedział, czy to on, czy to nie on zostawił te ślady na ladzie.

W tym zawodzie konieczna jest niesamowita cierpliwość. Anielska wręcz. Nie mam humorów, nie jestem złośliwa, ale czasami źle się czuję i nie mam ochoty rozmawiać. A jak się nie rozmawia z klientem, to niczego się nie sprzeda. To jest bardzo ciężka branża. Mama mi kiedyś mówiła „Dziecko, zastanów się, co ty robisz!” No i na początku ciężko wszystko przeżywałam. Nie radziłabym nikomu tej branży. Chociaż jest sympatyczna, czysta, biała, rzadka. Nie mam żadnych sentymentów na widok sukni ślubnych, co to, to nie. Jestem uodporniona. Wszyscy w tej branży jesteśmy uodpornieni. Patrzymy przede wszystkim na to, czy młoda w sukni dobrze wygląda, czy jej ona pasuje. Suknia ślubna, niezależnie od kroju, zdradza wszystkie mankamenty figury. Nasłuchałam się tego wszystkiego od mamy. Siedziałam pod budką, słuchałam, jak klientki mierzyły. Także po sukienki komunijne kolejki stały przed budką. Rzecz już dziś zupełnie niemożliwa. Suknie komunijne są strasznie ciężkie do sprzedania. Trudniejsze od ślubnych. Matki mają po prostu za duże wymagania. Ślub nie jest wcale taki ciężki do sprzedania, trzeba mieć towar, fasony, owszem, ale można sprzedać. Trzeba mierzyć, doradzić, ale jakoś idzie. Sukienkę komunijną może pani mierzyć i pół dnia i tak nie kupią, pójdą dalej. Od paru lat mam też dodatki ślubne, kartki, książki, kwiaty, ozdoby na samochody, na sale, szarfy. Ludzie o to pytali, a na Warszawie tego nie ma. A firmy, które ubierają samochody, biorą straszne pieniądze. Ludzi po prostu nie stać. Sama brałam ślub w brzydkiej sukience. Wymyśliłam sobie ją sama, a potem żałowałam. Mam ją do dzisiaj, bo podobno sukienki się nie sprzedaje. Mama mi zabroniła, a wiązankę ślubną kazała spalić. Suknia została uszyta z atłasu, na 12 tiulowych halkach, z marszczonymi, drapowanymi bufiastymi rękawami. Krawcowe szyły tę sukienkę ręcznie 3 tygodnie. Miałam stroik, który przywiozłam sobie z Grecji. Później go sprzedałam i jeszcze na nim zarobiłam.

Mój zakład przyklejony jest do bazaru, co było jego błogosławieństwem i zmorą zarazem. Dziwna sprawa, chciałem być gajowym, a zostałem zegarmistrzem. Naprawiam i psuję zegary. Za dużo, żeby umrzeć, za mało żeby żyć. Kiedyś kolejka do mnie wychodziła aż na ulicę. Długo pozostawałem drugim zakładem w Warszawie, który robił elektroniki. „Ty się bierz za elektroniki, bo to jest przyszłość”, mówił mój kolega. Rzeczywiście, do 90. roku żyłem jak panisko. No i przede wszystkim byłem wolny. Mogłem jechać na tydzień na polowanie, na kozły. Niedawno naprawiałem z ciekawości Patka. Zrobiłem go za trzysta złotych. Napisałem na rachunku pięćset, bo zrobiło mi się wstyd, że za takie pieniądze naprawiam Patka. Chciałem zobaczyć, co w tej cenie jest. Muszę przyznać, że się rozczarowałem, bo to urządzenie niczym się nie różni od zegarka za tysiąc złotych. Wolę elektroniki. W łebku od zapałki mieści się tyle liczników, dzielników, przekaźników. Cudów. Na imieniny podarowałem tacie elektronika „Synku, co to za zegarek, który nie cyka?”, pytał tata. Patrzę, za miesiąc tata go nosi. „Wiesz co? Nie nakręciłem zegarka, a ten ciągle chodzi”.

Suknie ślubne to bardzo dobry interes, co jest widoczne na Różycu: tyle tam sukni ślubnych, chyba najwięcej w Warszawie. Wtedy, w latach 90., ludzie mieli jeszcze państwowe posady, większe czy mniejsze pensje, ale było ich stać. Moda w sukienkach zmienia się mniej więcej raz w roku. Na Zachodzie raz do roku wychodzą katalogi z sukniami ślubnymi. Zauważyłam, że do nas, do Polski moda ślubna dociera z rocznym opóźnieniem. Modne pozostawały najgładsze sukienki, zupełnie proste. Mało halek u dołu, kliny, delikatne hafty. Dużo odkrytych ramion, co jest nie dla wszystkich. No i welony do pasa. Popularny stał się też kolor różowy, ale generalnie biel. Teraz, po 2000 roku panny młode są biedniejsze i bardziej wymagające. To jest połączenie, którego nie da się zrealizować. Ludzi zmieniły ciężkie czasy. Kiedyś nawet młode dziewczyny wiedziały, na co sobie mogą pozwolić. Teraz klientki są bardzo wymagające, a co najgorsze w ogóle nie mają gustu. Kierują się portfelem. „Zastaw się, a postaw się”. Jak koleżanka miała sukienkę za 3000 to ja muszę mieć za 3200. A to, że gorzej wyglądam, to nie ma znaczenia. Taki snobizm.

Na początku bazaru, od strony Ząbkowskiej stały pawilony. Potem asortyment ogrodniczy, nasiona kwiatów, warzyw, sadzonki, w zależności od pory roku. Potem galanteria, w zależności od tego jakie mody, jakie trendy. Z jednej strony warzywa: kartofle, marchewki, pory, selery, włoszczyzna na wagę, a z drugiej strony okienko. W okienku kupisz spożywcze produkty, a więc i chlebek, ale przede wszystkim mąka, cukier, proszki do ciasta, na wagę. Od Brzeskiej kwiaciarki sprzedawały kwiaty, dalej ryby smażone. Dalej jatki, a więc mięso: wołowe, wieprzowe, cielęce i baranie, a czasem i końskie. A tu i mięso, i jatki, i wolna sprzedaż, a za budynkiem ubiory, firany, dywany, a dalej to i suknie ślubne.

Powróciłam do Polski w 1994 r., jednak Różyc stał się już wtedy innym bazarem, potraciłam dawne kontakty, nikt już nie słyszał lub nie chciał słyszeć o moim Cyganie. Po bazarze zostały tylko szczątki dawnej świetności: nie słyszałam już gwaru rozmów, wszędzie hulał wiatr, nawet słońce świeciło inaczej przez dawne daszki budek. Kiedy przechadzałam się tymi uliczkami, ciągle dochodziły do mnie słowa Cygna „Co jest? Nie chcesz wejść?”.

Dostałem jeszcze pół roku, bo zapragnąłem bardzo wolności. Pracowałem na Żeraniu, zobaczyłem, że mogę się oddalić, to poszedłem. Przyjechał klawisz z Białołęki, to powiedziałem żonie, że lepiej jeśli on mnie odprowadzi. „Oddaliłem się” na dwa tygodnie. Zachłysnąłem się wolnością. I tak musiałbym swoje odsiedzieć. Wszystko zależy od człowieka – jednego złamie rok, drugiego dziesięć. Mnie potrzeba było pół roku, po pół roku nie wytrzymałem. Uciekłem. To umieścili mnie w Strzelcach Opolskich jako niebezpiecznego. Po wyjściu wróciłem na bazar. Wyglądał jakoś inaczej.

Anna Pniewska z Golubia-Dobrzynia

list do redakcji powieści

Jacek Hugo-Bader

reporter

Jacek Hugo-Bader „Ulica Brzeska”, „Gazeta Wyborcza”, 05.09.1997

Konstanty Królik

szef ochrony bazaru

Pan Jurek

zegarmistrz

 

Jolanta Chodyna


kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

 

Pan Jurek

zegarmistrz

 

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

 

***

***

Pani Ola

kupcowa z Białorusi

 

Grażyna Dylewska

mieszkanka Pragi

Mirosław Mikulski

proboszcz Parafii św. Floriana na Pradze

 w latach 1989 – 1996

 

Pan Jan

portier Teatru Powszechnego

 

SON, dziennikarz

„Kurier Polski”, 22.07.1992.

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 78

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

***

Mali Bracia Jezusa

katolicka wspólnota zakonna

Andrzej Białowąs

dziennikarz

"»Sowiecki gang« w Warszawie”, „Gazeta Krakowska”, 11-12.1990, s. 1-2

***

Brat Kazek
– Oczywiście my jako zakonnicy musimy zawsze zapytać miejscowego biskupa, czy on akceptuje naszą obecność. I wtedy dwóch naszych braci, Moris i Jurek, zapytało biskupa Romaniuka, czy on się zgadza. Powiedział „z błogosławieństwem”! No dobrze, ale co zrobić? Jest 89 rok, zameldować się w Warszawie nie jest łatwo. W administracji powiedziano nam, że jeżeli ktoś chce wyremontować na własny koszt mieszkanie na Pradze, to oni to zaakceptują. Należło pójść na Kłopotowskiego do Urzędu Dzielnicy i oni wyznaczyli – Brzeską. Próbowano zasugerować nam Floriańską, ale to znajdowało się za blisko kurii, katedry. Za blisko! Trzeba pracować w jakimś naturalnym środowisku. Któregoś dnia dzwonią, że mają mieszkanie na Brzeskiej na ostatnim, IV piętrze. Idziemy. Schody wiodą na rozwalający się strych, gdzie drzwi są zabite deskami. Urzędniczka każe wybić. I Jurek bach, z kopniaka. Przeszedł służbę wojskową, młody, zdrowy. Rozwalił. Wchodzimy. Znajdowały się tam dwa zdemolowane mieszkania, każde składało się z kuchni i pokoju. Te mieszkania zostały po pożarze dachu zalane wodą. W każdym razie mieszkanie było po pożarze i po dzikich lokatorach. Obraz nędzy i rozpaczy.

Brat Andrzej
– Jacyś narkomani tu urzędowali, wszędzie leżały strzykawki.

Brat Kazek
– Mieszkanie otrzymaliśmy pod koniec 92 roku. I w Sylwestra czterech braci z wiadrami i szczotami pojechało tam robić porządek. Sufit zarwany, pełno gruzu, jakieś stare rzeczy, brud niewyobrażalny. Ludzie przygotowywali się do Sylwestra, a my do roboty. Oczywiście należało coś zjeść. I wtedy bazar Różyckiego przyszedł nam z pomocą – „flaki, gorące flaki”. Inne życie. Jak jest zimno to flaki gorące i bułeczka do tego mogą uratować życie. Wtedy po raz pierwszy zamknęliśmy nasze mieszkanie na klucz. Tydzień później dotarła do nas informacja, że mieszkanie jest ponownie zalane. Co się okazało. Przyszła odwilż – woda w rurach odmarzła. Mimo, że ja pozakręcałem kurki, rury popękały i zalało mieszkanie. Drugi raz. Mało tego! Zalało jeszcze kogoś, kto mieszkał pod nami. Zbyszek tam poszedł, a Kazio, świętej pamięci sąsiad z dołu, za „łapkę” (to jest narzędzie murarskie do wyciągania gwoździ) i – „ty taki owaki, żeś mnie zalał, ja ci tutaj zaraz”… A Zbyszek jest chłopakiem bardzo spokojnym, uśmiechniętym. Opuścił ręce i nic. I tamten opuścił łapkę i nic. Zaprzyjaźniliśmy się z tą rodziną. Z Kaziem, z Gienią, z dziećmi. I tak się zaczęło to nasze mieszkanie na Brzeskiej.

Brat Andrzej
– Spisaliśmy całą listę określonych robót do wykonania.

Brat Kazek
– Pojechałem tam na kilka dni popatrzeć co i jak. Potem dołączył Andrzej, który jest fachowcem elektrykiem, hydraulikiem. Ja jestem murarzem i tynkarzem. Żeby było ciekawiej remontowano w tej kamienicy jeszcze dwa inne mieszkania. Też na IV piętrze, tylko w innej klatce. I wszyscy myśleli, że my jesteśmy robotnikami. Jak tam zamieszkaliśmy, to od razu staliśmy się swoimi ludźmi. Czas obowiązywał przejściowy. Niby komuna się skończyła, ale środowisko pozostawało to samo. Gros stanowili ludzie, którzy pracowali, mieli rodziny. Mieli swój język, dosyć kwiecisty, ale w czym problem? Mieli swoje zwyczaje, ale w czym problem? To byli rodzice, mężowie, żony, coś zwyczajnego. Ale cała ulica zaniedbana, bruk taki, że niewidomy jakby szedł po chodniku, to by się 10 razy zabił. Żadna latarnia się nie świeciła, bebechy z nich zostały wyprute.

Brat Mirek
– Na ulicy panowały egipskie ciemności. W tych ciemnościach rzucano kamienie z dachów na przechodniów, na policjantów.

Brat Kazek
– Jestem w mieszkaniu, naraz słyszę silnik. Ktoś zostawił samochód. Błyskawicznie chłopaki go otworzyli, wsiedli, rozpędzili, bach do tyłu w latarnię, bach do przodu w latarnię i dyla. W początkowym okresie mojego mieszkania na Brzeskiej zobaczyłem kilku wyrostków, którzy obrabiali starszą panią w naszej bramie. Krzyknąłem „Co robicie?”, a oni uciekli. Podszedł do mnie starszy mężczyzna. „Pan chce tu mieszkać? Wkrótce nie będzie pan tu mógł żyć”.

Któregoś dnia idę sobie Brzeską. Tam jest szkoła. Patrzę, a dwie dziewczynki i dwóch chłopaków slangiem rąbią, że coś niesamowitego. Mówię do nich – „Co to za rzucanie mięsem? Spokój!” Uciszyło się. Odszedłem kilka metrów i słyszę jedną z dziewczyn „Sam jesteś kurwa jebany!” A ja na pięcie i do nich. Wszyscy się rozbiegli. Ona wpada do szkoły Ja za nią. Drogę zagrodziła nam nauczycielka i ta dziewczyna mówi do niej „Kurwą mnie nazwał”! Myślę sobie – „jasny gwint, dopiero będzie cyrk”. W końcu trafiliśmy do wychowawczyni. I ona znowu „Kurwą mnie nazwał”. Ja mówię, „Może pani nie wierzyć, ale to było tak”. I opowiedziałem, jak było. Wychowawczyni do niej – „Karolina, proszę zmyć paznokcie”! A do mnie – „My to wszystko posprawdzamy, czy to pana zadowala?”. Ja oczywiście przytaknąłem, bo najchętniej bym stamtąd uciekł. Kilka dni później idę – naprzeciwko mnie jakaś trójka dzieci. Patrzę – Karolina. „Dzień dobry panu” mówi.

Typy z Brzeskiej są cudowne. Umownie nazywamy ich bramkarzami. To jest już trzecie pokolenie. Oni pracują, czasami ciężko i wszystko praktycznie przepuszczają przez gardło. Schorowani, umierają młodo. Jest taki Zbyszek. On kiedyś został kajakarzem, reprezentantem Polski. I później coś mu się stało, nie mógł trenować i pije. Ale człowiek do dzisiaj uśmiechnięty, zadowolony z życia, chociaż zbiera złom. Jak bywał trzeźwy – no to zjadł z nami obiad. Jak pił, no to trudno, nie akceptowaliśmy tego. Jak rozmawialiśmy z tymi, ludźmi to często okazywało się, że posypały im się rodziny, albo się rozpili. Mieli dobre zawody, no ale jak teraz startować od początku?

Myślę, że w głębi duszy każdy człowiek jest jakoś dobry, tylko trzeba odkryć tę jego dobrą stronę. Wszędzie, gdzie mieszkamy, mamy kaplicę. Modlimy się najczęściej za ludzi, którzy nas otaczają, za sąsiadów, za tych, którzy z nami mieszkają, za tych, którzy rozrabiają. Za tych, którzy są poszkodowani. Żyjemy w tym środowisku. I ja wierzę, że obecność tam Jezusa w Najświętszym Sakramencie daje dobre rezultaty.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs „Moje miejsce magiczne”. I ja napisałem, że moim miejscem magicznym jest ulica Brzeska i zostałem wyróżniony. Bo czytałem artykuły w „Wyborczej…”, jak tu bandy grasują, które mają przejście po strychach, po piwnicach, że tam można kupić Uzi. Ludzie! Co wy myślicie, że tu same bandziory mieszkają? Ja napisałem, że tu 80% jest normalnych ludzi, którzy chcą żyć, mieć dzieci, wychować je i cześć! Ulica Brzeska jest piękna. Z jednej strony secesja, z drugiej w podwórzach – kapliczki. I na naszym podwórzu też jest kapliczka. Wprawdzie tam stały trzy jednakowe posążki Matki Bożej. Ja pytam dlaczego aż trzy. „Bo jedna jest Matka Boża i ma dwie służące” – powiedziano mi. Nie szkodzi, niech tak myślą.

Brat Mirek
– Ja pochodziłem z zupełnie innego świata, z tzw. porządnej rodziny. Kiedyś Moris – jeden z braci, który tu mieszkał – powiedział do mnie, „A czy ty myślisz, że jesteś lepszy od tych ludzi?” Zaskoczyło mnie to pytanie, ale dotarło do mnie, że może rzeczywiście tak myślałem, że jestem lepszy. Z czasem odkrywałem, że nie jestem lepszy. Ci ludzie kryją w sobie bardzo duże bogactwo i wewnętrzne piękno, pomimo pozorów. Ludzie z Brzeskiej łatwiej wyrażają swoją emocjonalność. To nie jest wada, przez to łatwiej można z nimi nawiązać kontakt, przez tę ich większą prostotę. Ja to bardzo cenię.

Na pierwszym piętrze w naszym domu od pokoleń mieszkała rodzina. Wszyscy zmarli, wszyscy byli alkoholikami. Bardzo się z nimi związałem, mieliśmy dużo ciekawych spotkań i rozmów. Jeden z nich – Witek –. miał niesamowita wiedzę, którą potrafił się dzielić i prowadzić rozmowy na wysokim poziomie. Rozmawialiśmy o życiu albo o innych, zwyczajnych rzeczach. Miał spojrzenie na świat, które cechowała duża wrażliwość. Witek często siadał przy ulicy, na chodniku. I tak sobie siedział, nie zaczepiał ludzi, po prostu patrzył. Lubiłem z nim siadać. Wiedziałem, że to zupełnie zmienia perspektywę. Ludzie przechodzą, często się spieszą, gdzieś pędzą. A tutaj można patrzeć, jak mija życie.

Żyła obok nasza sąsiadka – Gienia i jej mąż Kazik. Ona pracowała w Koneserze. Często ją widywałem, jak stamtąd wracała. Gienia już nie żyje. Przez wiele lat miałem coś takiego, że mi się wydawało, że ją tam widzę, jak idzie w takiej swojej specyficznej pozie. I tak sobie myślałem, że to coś znaczy, to nie jest obojętne, przyzwyczaić się do człowieka.

***

Idę przez bazar, ścisk taki, że nie można przejść przez główną alejkę. Przeciskam się. Oczywiście trzymam ręce w kieszeni, bo tam cokolwiek się posiada, to wyciągną. Portfel to miałem tak schowany, żeby się nikt nie dobrał.

Na bazarze udawało mi się kupić buty czy spodnie. Ja nie ukrywam, że zaopatrywałem się tam na pielgrzymki. Kupowałem sobie zwyczajne, robocze spodnie – luźne, cienkie. Kupowałem też buty jakie dawano robotnikom. To były dobre, solidne buty, świetnie sprawdzały się na pielgrzymce. Szyto je tylko dla robotników pracujących w fabrykach. A wiadomo, że buty dostawały nóg, same z fabryk wychodziły i trafiały na bazar. Może kupowanie tych rzeczy było trochę niemoralne, ale gdyby istniała możliwość kupienia ich z legalnego źródła, to by się kupowało w sklepach.

Działał na Pradze słynny ksiądz – Henryk Stasiak. Oryginał, którego znała cała dzielnica. On potrafił w sutannie i komży, a jednocześnie w hełmie strażackim i z toporkiem witać papieża, bo został duszpasterzem strażaków. Ksiądz bardzo lubiany, chociaż szalony. I jego nieśmiało ktoś poprosił „A czy ksiądz by nam budki na bazarze nie poświęcił?” Jak się rozeszło, że on przyjdzie… Trzy czwarte tych bud święcił, błogosławił. Kiedy się idzie ulicą w sutannie, to różne rzeczy można usłyszeć pod swoim adresem. Chociaż tu na Pradze nie jest źle, ludzie raczej patrzą życzliwie. Natomiast chodzić po zatłoczonym bazarze i błogosławić ludzi i budki, to było coś. A jednocześnie jakaś taka normalność i prawość tych ludzi, wynikająca z ich wiary, że oni jednak chcieli księdza. Trzeba wspomnieć, że kupcy to ludzie ofiarni. Proboszczowi, który budował wieże u Floriana, ksiądz Stasiak przynosił sporo datków. Stasiak nie pełnił funkcji proboszcza, ale jego uważali za proboszcza, bo on się tak rządził, jakby tym proboszczem był.

Jak w jednym roku złamał nogę i nie poszedł na kolędę, to oni czuli się bardzo zawiedzeni… bo na bazar żaden ksiądz nie miał odwagi iść. Dopominali się, że oni tylko księdza Stasiaka chcą, tylko jego pamiętali. Nie śledziłem nigdy tego, ale mogę powiedzieć – w większości bud krzyżyk, Matka Boża, święte obrazeczki wisiały. Ludzie pozostawali tacy powiedziałbym kościelni, jak większość społeczeństwa. Ale czy to się jakoś objawiało? Procesji Eucharystycznej to tam raczej nie odprawialiśmy. Ale ta odwaga księdza Stasiaka imponowała. Kiedy szedł w tej sutannie pośród tego tłumu – możecie sobie wyobrazić. Moje doświadczenia są inne.

Idę Brzeską na kolędę. Pukam, otwiera mocno zanietrzeźwiony pan, poczochrany, w krótkich spodenkach. Ja – „ojej, widzę, że pan nieprzygotowany…”, na co on: „Ja zawsze jestem przygotowany, proszę wejść!” I trzeba było wejść. Innym razem kobieta mówi „Ja wpuszczę księdza, ale nie będę paliła światła, bo mam bałagan i się wstydzę”. Przy świeczce siedzieliśmy. Czułem, że jest niezły Sajgon dookoła. Wchodzę do kolejnego mieszkania, siedzi dwóch kolegów, jeszcze trzeźwi. Widać, że czekali na księdza i prawdopodobnie zaczną pić po jego wyjściu. Wszystko przygotowane – krzyżyk, talerzyk, świeca, woda świecona. Ksiądz pomodlił się, porozmawiał chwilę, zbiera się do wyjścia. A jeden z nich unosi talerzyk, a pod nim 20 złotych. „Proszę księdza, to na wiarę.”

Kłaniają się z daleka. Dzisiaj ludzie idą na skróty, zwykle mówią „Szczęść Boże”, a na Brzeskiej mówią często „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Ksiądz Mikulski pewnie by opowiadał o tym, jak organizowaliśmy procesje na Brzeskiej, jak całowali krzyż. Pamiętam, że ktoś z nich zadał takie pytanie – „Przepraszam, czy mogę ucałować relikwie?”

Na ogół nie daję tym pijaczkom, menelom, ale raz musiałem dać. Wiedziałem, że daję na piwo wbrew sobie, ale tekst, jaki usłyszałem pod swoim adresem, po prostu mnie rozbroił. Profesor Polskiej Akademii Nauk by tego nie wymyślił. „Szlachetna duszo o potężnym umyśle, nie wsparłbyś potrzebującego?”

Kiedyś szedłem Brzeską bez sutanny. I zbliża się do mnie jeden taki, który kojarzył mnie z kościoła. I tak patrzy na twarz – zgadza się, ale widzę, że czegoś mu brakuje, nie ma sutanny. I tak zawahał się i w pewnym momencie „Aaaaa, witaj mistrzu kropidła”. To są poeci. Ja opowiedziałem to księdzu arcybiskupowi, to i on mnie poczęstował historią, jak szedł tu z kurii do siebie. Praga. Floriańska. Ale styl bazaru. Arcybiskup mówi tak – idę w sutannie, naprzeciwko mnie pijany, bałem się, że mi coś przykrego powie. Bujnął się na nogach, zrobił znak Victorii i do mnie; „Kaaaaaróluj nam Chryste!”…

Ksiądz Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11.2011

Joanna Wiśniewska

Laboratorium Reportażu

Pan Bóg sobie z tym poradzi, ale ja czasem mam problem, jak to pogodzić. Z jednej strony się modlą, a potem robią różne niecne rzeczy. Komu więcej dano, od tego więcej się wymaga. A komu mniej – mniej. Ja nie wiem, co tam w ich sercu się kryje, jak oni sobie układają to sumienie. My żyjemy według dekalogu, według zasad, których nauczyliśmy się w domu. A oni co wynieśli z domu? Może dla nich nie jest to aż taki problem. Jak można zaakceptować złodziejstwo? No nie można! Ale jak to się w duszy tych ludzi rozgrywa? Ja podejrzewam, że to jest jakieś pokłosie mentalności, w której oni są wychowywani. Z reguły na Brzeskiej mieszkania przechodzą z pokolenia na pokolenie. I to, co robili rodzice, robią też dzieci. Styl, urządzenie tych mieszkań, zachowanie, przestawanie w bramach – ojciec stał i syn stoi. Ja tego broń Boże nie usprawiedliwiam, ale podejrzewam, że to gdzieś w podświadomości tych ludzi się dokonuje, że oskubać bogaczyka to może jest trochę nie w porządku, ale bez przesady. Przecież on pójdzie do pracy i se zarobi, a ja nie pracuję. Ten człowiek sam sobie wyznaczył moralność. A to, że oni szanują święte miejsca, że figurki nigdy nie są sprofanowane, że kapliczki są zadbane, to dobrze, bo tam z chodzeniem do kościoła jest naprawdę różnie. Raczej od przypadku do przypadku. Natomiast na Brzeskiej mają poczucie sacrum, oni gdzieś tego Pana Boga nad sobą czują. To jest tak, jak dziecko zasłania twarz i mówi „nie ma mnie”, niby że się chowa. Oni podświadomie czują, że Pan Bóg jest i z Panem Bogiem nie ma co wojować, no ale z czegoś trzeba żyć.

Poszedłem niedawno na Brzeską. Idę do swojej wyznaczonej bramy. W bramie stoi około 50-letnia kobieta, tleniona blondyna. Nagle odzywa się tym charakterystycznym głosem – „A przepraszam, który pod jedenastkieee”? Mówię, że ja. „Proszę ze mną, matka leży chora, przyszłam z placu Hallera, żeby otworzyyyć”. Ja już jestem taki mały. Ona nawet nie zdawała sobie sprawy z tego tonu, jakim mówiła. Jakby rozmawiała z dzieciakiem. I wchodzimy do mieszkania, matka leży, rzeczywiście. Pomodliliśmy się. A ona się nie obcyndala i mówi do mnie tak „A przepraszam, długo ksiądz tu już jeeest”? Mówię, że cztery lata. „A ile ksiądz ma laaat”? „Pięćdziesiąt cztery”. „Mleeeczaaak”. Mleczak! I ja sobie przypomniałem, że kiedyś tak się mówiło na młodego, ale to na dzieciaka. Dla niej to zero skrępowania. Okazało się, że ona całe życie prowadzi budę na bazarze, a matka – od wojny. Po prostu idzie to z pokolenia na pokolenia. Ten styl mówienia, taki handlowy, taki z góry, taki „nie dam ci się” i to się wyczuwa. Ja sobie wyobrażam, jak ona rozmawia z ludźmi „Niech mi pan tutaj nie gada głupot, dobrze leży ta marynareczka. Nooo, a może koszulkę dobierzemy? Albo krawaciiik? Halinka, podaj tutaj coooś” To jest ten styl, to są ci ludzie przesiąknięci bazarem.

Budrewicz pisał „Mieszkańcy Brzeskiej zapalają świeczki pod figurkami i obrazami świętych na podwórkach, a zaraz potem biorą się za łby lub wkładają łapę do cudzej kieszeni”. Jak ksiądz by to skomentował.

Grażyna Dylewska

kupiec

 

Karol Bulski

przewodnik praski, mieszkaniec Pragi

Alex Kłoś

reporter

Piotr Machajski

dziennikarz

„Walizki z pieczątkami”, „Gazeta Stołeczna”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, 22-23.10.2005

Pan "Marek"

Policjant X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s. 182

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 39

Informacja prasowa

„Życie Warszawy”, 15.06.1995

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Grzegorz Pikora

dziennikarz

Grzegorz Pikora „Kiedyś to tu był raj”, „Życie”, 01.30.1997

Policjant Y

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 181

Policjant X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 139

Ksiądz Bogusław Kowalski,

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11.2011

***

W 2002 r. na ulicy Ząbkowskiej pojawiła się restauracja „Szemrana”. Jej twórcą i właścicielem był pan Andrzej Poleszuk – biznesmen, który robił interesy na Ukrainie. Stworzył tam pierwsze prywatne salony optyczne. Na Ukrainę trafił z Rembertowa, gdzie również handlował okularami. Kiedy na Wschodzie zarobił już kasę, postanowił wrócić do swoich korzeni, a był człowiekiem z Pragi. Zapragnął stworzyć swoje miejsce, w którym mógłby spokojnie sobie siedzieć. Nazwa knajpy w sposób idealny korespondowała z klimatem ulicy i sąsiadującym z nią bazarem Różyckiego. To była pierwsza po transformacji ustrojowej prywatna restauracja z warszawską kuchnią, czyli pyzy, flaki, lorneta – dwie „lufy” ze śledziem lub minogą. Na barze stały popielniczki z cegłówek. Wejście do ubikacji wyglądało jak drzwi do komórki na węgiel. Na ścianie widniał fresk z ulicą Ząbkowską, namalowanym niebem i płynącymi po nim obłoczkami. Na parkiecie tańczono i odbywały się wieczorki zapoznawcze. Pan Andrzej lubił śpiewać. Kiedyś przejeżdżałem przez Pragę w nocy i zajrzałem do „Szemranej”. Usłyszałem jego głos. Śpiewał karaoke: ore, ore, siabadabada amore. Robił to świetnie, miał fantazję. Pojawiłem się tam znów po jakimś czasie i dowiedziałem się od właściciela, że jest problem. Pan Andrzej powiedział mi, że siedział w pustej knajpie ze starym gangsterem. Ten gangster wycofał się już z obiegu i regularnie wpadał do „Szemranej” na obiady. Jedli więc razem obiad, gdy do lokalu weszło dwóch facetów. Podeszli do ich stolika. Wyglądali dość dziwnie, dlatego że oczy pociągnięte mieli kredkami konturowymi, które ich maskowały. Nagle wyciągnęli broń i zastrzelili gangstera. Dostał kulę w głowę. Upadł twarzą w talerz. Z głowy wylało mu się trochę krwi. Pan Andrzej powiedział, że to nie jest tak jak w filmach – że ta krew tryska. Od tego momentu „Szemrana” zaczęła gasnąć i wkrótce została zamknięta. Dokładnie w jej miejscu pojawił się funkcjonujący do dziś posterunek policji

Z rodzicami tu nie przyjeżdżałem. Moja mama nienawidziła Pragi i to, że ja tu mieszkam, też nigdy jej się nie podobało. I pamiętam, jak jeździliśmy do babci na wieś z Dworca Wileńskiego, to wysiadaliśmy na Kijowskiej i musieliśmy przejść całą Targową, ale zawsze przechodziliśmy na przeciwną do bazaru stronę ulicy. Wynikało to z tłoku, ale też widziałem po mamie, że ona jak najprędzej chce przemknąć przez to wszystko i nie widzieć całej tej atmosfery bazarowej. Kiedy mieszkałem już na Pradze, to na Różyca chodziłem kupować pastę do butów i sznurówki, bo dział obuwniczy jest tu cały czas bardzo prężny. No i przechodziłem tędy, idąc do domu. Na bazarze cały czas funkcjonuje instytucja gości, którzy stoją przy bramach, pytają co potrzeba i są strażnikami wejścia na bazar. Czyli funkcjonuje ktoś, kto jest potrzebny do wsparcia całej instytucji. W tym przypadku taka osoba staje się być rodzajem przewodnika, kogoś kto wprowadza do świata bazarowego. Tego dnia kupiłem narzutę na łóżko, którą zrobili mi na Targowej. Mieszkałem w kamienicy na Brzeskiej. Szedłem z tą narzutą przez bazar i obstąpiło mnie kilku kupców. Pytali co to jest i po ile. Więc ja mówię, że po 200 zł. Zrobili mi ją za 50 zł, bo to było ze sztucznego materiału. Oni tak po sobie patrzą i mówią „Po dwieście? Po dwieście?” Ja mówię „Dobra, 150 zł! Za 150 zł puszczę”. A oni „Nie, no 150?”. To im mówię, że to jest ze zwierzęcia. Oni tego dotykali z pogardą, oglądali komisyjnie. Ich twarze i głosy mówiły, że jakość jest nienajlepsza. Pogadaliśmy jeszcze przez chwilę. W końcu poszedłem i usłyszałem za sobą jak gość krzyczał na cały bazar „Okrycie na całe życie!”. Nie kupili jej ode mnie, bo za dużą cenę podyktowałem. Zresztą to też pytanie, na ile oni chcieli to kupić, a na ile im chodziło, że dla zasady jak ktoś idzie z towarem przez bazar, to trzeba z nim porozmawiać. Chodzi o kontakt międzyludzki. Dla nich to było coś ciekawego w ciągu dnia i dobra zabawa.

Bazar jest przepięknie skonstruowany, lepiej niż supermarkety. Bo w supermarketach najpierw musisz przejść wszystkie zabawki, pierdoły, mydełka, pachnidła, żeby kupić jedzenie, bo oni uważają, że po drodze coś kupisz. Bazar jest… skonstruowany tak jak należy. Główne wejście jest na Brzeskiej i wchodzi się na jedzenie od razu. I słusznie, bo jak się idzie na bazar po jedzenie, to się wchodzi na jedzenie. Jeżeli ktoś nie chce jedzenia, to nie wchodzi tędy. Wchodzi z innej strony a tam już stoją cinkciarze, a dalej sprzedają buty. Wszystko ułożone w kolejności: buty, palta, czyli jesionki, płaszcze, garnitury, sukienki. Potem wchodziło się w sferę ekskluzywną czyli towary kolonialne. Najlepsze ryby ze świata, kawiory, czekolady. Mogłaś zamknąć oczy, upić się w trupa i iść na azymut. Pamiętałaś, że tam to było, wchodzisz i jest. Nawet ten sam człowiek za każdym razem, który cię pięknie witał. Bazar to dla mnie tak jak u Harolda [Harrodsa – przyp. K.S.]. Wszystko co najmodniejsze. Handel kwitł tu zawsze. To jest jedyna dziedzina współżycia międzyludzkiego na świecie, której nie zniszczyły ani podboje, ani wojny. Ci na górze ze sobą walczą, a ci na dole handlują. Kiedy pojechałam do Izraela to byłam zdumiona, bo z jednej strony… walczą. Jedni zakładają na siebie bomby, inni na czołgach i bombardują, a normalni ludzie – Palestyńczycy i Żydzi – współżyją ze sobą, handlują, bo przecież mają się o krok, rozmawiają, zapraszają się na swoje imprezy. Bazar jest podstawą, jest zawsze, jest wszędzie.

W 2005 roku, po prowokacji przeprowadzonej przez dziennikarzy jednej z ogólnopolskich gazet, dokonano zatrzymań niektórych z fałszerzy dokumentów. Uzbrojeni po zęby antyterroryści wyciągnęli wczoraj z łóżek dziewięciu mężczyzn. Zaczęło się od 40-letniego Dariusza Z. W jego mieszkaniu w Markach Policja nie znalazła jednak nic ciekawego poza kluczami do innego mieszkania przy ulicy Skoczylasa. Ale tam odkryła trzy walizki wypełnione podrobionymi pieczątkami. – Pieczątek są tysiące – Na tym jednak nie koniec. W mieszkaniach innych zatrzymanych policja odnalazła kolejne pieczątki oraz dokumenty: świadectwa, dyplomy, indeksy uczelni z całego kraju oraz niewypełnione blankiety prawa jazdy, dowodów osobistych i paszportów. Magazynek z lewymi dokumentami policjanci odkryli też w jednej z bud na bazarze Różyckiego. Oprócz paszportów i praw jazdy były tam między innymi zaświadczenia lekarskie.

Jedni poszli w stronę Pruszkowa drudzy Wołomina. Najpierw działał benkiel, potem chodził spirytus – słynne podrabianie wódy. Wszyscy nagle zapragnęli robić fortuny. Przez miesiąc można zarobić do 100 000 dolarów. Ja się na to nie załapałem. Z drugiej strony nie żałuję, bo sporo tych ludzi już nie żyje. Żyli dobrze, ale krótko. Niektórzy jeszcze siedzą. Niektórzy są nadal wysoko ustawieni w grupach przestępczych. Przerzucili się na narkotyki. Część z nich to znani biznesmeni. Policja wie swoje, ale nie ma na nich haka. Czekają. Wielu jest też takich, którzy się nie wstrzelili. Złote lata dla matactw i fałszerstwa zaczęły się, jak weszła demokracja. Ludzie zachłysnęli się pieniędzmi. No i wielu też zapragnęło mieć maturę. Pracują przy tym przynajmniej dwie osoby: ja i pisarz. Pisarz to ten, co pisze na dokumentach. Zaopatrywali się u nas wszyscy. Nawet policjanci. Kiedyś przyjechał jeden po świadectwa maturalne dla całego posterunku z nowosądeckiego. Paszport – nie ma żadnych problemów, nawet czerwony. Najlepiej byłoby, jakby ktoś się zgodził dać swój czerwony paszport. On zostanie przerobiony, wstawi się dane drugiej osoby. W tej chwili najlepiej idą matury. Najczęściej jest to kradziony dokument, do tego wkleja się zdjęcie i stawia pieczątki. Nowe prawo jazdy jest zbyt kosztowne – trzeba by było zainwestować w narzędzia. Stare – nie ma żadnych problemów. Jest to najprostsza rzecz do zrobienia. Praktycznie każdy papier jest do podrobienia. Piszę na kartce i orientuję się szybko, czy da się to załatwić. Jak chodzi o dokument z Warszawy, to załatwiamy w godzinę. Jak spoza, najczęściej na drugi dzień. Studia wyższe – też nie ma żadnego problemu. Na miejscu nikt nie robi dokumentów. Tu się idzie od razu po gotowe. Jak trzeba zrobić, to dzwonię do odpowiednich osób spoza bazaru. Mamy gościa, który wypisuje. Ma wzory różnych szkół. Ważne czy chodzi o liceum, czy technikum. W każdej szkole są inne przedmioty. Potem składa się pięć podpisów, np. na maturze. Są dokumenty, np. First [First Certificate of English], których nie zrobię, bo są za dobrze zabezpieczone. To by musiały być szalone pieniądze. Wchodzimy do mojej budki i ustalamy, co potrzeba. Ustalamy dane, ustalamy cenę. Wpłaca się zaliczkę. Minimum połowę. Potem przychodzi klient, siadamy, on akceptuje i wychodzi. Patent żeglarski najtańszy, śródlądowy kosztuje 450 złotych. Inne dokumenty idą od 600 złotych w górę. Są dystrybutorzy, którzy mają towar. Pytam, czy akurat mają konkretny dokument od ręki. Przebywają tutaj, a gdzie mieszkają, to mnie nie interesuje. Taki policjant jakby chciał nagrać jakąś akcję, to nie ma problemu. Trzeba tylko trochę sprytu. Pojawiał się tu taki. Już tak się zachowywał, jakby był nasz. Ale zgubiło go to, że on biegł za mną i patrzył, do kogo ja idę po dokumenty. Teraz też boję się kontroli i policji, ale staram się nie mieć nic przy sobie. Oni doskonale wiedzą, czym my się zajmujemy. W każdej chwili mogę wpaść. Próbowałem handlować czymś innym: bluzy różne, potem miałem bar, ale to się nie opłaca. Mam tu kolegów. Znam praktycznie wszystkich. Ale trzymam się sam. Gdyby coś się stało, to ja wpadam sam. Nie muszę się martwić, że poplączą mi się zeznania. I w razie czego mogę mówić, co mi ślina na język przyniesie.

Ostatecznie benkle zniknęły z Różyca na początku lat dziewięćdziesiątych. Sytuacja ich zmusiła. Musieli stąd odejść, bo nie mieli klienta. Nie mieli kogo oszukiwać i naciągać – na bazar przychodziło coraz mniej ludzi. Benkiel stawał się jedynie wspomnieniem. Zastąpiły go mafie.

Ten, co to nas sprzedał, to musiał się powalić. Przyszedł do mnie na wiosnę i wziął jednego gana. A potem zajrzał za trzy miesiące i zamówił trzy sztuki. Rozumiem, trzy sztuki to jest kawał grosza. Wakacje mam już prawie za darmo. Gościu – mówi – przyszykuj mi na jutro. Mówię, w porządku. I koniec. I on przyjechał. A od samego rana kręciło się więcej tych po cywilnemu. Od groma. Więcej niż kupujących i sprzedających. Jeden, ten cały ich szef, to pięć czy siedem razy podchodził do mnie do stolika i ciągle pytał o to samo radio. I tak się patrzył jak szpak w dupę. No i potem przyszedł tamten. Poszliśmy ze wspólnikiem po towar. Wychodzimy. Wspólnik pierwszy i od razu go pod mur. Ja wychodzę, mnie pod mur. Ręce na ścianę! Jeden leciał przez jezdnię z czterdziestką piątką, chyba bęben, na pewno. I krzyczał: kurwo, tylko się rusz, to ci łeb odstrzelę. Skuli nas jak psy, rzucili do kanciapy. A ten młody takiego kopa mi zapierdolił, że przez dwa miesiące nie mogłem oddychać. Potem rozbrajał granaty, to śmiać mi się chciało. Wspólnik, gdy zobaczył, jak on to robi, to mówi do mnie „Gieruś, lepiej zamknij oczy”. Z godzinę te granaty rozbrajał. Wspólnik robi to w 15 sekund. Wpadłem, siedziałem na Białej, a potem wyszedłem. Bazar już nie ten i ja już nie ten. Wiele rzeczy odeszło bezpowrotnie.

Policja z Pragi Północ zlikwidowała skład broni

Wielki arsenał broni, amunicji i materiałów wybuchowych wykryła wczoraj stołeczna policja w pomieszczeniach prywatnej firmy przy ul. Ząbkowskiej. Sprawę prowadzą funkcjonariusze z komendy rejonowej na Pradze Północ.

Zatrzymaliśmy na razie trzy osoby – właścicielkę firmy i dwóch mężczyzn w wieku 56 i 35 lat. Wszyscy są mieszkańcami Warszawy – mówią północnoprascy policjanci. – Kobieta wynajmowała pomieszczenia i, jak twierdzi, nie miała pojęcia, że były one nielegalnym arsenałem. Zatrzymani mężczyźni nie tylko przechowywali, ale także rozprowadzali broń. Jest bardzo prawdopodobne, że współpracowali ze zorganizowanymi warszawskimi grupami przestępczymi. W pomieszczeniach firmy znaleziono tysiące sztuk amunicji, broń ostrą, m.in. mausery, browningi, pistolety gazowe, tzw. strzelające długopisy, kilkukilogramową kostkę trotylu i dwa granaty bojowe typu F-1, zwane potocznie cytrynkami, oraz pistolety własnej produkcji. Policja przeszukała także mieszkania obu zatrzymanych mężczyzn. W jednym z nich znalazła dużą ilość złotej biżuterii – bransolety, łańcuszki, pierścionki, sygnety, kolczyki, obrączki i monety – pochodzące prawdopodobnie z kradzieży.

Kto rządził tym wszystkim? Różnie. Takich postaci działało wiele, jak Niewiadomski. Po Afganistanie szefem bazaru został facet, którego policjanci nienawidzili, tłukli go do tego stopnia, że on chodził bez koszuli po bazarze, cały pocięty. Jak go już tak strasznie poturbowali, to wtedy – ku ich przerażeniu – pokazał, że jeden mógłby ich wszystkich zabić. To działo się przy jabłkach. Pokazał uderzenie, po którym wywaliła się cała ściana budki. No i dzięki temu został tutaj szefem.

Oni troszkę obyczaje tu pozmieniali. Nie dalej jak kilka lata temu jeden Rusek pokonał grubasa Tadka, od skór handlarza. Tadek przez wiele lat był tu jeden z największych. Nikt nie dawał mu rady. A ten Rusek raz palnął. Tadek na ziemię poleciał i uciekać musiał, bo się tak mocno przestraszył. Najwięcej to ostatnio u mnie Ruskie kupują. Hurtem biorą krzyżyki, łańcuszki i Matki Boskie, bo u nich podobno teraz takie rzeczy idą.

Tu na Różycu to Rosjanie służyli do bicia, podczas gdy od połowy lat dziewięćdziesiątych ich mafia kontrolowała już cały stadion. Dla mnie stało się zaskoczeniem, kiedy dwóch [przedstawicieli mafii wołomińskiej i pruszkowskiej] przyszło do nas na rozmowę. Proszę pana, ja nie zapomnę nigdy słów „Wy [policjanci] w ogóle nie dacie sobie z nimi rady, bo my już sobie nie dajemy. My wam pomożemy, ale dajcie nam też coś za coś”. Oni chcieli po prostu pewien immunitet nietykalności i oni by wystawili wszystkich Rosjan. Oni dali nam na początek parę spraw, żeby być wiarygodnymi.

Częścią członków mafii rosyjskiej byli „Afgańczycy”, czyli dawni żołnierze radzieccy szkoleni na potrzeby wojny z Afganistanem, którzy po ustaniu działań zbrojnych „musieli z czegoś żyć”. Jednym z przywódców grupy, która wchodziła na bazar i dogadywała się z naszymi [polskimi przestępcami], był major wywiadu radzieckiego i myśmy go zatrzymali, ale wyjechał – prokuratorzy bali się go zatrzymać, pan sobie wyobraża – mieliśmy stuprocentowe dowody na niego. To jest osobna bajka, w to by człowiek nie uwierzył.

Rosjanie to była najbardziej „pechowa” grupa w okresie ostatnich pięćdziesięciu lat. Jak nie okradli ich przed bazarem, to w drodze na niego, jeśli zaś to się nie udało, to na miejscu albo przy wyjściu, a na dobranoc, w domu też różnie bywało.

Ruscy mieli u nas tak przesrane, że nawet policjanci się z nich nabijali. Ale szacunek! Oni mają takie wschodnie zawzięcie i nie upłynęło parę lat, jak się odkuli, a bazar bez nich upadł. No i kto wyszedł na głupiego?

***

Urodziłam się w 1961 roku, więc wychowałam się naprawdę na bardzo dobrej muzyce. Próbowałam handlować bluzkami, ale wyszło na to, że to co mi się podoba, nie podobało się klientom. Stwierdziłam, że skoro nie mam takiego gustu, by móc wstrzelić się w gusta masowe, to muszę zmienić dziedzinę. A muzykę bardzo lubię, znam ją, wiem gdzie kupić, jak ją zdobyć. Muzykę należy mieć bardzo różną, zwłaszcza tutaj, no przede wszystkim zespoły warszawskie, biesiady. A jeśli chodzi o ambitniejszą, to ludzie zamawiają i staram się zdobyć, jeśli klientowi mocno zależy. Z muzyką na bazarze to jest tak, idzie człowiek, który specjalnie nie jest klientem Empików ani innych sklepów muzycznych, raptem usłyszy melodię, ona mu przypomina jakąś sytuację, epizod z dzieciństwa, być może pierwszą narzeczoną – „Och, jakie to piękne, ja muszę to mieć”. Ludzie zatrzymują się i płaczą. Mam tu taką płytę biesiadną i m.in. jest tu piosenka „Matko moja, ja wiem” i przychodzi pani, która całkiem niedawno matkę swoją pochowała. Zatrzymuje się przy mojej budce i szlocha. I to jest płacz dziecka prawdziwie zranionego, skrzywdzonego, pełnego poczucia straty. Przychodzi też pan, który od wielu lat grywa co jakiś czas na bazarze. Traktuje to zarobkowo. On, harmonia, jego głos, jego interpretacja. Teksty ładnie opanowane, tekstów, które śpiewa, nawet ja nie słyszałam. On śpiewa piosenki prawdziwie podwórkowe, które być może są już w kulturze zapomniane, ale śpiewa to z sercem, wokal może mu nie pracuje jak trzeba, bo trochę za dużo pije i pali, ale to i tak się czuje. Nawet jeśli ktoś będzie po konserwatorium, technicznie profesjonalny, a robi to bez serca, bez przekonania, to nie będzie poruszające. Nie wiem proszę pani, jak on się nazywa, gdzie mieszka. On po prostu się zjawia, raptem słyszę jego akordeon, jego śpiew, przyjdzie i wyjdzie. Ludzie uśmiechają się, podrygują, ale inni wzruszają ramionami i mówią „Ooo, wiocha!”. Co jakiś pan z akordeonem, kiedy on ma mp3. Ludzie młodzi nie czują tego klimatu, dla nich to prostactwo, zapominają, że to jest część kultury i historii miasta, tego miejsca. Tutaj zdarzało się tańczyć ludziom przed moją budką. Ludzie zatrzymują się, ponosi ich muzyka i tańczą. Ulubione piosenki to „Bal na Gnojnej”, „Przyznaj się”, „Skrwawione serce”. Te słowa, melodyka mają urok – jeśli się posłucha uważnie.

Grały tu przeważnie dwu lub trzyosobowe grupy. Składały się najczęściej z akordeonu, skrzypiec. Na bazarze jak płynął tłum, to zdarzało się tak, że muzykanci nie mieli warunków, żeby przejść. Przede wszystkim główną aleją przemaszerowali i muzykowali. Straganiarzom się podobała ta muzyka, podrygiwali, rzucali monety. Te kapele grały utwory takie jak: „Czerwone maki”, „Ostatnia niedziela”. Większość piosenek nie pasowała do tańca, śpiewali raczej ballady. Sporo z tych utworów powstawało w więziennych celach. Układane były na melodię kolęd. Teksty wiązały się z perypetiami miłosnymi opryczników (bandziorów), ulicznych złodziejaszków.

Ja na Pradze się chowałem,

Tutaj jest mój dom.

W kryminałach garowałem

Za niejeden skok.

Kiedy ojciec siedział w kiciu,

Ja grandziłem na Różycu,

Tu dolinki się uczyłem rok.

 

Kiedy ojciec wyszedł z kicia,

Trafił tam mój brat,

Za rozboje, mordobicia

Garował pięć lat.

Siostra na Pigalak chodzi,

Dziadek był to sławny złodziej

I ferajny szanował go kwiat.

 

Ref: Frajerze, me życie to nie bajka,

 To Porszakiem bez trzymanki jazda.

 Dragi, wóda, dziwki, karty,

 Latem morze, zimą narty,

 Bo ja jestem Franek, chłopak z miasta.

 

Na Ząbkowskiej i na Brzeskiej

Szlifowałem bruk,

Na Targowej i Stalowej

Wycierałem kurz.

Po melinach się szlajałem,

Z szulerami w karty grałem,

Bratem był mi sprężynowy nóż.

 

Gdy mnie spotkasz ciemną nocą,

To nie licz na cud.

Bo nawet z bożą pomocą

Nie wyjdziesz stąd zdrów.

W mig przetrząsnę ci kieszenie,

Potem kosę ci ożenię,

A na koniec przylutuję w dziób.

 

Ref: Frajerze, me życie to nie bajka…

Siostra moja mieszka na ul. Brzeskiej 11, a starsza jest ode mnie o 10 lat. Ja tu przychodziłem na chrzciny, imieniny, wesela. Później biegaliśmy na bazarze od budki do budki i graliśmy.

W naszym repertuarze są zawarte ciekawe historie, minisytuacje. Jak pan się wczuje w teksty, które Grzesiuk śpiewał, to w nich niby tak na pierwszy rzut oka jest niewiele, ale jak się z nimi usiądzie i człowiek się w nie wczyta, to okazuje się, że jest tam coś takiego… co trudno określić. Bo w sumie, to życie i takie było i takie jest. O czym te teksty mówią? O życiu, o tym co się dzieje. Tylko że teraz w tekstach jest dużo gadki. A w tych starszych stało tego mniej i musiała być puenta. A to jest trudniej napisać, żeby tekst był krótki, a jednocześnie celny.

Kapelę Praską (do 91. Nową z Rembertowa) założyłem w 88., ale już wcześniej, w latach siedemdziesiątych próbowałem z kolegą Edkiem, który grał na bandżo. Dzwoniłem w nocy i mówiłem „Edek! Idziemy grać”. Bo jak się wypiło lufę, to chciało się potem po Warszawie połazić. Czasem nas gonili, ale co sobie pograliśmy, to pograliśmy. Dużo ludzi z bazaru znałem. Miałem nawet stamtąd dziewczynę. Handlowała sukniami ślubnymi. Naprzeciwko bazaru znajdował się plac handlowy, to tam wozy stały, rolnicy przyjeżdżali, sprzedawali swój towar. Od Ząbkowskiej handlowali przeważnie książkami. Od drugiej strony butami. Nastały takie czasy, że kasy nie starczało, to kupowałem na bazarze gumę do butów i dzieciom naprawiałem. Pierwszy mandat w życiu dostałem na bazarze. Zaparkowałem przy aptece, żona znajdowała się w 9 miesiącu ciąży, ale milicjant nie odpuścił.

Przychodziliśmy grać w godzinach pracy i wtedy na wszystkich straganach zaczynało się święto. Wychodzili, bili brawo i między sobą po kielichu. Nam proponowali, ale my jak gramy, to nie pijemy. Zupełnie inna atmosfera się robiła. I tańczyli, i śpiewali, i część za nami chodziła. To trwało tak 2 godziny, 2 i pół. Nie zapomnę gościa, który podszedł do mnie cały obwieszony złotem i mówi „Nie zrażaj się, to jest wszystko na sprzedaż, ale zagraj mi to i to”.

Grało się różnie o Pradze i o Warszawie, czasem zażyczył sobie ktoś okupacyjne piosenki. Ludzie tym żyli. Stemposzczaka się grało. Takie rzeczy jak „Gołębiarza dola”. W ogóle warszawiacy mają wielkie serce i lubią te piosenki, bo my właśnie jesteśmy z takiej gliny. To się czuje, że ludzie potrzebują takiej muzyki, bo tych nowych piosenek nikt nie śpiewa, nikt się przy tym nie bawi, a jak się zagra te stare, te melodie Warszawy, to ludziom się oczy śmieją.

Widzisz pani tą budkę? Tą drewnianą. Tu facet sprzedawał pocztówki. Dużo osób tu przychodziło. A to na imieniny, urodziny, dla cioci czy panienki. Robił na zamówienie, kombinował. Polskie, zagraniczne. No, powiem pani, że to średnio legalny interes był. Ale zarobił dużo kasy, wybił się i wyrwał z bazaru. Tylko budka po nim została. Już kilka innych interesów w niej się później kręciło.

A zna pani Laskowskiego? Tego od „Kolorowych jarmarków”. On się dzięki naszemu bazarowi wybił! Na początku to on przecież tylko tutaj grywał. Władza gnoiła go strasznie, jego piosenki recenzowano w prasie tak „Gdyby dało się dać notę niżej 0”. Nie pasował do ich szablonu grzecznego chłopca. „Kolorowe jarmarki”, to tylko jedna jego piosenka. Reszta utworów, to warszawskie szlagiery, które zostały przez niego wylansowane tu, na bazarze.

Jeżeli wejdziecie na bazar i zapytacie o tego ze słuchawkami na uszach, to od razu mnie pokażą. Ja sobie tutaj do roboty discmana biorę, dwadzieścia płyt i później zmieniam – Miles Davis „Cocaine”, i głośno słucham, bo słuchanie jazzu cicho to jak oglądanie bitwy grunwaldzkiej na znaczku pocztowym.

Tu się sprzedawało pocztówki, a na nich ówczesne disco-polo. Bo Laskowskiego nie posłuchałeś ani w telewizji, ani w radiu. Ale ja sam tego nie słuchałem. Inną muzykę wolę – Led Zeppelin, Pink Floyd, Beatlesów.

Złoto, srebro, pierścionki. Potem kożuchy, futra, lisy, kołnierze, a jak się szło do Ząbkowskiej, to tam stały sklepiki jeden za drugim, w ciągu, bez przerwy. Jeden sąsiadował z drugim i tam sprzedawano obuwie, kapcie, kalosze, odzież roboczą, ubrania. Tu można coś taniej kupić i dobrać u sprzedawców. W alejkach mieli stoliki albo na ręku coś trzymali, albo na krzesełku. Narzędzia różne, a więc wihajstry, klucze francuskie, kłódki. Książki i używane płyty. Płyty rozumie pani (śmieje się), płyty na adapter i długogrające. Pan miał pocztówki grające i puszczał muzykę.

„Franek, chłopak z miasta”


słowa: Henryk Rejmer

muzyka: melodia tradycyjna

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi

Pani Anna

kupcowa

Pan Boguś

kupiec

Marian Pręgowski

kupiec

 

Pan Grzegorz

mieszkaniec Pragi

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

AHMMWP

Czesław Jakubik

lider Kapeli Praskiej

Sylwester Kozera

muzyk

***

Weszłam od ulicy Targowej. Tuż za bramą przywitał mnie ściszony do szeptu głos krępego, łysiejącego faceta.

– Co trzeba, złociutka? – zapytał troskliwie z charakterystycznym po tej stronie Wisły akcentem. Nie zdziwiły mnie ani intonacja, ani przymiotnik. To przecież Praga, Różyc. A tu „laleczka”, „skarb”, „kochana”, „złociutka” należą do obowiązującego kanonu określeń.

– Spójrz kochanie, jaka cudna! – krzyknęła mi wprost do ucha, demonstrując suknię z tiulu i tafty. Kreacja była rzeczywiście śliczna. Tak powinna wyglądać każda panna młoda – przebiegło mi przez myśl. Już zaczęłam się niebezpiecznie rozmarzać, gdy z opresji uratowały mnie resztki zdrowego rozsądku.

– Dziękuję, nie wybieram się za mąż – stwierdziłam oschle, choć przyznaję, że dla tej sukienki warto by to zrobić. Na radosnym obliczu sprzedawczyni odmalowała się troska.

– To źle, badzo źle. Człowiek nie powinien być sam. Wiem coś o tym. Miałam trzech mężów – powiedziała – z czułością gładząc swoją pulchną dłoń, na której pośród wielu pierścionków widniała złota obrączka.

– Wszystkich przeżyłam. Wątłe byli chłopaki. Niestety. Ale, jak to mówią, samo życie. A ty, złociutka – po chwili zamyślenia sprzedawczyni przypomniała sobie o mnie – musisz wiedzieć, że niejednej już szczęście przyniosłam. Zarzekała się taka, że sukni jej nie potrzeba, a potem kreację z rodzicami przychodziła wybierać. I z tobą tak będzie. Wiem coś o tym, prawie trzydzieści lat tu stoję.

Dwie stojące nieopodal mnie handlarki właśnie wzięły w obroty wyraźnie onieśmielonego młodzieńca, który, jak zdążyłam się zorientować, miał problem z wyborem pierścionka dla dziewczyny. Dwie leciwe panie fachowe porady co do kanonów obowiązujących w damskiej biżuterii przetykają niezwykle pieprznymi komentarzami o możliwościach wyegzekwowania dowodów wdzięczności za złoty upominek. Chłopak raz po raz czerwieni się soczyście, co wyraźnie raduje handlarki, bo wybuchają rubasznym śmiechem.
Rozmowy z, co tu ukrywać, podtekstem erotycznym należą do specyfiki tego miejsca. Nie dziwią i nie żenują nikogo kto swój. Krępować mogą jedynie obcych.

Ślub jest zaplanowany na czerwiec. „R” w nazwie miesiąca, małżeństwo musi się udać. Siedzę wciśnięta w fotel pawilonu ślubnego 137 i patrzę w napięciu na jasna kotarę, za którą moja siostra naciąga na siebie jedną z upatrzonych sukienek. W salonie panuje atmosfera nabożnego skupienia. Wszystko jest białe, czyste i bez zagnieceń. To pewnie był pomysł mamy. Ja z Kaśką owszem, miałam dobry kontakt, ale mniej więcej w przedszkolu. Jak bawiłyśmy się na wsi z kotkami i kiedy grałyśmy w nauczycielkę. Kaśka wykładała, co to jest równik i co to południk, a ja szpanowałam w szkole, że z geografii wiem wszystko, bo powiedziała mi starsza siostra. Wtedy można było być dumnym.

Piętnaście lat później tematy do rozmów się jakoś skończyły. Nie powiem kiedy, bo nie wiem. Jak wytłumaczyć komuś, dlaczego nie rozmawia się z własną siostrą? A teraz nagle wyzwanie: być druhną Kaśki. Jak to się w ogóle robi? Zgodziłam się, ale nie wiedziałam, że to się zacznie od razu. Że trzeba będzie wstać rano i chodzić na mrozie po bazarze. Rozglądam się dookoła. Budki naprzeciw są całe ciemne, jakby osiadła na nich wulkaniczna sadza. Zupełnie to nie pasuje do tego w środku, do tej uroczystości, tej bieli. Przychodzi kilka myśli po sobie: najpierw, że zima tego roku okropna, potem, że pani spod okna tak dziwnie jakoś ciągle patrzy i wreszcie, w ciągu skojarzeń, jak bardzo ten świat nie synchronizuje się z moim światem. Jak dwie radiostacje nadające na różnych częstotliwościach. Zerwałam z dziewczyną po trzech latach związku. Może miesiąc temu. Poprawiam się na fotelu i myślę, jakie to dziwne i głupie, że nikt nie wie. Że siedzę, rozkładam się w środku i nawet nie mogę o tym powiedzieć. Nie powiem przecież ekspedientkom. Mamie nie powiem. Nie powiem siostrze, bo siostra mocuje się teraz z ramiączkiem i zmienia swoje życie i będzie miała rodzinę, która stanie się dla mnie kontynuacją abstrakcji, o której nie mam żadnej wiedzy. Biorę ze stolika magazyn ślubny, rozkładam przed sobą, przeglądam. Nic nie rozumiem z tych zdjęć. To jakieś życie, którego nigdy nie będę mieć i nigdy nie chciałam. Nie wiem, co z Kaśką. Udawać, że wszystko okej? Powiedzieć jej między słowami, że Pawilon 137 jawi mi się jako plan bardzo nieudanego sitcomu, w który ktoś uparty usilnie stara się mnie ciągle wkleić? Drażni mnie już ten bazar, ten jakiś inny świat, Praga. „No nie wiem, naprawdę nie wiem” – odzywa się zza kotary Kaśka. Myślę o weselu i o tym, że właśnie zaczęłam umawiać się ze znajomym znajomych, właściwie tylko po to, by kogoś przyprowadzić w czerwcu i żeby się nikt nie czepiał. Adam ma długie włosy, czarujący uśmiech, wygląda jak młody książę. Lepiej nie mogłam trafić. Po prostu bajka. Ale przypominam go sobie teraz i coś w środku we mnie się jakby przewraca. Myślę o swojej byłej. Dużo o nie myślę. I czemu tu jestem. Że przyszłam szukać tu innych światów, bo mój właśnie się rozpadł. I że nikt nie rozumie i to miejsce to właśnie takie miejsce dla samotnych ludzi, nic się nie klei kupy, wszystko tu jakoś idzie w różne strony, nie pasujące do siebie. Kaśka wychodzi wreszcie, patrzy oczekująco. Suknia jest cała w koronkach, lekko kremowa, opinająca. Wygląda w porządku.

Zaczęli jeździć autokarem do Włoch. Zabierali ze sobą śrubokręty, nożyce do krzewów, gitary, kompasy, lornetki, aparaty fotograficzne i podrabiane perfumy Chanel kupione u Rosjan. Zatrzymywali się w Mediolanie albo Palermo i rozkładali towar na głównej ulicy. Spali w autokarze. Przywozili do domu pięćset dolarów. Wtedy były to spore pieniądze.

Pojechał z nią na spotkanie religijne, które prowadził rabin. Zbudował rabinowi namiot z gałęzi na Święto Szałasów. Na jasnoblond włosy nałożył jarmułkę, niebieskie oczy wzniósł ku arce z Torą i zawiadomił ją, przejdzie na judaizm.

Najgorsze było pierze – powiedziała mu któregoś dnia – Unosiło się na wszystkich ulicach, podwórkach, klatkach schodowych… Skąd brało się w getcie tyle pierza? Może Niemcy szukali złota w pościeli? Może łatwiej było wynieść do sprzedania samą poszewkę? Czułam je w oczach, w ustach, we włosach. Śni mi się czasami ten biały puch i nie mogę oddychać.

 – Najgorsze było gorąco – mówiła innego dnia – Zgarnęli mnie na Umschlagplatz z innymi dziećmi, handlującymi za murem. Wtoczył się pociąg. Zrobił się ścisk, tłum wlókł mnie kilkaset metrów. Kiedy zobaczyłam przed sobą rozsunięte, drewniane drzwi wagonu, ktoś złapał mnie za kołnierz. To był mój dziadek. Wjeżdżał na plac, bo woził trupów u Pinkierta. Przed wojną miał konie i dorożki. Potem dorożki zniknęły. Potem zniknęły konie. Dziadek jeździł platformą i zbierał zwłoki z ulic. Potem platforma też zniknęła i był drewniany wózek, dziadek pchał go, a wujek Mietek ciągnął dyszel. Złapał mnie za kołnierz, cisnął na wózek i zasłonił trupami. Nie bałam się ani placu, ani pociągu, ani zwłok, tylko było mi strasznie gorąco… Josek – powiedział dziadek, kiedy wróciliśmy do domu – musisz ją stąd wyprowadzić. Dobrze, tate, powiedział tatuś i przyniósł mi z aryjskiej strony metrykę. Pewnie Zosia ją załatwiła, nasza służąca, w której tatuś się kochał jeszcze przed wojną. Metrykę przyniósł i katechizm i co kilka godzin przypominał: nie jesteś Jochwed, córeczko, jesteś Jasia. W nocy budził mnie: Nie jesteś Jochwed, córeczko. – Wiem, tato, ja jestem Jasia…

Najgorsze było, że nie mogliśmy do niego podejść – mówiła innego dnia. – Zastrzelili go w Ogrodzie Saskim, niedaleko Grobu Nieznanego Żołnierza. Uciekał przed szmalcownikiem przez Ogród i Niemiec akurat szedł i strzelił.

Polscy koledzy, z którymi tatuś handlował przed wojną na Kiercelaku, a w wojnę pod Halą Mirowską, przyszli do Zosi i powiedzieli, że tatuś leży przy Grobie. Pojechałyśmy z nimi tramwajem. Był przykryty papierami, na papierach ktoś ułożył kamienie, chyba od wiatru. Z daleka poznałyśmy buty z cholewami i spodnie wystające spod papierów. To były spodnie z worka, ufarbowane na granat. Chciałam do niego iść, ale Zosia trzymała mnie za rękę. Udawała, że przyszłyśmy na spacer. Sporo ludzi spacerowało po alejkach, dzieci bawiły się, wszyscy widzieli, że leży człowiek i omijali go z daleka. My też omijałyśmy go z daleka, jakby to w ogóle nie był nasz trup. Tylko ukradkiem zerkałam na papier i na buty z cholewami…

Najgorsze było, że nikt po wojnie po mnie nie przyszedł. Po dawnemu mieszkałam z macochą Zosią w suterynie. Przedtem wypuszczała mnie w nocy, żebym złapała trochę powietrza, teraz chodziłam sobie po ulicach. Rozglądałam się. Wystawałam na gruzach getta. Czekałam… Nikogo nie spotkałam, tylko innych Żydów, którzy czekali.

Zosia oddała mnie do żydowskiego domu dziecka: wyszła za mąż i nie miała dla mnie miejsca w suterynie. Do tego domu przyjeżdżały po swoje dzieci prawdziwe matki. Obcy ludzie szukali dziecka do adopcji. Jakiś rabin zabierał wychowanków do szkół religijnych… Tylko mnie nikt nie chciał zabrać. Ładnie się czesałam, zawsze z uprasowaną kokardą, byłam grzeczna – i nikt nie chciał mnie. To poszłam do ubikacji, w której stał chlor i otworzyłam butelkę…

- Nie płacz – mówił mąż. Nie zamierzała płakać, tylko miała trudności z oddychaniem, bo przygniótł ją biały puch. – Nie płacz – i głaskał ją uspokajająco po plecach. – Przejdę na judaizm, weźmiemy żydowski ślub i razem będziemy Żydami.

Zestarzała się, nie miała siły na stadion ani na autokary. Pojechali do Stanów. Mąż pracował na budowie, mył samochody i tynkował domy na wysokościach. Poszła do agencji pracy i wpłaciła trzy dolary. Najęła się do sprzątania w prywatnym domu amerykańskiej Żydówki. Sprzątała piętro, przysiadła na schodach i poprosiła o kawę. Usłyszała: Dostaniesz kawę, jak skończysz. Zdenerwowała się. Złapała wiadro. Chlusnęła pomyjami w chlebodawczynię. Wygłosiła krótki speech zaczynający się od – Jak cię pierdolnę tym kubłem… i w kapciach wybiegła na ulicę. – Police! Police! – słyszała za sobą krzyk amerykańskiej Żydówki.

Mąż nie chciał dłużej mieszkać w żydowskiej dzielnicy. Przenieśli się na polski Greenpoint. Coraz mniej pracował, pił coraz więcej i przestał mówić o przejściu na judaizm.

Wróciła sama.

Zaczęła kupować chleb. Kilogramy chleba chowała do szuflad, do szaf, do kredensu, do lodówki…

Czy pani głodowała kiedyś? – spytał lekarz. – Czy chce pani mi o tym opowiedzieć?

Jasia była przygnębiona i chora. Bazar Różyckiego podupadł, życie przeniosło się na stadion. Nowe przyjaciółki „Dzieci Holocaustu”, uznały, że stragan na stadionie mógłby wydobyć ją z melancholii. Złożyły się i pożyczyły jej pieniądze. Kupiła miejsce na błoniach i rozstawiła stół. Ułożyła dzianinę włoską.

Traf chciał, że obok handlowała znajoma z bazaru. Sprzedawała czeskie berety i miała brata po rozwodzie. Brat był dżentelmenem.

Może kawkę, pani Janeczko? – pytał i, nie czekając na odpowiedź, przynosił w plastikowej szklaneczce kawę ze śmietanką.

Może szaszłyk? – pytał.

Może do domu odwieźć?

Może przywieźć towar?

Nie chciała go. Nie umiał się kulturalnie wysłowić i używał marnych, duszących dezodorantów, ale jak raz został na noc, to już został całkiem. Wzięli ślub.

Codziennie dzwonię na OIOM do Instytutu Kardiologii w Aninie. Lekarz jest oszczędny w słowach. „Jego stan jest stabilny. Jeszcze za wcześnie” – odpowiada, gdy pytam, kiedy będę mogła odwiedzić męża. Skończyłam sześćdziesiąt pięć lat. Mierzę ledwo metr sześćdziesiąt, a i budowę ciała mam filigranową, choć werwy mi nie brakuje. Wacek operację przeszedł trzy dni temu. Wszczepianie bajpasów po zawale. Choć codziennie dzwonię i pytam, czy już mogę zobaczyć się z mężem i choć wiem, że to jeszcze za wcześnie, to codziennie wsiadam w metro na stacji Stare Bielany, dojeżdżam do stacji Politechnika, a tam łapię 525, które zawozi mnie prosto pod szpital. Siedzę godzinami pod salą, tak samo jak podczas operacji. Nie odeszłam, dopóki nie skończyli operować.

Jestem z Wackiem od ponad czterdziestu lat. To był mój pierwszy chłopak. To on w prezencie kupił mi damkę na której wybiłam zęba. Dziś Anioła Stróża proszę, by dał Wackowi zdrowie i siłę. Wiem, że to moja największa miłość i nikogo lepszego znaleźć nie mogłam. W końcu do ślubu poszłam bez uzupełnionej jedynki, a Wacek mimo to nie uciekł sprzed ołtarza. A to dla mnie najbardziej rozczulający dowód miłości.

Miałam koleżankę na Różyckim – Jadźkę. Jadźka umarła kilka lat temu. Ale ona to dopiero mogłaby opowiadać o miłości. Na bazarze męża sobie znalazła. Jadźka handlowała warzywami i przychodził codziennie taki jeden i zawsze, a to pomidorka, a to ogóreczka od niej kupił. Aż kiedyś lało jak z cebra i Jadźka zmoknięta wracała, a on z parasolką się pojawił nie wiadomo skąd. Odprowadził ją pod dom i już tak został. Odprowadzał ją do końca życia, umarł rok przed nią. Zgodne to było małżeństwo. Chociaż swoje lata mieli, bo i on wdowiec i ona wdowa.

Miałem wspaniałą kobietę. Żonę. Wyrozumiałą. Przymykała oczy na moje sprawy. Zajmowałem się głównie cięciem – to taka nazwa w żargonie naszym – to była wymiana waluty. Bardziej polegało to na oszukiwaniu, niż na wymianie. W sumie to nie bardzo interesowała się tym co robię, a ja po prostu jej nie mówiłem. Miałem wszystko podane. Nie wróciłem na noc. „Gdzie byłeś?” – pytała, a ja że w karty graliśmy z chłopakami. Tak mówiłem nie raz. Sam się później źle czułem z tym. No, parę razy ją zdradziłem, nie będę się wybielał. Raczej rzadko, tak może raz na miesiąc, czasem więcej, czasem mniej. Ale to… dzisiaj mi, może nie ciąży, ale żadnej satysfakcji nie przynosi. Jestem facetem, więc to robiłem tylko tak fizycznie, nie zdradziłem jej uczuciowo, umysłowo, a to chyba najważniejsze. Ona w domu rządziła. Opierdzielała mnie. Nie bała się. Chociaż czasami się bała, co robię. Była kobietą inteligentną, to się domyślała, czuła, że coś nie tak, że coś musi być na lewo. No ale miała wygodnie, nie musiała pracować. Pracowała tylko jak ją poznałem, ale po ślubie dosyć szybko przestała. Jak dziś pamiętam, na Nowym Świecie jako urzędniczka robiła w Pezetmocie. Poznałem ją przez kolegę. Spodobała mi się. Telefony wymieniliśmy. Po nitce, po nitce i tak żeśmy się związali. Ona mnie odpowiadała urodą, intelektem, to była tak zwana chemia. Pobraliśmy się w stanie wojennym. W osiemdziesiątym drugim. Jakoś tak. Mam jej tylko jedno zdjęcie w portfelu. Albumów nie ruszyłem od lat. Na łódce, śmutce, nad jeziorem, na plaży, z córką, która tak w ogóle to od 13 roku życia w Belgii mieszka z siostrą moją. No, nie mogę wrócić do tego. Na razie jeszcze nie. Może przyjdzie dzień, że będę oglądał te zdjęcia. Na pewno przyjdzie. W tym momencie nie…

Rok 2006, późny wieczór, Chmielna. Znów to samo: kasyno, pieniądze, alkohol, kac, „Dom Chłopa”, pieniądze, alkohol, kac i tak w kółko. To się nigdy nie zmieni. Dlaczego odeszła? Jeszcze miesiąc temu wszystko było w porządku. Nic się nie działo. Nic nie wskazywało. I tak nagle umarła. Dlaczego los mnie tak potraktował? Nikomu nic takiego nie zrobiłem.

Życie składa się z samych przypadków. Nikt mi nie wmówi, że nie. Jeśli ktoś tak powie, to się sam oszukuje. Całe życie z przypadków się składa. Żonę spotykam przypadkowo. Jestem, kim jestem, też przypadkowo. To, co zrobiłem, myślę, że zrobiłbym jeszcze raz. Krzywdy jakieś wielkiej nikomu nie zrobiłem. Wierzę w Boga, czasem pójdę do kościoła. Zrobiłem dużo dobrego i złego – myślę, że to się niweluje. Pół na pół. I pójdę na górę.

Historie miłosne to kawałki „Przyjedź miła na widzenie”, „Kraty mocne, kraty złe” to są wszystko miłosne, może nie za bardzo, ale czemu nie.

Oczywiście wszystkie piosenki są fabularyzowane, najczęściej z puentą. Jestem zawodowcem. Może ktoś myśli, że skoro jestem z Pragi, mieszkam na Targowej, muszę być niezły nygus, że orientuję się w tych wszystkich klockach. Też jest to prawdą, nie będę ukrywał. Tą sprawą zająłem się poważnie, bo kiedyś Stasiek Wielanek się do mnie zgłosił. Zarekomendował mnie jemu poeta – Zbyszek Jerzyna, przyjaciel Grochowiaka.

Wielanek pracował nad nową płytą ze swoimi kompozycjami i brakowało mu kilku tekstów. Miał pomysły na te teksty, o czym miałyby być. Jeden miał być o jakiejś knajpie warszawskiej, drugi o szpanerze, co to rodzice bogaci, fura wypasiona, narkotyki i tak dalej, a trzeci miał być hymnem Polonii amerykańskiej, bo on tam jeździł za granicę z występami, do Chicago, do Nowego Jorku, do Australii. No i spotkaliśmy się. Powiedziałem, że napiszę te teksty i mu przyślę. Za trzy dni napisałem. Zdziwił się. Spotkaliśmy się jeszcze raz. Przeczytał i powiedział, że okej i że może jeszcze bym coś napisał. Mówi do mnie „Pochodź po knajpach, po kawiarniach, pobujaj się to tu, to tam, posłuchaj co tam nawijają i spróbuj mi napisać piosenkę młodzieżowym slangiem”. Poszedłem do księgarni, kupiłem słownik gwary młodzieżowej, nauczyłem się znaczeń tych wyrazów, porobiłem różne zbitki, np. „didżej z loży fajansiarską muzę daje” i powstał kawałek „Knajpa trendy”. Napisałem mu 10 takich piosenek.

Na tym świecie złym pewien młody człowiek

Lubił długo spać, na bandżoli grać.

Ten ulicy syn, Felek, znany złodziej

Na Różycu stał, na bandżoli grał.

 

Jedna pani z tych co to chodzą w miasto,

Przygarnęła go urzeczona grą.

Felek czytał jej, kiedy nie mógł zasnąć,

Wiersze swe po świt, nie pomny jej rządz,

Jej wielkich rządz.

 

To dla tych rządz on grał i śpiewał,

W naiwnych wierszach podziwiał ją.

Masz duszę czystą, ja ciebie jestem nie wart,

Od skoku na bank już minął rok.

 

 Kupowała mu: wódkę, ciuchy modne,

A on pisał jej już następny wiersz.

W jambach chwalił głos, w trochejach urodę,

A w sonetach wieszczył ich miłości kres,

Miłości kres.

 

Miłości kres to uczuć zima.

Z bandżoli płynął żałobny ton.

Nie chcę już śpiewać, ty serca dla mnie nie masz,

W powietrzu wisiał miłości zgon.

 

Miłowania zgon okoliczność straszna,

To koszmarny sen, czarno biały film.

Po pijaku on żyły brzytwą chlasta,

Romans skończył się, został serca krzyk,

Ach serca krzyk.

 

Na Bródnie jest mogiłka mała,

Tu leży Felek bandżoli mistrz.

Muzyk, poeta na Pradze postać znana,

Wrażliwy złodziej, ulicy syn.

 

Na Bródnie jest mogiłka mała,

Tu leży Felek bandżoli mistrz.

Muzyk, poeta na Pradze postać znana,

Wrażliwy złodziej, ulicy syn,

Wrażliwy złodziej, ulicy syn,

Wrażliwy złodziej, ulicy syn.

Niedziela, majowe popołudnie 2018 r. Odwiedzam panią Krystynę.

– Myślałam o tym bazarze. – mówi – Może byś mnie tam zabrała? Tylko trzeba byłoby zamówić taksówkę. Widzę, że na stoliku leżą stare fotografię, na jednej z nich młoda dziewczyna z szczeniakiem na rękach. Jedziemy na bazar. Spacerujemy chwilę, ale widzę w oczach pani Krystyny rozczarowanie.

– Niepotrzebnie tu przyjechałyśmy – mówi – Czuję się trochę tak, jakby moja historia zniknęła. Jakby niektóre rzeczy w ogóle się nie wydarzyły, bo aż trudno uwierzyć, że kiedyś tętniło tutaj życie. Tu kiedyś sprzedawano wędlinę, tutaj były najmodniejsze jesionki, tam przed świętami można było dostać pomarańcze. A teraz nie ma tu nic. To straszne, bo czuję się teraz, jakby i mnie nic już nie miało czekać.

Na bazarze poznałam swojego pierwszego męża, Henryka. Był 1955 rok, lato, wakacje. Razem z przyjaciółkami często jeździłyśmy na Targową, traktując te wyprawy trochę jak podróże Magellana. To zabawne, ale wolałyśmy te szarobure uliczki Pragi niż lewą stronę Wisły. Może dlatego, że tamtą część miasta czuć było jeszcze wojną i strachem? Tamtego lata pojechałam na zakupy razem z Hanią, moją koleżanką, którą mama wysłała na bazar po fartuch do krawcowej. Miałam żółtą sukienkę. Heniek – ten mój przyszły mąż – stał w bramie i sprzedawał szczeniaki. Jak to dziewczyna, kochałam zwierzęta. Zatrzymałam się na chwilę, pogłaskałam psy, uśmiechnęłam się poszłam dalej. Hanka kupiła bułki i odebrała fartuch, a jak wychodziłyśmy, to ten mój adorator zapytał, czy przyjdę za tydzień w to samo miejsce, bo on będzie czekał. No i tak się stało, że bazar został cichym świadkiem naszej miłości. Dowiedziałam się, że ojciec Henryka ma w okolicy piekarnię. Często jedliśmy bułki prosto z pieca, po znajomości. Dużo moich znajomych wspominało bazar z niechęcią, ale ja – nie wiem czy to przez tę miłość, czy przez te znajomości teścia – postrzegałam to miejsce jako przyjemne i pełne dobrych ludzi, którzy dzielili się tym, co mieli, chociaż często sami nie mieli wiele. No, ale tak było też do czasu. Wyszłam za maż za Heńka, urodziłam pierwszego syna, dużo czasu spędzałam w domu, gotując i sprzątając i rzadziej pojawiałam się na bazarze. Mąż jeździł tam prawie codziennie pomagać ojcu, coraz częściej, niestety, wracał pijany, nie dbał o mnie ani o dziecko. A to co zarobił, tracił na wódkę i grę w benkla. Nie rozumiem, jak Heniek mógł się chcieć w to „bawić”. Przecież nie był tam pierwszy raz, wiedział, że to gra oszustów, że nie można wygrać. Ale jak widać alkohol i jakaś głupia chęć udowodnienia czegoś sobie, tym ludziom z bazaru była silniejsza niż rozsądek. Mąż przegrał duże kwoty, zapożyczył się u swojego ojca, przyznał mi się do wszystkiego po czasie. Pamiętam, że pojechałam na Targową. Byłam wściekła, chciałam spotkać tych benklarzy, odzyskać pieniądze. To było naiwne myślenie, głupie. Myślałam, że może milicja pomoże. Dobrze, że nie zarobiłam od któregoś, bo to nie byli przecież uczciwi ludzie. Nikt sobie oczywiście nic nie robił z moich uwag, próśb i gróźb. To był moment, kiedy rozstałam się z mężem, na bazar – z powodu niemiłych wspomnień – też wracałam już coraz rzadziej. Czasem po jakieś ubrania dla dzieci albo po ciepłe buty dla siebie, albo w drodze do zoo wstępowaliśmy tu na flaki. Teraz już nie mogę chodzić, mam problemy z biodrami i kolanem, więc na bazarze nie byłam od lat.

Po wyjściu z więzienia zmienia się podejście do życia. Chyba wydoroślałem. Spojrzałem na moją żonę i na nasze małżeństwo z boku i zadałem sobie pytanie, dlaczego się z nią ożeniłem. Spakowałem walizki, zostawiłem jej mieszkanie i odszedłem. Dwa lata przerwy dużo zrobiło. Kilka osób też mi coś tam powiedziało. Każdy jest tylko człowiekiem. Ona też – nie wymagałem od niej Bóg wie jakiej wierności. Małżeństwo trwało jeszcze kilka miesięcy. Po wyjściu czułem się tak, jakbym patrzył na to z boku. Powiedziałem sobie – nie, ja nie chcę. Podjąłem decyzję, zacząłem się rozglądać. Poznałem moją drugą żonę. Rozwód nastąpił bez orzekania o winie. Nasze kontakty po rozwodzie stały się czysto koleżeńskie. Z drugą żoną mam dwójkę dzieci. Córka kończy szkołę podstawową. Mają bal pożegnalny i idę dziś jako rodzic pilnować dzieci. Jestem bardzo dumny z mojego syna. Niedawno zdał egzamin z angielskiego. Pokazał mi ten certyfikat. On się nazywa First Certificate. Jest tak dobrze zabezpieczony, że nikt na bazarze go nie podrobi.

Joanna Bogiel

dziennikarka

"Kończy się czas »Różyca«" Trybuna, 20.03.1998

Siostra Kaśki

Pani Marysia

kupcowa

Pani Wanda

kupcowa

Hanna Krall

reporterka, pisarka

 

„Tam już nie ma żadnej rzeki”, Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s.121-125

Pan Kazik

cinkciarz

Pani Krysia

mieszkanka Pragi

Pan Marek

„Felek, bandżoli mistrz”

słowa: Henryk Rejmer
muzyka: melodia tradycyjna

Iga Herłazińska

Laboratorium Reportażu

Henryk Rejmer

poeta, bard szemranej Warszawy

Muniek Staszczyk

muzyk

Stanisław Wielanek

muzyk

Henryk Rejmer

poeta, bard szemranej Warszawy

Dziś jestem jedynym w Polsce, który w piosenkach tak kompleksowo opisuje środowisko przestępcze. Piosenki o tej tematyce są bardzo popularne w Rosji i w Meksyku. Wysocki napisał ponad 40 takich piosenek (po rosyjsku nazywanych błatnymi).

Ja mam materiał na płytę, którą chcę zatytułować „Al Capone znad Wisły”.

Obok mnie na bazarze stoi ekspolicjant – antyterrorysta. On pracował kiedyś po drugiej stronie. Paru jest tu byłych policjantów. Kiedyś często mnie zamykali na 48 godzin, a teraz stoimy tu razem. Jest tu taki jeden. Zaczął tu przychodzić, nękał nas. Potem poznał jakąś kobietę i wtopił się w bazar. To nie działo się tak, że ktoś by go za to zastrzelił. On wtedy wykonywał swoją robotę. Był po to, żeby nam utrudniać życie, my – żeby go unikać. Historia zatoczyła koło. Ale śmiejemy się z tego. On próbuje robić to samo, ale ja mu tego nie ułatwiam.

Eliminowano ludzi z policji, jak przekraczali czerwoną linię. Jak bywali na chrzcinach czy weselach ludzi z bazaru, to już robiło się bardzo źle. Dlatego raczej żona robiła zakupy, bo mnie znali. Opuścili by mi na butach czy koszuli i już bym miał zobowiązania.

Kiedyś tu grała kapela, ludzie obchodzili hucznie imieniny, urodziny. Żyliśmy jak jedna rodzina. Tu był nasz drugi dom. A teraz? Samo badziewie… Lakiery do paznokci, łańcuszki, klipsiki, sztuczne paznokcie, tatuaże, breloczki, naklejki, puzzle, albumy na naklejki. Dziś mąż utargował mi pięć naklejek po dwa złote. A jest 11:15. Kiedyś przychodziłam tu o 5:30. Pracowałam od 6:00 do 13:00. Czas szybko leciał. Napracowałam się, ale wiedziała, za co. Kiedyś dbało się o klienta, więc ostrzegałam, gdzie stał złodziej. Teraz nie ma o kogo dbać. Ludzie chcą czegoś lepszego… Ale co jest lepsze?

Jeszcze w liceum słuchałem piosenek Grzesiuka. Folk miejski był mi zawsze bliski, bo pozostał szorstki. W praskiej atmosferze podobało mi się to, że pozostała taka miejska, brudna i prawdziwa.

Na pewno w tych piosenkach pojawiał się prawdziwy obraz sytuacji. Społeczeństwo jeden do jednego, a nie propaganda. Dla mnie to był folkowy klimat. My studenci żyliśmy na obrzeżach, jako wyrzutki, outsiderzy. Nie zależało mi na „jakiejś” pracy, ani żeby szybko skończyć Uniwersytet. Studiowałem dziewięć lat. Myśleliśmy, że komuna się nigdy nie skończy.

Z zespołem Szwagierkolaska chcieliśmy się wziąć za stare warszawskie piosenki. W T.LOVE graliśmy rock'n rolla. Tutaj chcieliśmy zrobić coś innego, z zupełnie innymi muzykami. Z moim kolegą Andrzejem Zeńczewskim, który na co dzień grał muzykę reggae w zespole DAAB, zrobiliśmy projekt, żeby oddać cześć piosenkom Grzesiuka. Ale nie chciałem udawać gościa z Czerniakowa, którym nie jestem.

W czasach, kiedy królował ostry rock, Nirvana, a z drugiej strony piosenka biesiadna typu Maryla Rodowicz, wyskoczyliśmy z projektem Szwagierkolaska. Chciałem oddać coś Warszawie. Mieszkałem już tutaj kilkanaście lat. Chciałem wejść w ten warszawski, chuligański klimat sprzed lat. Z Andrzejem dużo chodziliśmy po mieście. Przesiadywaliśmy w różnych miejscach, żeby się wczuć. Długo wybieraliśmy piosenki.

To były ciekawe teksty andrusów żydowskich, polskich, literacko dobrze napisane, które Grzesiuk zaadoptował i rozpropagował. O seksie, namiętnościach, zdradach, o wódzie. Prawda, a nie jakieś pieprzenie. Dzisiaj piosenki są o niczym, słowo nie ma żadnego znaczenia, wówczas było odwrotnie.

Potem raperzy, także wzięli się za warszawskie piosenki – Vienio, Sokół. Chłopaki od hip-hopu mocno poruszają lokalne klimaty. Znali płytę „Luksus” Szwagierkolaski – uważali, że jest to fajna rzecz, charakterna.

Płyta ta, po latach posuchy, rozpoczęła modę na warszawskość. Przed nami robili to inni: Stanisław Grzesiuk, Stasio Wielanek, Kapela z Chmielnej, Kapela Czerniakowska, z Mieczysławem Foggiem na czele. Miasto zawsze ma swoje piosenki.

Pamiętam, jak chodziliśmy po wytwórniach. Pytano nas, dla kogo ta płyta? Dla paru pijaczków z Pragi, z Bródna? A my mówiliśmy, że dla wszystkich. Kogo obchodzi Grzesiuk?! A tu nagle boom. Wielki sukces. Płyta poszła do sklepów i nie ma płyty. Trafiła w całą Polskę.

Piosenka więzienna istniała zawsze i będzie istniała. Kiedyś za byle co ludzie szli do więzienia. W tym więzieniu siedzieli więc ludzie głównie inteligentni.

W celach śpiewali ballady. Na nich mówili bandyci, a ja uważam, że to inaczej było. Złodziej okrada złodziei. On nie pójdzie do biednego, bo co mu ukradnie. Na Karolkowej stała kamienica, którą złodzieje utrzymywali. Utrzymywali tych biednych ludzi. Jak wpadała policja do tego budynku, to nikt ich nigdy nie mógł znaleźć, bo mieszkańcy im pomagali. Dlatego powstawały te ballady.

Ta stara gwardia, to umiała śpiewać z uczuciem. Zawsze ta piosenka więzienna będzie istnieć, bo ludzie siedzieli, siedzą i będą siedzieć, nie ma innej możliwości.

Najgorszą konkurencją stał się dla nas stadion. Nie tylko dla bazaru Różyckiego, ale dla całej Warszawy. Ta konkurencja zniszczyła handel. Na bocznych ulicach Pragi pełno stało zamkniętych sklepów, które jej nie wytrzymały. Czynsze wysokie, klientów nie ma, to ile można dokładać? Dlatego wszystko padało. Bo co to za hurtownia, co przyjeżdża na Stadion i nigdzie nie zapisuje, co sprzedała? Pan idziesz do niego, chcesz rachunek, a on panu mówi, że panu nie da. No to przepraszam, co to za hurtownia? W dodatku sprzedaje w tej samej cenie w detalu i hurcie. To jak ja mam przykładowo narzutu na spodniach 10 czy 15 procent, a ktoś idzie na stadion i kupuje w cenie, za którą ja też kupiłem, to przecież on do mnie po te spodnie nie przyjdzie. Stadion to był wielki ośrodek złodziejstwa i przekrętów. Tam nikt nie dojdzie, kto ma zezwolenie, kto nie. Tam przyjeżdżali ludzie z całej Polski. Jak urząd skarbowy ich rozliczał? Władze patrzyły na to wszystko, widziały, jakie to jest gniazdo przestępczości, i mimo to milczały.

Bazar został zabity przez handel na Stadionie Dziesięciolecia. Tam funkcjonował lepszy dojazd i ludzie mniej bali się specyfiki Różyca, gdzie wszyscy się znali. Tam wszyscy pozostawali anonimowi. Po otwarciu granic potrzebne było większe miejsce do handlu i 90% naszych z Różyca przeniosło się na stadion, gdzie już istniały inne realia handlu. Kiepski towar sprowadzany z Chin zagłuszył nasz handel dobrym towarem. Bazar Różyckiego nie potrafił oprzeć się prawdziwemu kapitalizmowi. Na bazarze handlowali już ludzie z innej epoki. Wygrywał ten, kto potrafił być bardziej przedsiębiorczy i cwany.

Nieuregulowana kwestia handlu stworzyła kupcom jeszcze jedną konkurencję – Wietnamczyków.

Przełom zmiany ustroju wpłynął na losy bazaru, nie był jednak odczuwalny od razu. W 89. roku ludzie jeszcze mieli swoje pochowane zasoby. Jakoś to egzystowało. Jeszcze skądś wyciągano pieniądze. Ale od 96.– 97. roku robiło się coraz gorzej.

Niby przyszła wolność, ale z tą wolnością rozsypała się nasza przyjaźń. Przecież mieliśmy wielkie plany, żeby budować nasz… bazar. Pod wielkim dachem, latarenki, stylizowane stoiska, w środku brukowane uliczki, atmosfera starej Pragi. Wszyscy wyłożyliśmy oszczędności, każdy dał, co miał. I co? Pieniążki zniknęły, prezes też. Potem przyszła nowa prezesowa, znowu mieliśmy płacić i zrobiła się wielka wojna.

Na bazarze jest teraz tak, że się nikt z nikim nie przyjaźni. Wydaje mi się, że wynika to z zawiści. Kiedyś było inaczej. Sama pamiętam, że jak chodziła milicja, to jedna drugiej pomagała. Mama chowała bezinteresownie innym towar do swojej budki. Wiele osób tak robiło. Na bazarze świętowało się wspólnie imieniny, śluby dzieci. W święta wielkanocne każda alejka organizowała wspólny stół, każdy przynosił coś do jedzenia, dzieliliśmy się jajkiem. To było sympatyczne, no i skończyło się.…

Marek Pręgowski

kupiec

Zygmunt Broniarek

dziennikarz

Marcin Komar

Laboratorium Reportażu

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Elżbieta Końca

kupiec

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Kupcowa

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 111

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Nie miejmy nadziei na poprawę. Na pogorszenie – tak. U nas w Polsce doszło do tego, że każdy dba tylko o to, co ma u siebie w kieszeni. Ten co nie ma, niech zdycha. Niech pani rozejrzy się, jak to wygląda, to jest bazar? Jak nie ma kupujących i sprzedających? Pamiętam przedwojenne czasy i to wróciło. Przed wojną byli bardzo bogaci hrabiowie i biedni u nich służyli. Teraz każdy na nasz biedny kraj się pcha. Rządzą nie Polacy, bo jakby Polacy rządzili, to by coś o nas dbali, a tak to każdy dba o siebie. Wyprzedane jest wszystko. Słyszy się: Wedel sprzedany! Monopol sprzedany! A sprzedać łatwo i ludzi na ulice wyrzucić. I co ten Polak zrobi? Na nic nie ma kary. Jak tu patrzeć w przyszłość. A gdzie Polaków wywieść? Co to Polska nie powstała? Nie istnieje? Inni domagają się o swoje. Polacy nic nie mają? Polska podzielona. Komuna była dobra, ale jak skończyła się komuna, skończyła się Polska. Za komuny i na bazarze jakoś szło, bo Zachód nie wszedł do nas. Były budowane drogi, szkoły, wszystko, a teraz... Kto ma pieniądze, będzie płacił, będzie chodził do szkoły, a kto nie, no to zastrzyk i trzeba go uśpić. Miała pani przykład w Łodzi*. Ludzie są niepotrzebni. Wnuczek mojej koleżanki ożenił się z Żydówką. Jego teść jest dyrektorem w Olsztynie. I dał mu pracę. Zarabia majątek. Wiec ja się pytam, skąd taka płaca? Jakby ożenił się z Polką, to by tyle nie zarabiał. Ja tylko porównałam to i się zastanawiam. W polskim rządzie są Żydzi. Jeszcze przed wojną Żydzi mieli magazyny, pobudowali sklepy. To są żydowskie domy. Handlowali tu, a teraz wracają do swego. O cała Brzeska! Teraz przyjechała Żydówka, powiedziała, że to jest jej, pokazała dokumenty i zobaczymy. Przecież to zostało kiedyś powiedziane – wasze ulice nasze kamienice. Jeśli Żyd poszedł kupić coś do Żyda, to sprzedawał mu 10 procent niżej, a jeśli Polak coś kupował, to Polak musiał zapłacić to 10 procent. Tak był wykorzystywany. Każdy czeka, co będzie dalej, jak przyjdą Chińczycy.

 

* Nawiązanie do „handlu skórami”, słynnej afery w Łodzi.

Pan Boguś: Dlaczego nikt się nie odważy ruszyć tego tematu?

Ja: Właśnie próbuję.

Pan Boguś: Ja Pani dam dokumenty. Mój kolega, Mirek – zresztą policjant z PG – przyszedł do mnie i mówi „Bogdan daj mi lufę. Zobacz, trzydziesty skurwysyn na tej samej karcie pobytu. Dalej nie sprawdzam”.

Ja: A czy ma Pan jakieś dokumenty, namiary?

Pan Boguś: Ale kto się odważy to pokazać? Jedna Wietnamka, proszę Pani, co się odważyła, trzy lata temu została znaleziona na przystanku na Rondzie Waszyngtona.

Ja: Jak to „odważyła się?”

Pan Boguś: Ona się odważyła powiedzieć cokolwiek. Została pokrojona, leżała w torbie foliowej.

Ja: A kto za tym stoi? Mafia?

Pan Boguś: Ichniejsza. I pytam, dlaczego nikt nic nie zrobi z tymi Ukraińcami na górze? Nie ma takiego miejsca w Europie, na całym świecie, żeby w tak małym punkcie zgromadziło się tyle tak kryminogennego towarzystwa, jak tam na górze stadionu.

Pani Beata: Niech Pani powie, nie ma na nich jakiejś kary?

Ja: Czy oni coś robią złego, poza tym, że są bez kart pobytu?

Pan Boguś: Robią, proszę Pani. Pani pojedzie na Tarchomin, na osiedle. W co drugim bloku trwa produkcja. Oni przeszywają metki. Ta kurtka w sklepie kosztuje 120 zł. Oni sprzedają to za 60. Pani wytłumaczy dlaczego?

Pani Beata: Dlatego, że to jest nieclone! Ten towar, który idzie, powinien tylko przejeżdżać przez Polskę, a on tu się zatrzymuje. Nieoclony. Dlatego my bankrutujemy!

Pan Boguś: Czy ktoś Piskorskiemu powiedział coś… palec w oko wsadził?

Pani mi wytłumaczy jedną rzecz. Jaki strażak, jaka Straż Pożarna, podpisze „górę”? No Pani mi powie? Przecież tam jeden samochód się podpala i wszyscy giną. Przecież to jest masakra!

Pani Beata: Tam po prostu idą, kochana, walizki pieniędzy, to jest jasne jak konstrukcja cepa.

Pan Boguś: To jest znana sprawa. My sfinansujemy pani wyjazd do Sajgonu. Pani rozstawi stoisko w Sajgonie. Ile pani przeżyje? Dzień, dwa?

Pani Beata: Ale po co do Sajgonu. Do Moskwy niech Pani pojedzie! I jest to samo! Oni się u nas rozpanoszyli, a my…?!!!

Pan Boguś: Beata, nie krzycz. Po dwóch dniach wyjdzie Pani z nożem w plecach. A coś w tym jest, że u nas toleruje się takie rzeczy. No jak tak można? Mówię: ludzie, nad tym się zastanówcie. Zróbcie hit sezonu, zróbcie film o Wietnamczykach. Albo o tych Czeczeńcach, co stali na górze stadionu. Tam i policjant mundurowy bał się przejść.

Pan Boguś: O tym zróbcie film. Nad tym się trzeba zastanowić. Ludzie, przecież my jesteśmy Polakami. I my mamy patrzeć na to?

Niech Pani idzie na stadion i Pani ma dowody w ręku. Niech Pani da ogłoszenie, że Straż Graniczna w poniedziałek wjeżdża na stadion. I we wtorek nie będzie ani jednego Wietnamczyka. Kurna, dlaczego ten Polak jest wiecznie gnębiony? A ten Wietnamczyk śmieje się nam w oczy?

Pani Beata: Jeszcze powiem Pani przykład głupi: otworzyliśmy sklepik. Mieliśmy malutki sklepik, minidelikatesy, myślałam, że Sanepid nas zje! Pani z Sanepidu przyjechała, wodę badała. Ja mówię: „Proszę Pani, cały Grochów ma taką wodę, mieszkamy na Grochowie, taka woda jest wszędzie”.

Pan Boguś: Za tydzień dostaliśmy z Sanepid-u dokument, że nasza woda nie nadaje się do sklepu spożywczego. Przecież ta woda jest z kanalizacji miejskiej!!!

Pani Beata: To co mamy zrobić? Przecież taką wodę pijemy! A pani pójdzie vis a vis „Prażanki”, nie wiem jak się teraz nazywa, wie Pani gdzie? Tu na Targowej, taki duży sklep. Tam stoi budka z tym żarciem azjatyckim, mim jam jom. Pani zobaczy, jak ta kobieta, która sprzedaje to jedzenie, jest ubrana; jak wygląda to wszystko w środku. To, co mąż powiedział, że załatwia się do wiadra, tam nie ma ani wody, ani nic. A ręce to ma takie jak Pani czarna kapotka. I ona jedzenie podaje! Gdzie tu Sanepid? A ja miałam glazurę, terakotę, szafeczkę, czyściutko, ekspedientka miała fartuszek, wszystko jak trzeba, badania… No, ja przepraszam…

Pan Boguś: I nieszczęsny Piskorski…

Pani Beata: I to, co powiedział Lepper, to powiedział dobrze, może za mocno, ale to, że biorą pieniądze, to biorą pieniądze…

Pan Boguś: Ale jak Pani to ruszy, to na następny dzień złamią Pani nogę…

Pani Beata: I niech Pani zobaczy, my – mieszkając u siebie – nie mamy żadnych praw. Gdzie skwerek, gdzie jakiś lepszy punkt, Pani miejsca nie dostanie. Skośnooki dostanie, bo za pieniądze, da łapówkę, bo nas na to nie stać.

Pan Boguś: I niech Pani zobaczy, co druga Wietnamka jest w ciąży. Wystarczy przejść się alejkami, gdzie oni stoją…

Pani Beata: Mogę jeszcze coś powiedzieć? Ja jestem taka trochę zabobonna i kiedy mojej matki żyła matka i miała tą przepowiednię Świętej Sybilli…

Ja: Oj, teraz to już idę…

Pani Beata: I wszystko się z tej księgi sprawdza. Tam była końcówka taka, że żółta rasa zaleje świat. Nie na zasadzie wojny, tylko po prostu, że będziemy ich niewolnikami, do tego dojdzie….

Idź do Wietnamczyka, on będzie z tobą pięknie rozmawiał, a jak podejdzie do niego jakikolwiek urzędnik, to on będzie mówił „Nie joziumiem”. Ale z tobą będzie się targował o każdą złotówkę. Niech płacą podatki, jak każdy Polak i wtedy w porządku, proszę bardzo. Ale jak to jest 85% z przemytu, to nie czarujmy się, to jest tańsze.

Kupcy na bazarze czuli się zagrożeni przez Wietnamczyków i ich tanie towary z Azji Południowo-Wschodniej. Więcej. Na początku swej działalności to Wietnamczycy ciągnęli wózki z towarami. Potem ciągnęli je Polacy zatrudniani przez Wietnamczyków.

Oni mają własne hurtownie, do których Polak nie ma wstępu. Wory wożą wszystkiego. Kto to sprawdził, skontrolował? Jakie oni faktury wystawiają? Owszem, wykaże taki na fakturze, że sprowadził kurtkę za 80 groszy i odprowadzi od tych 80 groszy podatek, ale kurtkę sprzeda za 65 złotych. Polacy posprzedawali na stadionie swoje obiekty Wietnamczykom. Poszły za jakieś 10 czy 20 tysięcy dolarów i Wietnamczycy w nich zarabiali, a Polacy już tych pieniędzy nie mieli i płaczą teraz, jaką głupotę zrobili.

Te lata nie były dla bazaru dobre. Opustoszały bazarowe alejki, na wielu budkach zawisły kłódki. W urzędowych pokojach zawisła myśl, że dobrze byłoby, jak by bazaru nie było. Kiedyś nie pasował do Pałacu Kultury, dziś zajmuje cenne miejsce pod supermarket.

Większość mocnych handlarzy wyniosła się na stadion.

Jak ruszył stadion, to bazar siadł. Jak się kiedyś stanęło na Brzeskiej i spojrzało w stronę Targowej, to przez tłum ludzi nic nie było widać. A teraz to już pokazał się prześwit, widać jak na Targowej tramwaje jeżdżą.

Stadion to jest „hulaj dusza, piekła nie ma”. Podejrzewam, że nigdy na Bazarze nie było tak, jak na Stadionie Dziesięciolecia na górnej koronie, gdzie można wynająć płatnego mordercę. Oni się wcale nie ukrywali. I to kosztowało nieduże pieniądze. Za 5 tysięcy to mogła pani wskazać osobę niewygodną. Przyjeżdżał klient i robił, co do niego należało.

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie to, że zachorowała moja matka. Była już starszą osobą. Od wielu lat samotnie prowadziła rodzinny interes – zakład krawiecki i mały sklepik. Ja pracowałam w Orbisie, wcześniej studiowałam iberystykę na uniwersytecie i angielski na Shakespeare School of English w Londynie. Wiele podróżowałam. Zawierałam duże kontrakty na obsługę ruchu turystycznego. Zostawiłam jednak turystykę i zaczęłam mamie pomagać. Przyszły problemy. Ludzie nie mieli pieniędzy, klientów w sklepie mało. Szukałam więc innych sklepów, które mogły by brać nasz towar. I tak trafiłam na bazar Różyckiego. Szyłyśmy płaszcze, marynarki, eleganckie garsonki. Na bazarze nie znałam nikogo. Coś tam do mnie docierało, że jest jakiś konflikt, jakiś spór, ale ja stałam poza. Dla mnie bazar stanowił zamknięte środowisko. Jednak powoli zaczęłam się wczuwać w atmosferę strachu i bezradności. Wszyscy się bali, najzwyczajniej się bali. Poczucie zagrożenia narastało. Coraz bardziej oczywistym stawało się, że lada chwila wszyscy stracą swoje miejsca pracy. Miejsca, gdzie pracowali ich rodzice a często i dziadkowie. Miejsca, do których byli przywiązani od dzieciństwa. I gdy zadzwonił do mnie pan Zenon Jędra, zdałam sobie sprawę, że muszę im pomóc. I to nie tylko dlatego, że działa się tam jawna niesprawiedliwość, ale też dlatego, że jeżeli oni stracą swoje miejsca pracy, to i moja mama zbankrutuje. Wszystko, do czego z takim trudem doszła, przepadnie.

Tak się składa, że mieszkając na Targowej byłam świadkiem końca świata, któremu piszecie epitafium. Znałam ostatnich Żydów związanych z Pragą, z Targową, z bazarem Różyckiego. Pisałam o nich – wszyscy są w tomie „Fantom bólu”. A musisz wiedzieć, że byli to ostatni prawdziwi Żydzi, bo prawdziwy, najprawdziwszy Żyd to ten, co mieszka na Pradze.

Był więc Zygmunt Warszawer, ostatni handlarz bydłem. Handlował przed wojną - w Kownacicy, Izdebnie, Milanowie, Leokadii, Sośnince, Przyłęku. Po wojnie zamieszkał w parterowym budynku z czerwonej cegły, który kiedyś był mykwą, łaźnią rytualną. Prowadził jatkę z koszernym mięsem. W stanie wojennym mięso było na kartki, jak pamiętasz, a on miał tego mięsa więcej, niż było w Warszawie koszernych Żydów, więc sprzedawał je niekoszernym znajomym. Spotykałam tych znajomych, te znajome właściwie, bo zawsze kobiety to były. Młode, wesołe – z Kownacicy, Milanowa, Przyłęku, Leokadii. Znał ich ojców, ich dziadków – dawno, dawno temu. Kiedy miał żonę i dwoje dzieci. I konia. I wóz z plandeką i sklep. Kiedy miał Srul na imię. Chłopi z którymi handlował i którym pożyczał pieniądze (mówił: „Otwórz szufladę, weź ile potrzeba, oddasz jak będziesz mógł”) postanowili, że musi przeżyć. Nadali mu imię Zygmunt. Pozwalali nocować w swoich stodołach, lasach i stogach siana. Karmili chlebem, zupą i kartoflami. Kiedy żona Jochwed z córką Basią zginęły w getcie, mówili mu, że musi żyć dla syna. Kiedy zginął Szmulek, mówili, że musi dla nich żyć. I przeżył. Po wojnie jeździł do urzędu bezpieczeństwa. Świadczył, że więzień akowiec nie zabijał Żydów, tylko pomagał im. Chodził do fabryk, mówił: „Ojciec tej dziewczyny uratował mnie, a pan nie chce jej do pracy przyjąć?”. Załatwiał im zaproszenia z zagranicy. Nogi wołowe i cielęce dawał im bez pieniędzy. Był gościem na ich rodzinnych przyjęciach. Tańczył z cudzymi narzeczonymi na cudzych weselach i siedział za stołem niedaleko proboszcza i sołtysa. Z tych wsi przychodziły teraz te kobiety, zawsze pogodne, zawsze przyjaźnie uśmiechnięte. Dawał im koszerne mięso i jeszcze rosół im dawał. Prawdziwy rosół z pręgi wołowej, ze szpondra i z kury, też prawdziwej, bo z bazaru Różyckiego. Jedli, żartowali, popijali wódeczkę i było wesoło. „Co Zygmuś?” – mówiły kobiety. „Źle ci było u nas? No powiedz, źle Ci było? Jak będziesz potrzebował, znowu cię schowamy, Zygmuś”.

Był na Targowej, w jednym z solidnych, okazałych budynków ostatni żydowski fabrykant. Miał przed wojną fabrykę. Miał też żonę, syna i córkę. I miał kochankę – młodą pracownicę. Była młoda i śliczna, jak to kochanka żydowskiego fabrykanta. Kiedy nastała wojna młoda kochanka wzięła do siebie na wieś i ukryła całą jego rodzinę. Nie wiem jak to zrobiła, ale w jej wsi zmieściło się całe to towarzystwo. Może w piwnicy jakiejś, może w stodole. Pierwsza nie wytrzymała żona. Powiedziała dziewczynie, że bardzo dziękuje, ale ona wraca do getta. Wróciła i zginęła. Drugi nie wytrzymał syn. Podziękował dziewczynie i wrócił do getta. I zginął. A córka, która była małą dziewczynką i niewiele rozumiała, wytrzymała i jej tata fabrykant też wytrzymał. I przeżyli wojnę. Po wojnie fabrykant ożenił się z kochanką i miał z nią córkę. Śliczną, prześliczną dziewczynę. Jest to historia - właściwie o czym?

O miłości? O ostatnim fabrykancie żydowskim z okolic bazaru Różyckiego?

Jego powojenna żona, jak mówiła moja mama, była jedyną osobą, która potrafiła robić rybę po żydowsku, gefilte fisz. Bardzo kochała swojego męża, a mąż lubił rybę, więc musiała się nauczyć. Nie muszę dodawać, że tę rybę kupowała na bazarze Różyckiego. Tylko tam zawsze były żywe karpie, a do gefilte fisz karp musi być żywy!

Wcześnie owdowiała i nigdy nie wyszła za mąż. „Po co mi mąż?” - mówiła mojej mamie. „Takiego dobrego jak on był, już nigdzie nie znajdę”.

Ostatni żydowski gracz mieszkał wprawdzie na Woli, ale swoje karciane sztuczki pokazywał na bazarze Różyckiego. Henio miał na imię, nie pamiętam nazwiska. Jego rodzice byli głuchoniemi i rozmawiali językiem migowym. Dzięki temu nie miał żydowskiego akcentu i udawał aryjczyka bez większych kłopotów. Był śpiewakiem ulicznym, papierosiarzem, pucybutem i pomocnikiem kolejowym. Nie wiem kiedy nauczył się grać w karty. Podczas wojny? Bo po wojnie nie było lepszego gracza ani w hotelu Marriott, ani w klubie „Rio Grande”, ani na bazarze Różyckiego. Grał w sztosa, pokera, burkę, derdę i sześćdziesiąt sześć. Ożenił się z Polką. Urodziła mu synów, którzy nie chcieli być Żydami. Tośka miała na imię. Ładna, niebieskooka, z dużym biustem. Żydzi, którzy przeżyli, marzyli o takich jasnych, wesołych i piersiastych.

Ostatni kantor, Daniel Boguchwał, mieszkał na Zamoyskiego. Śpiewał tylko raz w roku. Był starym, wątłym, schorowanym człowiekiem. Przez cały rok zbierał siły, żeby jeden jedyny raz, w Jom Kipur, śpiewać „El male rachamim” - Boże pełen miłosierdzia. Gromadził siły na ten dzień i na tę pieśń. Wielkim, potężnym głosem śpiewał. Z wątłego ciała wydobywał się potężny, czysty, mocny głos, przepełniony miłością i rozpaczą.

No i jeszcze był Mojżesz Szapiro. Najstarszy, najpobożniejszy i z najdłuższą brodą. Ostatni szochet – rzezak, upoważniony przez rabina do rytualnego zabijania zwierząt i ptaków. Kiedy zestarzał się i przestał być szochetem postanowił wyjechać do Izraela. Przygotował do drogi meble, zamknął je w pokoju, na drzwiach zawiesił kłódkę, a klucz schował do płóciennego woreczka. Zamieszkał w kuchni. Przybywało mu garnków, których nie warto myć, słoików, których się nie wyrzuca, czerstwego pieczywa, przeczytanych gazet, strzępów folii, starych butów, kapsli, korków i szmat. Ze swoimi meblami chciałby popłynąć do Hajfy statkiem handlowym. Chciałby za darmo płynąć, odwiedza więc ambasadę izraelską i prosi o bilet. Odpowiadają, że to niemożliwe. Ostatni polski szochet jest cierpliwy. Czeka. Wybiera się do Izraela już od trzydziestu lat.

 

Bazar… Ząbkowska, Brzeska, Targowa. Jeszcze dzisiaj mogę Ci narysować cały układ straganów. Wchodzisz z Targowej i po prawej stronie masz budki z przyborami szewskimi. Po lewej buty, najmodniejsze, rzecz jasna. Idziesz prosto. Idziesz, idziesz, dochodzisz do Brzeskiej i do żywego drobiu. Kury, gęsi – to tam. Po lewej warzywa. W alejkach ubrania, najmodniejsze rzecz jasna. No i pyzy z cebulką i ze skwarkami. Które zresztą gotowano w naszej kamienicy, Targowa 32. W nocy gotowano, o świcie szło się z garnkami na bazar. Były trzy podwórka, mieszkałyśmy w drugim, druga oficyna na lewo, na trzecim piętrze. Nie znosiłam tego mieszkania. Zimno w zimie, gorąco latem, węgiel w komórce i piec, który nie grzał. Ale nie ma już - ani mieszkania, ani podwórka. Została tylko frontowa część. W głębi rosną drzewa samosiejki, pod którymi zbierają się mieszkańcy Targowej i okolic. Rano przychodzą narkomani na odwyku, bo na Brzeskiej jest przychodnia, a po południu alkoholicy, też na odwyku.

A nad nimi, na murze sąsiedniego domu jest ślad. Jakby szkic mieszkań. Okazuje się, że nasza oficyna przylegała do tamtego budynku. I na murze jest zarys naszych ścian. Jest i trzecie piętro. Po prawej stronie pokój, po lewej kuchnia, wyżej komórka na węgiel.

Duch mieszkania.

Duch Targowej 32.

Może i tamte duchy gdzieś tutaj krążą. Zygmunta Warszawera, ostatniego handlarza bydłem. Daniela Boguchwała, ostatniego kantora. Henia, co grał w karty. Mojżesza Szapiro, co wybierał się do drogi…

Gdzie mają być?

Gdzie mieliby zostać na zawsze, jeśli nie na Pradze, w okolicach Targowej i Ząbkowskiej, w sąsiedztwie bazaru…

Chińczycy zalewają. Na Różycu nic już prawie nie ma. Co podrabiać, jak i tak wszystko chińskie. Oni wmawiają, że w Polsce produkowali. Potem patrzysz i jak byk: MADE IN CHINA – tandeta. Co ma być, dajcie spokój. Brak widzenia, brak kultury, brak oczytania, brak myślenia, przede wszystkim, Ciągle wielkie błędy w oświacie. Nie uczymy się i to nas zgubi. Błądzenie po pustyni trwa. Od 69. roku. Życie napisane jest na 40 lat. Mieszkali tu Żydzi. Wspaniali rzemieślnicy. Oni robili ogromne pieniądze. Niewolnik nie ma w ogóle pieniędzy. Pani ma pieniądze? Pracy nie ma. I o to chodzi. Gonimy gdzieś i co? Do czego? Przejdź się na bazar teraz i zobacz. Gdzie tam życie, gdzie tam praca?

Pytasz się, co to bazar. Różyc to jest całe życie. Tam się wszystko działo. Teraz upada i to znaczy, że upadnie też ludzkość. W tą stronę się kierujemy. Będzie jeden błysk, jeden rozbłysk i koniec świata. Nie będzie ani lodówki, ani samochodu, ani komunikacji, ani komórki. Zapalniczki nie zapalisz. Od czego zapalisz, jak gazu nie będzie. Zostaną tylko ludy pierwotne, ludy Azji i ci z północy, co chodzą za reniferami. Ameryka Południowa zostanie i Afryka Środkowa, pigmeje. Tam sobie poradzą. Reszta wyginie. Choróbska, cholery, szczury. Jeden błysk. Jesteśmy tak słabiutcy. Nic się nie zabezpieczyliśmy przed naszą haniebną cywilizacją. Morse’a nawet nie umiemy. Jak nie będzie gazu, światła, przyjdzie zima i koniec. Jak ogrzejesz, jak nie będziesz miała czym, jak wodę będziesz czerpała, jak nie będzie studni? Komputera nie włączysz do prądu, tramwaj nie pojedzie, a koni nie ma. Gdzie podładujesz akumulator? Kto będzie miał jeszcze trochę ropy, będzie miał skarb. Ludzie się będą bili o ropę. A czym ją wypompujesz? Czym ją przewieziesz? Ile tysięcy samolotów spadnie w ciągu jednego dnia? Żadnego sterowania nie będzie. Wysiądzie wszystko. Czołg nie wystrzeli, rakieta nie wybuchnie. Nic. Koniec. Ludzie sobie nie zdają sprawy, co sobie sami zmajstrowali. A w dalszym ciągu siedzimy i pieprzymy o tym, czy można palić zioło, czy ten sra w balon czy nie sra, czy będzie euro, kto będzie piłkę kopał, kto kogo wylosował. Wczoraj pokazywali tundrę, zalana całkowicie, a jak taka zmarzlina grubości kilkudziesięciu centymetrów stopnieje, to będzie klapa dopiero, a nie tam euro jakieś. Asteroida przyleci dokładnie w 2018 roku, będzie bardzo blisko i dostanie kopa. W 2024 dostanie drugiego kopa, bo będzie leciała 300 km nad ziemią i w 2036 walnie prościutko w nas. Jeżeli nic nie zrobimy, nie obliczymy, może nawet nie będziemy mieli możliwości i co wtedy? Koniec będzie. Szlag trafi ten bazar cały, gdzie kiedyś się kręciło całe miasto, życie trwało. A teraz nic nie będzie, ani bazaru, ani życia. Pycha ludzka nie zna granic. Ludzie tylko chodzą i gadają, najlepiej za twoimi plecami. Ale się postęp cywilizacyjny do nas przyczepił i sobie sami czarną przyszłość zgotowaliśmy.

Pewnego dnia pan Włodarski powiadomił ludzi, że za 14 dni podpisuje z gminą umowę dzierżawy terenu. Każdy musiał wpłacić po 2,5 tys. zł wadium. Przetarg na teren ogłoszono w taki sposób, żeby nikt się o nim nie dowiedział. Nawet spadkobiercy Różyckich zorientowali się w ostatniej chwili. Zaraz potem Włodarski zaczął zbierać następne pieniądze. Po 2,5 tys. pierwsza wpłata na budowę centrum handlowego i 1,1 tys. na zakup placu przy ul. Markowskiej. To jest teren tuż przy bazarze. Mieliśmy się tam przenieść na czas przebudowy bazaru czyli na 2 lata. Wszyscy wpłacali. Problem pojawił się wtedy, kiedy założona cena pawilonów zaczęła ze spotkania na spotkanie rosnąć. I to drastycznie. Zaczęłam się obawiać o swoją przyszłość, czy nie stracę swojego miejsca na bazarze? Co się stanie z moimi pieniędzmi, co stanie się z pieniędzmi mojej rodziny? Moja siostra wpłaciła na pięć pawilonów. To był powód, że zaczęłam sama chodzić do spółdzielni, bo coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Nie pasował mi ten projekt, którego nikt na oczy nie widział, nie pasował mi ten przetarg, który odbył się tak po cichu i nie pasowało mi wiele innych rzeczy. I chodziłam do spółdzielni, prosiłam o dokumenty: jedne, drugie, trzecie... przeglądałam, sprawdzałam. I dostałam od pana Włodarskiego propozycję dogadania się... za pieniądze. To znaczy, jeżeli nie będę robiła szumu, nie będę nic sprawdzała, jeżeli się uspokoję, to dostanę posadę wiceprezesa i pieniądze. Albo pawilon za darmo. Mnie to bardzo zaniepokoiło. To był dowód, że coś jest nie tak. Poszłam więc do jednej z warszawskich kancelarii adwokackich i poprosiłam o pomoc. Spisałam z nimi umowę, jako osoba prywatna, jako członek spółdzielni. I zaczęliśmy chodzić razem do biura i prosić o dokumenty, o rejestr, o umowy... Do mnie dołączyły jeszcze cztery osoby. Zawiązaliśmy małą koalicję. Finansowaliśmy adwokatów. I oni nam pomogli odkryć część prawdy. Jak się okazało, brakowało dokumentów księgowych, poświadczeń wpłat, rejestru członków spółdzielni, kosztorysu... To zrobiło się niepokojące, bo gdyby nam to wszystko wyjaśniono, pokazano, że taniej się nie da, że to jest dobre rozwiązanie, to pewnie byśmy to zaakceptowali i dali pieniądze. Rozpoczęła się cicha wojna. Na zebraniu, które zostało poświęcone tymczasowemu bazarowi na Markowskiej, wyszło na jaw, że działka nie jest kupiona na własność, jak nam mówiono, a jest tylko wydzierżawiona. Miały tam stanąć tymczasowe pawilony a ich cena miała wynosić 2,5 tys. zł. Ale kiedy na tym zebraniu zaczęłam się dopytywać, jakie to pawilony, z czego zrobione, jak zrobione, jakie zaliczki, to doszliśmy do ceny 7,5 tys. złotych. I wtedy ludzie zrozumieli, że są oszukiwani. Mówiło się co innego, wyciągało się pieniądze, a potem wyglądało inaczej. Właśnie na tym zebraniu wszystko się zaczęło. Ja wstałam, powiedziałam, że to jest oszustwo, że tak się nie robi i wyszłam. I cała sala wyszła za mną. Złożyliśmy wniosek o zwołanie walnego zgromadzenia. To Walne zgromadzenie odbyło się 12-ego września w 98. roku. Trwało trzy dni i trzy noce. Piątek, sobota, niedziela…

Włodarski obiecywał gruszki na wierzbie, miał zrobić piękny bazar, pod wielkim dachem, latarenki, zabytkowy bruk, stylizowane stoiska. To mi się podobało. Ale bardzo szybko ta koncepcja uległa zmianie i zamiast budek miała już powstać hala na trzy piętra. Koszty cały czas rosły. Wybuchł bunt. Prezes zapominał, że jest kupcem, że wywodzi się z kupców. Z ludźmi trzeba rozmawiać, trzeba ich przekonywać. A on uważał, że hołota i tak da, i tak zapłaci, i że te ćwoki na wszystko się zgodzą. Bo to padały takie teksty. A tu przecież pracuje też wielu wykształconych ludzi, a nawet ci, co przeszli tylko szkołę bazaru, też potrafią liczyć.

Na prezesa spółdzielni powołano pana Włodarskiego, człowieka od trzech pokoleń związanego z bazarem. Kiedyś handlowała tu jego babka, potem matka, a potem on z żoną. Pan Włodarski miał całkiem niezły pomysł. Chciał, aby kupcy wybudowali nowoczesne centrum handlowe. Przygotował projekt, kosztorys. Koszt stanowiska handlowego został tak skalkulowany, aby każdego było na to stać. Jedno stanowisko (12 m²) miało kosztować 40 tys. Ludzie to zaakceptowali. Zaczęli wpłacać pieniądze. Przygotowywano się do zmian. W kwietniu 1998 roku Włodarski zawarł z gminą umowę dzierżawy terenu bazaru na 30 lat. I wszystko potoczyło by się dobrze, gdyby nie to, że ktoś wyczuł dobry interes i postanowił się kupców pozbyć.

W 1994 roku powstała Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego, która tak sobie gdzieś trwała, słyszałem, że coś takiego jest. Dopiero pod koniec 1997 roku dowiedziałem się, że spółdzielnia stara się o wydzierżawienie terenu. Ładnie, pięknie. Wszyscy to popierali, bo wcześniej przechodziliśmy z rąk do rąk. WSS Społem, Porty Praskie, Urząd Dzielnicy – nie mieliśmy własnego pana. Ja też się cieszyłem, bo warunki, jakie mieliśmy na bazarze, to tragedia. Kiedy przychodziły mrozy, to aż się płakać człowiekowi chciało. Ani klient nie miał się jak przebrać, ani my jak ogrzać. Wystarczyło włączyć piecyk i zaraz całe oświetlenie siadało. Więc cieszyłem się, że człowiek będzie mógł wreszcie się w budce rozebrać, że nie będzie opatulony, w kamaszach, trzech parach gaci. Przedstawiono nam projekty, z początku nie bardzo konkretne. W końcu powstał pomysł hali. Kupcy się na to zgodzili i przyklepano to na walnym zgromadzeniu spółdzielni. Chwilę później zaczął się ruch, żeby obalić prezesa Włodarskiego. Zaczęto krzyczeć, że robi przekręty.

Problem wystąpił taki, że nikt nie chciał zostać prezesem. A należało zgłosić do sądu nowe władze. Ja też nie chciałam, ale zostałam.

W końcu walne zgromadzenie na wniosek stronników Chodyny wybrało ją prezesem.

Na przewodniczącego zebrania sala wybrała mnie. To bardzo się nie spodobało panu Włodarskiemu. Zaczęła się awantura. Wyrwano mi mikrofon. Odebrano nam listę obecności, weszła ich ochrona, żeby najbardziej aktywne osoby siłą wyprowadzić, doszło do rękoczynów, pan Włodarski usiłował nas pobić, pan wiceprezes Skrzypkowski chciał mnie uderzyć w twarz. W ostatniej chwili adwokat złapał go za rękę. Musieliśmy przychodzić na własne zebranie z ochroną, inaczej by nas tam stłukli. Przyczyną tego wszystkiego stały się oczywiście pieniądze, duże pieniądze. Na dzień tego zebrania, co wyszło późnej, wpłynęło do kasy spółdzielni ok. miliona dolarów! I te pieniądze zniknęły. Zarząd odmówił przedstawienia sprawozdania z działalności, Rada nadzorcza uciekła. Trzeciego dnia, o 12 w nocy odbyło się głosowanie za odwołaniem Włodarskiego. Na sali było 290 osób, 278 głosowało za. Ochrona pilnowała, aby nikt, kto nie jest w spółdzielni, nie znajdował się na sali. Około 180 kupców niezrzeszonych w spółdzielni stało na zewnątrz i o północy, kiedy się dowiedzieli, że odwołano Włodarskiego, zaczęły strzelać szampany. Z radości, że go wyrzucono, że wreszcie może wprowadzimy porządek.

Ludzie, którzy wystąpili przeciw Włodarskiemu, zostali już od dawna przeszkoleni przez prawników, co i jak robić. Chodyna do końca twierdziła, że nie chce zostać prezesem, miała wejść tylko do rady nadzorczej. Prezesem miał być ktoś z zewnątrz. Z samym walnym zgromadzeniem też wystąpiły problemy. Brakowało quorum, ludzi ściągano praktycznie na siłę. Trwało to trzy dni. Trzeciego dnia zamknięto drzwi na klucz, postawiono ochronę i nikogo nie wypuszczono aż do trzeciej nad ranem – aż wszystko przegłosowano.

W rozmowie biorą udział: pan Boguś,
 jego żona Beata i ja – studentka LR

Wzywaliśmy zarząd i radę nadzorczą przez 3 dni, żeby przekazali nam biuro i dokumentację. Nikt się nie odezwał. Włodarski i jego ekipa chodzili tylnymi ścieżkami po bazarze, żeby nas nie spotkać. Więc w końcu trzeciego dnia zawiadomiliśmy policję, wzięliśmy ślusarza. Ten przeciął kłódki, przeciął kratę. Ludzie klaskali, jak to widzieli.

Włodarski zostawił nam po sobie istne pobojowisko, dosłownie i w przenośni. W nocy z 12. na 13. września 98 r., ktoś z nich, podejrzewam że z zarządu, wszedł do biura, ludzie widzieli palące się w nocy światło, i niszczył dokumenty. Gdy my weszliśmy, biuro wyglądało jakby wybuchła w nim bomba. Resztki podartych papierów. Bałagan. Żadnych umów, żadnych faktur, żadnych przelewów. Nic. Kompletne zero. Skasowano wszystkie dane na twardych dyskach. Chodziło o to, abyśmy nie mogli odtworzyć operacji, które oni wykonywali. Ale my to i tak odtworzyliśmy. Wzięliśmy hackera – o tym wie tylko kilka osób – i on odtworzył zawartość tych dysków. I dokładnie wiemy, jak te pieniądze zostały wyprowadzone. Wszystkie pieniądze poszły na budowę, której w ogóle nie było! Dziwne spółki, dziwne powiązania pana Włodarskiego. Powołaliśmy cztery komisje, które robiły pełną inwentaryzację. Do tego stopnia, że spisywane zostawały długopisy! Szpilki! Gumki! Tak jest zrobiona inwentaryzacja. Żeby nam nikt nie zarzucił, że coś zginęło. Zgłosiliśmy do banku informację, że są powołane nowe władze spółdzielni i żeby zablokowano konto do czasu uzyskania przez nas wpisu do rejestru. Mimo to bank wypłacił panu Włodarskiemu pozostałą na koncie gotówkę – 86 tys. złotych. Na rachunku zostało 36 złotych. Z miliona dolarów pozostało 36 złotych! I do tego 120 tys. długu bieżącego. Nie został zapłacony prąd, śmieci, woda, podatki od nieruchomości i pracownicy nie mieli wypłaconej pensji.

Odwołaliśmy Włodarskiego. Dostał od nas mnóstwo pieniędzy, a zostawił pustą kasę. Z niczego się nie rozliczył, nie zostawił żadnej dokumentacji. I do dziś tych pieniędzy nie ma. Wyparowały.

Pan Włodarski został odwołany. W jego miejsce powołano marionetkowy zarząd, na czele którego stanęła pani Jolanta Chodyna. Całą operację przeprowadzili w sposób mistrzowski prawnicy z kancelarii pana Smoktunowicza. Prócz pani Chodyny do zarządu weszli jeszcze: pan Szprejer, pan Kliszka i pani Krawczyk. Co ciekawe, pan prezes Włodarski nawet nie zaprotestował, oddał wszystko, odsunął się. Na walnym ani razu się nie odezwał – mówiło się, że wcześniej parę razy wywieźli go w bagażniku do lasu (podobno może potwierdzić to Pani Halina, sekretarz zarządu Włodarskiego). To jego milczenie i nie bronienie się stało się tym dziwniejsze, iż zarzucono mu jedynie „złe zarządzanie”, nie udowadniając tego w żaden sposób. Z tym że cała atmosfera wokół jego osoby pozostawała niedobra. „Chodynowcy” ciągle podgrzewali atmosferę i część kupców im uwierzyła. Jednocześnie zainscenizowano prowokację. „Nieznani sprawcy” pobili pana Jacka Łukasika, późniejszego członka zarządu Chodyny, a winą starano się obarczyć Włodarskiego. Gdy go odwołano – odszedł z bazaru. On i żona. Pozostali członkowie jego zarządu zostali, ale nie mieli na początku lekkiego życia. Ich też posądzano o robienie przekrętów na szkodę kupców. Włodarski starał się, chciał coś po sobie zostawić. Nie widziałam żadnych przekrętów, owszem coś komuś należało czasem dać, ale to normalne, takie jest życie.Na prezesa spółdzielni powołano pana Włodarskiego, człowieka od trzech pokoleń związanego z bazarem. Kiedyś handlowała tu jego babka, potem matka, a potem on z żoną. Pan Włodarski miał całkiem niezły pomysł. Chciał, aby kupcy wybudowali nowoczesne centrum handlowe. Przygotował projekt, kosztorys. Koszt stanowiska handlowego został tak skalkulowany, aby każdego było na to stać. Jedno stanowisko (12 m²) miało kosztować 40 tys. Ludzie to zaakceptowali. Zaczęli wpłacać pieniądze. Przygotowywano się do zmian. W kwietniu 1998 roku Włodarski zawarł z gminą umowę dzierżawy terenu bazaru na 30 lat. I wszystko potoczyło by się dobrze, gdyby nie to, że ktoś wyczuł dobry interes i postanowił się kupców pozbyć.

Pani Chodyna jak została prezesem, to od pierwszego dnia szukała dowodów na machlojki Włodarskiego. Co drugi dzień ogłaszała, że już coś ma, że idzie wniosek do prokuratury, ale do końca nic nie znalazła. Początkowo pani Chodyna twierdziła, że z budową nic się nie zmienia. Dopiero w styczniu 99 na zebraniu spółdzielni pełnomocnik zarządu – „pan inżynier” – przyjaciel Łukasika, mający powiązania z „Dziadem” (znajomym ojca Łukasika), wyskoczył z podniesioną ceną. Chcieli odstraszyć kupców, a przynajmniej ich większość. Liczyli, że z garstką, która zostanie, łatwo wygrają. Ale źle to rozegrali. Z „Dziadem” związana była też firma ochroniarska pilnująca bazaru za czasów Chodnyny. Z jej właścicielem kiedyś pracowałem w milicji. Jego żona pracowała z żoną „Dziada” i „Dziad” zlecił mu ochronę bazaru i chociaż ten mój znajomy zawsze się tych powiązań wypierał. Chodyna nie płaciła mu za ochronę, a on nie mógł zejść z obiektu bez zgody „Dziada”. Chodyna od początku swoich rządów przestała płacić nie tylko za ochronę. Nie zapłacone zostały rachunki za: energię, śmieci, wodę, nie opłacony czynsz z tytułu dzierżawy, ZUS, urząd skarbowy. A od kupców zbierała pieniądze co miesiąc. Jeszcze podniosła im stawki. Czynsz początkowo dzielnica potrącała sobie z wadium, ale to skończyło się w listopadzie i aż do maja dzielnica nie dostała stąd ani grosza. Dyrektor Urban nie reagował. Rozpoczęto budowę. Wylano fundamenty „pierzei” od Ząbkowskiej. ENERGOPOL – główny wykonawca – też nie dostał pieniędzy. Chodyna wezwała kupców do wpłat do kasy spółdzielni – podobno na coś brakowało pieniędzy, ale na co, jak niczego nie płaciła. Pieniądze, które leżały na koncie spółdzielni, gdy Chodyna przejmowała władzę, gdzieś wypłynęły – powiedział nam to znajomy dyrektor banku.

Jego zdaniem nowa ekipa zajęła bezprawnie biuro spółdzielni.

Jak oni śmieli to zrobić, nie mając wpisu do sadu rejestrowego. Skąd ja mogę wiedzieć, że nie zniszczyli jakichś dokumentów? Przecież to jak zamach stanu w mikroskali.

Zarzuty są wyssane z palca. Puszcza się je przez radiowęzeł na bazarze, prowadząc nagonkę przeciwko mnie. Czuję się jakby oni chcieli doprowadzić do linczu niewinnego człowieka.

Po dramatycznej zmianie zarządu kupcy podzielili się na zwolenników i przeciwników nowej władzy. Nowy zarząd nie chciał starego projektu i zaproponował inne rozwiązania. Przepychanki wstrzymały modernizację bazaru. Zdaniem Włodarskiego, zgromadzenie było nielegalne. Od tego czasu spółdzielnia miała dwie władze.

Siostra pani Krysi bardzo nam pomogła. Należała do spółdzielni kupców z placu Defilad. Oni mieli już pewne doświadczenia. I ona nam dużo podpowiadała, jak mamy działać, że mamy chodzić na sesje Rady Narodowej, że mamy chodzić do urzędników, prezydentów. Pomagała pisać pisma. Przecież my byliśmy zupełnie zieloni. Kiedy wszyscy się od nas odwrócili, kiedy nikt nam nie chciał pomóc, to ona nam pomagała.

Kiedy Chodyna poinformowała nas, co tu dla nas szykuje, to wszyscy zaczęli się burzyć. Stwierdziliśmy, że nie dopuścimy do tej budowy. A ja to byłam tak strasznie zdenerwowana na nią, że nas oszukała, że oczywiście stanęłam w pierwszym szeregu. No i ludzie poprosili mnie, żebym reprezentowała kupców. Utworzyłyśmy grupę: ja, Tereska, pani Krysia i jej siostra.

Kasa stała pusta, a czynsz trzeba było płacić. Mało tego, nowy czynsz musiał kosztować więcej od starego. Bo przecież umowa podpisana przez spółdzielnię zakładała bardzo wysoką opłatę za dzierżawę. A byli zwolennicy pana Włodarskiego namawiali kupców, żeby nie płacili czynszu, podburzali. I oczywiście sami nic nie płacili. Staraliśmy się to opanować. Osiem budek zamknęliśmy. W tej sytuacji łatwiej było podburzyć przeciwko nam. Mamy dużo dowodów na to, że spółdzielni pod naszym zarządem należało za wszelką cenę uniemożliwić przeprowadzenie tej inwestycji. Za wszelką cenę. Bo ten teren miał służyć nie dla nas. To zostało przeznaczone dla kogoś wyżej, znacznie wyżej. I w to został zamieszany pan Włodarski. Wiemy, że Włodarski tak naprawdę był tylko marionetką. Po odwołaniu jego zadaniem stało się nie dopuścić do tej inwestycji. Zaczął podburzać kupców. Zawarł pakt z Jędrą. A pan Jędra to eksmilicjant. Ma wiele kontaktów. Dążyli do tego, żeby gmina zerwała z nami umowę dzierżawy, namawiali kupców, żeby nie płacili żadnych pieniędzy, żadnych czynszów.

Szybko okazało się, że obiekt już nie będzie kosztował 40 tysięcy złotych tylko 20 tysięcy dolarów i nie za 12 metrów kwadratowych a za 8. A i to nie zostało powiedziane, że to górna granica, bo mogą jeszcze jakieś koszta dojść. No i wtedy się zaczęło. Zawsze pozostawałem skromny i wstydliwy. Nigdy się nie odzywałem. Wierzyłem ludziom, że dobrze robią. W głowie mi się nie mieściło, że kupcy, którzy handlują, znają życie, mogą postąpić podle. A przecież pani Chodyna i inni członkowie jej zarządu to wszystko kupcy. I nagle się podniósł szum na bazarze, że robią jakiś przekręt z kupieckimi pieniędzmi A rzeczywiście pieniędzy uzbierało się dużo. Ja sam wpłaciłem na dwa obiekty w nowej hali, zapłaciłem też za dwa tymczasowe blaszaki, które miały stanąć na działce przy Brzeskiej na czas budowy. W sumie uzbierało się tego 20 tysięcy. Mówię: trudno i darmo, ale musiałem się w to włączyć. Widziałem, że wszyscy krzyczeli, ale wszyscy siedzieli na tyłku.

Początkowo nowy zarząd miał poparcie na bazarze. Jednak to poparcie szybko zaczęło maleć. Pani prezes i jej pomocnicy zaczęli traktować kupców bardzo pogardliwie, lekceważąco. Niewygodnych petentów wyrzucano z biura. Zdarzały się nawet takie przypadki, że kogoś zrzucono ze schodów. Ale prawdziwe intencje zarządu i ludzi za nim stojących ujawniły się wtedy, kiedy podniesiono kilkakrotnie kwoty, jakie kupcy mieli wpłacić na rzecz spółdzielni. Choć w samej inwestycji nic się nie zmieniło, a nawet wielkość stanowisk handlowych zmalała, to cena poszybowała w górę. Na takie kwoty nikogo nie było stać. No i wtedy stało się jasne, że ten bazar to ma być dla nich, że to wszystko to jeden wielki przekręt.

Gdy w końcu zobaczyłam projekt, to zdałam sobie sprawę, że to są straszne pieniądze. Straszne pieniądze. Problem pozostawał w tym, że projekt ten stanowił integralną częścią umowy dzierżawy. Jeżeli byśmy od niego odstąpili, gmina miała prawo wypowiedzieć umowę. Wystąpiliśmy do prezydenta Warszawy, do pana Guza, do pana Szklarskiego, z prośbą aby zmienić projekt. Elewacje pozostałyby bez zmian, ale aranżacja wnętrza byłaby zrobiona oszczędniej, tak żebyśmy mogli to udźwignąć. Otrzymaliśmy odmowę. Ja o tym wszystkim informowałam. Wprowadziłam zwyczaj, że co dwa tygodnie odbywało się zebranie w trakcie którego informowaliśmy o wszystkim kupców.

Ludzie położyli nadzieje w Joli Chodynie, ale ona tak jak i pierwszy prezes zapomniała, że jest kupcem. Wielu ludzi bardzo ją lubiło, bardzo jej ufało. Ona pracowała na sukniach ślubnych. W tym kręgu, pozostawała bardzo znana. Miała zmienić koncepcję budowy bazaru. Miała to zrobić tak, żeby to było na kieszeń kupca. Ale zrobiła odwrotnie. Tak to jest, jak wchodzi się w jakieś podejrzane układy i potem nie ma już odwrotu.

Na bazar Różyckiego wkraczają koparki. Do końca roku budki zastąpi dwanaście handlowych pasaży, kostka brukowa i stylowe oświetlenie, Wszystko w praskim klimacie. – Nikt nie wie, co tu się dzieje. Każdy boi się otworzyć usta, żeby mu budki nie wywieźli – narzekają kupcy z Różyckiego. Zarząd bazaru tydzień temu zniszczył pawilony trójce z nich.

Ten nasz bunt przeciw zarządowi Chodyny rozpoczął się tak, że Małgosi i pani Krysi zamknięto budki. Zarzucono im, że nie zapłaciły czynszu, a to była nieprawda. No i one poszły na górę, do tego ich biura, żeby to wyjaśnić. No i zaczęło się. Zachowali się strasznie arogancko. Jak im coś nie pasowało, to wyrzucali ludzi z biura. Bez dyskusji, wynocha i koniec. Takie teksty: „Wynocha!”.

Potem Chodyna zaczęła się na mnie mścić za te wystąpienia w gminie. Dla nich stałam się wrogiem nr 1. Zaczęli opowiadać kupcom, że ja nie płacę czynszu, próbowali mnie oczernić w oczach innych ludzi. Zamknęli mi budkę. Robili ze mnie osobę, co rozrabia, ale sama nie jest w porządku. Oczywiście ludzie nie wierzyli, bo ja miałam wszystkie poświadczenia opłat i pokazywałam je ludziom.

Spotykaliśmy się z nimi kilka razy, żeby dojść do porozumienia. Nie wiedzieliśmy wtedy, że takie porozumienie jest zupełnie niemożliwe, bo ich celem stało sie za wszelką cenę storpedować budowę nowego bazaru.

Kiedy powiedziałam, że kupcy nie chcą tego Centrum Handlowego, to dyrektor Urban i ta reszta panów dyrektorów spytali, ile osób jest przeciwnych budowie. I ja zobowiązałam się, że zbiorę co najmniej 80% podpisów, że ludzie są przeciw. I zaczęłam zbierać te podpisy, chodziłam z listą od budki do budki, wyjaśniałam o co chodzi, rozmawiałam i ludzie podpisywali. I wtedy poznaliśmy się z Zenkiem Jędrą. To znaczy poznaliśmy się bliżej. Bo tak to przecież my tu wszyscy na bazarze się znamy. I kiedy rozmawialiśmy przy okazji podpisywania tego protestu, on zainteresował się całą sprawą i sam zadeklarował się nam pomagać. Zaczął z nami jeździć po urzędach itd.

Zwróciliśmy się o pomoc do gminy. Zorganizowano spotkanie z władzami dzielnicy. I ja weszłam do tego gabinetu z koleżanką Gałecką, była oczywiście obecna pani Chodyna i reszta jej grupy. Tam właśnie zaczęła się nasza wojna.

Szukaliśmy prawnika, adwokata, który mógłby nam doradzić. Ale nikt się nie chciał tego podjąć. Wszyscy się bali. Przychodziliśmy do jakiejś kancelarii, eleganckie biuro, sekretarka, pan mecenas, wszyscy bardzo grzeczni i uprzejmi aż do momentu, kiedy mówiliśmy, o co chodzi. I wtedy jakby mrozem powiało. „Niestety, ale nie możemy wziąć tej sprawy”.

Albo odrzucali nas od razu, albo mówili „Proszę przyjść jutro, muszę zorientować się w sprawie”. A jak już się zorientowali, to mówili „Bardzo mi przykro, ale mam żonę, rodzinę... nie chcę w to wchodzić, zrozumcie mnie państwo”. Czuliśmy, że zostaliśmy sami, że nie mamy żadnej pomocy.

Szukaliśmy najemcy prawie rok. Potem dowiedziałam się, że dwie firmy zostały zastraszone przez mafię. Poradzono im, żeby się wycofały, jeżeli nie chcą kłopotów. Dosłownie. Wyglądało to tak, że przychodzi do podpisania umowy u notariusza, a firma się nie zjawia. Dzwonię. Dostaję odpowiedź, że oni absolutnie nie chcą mieć z tym nic wspólnego i zero wytłumaczenia. Dopiero po pół roku dowiedziałam się, że kazano im dać sobie spokój. Ale nie chcieli powiedzieć konkretnie kto.

No w każdym razie usłyszałem od jednego z członków rady coś takiego: „Już wyznaczyli za wasze głowy, pana i pani Joli, po 50 tysięcy”.

Nie ważne kto był, ważne co powiedział.

Jak wydzierżawiliśmy teren na Markowskiej, to rada nadzorcza była strasznie niezadowolona. Na spotkaniu z nimi, gdzie byli…

W sierpniu 2000 roku miały miejsce wydarzenia związane z zagospodarowaniem terenu na Markowskiej. Mieliśmy umowę dzierżawy, ale teren stał pusty. Postanowiliśmy go poddzierżawić, aby móc płacić za niego czynsz, żeby zdobyć dla Spółdzielni jakieś pieniądze.

Ale na pewno nie pan Jurek, nie ja, nie pan Szpejer i nie Pucyńska, bo tych ludzi dobrze znamy.

Wcale temu nie zaprzeczamy.

Co nie znaczy, że ktoś od nas z Zarządu z nimi nie kombinował.

Kiedy chodziłem i zbierałem opłaty za energię elektryczną, to słyszałem: „Przyjdzie .... – i tu padało kto – i zrobi z wami porządek”. Ale ani ja, ani pani Jola nie utrzymywaliśmy z takimi ludźmi żadnych kontaktów.

Szanuję Wołomin i Pruszków. Niech sobie robią swoje interesy, ale mnie współpraca z nimi nigdy nie interesowała. Nie ukrywam, że miały miejsce różne propozycje. Ale nie do mnie. Wiem jednak, że udało im się „przekonać” jedną z osób z mojego zarządu. Ale osoba ta nie miała mojego poparcia.

Znałem szefa ochrony na bazarze, który pracował dla zarządu Chodyny. Wszyscy wiedzieli, że to człowiek Wołomina. I słyszał pan taką „przyjacielską” radę „Panie Zenku, niech się pan lepiej w to nie bawi, pan wie, czym się to może dla Pana skończyć?”.

Otrzymałam telefon. Pogróżki i to wulgarne. Nie chcę o tym opowiadać. Wróciłam wieczorem do domu i na sekretarce usłyszałam nagraną wiadomość. Męski głos: „Jak tego nie zostawisz...”. Trzeba sobie wyobrazić, jakie to uczucie odebrać taki telefon we własnym domu. Spakowałam wszystkie rzeczy od razu, tego samego wieczora i wyprowadziłam się. Pojechałam do swojej matki. Pół roku mieszkałam poza domem.

Człowiek jechał do domu i w lusterko patrzył, czy nikt za nim nie jedzie. W domu atmosfera taka, że co pewien czas wyglądałem przez okno. Grożono nam wprost, że nas załatwią.

Pozostaliśmy tylko we dwójkę. Tylko my. Ja i Zenon. Zdani wyłącznie na swoje siły.

Wtedy na mieście każdy już wiedział o powiązaniach zarządu Chodyny z Wołominem. To było przerażające! Nikt nam nie chciał pomóc.

Wszyscy tak robili. Mówili, że chcą żyć spokojnie, nie chcą mieć do czynienia z mafią wołomińską i nam odmawiali.

Zostawił nas pod tym sądem, we dwójkę tam staliśmy, bez żadnej pomocy.

Byliśmy rozgoryczeni, bo działając według rad Włodarskiego i jego prawnika, po prostu ośmieszyliśmy się, papiery zawierały błędy, Sąd je odrzucił. A my wierzyliśmy, że wszystko jest zrobione prawidłowo.

Prezes Włodarski powiedział nam, że to prościutka sprawa, odwoła się tamtych, powoła nas i po krzyku. I my w to wierzyliśmy. Ale okazało się, że w praktyce wszystko jest strasznie skomplikowane. Wniosek o odwołanie musieliśmy złożyć do sądu. A gdy sprawy zaczęły się komplikować, Włodarski zostawił nas sobie. A my liczyliśmy na niego. Liczyliśmy, że będzie chciał pozostawić po sobie, tutaj wśród kupców, dobre wspomnienie. I pomoże nam.

Na początku chodziło po prostu o to, żeby stawić czoła zagrożeniom, ale gdybyśmy wtedy z Zenonem wiedzieli, jakie to zagrożenia, że tutaj zbiegną się interesy mafii wołomińskiej, urzędników dzielnicy powiązanych z prokuraturą i policją, że te trudności zaczną tak się piętrzyć – w życiu byśmy się tego nie podjęli. Nastąpiły chwile zwątpienia, kiedy myśleliśmy, że nie podołamy, że to ponad nasze siły. Obserwowaliśmy kontakty zarządu z przestępcami z tzw. grupy wołomińskiej, której wtedy przewodził słynny Henryk N. ps. „Dziad”. Człowiek ten zresztą handlował kiedyś na bazarze pyzami.

Ja od początku czułem, że ten nowy zarząd to jakiś kant. Że oni szykują jakieś oszustwo. I jak ujawnili swoje prawdziwe zamiary, to rzecz jasna byłem temu przeciwny. Zresztą nie tylko ja. Próbowano nas przekonać. Podobno dwie osoby zostały przekupione. Jednak większość stwierdziła, że wszystko to draństwo i oszustwo i ustąpiła z funkcji. Ja pierwszy złożyłem rezygnację, a za mną poszli inni.

Wtedy myśleliśmy, że to wszystko będzie proste. Rada zmieni zarząd i będziemy spokojnie działać. A tu zaczęły się prawne komplikacje. Stary zarząd, mimo odwołania, po prostu stwierdził, że nie przyjmuje go do wiadomości. Część członków rady złożyła rezygnację. Ale złożyli ją razem i na ręce zarządu, co – jak się potem okazało – sąd zinterpretował jako błąd...

Ja Zenona też.

No i ja natychmiast psa do domu, bez śniadania, w samochód i na bazar.

Nastąpiła dramatyczna sytuacja. Musieliśmy działać szybko. Zarząd mogła zmienić tylko Rada Nadzorcza, a ta nie chciała ustąpić.

Trzeba chyba zacząć od przyjaźni, która łączyła moją mamę z panią Polą. Często spotykałyśmy się razem u nas w mieszkaniu, a czasami w tych spotkaniach brał udział syn pani Poli – i to był właśnie pan Włodarski. Tak żeśmy się wszyscy poznali. Któregoś dnia z rana wyszłam z psem na spacer i tu nagle dzwoni komórka. „Czy to pani Elżbieta Ciechońska – usłyszałam. – Nazywam się Zenon Jędra, musi pani natychmiast przyjechać na bazar, mam do pani bardzo pilną sprawę. Wszystko wyjaśnię pani na miejscu”.

Zarząd spółdzielni rozpoczął nabór nowych członków. Żeby zostać członkiem wystarczało wpłacić sto złotych wpisowego. Dla nas zaskoczenie. Dlaczego? Bo my wcześniej płaciliśmy znacznie więcej. Istniała uchwała Walnego Zgromadzenia, że ci którzy wpłacą pierwsi, w pierwszej turze, to wpłacają po 4.300 zł , ci co wpłacą później, to już 10 tys., a nabór w trzeciej turze miał kosztować 20 tys. A tu nagle przyjmują za sto złotych. Musieliśmy odwołać ten zarząd, ale żeby go odwołać, należało przedstawić nowy. A nikt nie chciał zostać prezesem. Nikt się po prostu na tym nie znał. Ja też się nie znałem. Chcieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce, ale nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Wszyscy chodzili strasznie zdenerwowani, bo wiedzieli, że czeka ich jednakowy los – strata miejsc pracy. Wszyscy się obawiali. Tylko wie pan każdy mówił „ja nie, idź ty!, ja też nie, niech on idzie”. Wtedy skontaktowałem się, w tajemnicy, z byłym prezesem spółdzielni, panem Włodarskim. Chciałem, żeby mi poradził, co mamy robić. On miał w tym wszystkim doświadczenie. Odbyliśmy kilka spotkań i on mi wszystko tłumaczył co i jak. Pozostawał problem braku prezesa. I wtedy Włodarski powiedział „panie Zenku dam panu telefon do pani Eli Ciechońskiej, to jest osoba, która świetnie by się do tego nadawała. Kiedyś już z nią o tym rozmawiałem i wtedy mi odmówiła, ale myślę, że teraz, w tej sytuacji, może panu nie odmówi”.

Aby wynająć tę powierzchnię, daliśmy w lutym 1999 r. ogłoszenie w prasie o naborze nowych członków. Zgłosiło się ok. 150 osób z całej Polski. I firma HobbeLand z Zielonej Góry, filia firmy niemieckiej. Oni prowadzą dom towarowy w Zielonej Górze. Zaproponowali nam współpracę na takiej zasadzie, że oni wezmą pierwsze piętro i w całości je sfinansują a my weźmiemy parter. Mają ludzi, którzy są zainteresowani wejściem do spółdzielni i budową swoich pawilonów. Osoby, które wstępowały do spółdzielni, wpłacały niewielkie wpisowe, ale były zobowiązane, tak jak wszyscy, wpłacić resztę pieniędzy w momencie podpisywania umowy na konkretny pawilon. I to posłużyło dla pana Jędry jako wygodny pretekst do buntowania kupców. Jak to? To oni wpłacili grube tysiące, a my teraz przyjmujemy nowych członków za sto złotych?

Rozebrali pół bazaru bez zgody kupców, zaczęli stawiać jakieś ogrodzenia. A my nie wiedzieliśmy, na czym stoimy. Pół bazaru rozebrane, leją jakieś fundamenty. Nasze pieniądze, nasz teren, a my nie mamy nic do gadania.

Ludziska, ludziska, ballady słuchajcie,

Brońcie targowiska, gminie nie oddajcie.

Nie oddajcie gminie, ni grubej Chodynie,

Jak ich przepędzicie, to bazar nie zginie.

 

Nie zginie bazar, ani kupiec na nim,

Nie zginie handel, ani towar tani.

Nie pomoże układ Chodyny z Urbanem,

Nie oddamy chleba, gdyż tu kupiec Panem.

 

Urban ze Spółdzielnią układ podpisali,

Partnerami w bandzie jednej pozostali.

Kupców już rok czasu zwodzą i tumanią,

Chcąc do władzy wpuścić Chodyneczkę Panią.

 

Gmino nasza Gmino, Urbanie wspaniały

Przetrzyjta oczęta i otwórzcie gały.

Spójrzcie na Różyka i na krzywdy nasze,

Jak mamy przeżyć przez dolary wasze,

 

Które to w całości umysł wam zaćmiły,

Marzenia o władzy, po nocach się śniły,

Ale nie o kupcach i biednym bazarze,

Których zdradziliście, przy kieliszku w barze.

 

Urbanie Urbanie, dla kogo pracujesz?

Czy z kupcami trzymasz, czy z grubą obcujesz?

Przybyłeś z Wrocławia, kupców zdołowałeś,

Sprzedawczykiem handlu dla nich pozostałeś.

 

Rozwiąż akt dzierżawy, nie przedłużaj czasu,

Bo jak źle to wyjdzie, pojedziesz do lasu.

Pojedziesz do lasu na wycieczkę szybką,

Znajdą cię ludziska w gębie z dużą rybką.

 

Arkadiuszu miły, nie lekceważ kupca,

Jeśli nie chcesz z siebie zrobić gołodupca.

Zacznij myśleć mądrze, szybko i skutecznie,

Żeby bazar z kupcem, został tutaj wiecznie.

Pani Tereska

kupcowa

Bogdan Piasecki

kupiec

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Kupców nie płacących wyższych czynszów jest około setki. Rozbili mi budkę, żeby ich zastraszyć.

Nie będę czekała na komornika. Będę usuwać kolejne budki. Są własnością spółdzielni.

Nie zapłaciłam. Choć wiele razy prosiłam na piśmie, nikt nie dał mi wyliczenia kosztów. Skąd mam wiedzieć, ze kwota nie jest wzięta z sufitu? Płacimy czynsze zgodnie z umową podpisaną kilka lat temu z Portami Praskimi, poprzednim zarządcą terenu.

Najpierw zaplombowaliśmy im budki. Oni plomby zerwali i handlowali dalej. Jak oni stosują rozwiązania siłowe, to my odpowiadamy tym samym. Towaru nie ukradliśmy, a wzięliśmy pod zastaw. Oddamy, kiedy zapłacą zaległości.

Roztrzaskane budki leżały na śmietniku. Nie wiedzieliśmy, co się stało z towarem. Ukradli.

W czwartek rano przyszłam do pracy. Niestety, nie było już mojego stanowiska. Budki, towaru, nic. Puste miejsce.

Ciągle bardzo im zależało, żeby usunąć z biura wszelką dokumentację. To tylko potwierdzało nasze podejrzenia, że mogą tam się znajdować dokumenty ujawniające prawdziwe oblicze tych osób. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że zarząd to tylko figuranci.

Bezprawnie pozbawili nas biura. Pan Jędra opłacił policję, która wyprowadziła zarząd i radę nadzorczą z biura, a samo biuro zaplombowała. Później, jak zaskarżyliśmy to do prokuratury, to otrzymaliśmy informację, że dokonano tego przez pomyłkę, bo faktycznie nie było podstaw prawnych i decyzję uchylono. Mimo to ekipa pana Jędry nie chciała nas tam wpuścić. Do naszego biura!

28 kwietnia 1999 roku kupcy poczekali, aż zarząd pojechał do domu, i wezwali ślusarza, żeby zablokował zamki. Przed biurem postawiono „wartę”. I kiedy następnego dnia pani Chodyna wraz ze strażą przyboczną przybyła do biura, to ludzie im powiedzieli, że nie zamierzają ich więcej tu wpuszczać. Tak więc zarząd przeniósł swoją siedzibę i nikt nie wiedział gdzie, bo zostało to okryte tajemnicą.

Część rady nadzorczej spółdzielni (3 osoby) miała związki z „Dziadem”. Dziad był wujkiem jednej z nich – siostry tej, która prowadziła knajpę przy ZOO. Pozostałych pięciu członków rady nie miało takich powiązań. Ta piątka nie była zadowolona z rządów Chodyny, nie chciała mieć z nią nic wspólnego i złożyła na jej ręce rezygnacje. Nieskutecznie – powinni ją złożyć na ręce walnego – ono ich powołało. Wszyscy uważali, że to nasz słomiany zapał, że to tylko chwila i usiądziemy, że nas przestraszą. Ale my pozostawaliśmy uparci, konsekwentni. Zaczęliśmy działać w marcu 1999 roku. Dążyliśmy do zwołania walnego zgromadzenia, o czym pani Chodyna nie chciała w ogóle słyszeć.. W końcu, widząc, że znikąd nie uzyskamy poparcia, rozpoczęliśmy rozmowy z radą nadzorczą spółdzielni. Przekonaliśmy ją, żeby odwołała zarząd pani Chodyny i powołała nowy ze mną, panią Elą i jeszcze czwórką kupców. Jak tylko rada nadzorcza nas powołała, złożyliśmy wniosek do sądu gospodarczego o zarejestrowanie nowego zarządu. A że byliśmy laicy, bo wyszliśmy – ja z dżinsu, pani Ela – z marszu, z jesionek, to mimo pomocy prezesa Włodarskiego, sąd nam wniosek odrzucił. Ale wtedy na bazarze już tak ostro się zrobiło, że 29 kwietnia 1999 roku kupcy zebrali się i pogonili stary zarząd. Wręczono im odwołania. W biurze przebywał tylko jeden jego członek i sekretarka – nie przyjęli tego do wiadomości. Zamknęli tylko biuro i wynieśli się z bazaru.

Przyszła do mnie na stoisko, przedstawiła się i zapytała, o co chodzi. Opisałem jej krótko sytuację, jaka jest na bazarze i powiedziałem, że brakuje nam osoby na prezesa Spółdzielni. Rada Nadzorcza jest skłonna odwołać istniejący Zarząd i powołać nowy, ale musimy jej szybko przedstawić kandydatów. Ela troszeczkę się zawahała – pamiętam – ale ja mówię: nie ma czasu, żeby się zastanawiać, proszę się zgodzić. A w ogóle jej nie znałem, pierwszy raz widziałem tę kobietę.

Ochroniarze działali bardzo bezpardonowo. Kiedy kupcy próbowali wejść, to po prostu ich bili. Jedna dziewczyna dostała pięścią w twarz, stłuczono jej okulary, innych też poturbowano.

Gdy przyjechałem, na ulicy stało już wielu kupców. Mieliśmy wchodzić od strony ul. Smulikowskiego, od tyłu budynku. Tam jest niewielki dziedziniec odgrodzony od ulicy szlabanem. Przy tym szlabanie znajdowała się pierwsza blokada. Ochroniarze nikogo nie przepuszczali. Pytam się ludzi: Co się dzieje? Nie wpuszczają.

Czując podstęp, wzięłam kolegę i przyjechałam wcześniej. Chcieliśmy obejrzeć budynek. I zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Za dużo wejść. Jedno od Smulikowskiego, jedno od Wybrzeża, jedno przez Hotel i jedno przez Kawiarnię. I to nas bardzo zaniepokoiło. Podejrzewaliśmy, że nie jest to bez przyczyny, że tymi wejściami ktoś może wchodzić. Już wiedzieliśmy, że coś tu się kroi.

Ja czułam, że coś się stanie. Bo Chodyna przed tym zebraniem chodziła pewna siebie. Przecież najpierw to nie chciała go zwołać, a potem to nawet sama nas zachęcała, żebyśmy przyszli. Wiedziała, że nie mamy żadnych szans. Że i tak uchwalą, co chcą, bo mają swoich ludzi. Chciała chyba zobaczyć nas upokorzonych.

Dziwiło nas, że walne zebranie zostało zorganizowane akurat tam. Bo wszystkie zebrania, jakie dotąd się odbywały, miały miejsce gdzieś blisko bazaru: albo w szkole przy Brzeskiej, albo w szkole przy Jagiellońskiej. Chodziło o to, żeby wszyscy mieli blisko. A tu nagle Dom Nauczyciela, Wybrzeże Kościuszkowskie, druga strona Wisły. Początkowo podejrzewaliśmy, że to chodzi o to, aby jak najmniej kupców dojechało, żeby część zrezygnowała. Nie przypuszczaliśmy tego, że tam się znajdą jacyś obcy ludzie, nie wzięliśmy tego pod uwagę.

Ponieważ zakładaliśmy, że na zebraniu będzie dużo osób, wynajęliśmy specjalną salę w budynku Związku Nauczycielstwa Polskiego przy Wybrzeżu Kościuszkowskim.

Zbieraliśmy się na bazarze. Zebranie miało być o 17., a więc wszyscy trochę wcześniej zamknęli stoiska i ci, co mieli samochody, zabierali innych, a ci co się nie zmieścili, jechali tramwajami, autobusami. To zrobiła się kupa ludzi. Gdzieś z dwieście osób. Pamiętam, że zrobiła się ładna słoneczna pogoda. Takie przyjemne majowe popołudnie. Kto by się spodziewał burzy?

Na ich prośbę zwołaliśmy walne zgromadzenie. 8 maja 1999 roku poszły ogłoszenia w prasie, bo taki jest wymóg prawny. Na tydzień przed zebraniem oni namówili radę nadzorczą, która wcześniej ustąpiła, żeby nas odwołała. Ale ta rada nie mogła nikogo odwołać, bo przecież wcześniej złożyła rezygnację. Godzina zebrania została ogłoszona w prasie. Ale pan Jędra z panią Ciechońską dali ogłoszenie w prasie, że odwołują to zebranie. Wcześniej sami chcieli je zwołać, a teraz chcieli odwołać. Dom wariatów. W tej sytuacji wynajęliśmy firmę kurierską i rozesłaliśmy jeszcze raz zawiadomienia do wszystkich, że zebranie jest o 17. I tak zostało. Zebranie rozpoczęło się o godzinę o 17.

Gdy wszedłem do środka, zastałem tam pełną salę, tłum obcych ludzi. Zebranie w toku. Byłem zdumiony... i zdenerwowany. Szedłem przez tą salę i patrzyłem po twarzach. Sami obcy. Zawróciłem i bez słowa opuściłem salę. Wyszedłem do kupców, którzy stali przed szlabanem, bo nie chciano ich wpuścić i powiedziałem, że sala jest pełna obcych ludzi, a zebranie od dawna jest już w toku. Ludzie strasznie się oburzyli. Nikt z nas nie wyobrażał sobie takiego bezczelnego oszustwa.

I wtedy pojawił się zdenerwowany pan Bogdan Piasecki, on jako jedyny z nas dostał się na salę. Na sali z kupców dostali się tylko członkowie zarządu Chodyny i przewodniczący rady nadzorczej. Powinien prowadzić walne, ale Chodyna nie dopuściła go do głosu. Twierdziła, że przecież złożył na jej ręce rezygnację. Podstawieni „turyści” przegłosowali, co mieli przegłosować.

Nieoczekiwanie okazało się, że zebranie już się kończy. W środku są obcy ludzie, których zarząd przywiózł z Zielonej Góry, Szczecina i Rudy Śląskiej. Siedem autokarów młodych ludzi, którym zaproponowano bezpłatną „wycieczkę” do Warszawy. Zarejestrowano ich jako członków spółdzielni i ci „członkowie” bardzo sprawnie i szybko uchwalili wszystko, co należało. Nas na salę w ogóle nie wpuszczono. Przed drzwiami stała cała ekipa uzbrojonych ochroniarzy. Nie wiedzieliśmy, co robić. Jasne stało się, że zorganizowanie takiej akcji przekraczało możliwości zarządu i że dzieje się tu coś bardzo złego.

I tylko patrzyliśmy, jak oni się z nas śmieją, ten cały zarząd, że tak wykolegowali kupców. Siedzieli w oknach i pokładali się ze śmiechu.

Odpowiedź była taka, że oni nie widzą powodu do interwencji. Tak więc budynek otoczony został przez ochronę i tych byczków. Na ulicy stały również grupy młodych ludzi, stali i tylko obserwowali. Potem dowiedzieliśmy się, że to ludzie Pruszkowa. Wybrzeże Kościuszkowskie to już ich teren. Jeżeli Wołomin chciał tu załatwiać swoje interesy, to musiał uzyskać ich zgodę. Oni się wtedy zbytnio nie lubili. Podjeżdżały bez przerwy jakieś samochody pełne podejrzanych typków. Zwalniały, zatrzymywały się, obserwowano nas. „Dziad” przyjechał swoim czarnym Volvo. Ci z Pruszkowa mieli za zadanie tylko obserwować. Stali też na dachach, jak snajperzy. A w środku my. Bezbronni. A policja odkłada słuchawkę.

Naprawdę było groźnie.

Mieliśmy stracha.

Gdzieś koło godziny 19 oni zaczęli po cichu wychodzić z budynku od strony Wybrzeża Kościuszkowskiego. I ktoś z kupców to zobaczył. I wszyscy się tam rzucili. Zablokowaliśmy autokary. Ludzie kładli się przed kołami, żeby nie dopuścić, że oni uciekną.

Ja się nie bałam, choć faktycznie sytuacja wyglądała bardzo groźnie. Byłam zdesperowana, zdeterminowana... Poza tym czułam obecność innych kupców, czułam, że jest nas dużo.

Z każdej strony, wszędzie ciemne typy. Nie wiadomo od kogo człowiek dostanie, czy z przodu czy z tyłu. My też mieliśmy ochronę, ale tylko czterech ludzi. Oni się bali tak samo jak i my.

Bardzo. Tych snajperów nie zapomnę, co po dachach stali.

Pamiętam, ty cały czas dzwoniłeś, cały czas! Liczyliśmy, że policja pomoże nam, ale ta nie przyjeżdżała.

To byli ludzie Wołomina. Niektórzy kupcy znali ich bardzo dobrze. Nawet pytali ich, Marek, czy Witek co ty robisz, gdzie ty idziesz? A oni odpowiadali: idę tam, gdzie mi dobrze płacą. I jak ja to zobaczyłem, to zadzwoniłem na policję, że tu są uzbrojeni ludzie, że tu może dojść do tragedii. Zero reakcji.

I wcale się z tym nie kryli, nawet więcej, właściwie to manifestowali ten fakt.

I gdy tak zastanawialiśmy się, co zrobić, jacyś ludzie znowu zaczęli przepychać się przez kupców. Wszyscy młodzi, na łyso ostrzyżeni, wygląd raczej „nieciekawy”. Pod rozpiętymi marynarkami kabury z bronią. Szli szeregiem, jak Indianie.

Nastąpił taki moment, że oni wyszli do nas i cynicznie zaprosili nas do środka. Ale my już wtedy nie chcieliśmy tam wchodzić, wiedzieliśmy, że wszystko, co chcieli, to już sobie przegłosowali. Że my nie mamy nic do powiedzenia.

Kupcy rozwinęli biało-czerwone flagi, obok czarne na znak żałoby. Jacy podstawieni? Ja jestem na bazarze 35 lat. To znaczy moja matka – mówiła kobieta. Reporterowi „Życia…”, który wszedł do budynku, przedstawić się nie chciała. Bo tam na zewnątrz „stoi motłoch, który nie wie, o co chodzi, i jest pijany”. Do protestujących kupców wyszedł przedstawiciel zarządu – dlaczego mówicie, że nie możecie wejść do środka? Drzwi otwarte! Prowokacja! Prowokacja! Odpowiedział tłum. Walne zgromadzenie zmieniło statut i uzupełniło radę nadzorczą.

Kilkanaście osób z kupców weszło na salę i jak zobaczyli, że są nowi członkowie, że walne i tak się odbędzie, to się strasznie zezłościli. Zaczęli podburzać resztę, żeby nie wchodziła na zebranie. Nie wpuszczali innych osób. A wejść mógł każdy i wszyscy wchodzili od Smulikowskiego. I to Jędra nie chciał wejść. Ja wyszłam sama do nich, radca prawny spółdzielni wyszedł do nich, nawet policja pytała ich „dlaczego nie wchodzicie?” A oni chyba liczyli na to, że jak nie wejdą, to zablokują zebranie, że nie będzie quorum.

A my patrzyliśmy na to bezsilni.

Wszyscy czuliśmy się oszukani, perfidnie oszukani.

Oni zostali zaskoczeni, czego my od nich chcemy.

A wszystko wydało się przez pomyłkę. Nam powiedziano, że będziemy wchodzić od Smulikowskiego i my tam staliśmy. A ci ludzie podjechali wcześniej autokarami od Wybrzeża Kościuszkowskiego i wchodzili przez kawiarnię. Oni wszyscy przyjechali już dzień wcześniej. Rano poszli sobie zwiedzać Warszawę. I kilku z nich spóźniło się na zbiórkę i postanowiło dotrzeć na własną rękę. Ale zabłądzili. I to ich zgubiło. Pomylili wejścia, przyszli od strony Smulikowskiego i nadziali się na nas.

Zostali zwiezieni autokarami tylko po to, by oddać swój głos za zarządem, a żaden z kupców nie widział ich nigdy wcześniej ani potem. Zaczęliśmy się sprzeciwiać, żądać wyjaśnień. Ale tam została podstawiona kupa bandziorów ze spluwami, którzy tylko czekali na znak. Od tego momentu wiedzieliśmy jedno – na bazarze pojawiła się mafia. A kto nią dowodził? A któżby inny – Henio! „Dziad” przyjechał w trakcie tego zebrania. A jego uzbrojeni ludzie, jak na filmach gangsterskich, obserwowali sytuację z dachu.

Przyjechały autobusy, teren obstawiła ochrona – „grupa przestępcza”. Brak reakcji policji. Okazało się, że pani Chodyna sprowadziła autokarami 370 osób, które miały udawać spółdzielców, samych kupców nie chcąc na walne wpuścić. Obstawiła się ochroną, mafią, wiedzieliśmy, kto jest kim. Stali całym szeregiem. Ci jej spółdzielcy z ulicy wchodzili z kartami do głosowania i to po kilka sztuk tego mieli. Kilkakrotnie dzwoniłem na policję. Zgłaszałem, że jest mafia – nikt nie zareagował. Kupcy byli strasznie wzburzeni. Jak to? Nasze zebranie i my nie możemy wejść?

Ludzie na bazarze wiedzieli, że podpisaliśmy umowę z Zieloną Górą, że firma ta zrobi pierwsze piętro, że przyjedzie od nich dużo osób, które mają zostać członkami spółdzielni. To byli ludzie z całej Polski. Z Otwocka, Sieradza, Radomia, Oliwy, Sopotu... z całej Polski. Ludzie, którzy chcieli otworzyć u nas swoje sklepy.

To nas strasznie wzburzyło. Przecież nie wchodzi się z mandatami do głosowania, mandaty dostaje się na zebraniu.

Patrzyłam, jak pokazywali te karty do głosowania, mandaty, a my nie mieliśmy nic, ani programu zebrania, ani kart wejściowych, ani kart do głosowania, nic.

Udało mi się przedostać przez tę pierwszą blokadę, ale dotarłem tylko do drzwi wejściowych. Tam stał człowiek z zarządu Chodyny, pan Szprejer. Coś szeptał z ochroniarzami. I w pewnej chwili spojrzał na ulicę i powiedział do tych ochraniarzy: patrzcie, patrzcie, naszych zatrzymali. Bierz chłopaków i ich odbij. Ja się odwróciłem i zobaczyłem, że faktycznie kupcy zatrzymali jakieś nieznane osoby, które chciały wejść. Wróciłem. Okazało się, że zatrzymali osoby, które miały gotowe mandaty do głosowania na zebraniu. Zostali członkami naszej spółdzielni, ale my wiedzieliśmy ich pierwszy raz w życiu!

Niech pan to sobie wyobrazi! My, którzy tworzyliśmy tę spółdzielnię, mieliśmy zostać niewpuszczeni!

Pojawiły się tajemnicze firmy „inwestycyjne”, jedna nazywała się „Kobra” (z Zielonej Góry), a druga „Pomorskie Towarzystwo Inwestycyjno-Handlowe” z Rumii.

Wynająłem za swoje pieniądze ochronę, żeby wejść bezpiecznie, bo powiem szczerze, bałem się. Bałem się, że jak tam wejdę, to coś mi zrobią. Przecież miały miejsce takie sytuacje, że komuś rozbito głowę, bo ktoś z zarządu nie wytrzymał... no bałem się. Jak przyjechałem na miejsce, to przepuszczono mnie na salę. Pełniłem przecież oficjalnie funkcje przewodniczącego rady.

Tekst anonimowego bazarowego poety

(pisownia oryginalna)

Jak policja zaczęła legitymować, to okazało się, że część z nich nie ma jeszcze nawet dowodów osobistych. Kupcy! Uczęszczali do szkoły średniej. Poznałem wtedy człowieka, który organizował przyjazd tych chłopców. Reprezentował firmę „Kobra”. Potem się z nim ze dwa razy spotykałem i on mi prosto w oczy powiedział, że dostał zlecenie, żeby dostarczyć 400 nowych członków spółdzielni. I ich przyjechało zdaje się 370 osób. Siedem autokarów. A nas przyszło gdzieś dwieście osób. Tamci przyjechali jako turyści, zafundowano im hotel, obiad i zapłacono po 200 zł. Dla tych ludzi to była rozrywka. Jedynym ich obowiązkiem okazało się walne zebranie.

Na Wisłostradzie powstał gigantyczny korek. Ci młodzi ludzie w autokarze nie rozumieli, czego od nich chcemy. Policjanci wcale nie palili się ich legitymować. Musieliśmy się wykłócać, żeby coś zrobili. W końcu niechętnie, jakby z łaski, ich dowódca polecił, żeby odebrano od nas zeznania a tamtych wylegitymowano.

Musieliśmy zablokować autokary. Musieliśmy mieć jakieś dowody na to, co tam się działo. Jedyną szansą było, że policja ich wylegitymuje, przesłucha, zrobi jakiś protokół z tego wszystkiego. Ale policja nie chciała przyjechać. Przyjechała dopiero, jak zablokowaliśmy ruch na Wybrzeżu. W końcu pojawiło się dwóch policjantów po cywilnemu i jedna dziewczyna z komendy na Ochocie. Przekazaliśmy im zatrzymane karty do głosowania. No i co z tego?

Ci ludzie też się bali, bo widzieli, że jest niewesoło. Nie bardzo zdawali sobie sprawę, o co tu chodzi, co jest grane i skąd to nasze oburzenie.

W końcu rozjechaliśmy się do domów. Ale z tych nerwów do rana chyba nikt z nas nie zasnął. A Chodyna ze swoim zarządem została w budynku. Bali się wyjść. Bali się, że kupcy jeszcze gdzieś tam są. Następnego dnia złożyliśmy doniesienie do prokuratury o całym tym zajściu, o popełnieniu przestępstwa. Minęło trochę czasu i znaleźliśmy się u prokuratora na przesłuchaniu. Pan prokurator popatrzył nam w oczy, rozłożył ręce i stwierdził, że nie ma żadnych protokołów z tego zajścia, nie ma żadnych dowodów, nie ma tych plików mandatów wyborczych, które zostały zatrzymane, nie ma zeznań ludzi, nie ma naszych zeznań, nie ma niczego, ani śladu. Znikło. Tak więc sprawę umorzono z powodu braku dowodów.

Co samochód podjeżdżał, to patrzyłem, czy nie wysiadają „ci” panowie. Mieliśmy kilka nalotów na bazar. Na siłę chcieli go przejąć. Od maja aż do grudnia kilkakrotnie wkraczali na bazar. Najczęściej pan Jacek Łukasik z jakimiś bandytami. Grozili, że odbierają bazar. Wtedy to już sprawa stała się wiadoma, kto z kim pracuje. Wyszło szydło z worka na spotkaniu, na którym Łukasik przekonywał mnie do zgody razem z „Wołkiem”. „Dziad” to wszystko trzymał, a „Wołek” to taki „kierownik działu”, szef grupy. Jak „Dziad” poszedł siedzieć, to „Wołek” to nadzorował. „Dziad” umoczył na bazarze parę złotych i chciał je odzyskać. Mogli to załatwić wcześniej czysto i pewnie by wygrali, a jak już stracili parę złotych, to spróbowali odzyskać na siłę. Raz przyjechali całą brygadą. Zbierali się na Brzeskiej. Szykowali się, żeby wejść. Przyszło ich tu ze dwudziestu i momentalnie przyjechała policja. Podjechała ze wszystkich stron i jedna chwila, chap, i ich mieli. Przykuli ich kajdankami do bramy. WOT ma zdjęcia bandytów przykutych do bram bazaru. Ale tylko ich spisano. Kupcy nie chcieli wnieść oskarżenia – nikomu się nic nie stało.

Podpalili dwie budki. Jedną pani Godlewskiej, członka zarządu stowarzyszenia.

W nocy ktoś wrzucał przez mur na bazar butelki z benzyną.

Na bazarze rozpoczął się swoisty terror. Zaczęły pojawiać się grupy na łyso ogolonych młodzieńców z kijami baseballowymi w ręku, straszyli, że nas pobiją, że nas spalą.

Zaraz po tym wszystkim ci mafiozi zaproponowali mi spotkanie. Pośredniczył człowiek, który organizował tamte autokary. Miałem się z nimi spotkać w jednej z warszawskich restauracji w Śródmieściu. Pojechałem z ochroną w dwa wozy. W jednym byli policjanci, a w drugim dwóch goryli z agencji ochrony. Jechała więc za mną policja, mieli cywilny samochód, ale sami byli umundurowani. Podjechali trochę za blisko i tamci ich zauważyli. Wiem to, bo już w trakcie rozmowy jeden z tych mafiosów odebrał telefon. Było takie: „Aha, aha... rozumiem” i spojrzał na mnie, i wiedziałem, że to o to chodzi. Gdyby nie ta ochrona, to nie wiem, jak to się wtedy mogło skończyć. Przyszedłem, a tam obstawiona ulica. Był z nimi Jacek Łukasik, wiceprezes z zarządu Chodyny. Namawiali mnie razem z tym mafiozo do zgody, żebyśmy z Elą weszli do zarządu. Weszłyby dwie osoby od Chodyny, jedna osoba reprezentująca tych przywiezionych autokarami i ja z Elą. No to wiadomo, że nic nie mielibyśmy do powiedzenia. A dodatkowo ich byłaby rada nadzorcza. Gdybym się na to zgodził, to byłbym w tym zarządzie od soboty do niedzieli, a w poniedziałek by mnie odwołano. Nie tylko byśmy przegrali, ale w oczach kupców wyszlibyśmy na frajerów. A poza tym nikt z kupców nie chciałby dogadywać się z przestępcami i dlatego nie poszliśmy na żadne układy. Oni się bali, a co dopiero my? Ale mimo to działaliśmy dalej.

Nie można się załamać? Można. Widzi pan, że to wszystko jest ukartowane i to z taką zimną perfidią, wszystko żeby nas stąd wywalić i nic pan nie może zrobić. Nic. Nikt panu nie chce pomóc. Bo jest pan biedny i nie ma pan pieniędzy. Bo zadarł pan z mafią.

Chciało się wyć. Na początku krzyczeliśmy z wściekłości i bezsilności.

Wszystko to trwało gdzieś do 12. w nocy. Byliśmy już strasznie zmęczeni.

Zamknęli bramy na łańcuch. W biały dzień! A w środku ludzie, kupcy, klienci! I zażądali wydania dokumentów z biura. Ale nasi ochroniarze przecięli te łańcuchy, doszło do przepychanek.

Wszyscy czuli, że coś się tego dnia wydarzy. Śmieliśmy się, że to pierwszy września, wybuch wojny... Siedzieliśmy od strony Brzeskiej. Było już po trzeciej. Ja mówię, jadę do domu, nic już się dzisiaj nie stanie. Tylko weszłam do domu, telefon. Wracaj! Chodyna jest na bazarze! Myślałam, że żartują. Ale oni, że to prawda. No to ja w taksówkę i na bazar. Gdzieś koło „Czterech braci śpiących” utknęłam w korku, wyskoczyłam z tej taksówki i dalej biegiem.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. To wtedy zaczęłam otrzymywać telefony z groźbami, że jak się nie wycofam, jak tego nie zostawię, no to… Wiem, że nękali też Zenona. Baliśmy się. Ale co robić, nie można się było poddać. Bardzo pomocne stało sie to, że latem 99 r. ich wódz został aresztowany w Białymstoku. Od razu dało się to odczuć. Nastąpił jakiś czas spokoju. Ale nie za długo. Im bardzo zależało, żeby usunąć z tego zaplombowanego biura wszelką dokumentację. Za wszelką cenę chcieli do niego wejść, a my nie chcieliśmy do tego dopuścić. Mieliśmy podejrzenia, że w biurze znajdują się dokumenty ujawniające prawdziwe oblicze tych osób. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że zarząd to tylko figuranci. Do pierwszej bitwy doszło zaraz po wakacjach, pierwszego września. Przyjechali tuż przed 16-tą. Chodyna, ci łysi i jacyś ochroniarze.

Jak dobiegłam, to już leciały jajka, pomidory, mąka, lano wodę, szlauch został podłączony. I oni wszyscy byli oblepieni tym ciastem.

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Zaczęli rzucać w nią i jej goryli owocami, warzywami, oblali wodą i posypywali mąką. Klienci, którzy kupowali na bazarze, dołączyli do nas.

Podejrzewaliśmy, że oni chcieli wyprowadzić nam towar.

Przyjeżdżam, a tu bramy już na łańcuchy zamknięte. Na ulicy zebrało się mnóstwo ludzi. Nie chciano nas wpuścić na nasz bazar. Policja obstawiła wszystkie bramy. A od ulicy Brzeskiej ochrona Misztala – pierwszy kordon, policja – drugi i mafia – trzeci.

Poprzecinali nasze kłódki. Przywieźli łańcuchy, wszystko pozamykali na swoje kłódki. Widzieliśmy, że oni są w środku. Jeżeli przyjechali tylko zabrać dokumenty, to po co zamykają cały bazar?

Te noce wszystkich bardzo męczyły, szczególnie starszych ludzi. No i kiedyś podniósł się straszny raban, że puściłem jedną starszą kobietę, pozwoliłem jej pojechać do domu. Po prostu widziałem, że jest już strasznie zmęczona. I podniósł się krzyk, że co to – jedni muszą siedzieć nocami, a inni mogą sobie jeździć do domu! Otworzyłem wtedy bramę, stanąłem i mówię „Proszę, jak chcecie to idźcie do domu, idźcie do domu! Nie chcecie zostać, nie chcecie pilnować swojego, kłócicie się między sobą, to idźcie. Ja – mówię – sam zostanę, sam będę tego bronił”. I wszyscy zostali.

Nastała już noc. Przecięli łańcuchy, rozwalili drzwi i zanim dotarliśmy na miejsce, to oni już wynosili dokumenty. Cały bazar został otoczony policją. Nie chciano nas wpuścić do środka. Przyszli ich adwokaci. Kazali policji nas legitymować. Staliśmy bardzo wystraszeni. Co się dzieje? Dlaczego nas nie chcą wpuszczać? Co tu jest szykowane?

Nie mieliśmy żadnego swojego pomieszczenia, zbieraliśmy się na bazarze, gdzieś w alejce. Ludzie strasznie się zintegrowali. Wtedy też powstała koncepcja powołania własnego stowarzyszenia.

SOLID zeszła z obiektu. Jeden z tych mafiosów przyznał mi się, że dał ochraniającej teren agencji 6 tysięcy dolarów, żeby zeszła z dnia na dzień. Z drugiej strony ten sam mafiozo proponował mi jakieś „haki” na panią Chodynę. Ale ja nie chciałem, bo to zaraz jakieś zobowiązanie, a po co mi to? Bandyci wjechali samochodami na teren, policja go obstawiła, a członkowie zarządu Chodyny otworzyli biuro i zaczęli wynosić dokumenty. Zauważyli to kupcy, którzy tu niedaleko mieszkają, zadzwonili do innych i szybko byliśmy na bazarze.

Ja tu niejedną noc spędziłam. W nocy siedzieliśmy na bazarze, a potem w dzień handel. Potem dzień dwa przerwy i znowu. Byliśmy bardzo zdeterminowali. Zdarzały się noce, że i 200 osób tu nocowało. Walczyli o swoje miejsca pracy. Mieliśmy ciężko, ale staraliśmy się, żeby działo się też fajnie, kwitły kolacyjki, stał rożen, znalazł się i kieliszek. Ludzie lepiej się poznawali. No bo przecież my wszyscy wcześniej już znaliśmy się, ale przez wspólne noce te znajomości porobiły się bardziej osobiste, ludzkie. Powstało wiele przyjaźni.

Potem miałem od tych „mafiozów” jeszcze jedną propozycję. „Wszystko możemy wam załatwić. Wyrzucimy Chodynę, dostaniecie ten swój teren, tylko będzie was to drogo kosztowało”. Powiedzieli mi, że oni włożyli w to określone pieniądze i muszą je odzyskać. Wszystko mogą załatwić, dla tego kto da więcej. Nawet potem, jak założyliśmy swoje stowarzyszenie, jak staraliśmy się o dzierżawę, to też mi proponowali: nie ma sprawy, chcecie dzierżawę, możemy wam to od ręki załatwić, wszystko możemy wam załatwić. Takie układy mamy – mówią – że wszystko wam możemy załatwić. Ale ja nie chciałem tak. Nie mieliśmy takich pieniędzy. I chciałem, żeby to zostało załatwione normalnie.

Jeżeli mówiłem o bandytach lub mafii, to pan burmistrz nie chciał rozmawiać. Mówi, że to są wielkie słowa. Boi się czegoś? Czego się boi? Przecież to temat otwarty – wszyscy się boją. Ja się nie boję? Bałem się, to jest normalne. Bałem się – w lusterko patrzyłem, czy za mną nie jadą. Bo kto ja jestem? Do tej pory mówi się, że to ja spółdzielnię wykończyłem. Nie ja – to kupców zasługa.

Kiedy mafia zobaczyła, że my wystąpiliśmy przeciw spółdzielni, że sama spółdzielnia i kolejne zarządy zaczęły tracić poparcie, a niezadowolonych przybywało, to mafia zaproponowała nam układ: kontrola nad targowiskiem za dzierżawę i wie pan, co odpowiedziałem? Nie!

Na bazarze więcej się nie pojawili. Przestali też grozić. Powstrzymało ich chyba to, że zrobiło się nas dużo. To była siła ludzi.

Gdyby oni zdążyli wcześniej opróżnić biuro, to tu nie byłoby tych wszystkich horrorów, oni po prostu nie zdążyli wziąć bardzo ważnych dokumentów, musieli wejść do tego biura za wszelką cenę. Kiedy weszli, zabrali te papiery, to powiedzieli „ A teraz róbta se co chceta”. I od tamtej pory już się nie pokazali. I nastał spokój. My sami nie chcieliśmy wchodzić do biura. Zostało oplombowane. Gdybyśmy się włamali, mogli by nas oskarżyć o wszystko, mogli by stwierdzić, że leżały tam miliony, że leżała tam np. kasa po Włodarskim. Dlaczego nie? Stąd baliśmy się sami to ruszyć. Kto tu tego nie przeżył, to nie zrozumie, jaka tu nastała groza i jaka determinacja. Ten bazar istnieje tylko dzięki tym ludziom, tylko dzięki nim. Bo oni walczyli o wszystko, bo to miejsce stało się dla nich wszystkim.

Bazar został uratowany. Zarząd wywiózł jednak całą dokumentację. Prosiliśmy komendanta policji, żeby zabezpieczył te materiały, co oni wynoszą. Mówiliśmy, że tam są ważne dowody na powiązania tego zarządu. Zero reakcji. Pozwolili wszystko im zabrać. A kupcy i tak jeszcze jakiś czas trzymali w nocy dyżury na bazarze.

Jeszcze tej samej nocy kupcy usunęli z bram świeżo założone łańcuchy i kłódki. Rano zreperowane zostało zerwane wieczorem połączenie telefoniczne stowarzyszenia.

Chcieliśmy dostać się do naszego biura, chcieliśmy zabrać dokumenty księgowe. Tam leżały dowody na to, co Włodarski zrobił z pieniędzmi kupców. Stały też teczki osobowe wszystkich członków Spółdzielni, z których jasno wynika, kto płacił czynsz a kto nie. Komu była na rękę zawierucha na bazarze, kto na tym zarabiał.

Gdy weszliśmy do biura, to po jakiejś pół godzinie przyszedł zastępca komendanta z komendy na Cyryla i Metodego. Zabroniono nam cokolwiek zabierać. Wszystko musieliśmy zostawić. Policja założyła swoje plomby. Nie mogliśmy wyjść z tego biura. Rzucano w nas petardami. Jak policja prowadziła mnie do samochodu, to ta hołota mnie kopała. Jak wsiadłem do radiowozu, to waliła w samochód i nie dawała mu odjechać.

21 listopada o godz. 20. na Różycu pojawli się członkowie starego zarządu i pracownicy Agencji Ochrony 909. Przybysze usunęli ochronę wynajętą przez stowarzyszenie.

Powiedzieli nam, że trzeba bazar zamknąć, bo budynek obok grozi zawaleniem. Nikt w to nie wierzył. Nagle budynek, który stał tyle lat, stał się niebezpieczny. Nie wiedzieliśmy, co robić.

Wielu zostało poturbowanych. Jeden miał głowę rozbitą, inny wybite zęby.

Gdy ludzie próbowali wejść, to ochraniarze zaczęli ich bić. Ludzie też się nie cackali.

Chcieliśmy się dostać do środka, sprawdzić co tam się dzieje. Najpierw doszło do szarpaniny, a potem do regularnej bitwy.

Mieli nakaz rewizji wystawiony przez prokuraturę.

Typy w czarnych kominiarkach. Policja to też jakaś brygada specjalna, też w kominiarkach.

Było czarno od misztalowców, od policji.

Baliśmy się o nasze budki, o towar. Baliśmy się, że go wywiozą albo rozkradną, albo to i to.

Wszyscy bali się, że oni chcą nas po prostu wyrzucić, że jak już otworzą te bramy, to tam będzie fundament pod ich supermarket. A po nas ani śladu.

Za każdym kolejnym razem stawało się ostrzej. Coraz więcej krwi. Przyjeżdżali nocą. Tym łysym przewodził niejaki „Wołek”. Jak przyjeżdżali, to często towarzyszył im ktoś z zarządu lub prawnicy od pana Smoktunowicza, czasami ochroniarze od Misztala i Policja. Policja stała i patrzyła – „to wasze sprawy”. A tu krew się lała. Pamiętam takiego łysego byka, co po prostu dostał jakiegoś szału. Doszło wtedy do regularnej bitwy pomiędzy nimi a kupcami. Te ataki były przeprowadzane nie od strony Targowej, tylko od Brzeskiej, jakby od tyłu. Zawsze nocą. Ale tam przy bazarze mieszka wielu kupców, znajomych, zawsze ktoś przez okno zobaczył, jak jadą. I od razu rozdzwaniały się telefony i wszyscy lecieli na bazar, żeby go bronić.

Właziliśmy przez płoty, po nocy. Jak jest brama od Ząbkowskiej, to tam znajdował się płot i od podwórka ubikacje, i mieszkańcy rozwalili nam te ubikacje. Wywalili ściany, położyli dechy i my przez te kible, przez te wykopy, potem przez płot, właziliśmy na budki, skakaliśmy z tych budek na ziemię. A oni przy bramie nic nie słyszeli. Inaczej byśmy tu w życiu nie weszli. Pomogła nam solidarność mieszkańców Ząbkowskiej.

Złodzieje z Brzeskiej pokazali nam sekretne przejścia od strony Ząbkowskiej i Targowej. I ludzie piwnicami, korytarzami, podziemiami dostali się na bazar. Była z nami ekipa telewizyjna.

Sporo ludzi zaczęło przechodzić po dachach. A potem udało się przerwać kordon od Brzeskiej i reszta wdarła się tamtędy.

Weszłam na te pawilony, ale bałam się skakać.

I wtedy pomogły nam dzieciaki z Brzeskiej, pokazały przejście podwórkami, a potem po dachach naszych stoisk na bazar.

Całe szczęście, że pojawiła się telewizja. Jak zaczęła kręcić, to oni wszyscy ponaciągali kominiarki na twarze i wycofali się. Ale dalej nie mogliśmy wejść do środka.

Zaczęto nas normalnie lać. Dziś już ciężko powiedzieć, kto pierwszy uderzył, ludzie chcieli wejść, tamci nie dawali. I w pewnej chwili pojawiła się krew. Ten główny szef tych z Wołomina też dostał. Wpadł w szał, złapał szuflę i rzucił się – jak w amoku – na tłum. Do tej bitwy włączyli się mieszkańcy Brzeskiej. Wszyscy wylegli na ulicę. A oni za policją nie przepadają. Zdemolowali trzy radiowozy.

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

9 listopada ok. 22. na nieczynnym już od dawna bazarze pojawiło się pół kompanii policji, pracownicy agencji ochrony, przedstawiciele firmy „Energopol” oraz członkowie nieuznawanego przez kupców zarządu. Doszło do zamieszania. Kupcy przedarli się przez kordon policyjny obstawiający bazarowe bramy. Potem do rana pilnowali swojego majątku.

Ja dostałem się po dachach. Potem zeskoczyłem i już byłem w środku. Usłyszałem ich tupot, jak biegli w moją stronę. Musieli mnie zauważyć i usłyszałem jak na zewnątrz policja nadaje komunikat. „Bierzcie z tej strony, bo przedarli się już na bazar”. Ja dobiegłem do naszego biura, ręce mi się trzęsły, nie mogłem otworzyć kłódki, wskoczyłem do środka i w ostatniej chwili zamknąłem się, jak oni byli tuż, tuż. Postanowiłem uruchomić nasz radiowęzeł. Wtedy okazało się, że mamy przecięte kable i to zarówno te od radiowęzła, jak i telefoniczne. Ale szczęśliwie oni je przecięli tuż przy biurze. Poczekałem, aż odeszli, i nie otwierając kraty, sięgnąłem do tych kabli i je połączyłem. Włączyłem radiowęzeł i z głośników powiedziałem do ludzi, że jesteśmy już w środku. Powiedziałem „Ludzie nie stójcie pod tymi bramami, wchodźcie do środka, bo bazar nam chcą zabrać!” I akurat nastał taki moment, że oni na chwilę uchylili bramę, bo wpuszczali kogoś od siebie i ludzie rzucili się do przodu i wdarli się na bazar.

Najgroźniej zrobiło się w listopadzie. To była noc z niedzieli na poniedziałek, [20/21 listopada 1999 r.]. Zadzwonili do mnie ludzie z Targowej i poinformowali, że znowu coś się dzieje. Jak przyjechałam, to na Brzeskiej zastałam już tłum ludzi. Policja przed bramą. Brama zamknięta.

Zapłacili ciężką forsę, żeby zeszła. I ci jak poszli, to już więcej nie wrócili. I nastał taki czas, że jak potrzebowaliśmy znaleźć ochronę, żeby pilnowała bazaru, to nikt nie chciał się podjąć. Każdy, kto usłyszał „bazar Różyckiego”, to uciekał, bo mafia, bo Wołomin. Sami musieliśmy go bronić.

Nocowali ludzie w różnym wieku. Jedna pani miała 80 lat i też nocowała. Baliśmy się. Baliśmy się tych bandytów.

Przekupili naszą ochronę. I ta po prostu zniknęła.

Sytuacja stała się tak napięta, że postanowiliśmy nocować na bazarze. A to listopad. Strasznie zimno. Zimno i strasznie.

Pamiętam jak przyjechali znów 28 września 1999 r. koło drugiej. Weszli od ulicy Targowej i przeszli ostentacyjnie przez cały bazar. I wtedy my zaczęliśmy zamykać bramę. Jak idą takie łysole, takie byki z kijami baseballowymi, to wygląda naprawdę nieciekawie. Jak wyszli, zamknęliśmy wszystkie bramy. A oni stali. Wszyscy się przestraszyli, jedni więcej, inni mniej, ale to wyglądało naprawdę groźnie. Część kupców zaczęła zamykać budki, ludzie uciekali. Wtedy to mieliśmy naprawdę stracha.

I te łysole z kijami baseballowymi ociekali cali ciastem. Wszyscy się z nich śmieli. I ten śmiech ich wtedy pokonał. Ale potem nie było już tak śmiesznie.

Kupcy obrzucili panią Chodynę jajkami i mąką i pogonili wzdłuż Targowej aż do komisariatu na Cyryla i Metodego.

Pani prezes wyglądała tragicznie. Cała główka równo w jajeczkach. Takie poniżenie! Jak ona się poniżyła tu przed tymi wszystkimi ludźmi. Tu musiały naprawdę leżeć wielkie pieniądze, że ona tak się tego trzymała, że aż tak.

Zrobiło się naprawdę groźnie. Podniósł się na całym placu raban, ludzie coś krzyczeli, że z drugiej strony atakują, to my biegliśmy w tamtą stronę. Tam nawalanina. Przyjechali tacy, co lepiej nie pytać. Kiedy chcieli wejść do biura, to wszyscy się rzucili bronić.

Kupcy nagle wpadli na świetny pomysł. Błyskawicznie zorganizowali jajka, mąkę i wodę.

***

Kupiec X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 188

Zrobiło się prawdziwie majowo, radośnie i serdecznie. Pod rozstawionymi parasolami goście raczyli się dobrym polskim piwem i kiełbaskami. Smakowali słynne pyzy i flaki, które od kilkudziesięciu lat przygotowują i sprzedają na bazarze te same panie. Miejsce dające utrzymanie kilku tysiącom rodzin (nie tylko handlowcom, ale i producentom) poświęcił i pobłogosławił duchowny opiekun i przyjaciel rodzimych środowisk kupieckich ksiądz biskup Zbigniew Kraszewski. Wśród gości obecnych na uroczystości było wielu wiernych przyjaciół bazaru, nawet z parlamentu. Przybyli reprezentanci polskich środowisk kupieckich oraz przedstawiciele władz samorządowych. Z programem artystycznym wystąpiła Warszawska Kapela Staśka Wielanka, która akurat obchodzi swoje pięćdziesięciolecie.

„200 lat Bazaru Różyckiego”, „Bazar był, jest i będzie” – tej treści transparenty witały gości przybyłych na uroczystość towarzyszącą podpisaniu umowy dzierżawy między Zarządem Dzielnicy Praga Północ a Stowarzyszeniem Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego.

Na szczęście coś zaczęło się zmieniać z chwilą, kiedy w wyniku zamieszania, jakie powstało w gminie Centrum, doszło do wyborów samorządowych. Na Pradze-Północ pojawił się nowy dyrektor Ireneusz Tondera. On zrozumiał, że konflikt trwa już tak długo, że należy znaleźć rozwiązanie. W wyniku negocjacji, które trwały blisko półtora miesiąca i nie były łatwe, udało się znaleźć wyjście z sytuacji. 1 maja została podpisana nowa umowa dzierżawy na trzy lata, a kupcy od pierwszego marca płacą regularnie czynsz do kasy dzielnicy. Uroczyste podpisanie umowy miało miejsce 9 maja, tego dnia kupcy postanowili świętować swoje zwycięstwo.

Kiedy mieliśmy kolejne najście Chodyny i weszło ze czterdziestu ochroniarzy i bandytów, ludzie stali i nic nie robili. Stali i patrzyli. Wybiegłem do nich i zacząłem krzyczeć: „Ludzie, czego stoicie, na co czekacie? Chcecie, żeby was wyrzucili?!”

Kiedy mieliśmy kolejne najście Chodyny i weszło ze czterdziestu ochroniarzy i bandytów, ludzie stali i nic nie robili. Stali i patrzyli. Wybiegłem do nich i zacząłem krzyczeć: „Ludzie, czego stoicie, na co czekacie? Chcecie, żeby was wyrzucili?!”

Ja już momentami byłem bliski zrezygnowania. Nic nie można wywalczyć, nic nie można załatwić, człowiek czuje się bezsilny.

Staraliśmy się zainteresować władze tym, co tu się wyrabia. Zaczęłam chodzić na sesje rady, opowiadać, wyjaśniać. Chodziłam na wizyty do dyrektora dzielnicy, do radnych, do prezydenta Warszawy. Pisałam pisma. Robiliśmy demonstracje z transparentami, żeby zwrócić uwagę urzędników na krzywdę, która się dzieje. Ale trafialiśmy na mur obojętności albo na wrogość.

My z bazaru nie wyjdziemy. Położymy się i będziemy leżeć do skutku. Jak Papież przyjedzie do katedry praskiej, to list Ojcu Świętemu wręczymy, niech nam pomoże, skoro nikt nie chce.

Zawsze jest potrzebny wódz. Obojętnie czy będzie setka ludzi czy trzy setki, to bez przywódcy nic nie zrobią. Ale jak mają przywódcę, to zrobią wszystko.

Oni potrzebowali kogoś, kto ich będzie prowadził i kto będzie dla nich w tej sytuacji oparciem. Stali tacy niezorganizowani.

„Weźcie, brońcie swego!” I dopiero wtedy wszyscy ruszyli.

Paraliż, paraliż…

Dokładnie tak było. Raz, to paraliżujące poczucie strachu, dwa ta bezradność. Oni byli kupcami, ale nie wiedzieli, jak walczyć o swoje...

Mało tego, jeszcze wszędzie te ironiczne spojrzenia i to uczucie, jakby przed nami był już tu ktoś inny, ktoś kto zamykał przed nami wszystkie drzwi, do których pukaliśmy.

Zdawałem sobie sprawę, że nie jestem już młodym człowiekiem, że jeżeli stracę to stoisko na bazarze, to gdzie ja pójdę, kto mi da pracę? Ale kiedy potem przyszło to poczucie zagrożenia, kiedy człowiek zaczął się bać o własne życie, to lepiej byłoby rzucić to wszystko, nie ryzykować. Gdy jednak przychodziło się tu codziennie, gdy widziało się ludzi, ich strach, że wszystko stracą... Gdy widziało się ich bezradność... Krzyczeć każdy potrafi, ale pójść coś załatwić, coś zrobić, oni tego nie potrafili. Cały czas patrzyli, żeby ktoś to za nich zrobił. Żebyśmy my to za nich zrobili.

Faktem jest, że legenda bazaru wciąż pozostaje żywa w pamięci okolicznych mieszkańców i stanowi zachętę do podejmowania trudu pozornie nieosiągalnych wyzwań. „Tu jest, wie pan, jak w rodzinie, po tej całej walce o bazar z tymi bandziorami, z tą spółdzielnią. Przecież my tak naprawdę toczyliśmy wojnę. Tyle się mówi o wojnie Pruszkowa z Wołominem, ale tamto to były porachunki… krwawe, owszem…ale wojna rozegrała się tu, gdzie stanęliśmy do walki twarzą w twarz…”.

Przeciwko nam wielkie pieniądze, nieuczciwi politycy, mafia, cwani adwokaci… A mimo to udało się, dopięliśmy swego. Może to duch Juliana Różyckiego czuwał nad nami. Tak narodziła się legenda o tym, jak mały i słaby może pokonać silniejszego.

Zupełnie inaczej swoją rolę w tym okresie postrzega przywódca mafii wołomińskiej – „Dziad”.

– Naraził się pan komuś ważnemu?

– No, oczywiście, i to wielu. Dużo wyższym niż samorządowcom. Bazar Różyckiego miałem modernizować, budki eleganckie ze szkłem stawiać „Lutek” [jeden z domniemanych współpracowników mafii wołomińskiej, zastrzelony w 1999 r.] od strony Targowej miał budować piękny salon samochodowy i biura. Zacząłem inwestować i w tym momencie po mnie przyjechali. To nie był przypadek” .

Graliśmy na stulecie bazaru Różyckiego. My i Kapela Czerniakowska. Pan prezes Jędra zapytał mnie wtedy, czy chciałbym, żeby tu, przy bazarze powstał zespół? – Naturalnie – mówię. I wpadłem na taki pomysł, żeby grać na samych „drutach”; żeby była bandżolka, bandżo tenor, bandżo gitarowe, kontrabas, skrzypeczki… i inne instrumenty bez akordeonu, żeby to się odróżniało. Chciałem, żeby zafunkcjonowały jeszcze organki, jako instrument melodyjny. Ważne, żeby muzyka była pod nogę, zrozumiała i żeby ludzie ją chwytali.

Ja po prostu chciałem, żeby Różyc Orchestra grała bardzo prosto. Żeby się nikt nie silił na żadne jak to się mówi „popisówki”. Chciałem, żeby efekt końcowy osiągnąć bardzo prostymi środkami. Bo na tym to granie polega. To nie chodzi o filharmonię, tylko idzie o to, żeby stworzyć nastrój, żeby była zabawa, żeby zagrać składnie, elegancko. Bo w prostocie jest cały urok.

Prezes Zenon Jędra poprosił, żeby tu na bazarze powstał zespół pod egidą Stowarzyszenia Kupców. Pomysł polegał na tym, że jak tu będą „dechy” – podest drewniany, miejsce do tańca przy muzyce granej na żywo, to będziemy tam grali. Będziemy zapraszać inne grupy, ale Różyc Orchestra będzie nad tym wszystkim trzymała pieczę. Dawałem melodie, pomysły, repertuar. Nawet zgromadziłem teksty o bazarze.Tylko że później zaczęły się schody, jak to zawsze. A tu nie ma zezwolenia, a tu czegoś innego. Jak nie ma imprez chociaż raz na miesiąc, to nie ma motywacji do grania.

Dawałem melodie, pomysły, repertuar. Nawet zgromadziłem teksty o Bazarze.

Zrobiliśmy Bazarowi Różyckiego ostatnie zdjęcia filmowe. Film nazywał się „Nasz kumpel Felek”. Wokół puściutko, smutno – bazar w stanie kompletnego upadku. Jak Stadion już zamknęli, to tutaj powstały nowe budy. Na filmie utrwaliliśmy stan jeszcze przed ich postawieniem. To stał się ostatni moment, żeby utrwalić ten stary Bazar. Filmowaliśmy z dachu na ul. Ząbkowskiej 6. Kupiłem trzy czwarte cieciowi, a on pozwolił nam wejść na dach.

Pan Krzysztof

handlowiec

Mali Bracia Jezusa

katolicka wspólnota zakonna

Pan Marek

Konstanty Królik

szef ochrony

Pani Ula

kupcowa

„Siwy”

kupiec

Pani Beata

kupcowa

Hanna Krall

reporterka

 

rozm. Marek Miller, LR

zob.: Hanna Krall „Fantom bólu”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Sylwester Kozera

muzyk

„Gierek”

Policjant U

Policjant Z

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Pani Tereska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

 kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

 kupiec, prezes SKWBR

Pani Tereska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Pani Tereska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes Stowarzyszenia KBR

Krzysztof Włodarski

kupiec, były prezes Spółdzielni KBR

Anna Hahn, „Różycki wrze”, „Życie”, 24.09.1998

Krzysztof Włodarski

kupiec, były prezes Spółdzielni KBR

Anna Hahn, „Różycki wrze”, „Życie”, 24.09.1998

Anna Hahn

dziennikarka

„Różycki wrze”, „Życie”, 24.09.1998

Anna Hahn

dziennikarka

„Różycki wrze”, „Życie”, 24.09.1998

Zenon Jędra

kupiec, prezes Stowarzyszenia KBR

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Pani Tereska

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jacek Łukasik

kupiec, wiceprezes zarządu Spółdzielni KBR

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Marzena Stępień

kupcowa

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Lilianna Duch

kupcowa

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Artur Pawlak

dziennikarz

„Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Pani Tereska

kupcowa

Lilianna Duch

kupcowa

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Lilianna Duch

kupcowa

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Artur Pawlak , „Praskie Klimaty”, „Życie”, 6-7.01.1999

Pan Jerzy

kupiec

Pan Jerzy

kupiec

Pan Jerzy

kupiec

Pan Jerzy

kupiec

Pan Jerzy

kupiec

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Bogdan Piasecki

kupiec

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Kupiec X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 187

Kupiec X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 187

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Bogdan Piasecki

kupiec

Bogdan Spreier

dziennikarz

 [tytuł?], „Życie Warszawy”, 8/9.05.99

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spódzielni BKR

Bogdan Piasecki

kupiec

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Pani Tereska

kupcowa

„Gierek”

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Bogdan Piasecki

kupiec

Pani Tereska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Alex Kłoś

reporter

„Ostatni taki bazar”, „Polityka” 11.03.2000

Alex Kłoś

reporter

„Ostatni taki bazar”, „Polityka” 11.03.2000

Pan Jerzy

kupiec

Pani Tereska

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pan Jerzy

kupiec 

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Pani Małgosia

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Alex Kłoś

reporter

„Ostatni taki bazar”, „Polityka” 11.03.2000

Przedstawiciel kupców

Pani Tereska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Pani Tereska

kupcowa

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Zenon Jędra

kupiec, prezes SKWBR

Piotr Kulesza

prawnik, dziennikarz, Laboratorium Reportażu

„Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w LR,
czerwiec 2003

Piotr Kulesza

prawnik, dziennikarz, Laboratorium Reportażu

„Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w LR,
czerwiec 2003

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Ewa Ornacka

dziennikarz

„Kulki dla tych, którzy ze mną zadrą”, wywiad z Henrykiem Niewiadomskim, „Super Express”, 20 lipca 2007, s. 10-11.

Jacek Kurczewski

socjolog

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichomski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 190

Elżbieta Ciechońska

kupcowa

Sylwester Kozera

muzyk

Targowa, mal. Ludwik Jaksztas, „Warszawska Praga w malarstwie współczesnym”, udostępniło Towarzystwo Przyjaciół Pragi

Ilustracja do opisującego zmierzch bazaru artykułu Liliany Fabisińskiej „Krajobraz po bitwie”
rys. Jerzy Linder, Sztandar Młodych, 24.02.1992

Sprzedawca używanych sztućców, fot. Piotr Kulesza
[w:] „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s.76

Aleja na bazarze Różyckiego 2001 r., fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s.140

Bazar Różyckiego, lata 90.
[w:] „Od Marywilu do Wola Park - czyli bazary, targowiska i hale targowe w Warszawie od połowy XVII wieku do dziś”, katalog wystawy w Muzeum Woli (31 maja - 31 sierpnia 2005)

Suknie ślubne na bazarze Różyckiego, lata 90.
fot. Michał Kołyga, archiwum prywatne autora

Bazar Różyckiego 2010 r.
fot. Anna Korcz, archiwum prywatne autorki

Andrzej Białowąs, „»Sowiecki gang« w Warszawie”, „Gazeta Krakowska”, 11-12.1990, s. 1-2

Bazar Różyckiego 2010 r., fot. Anna Korcz, archiwum prywatne autorki

Suknie ślubne na bazarze Różyckiego, 2010 r.
fot. Anna Korcz, archiwum prywatne autorki

Bazar Różyckiego 2000 r., fot. Wojciech Druszcz, East News

Tytuł artykułu Joanny Bogiel „Kończy się czas »Różyca«”, Trybuna, 20.03.1998

Na Stalowej, lata 90., mal. Janusz Lewandowski
[w:] „Warszawska Praga w malarstwie współczesnym”, praca zbiorowa, Towarzystwo Przyjaciół Pragi, Warszawa 1977

Pani Jasia, fotos z filmu dokumentalnego Andrzeja Titkowa „Dowody na istnienie Hanny K.”, 1999 r.

Bazar Różyckiego 2000 r., fot. Wojciech Druszcz, East News

Henryk Rejner na bazarze Różyckiego

fot. archiwum prywatne Henryka Rejnera

Projekty nowego Bazaru Różyckiego

kliknij, aby powiększyć

Jolanta Chodyna, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu , czerwiec 2003

Tytuł artykułu Anny Hahn, „Różycki wrze”, „Życie”, 24.09.1998

Wycinek prasowy

[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu , czerwiec 2003

Fragment artykułu Vanessy Nachabe i Artura Pawlaka „Nic o nas bez nas”, „Życie”,
fot. Maciej Figurski, 17.03.1999

Fragment artykułu Vanessy Nachabe i Artura Pawlaka „Awantura w urzędzie”, „Życie Warszawy”, 17.03.1999

Fragmenty artykułu Ewy Tarasiuk „Boks luksusowy”, „Express Wieczorny”, fot. Ryszard Baranowski, 17.03.1999

Fragment artykułu Romualda Słowikowskiego
„Walczą o bazar »Różyca«”, „Super Express”, 17.03.1999

fot. Marek Zieliński

Artykuł podpisany inicjałami RAF„»Różyc« protestuje”,
fot. Przemek Pokrycki, „Super Express”, 6.07.1999

Kupcy demonstrują swoją dezaprobatę dla zarządu, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu , czerwiec 2003

Wejście do budynku ZNP od ul. Smulikowskiego, fot. Piotr Kulesza

Wojny bazarowe, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 135

Zwycięstwo 9 maja 2001 roku, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu, czerwiec 2003

Uroczystość z okazji przejęcia bazaru przez kupców 9 maja 2001 roku, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu, czerwiec 2003

Marek Borowski i biskup Zbigniew Kraszewski podczas odsłonięcia tablicy pamiątkowej Bazaru Różyckiego 14 czerwca 2002, fot. Piotr Kulesza

[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”,
praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu, czerwiec 2003

Politycy podczas odsłonięcia tablicy pamiątkowej Bazaru Różyckiego 14 czerwca 2002 roku, fot. Piotr Kulesza

[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu, czerwiec 2003

Zenon Jędra i Elżbieta Ciechońska podczas odsłonięcia tablicy pamiątkowej
Bazaru Różyckiego 14 czerwca 2002 roku
fot. archiwum prywatne Zenona Jędry

Sylwester Kozera i Kapela Czerniakowska podczas odsłonięcia tablicy pamiątkowej Bazaru Różyckiego 14 czerwca 2002 roku, fot. Piotr Kulesza
[w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu , czerwiec 2003

Sylwester Kozera i Różyc Orchestra
fot. archiwum prywatne Zenona Jędry

kliknij, aby powiększyć

Lata 90. – na bazarze Różyckiego pojawiają się handlarze zza wschodniej granicy – z Rosji, Białorusi, Ukrainy, Litwy. Handlują czym się da, zabawkami, papierosami, artykułami spożywczymi. Ich stoiska znajdują się głównie od strony ulicy Brzeskiej i ta część bazaru Różyckiego w potocznej mowie zaczyna być nazywana „placem czerwonym”. Obok mafii pruszkowskiej i wołomińskiej swoje „strefy wpływów” na bazarze zaczyna ustalać rosyjska mafia.
 

1994 – powstaje Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego, która przejmuje zarządzanie bazarem od WSS „Społem”.
 

1996 – Stadion Dziesięciolecia przyjmuje nazwę Centrum Handlowe „Jarmark Europa”. Staje się największym europejskim targowiskiem i największą konkurencją dla bazaru Różyckiego w całej jego historii. Na stadionie handluje mnóstwo kupców azjatyckich, którzy mają znacznie tańsze towary niż można dostać w sklepach czy na bazarze Różyckiego. Dlatego dotychczasowi klienci targowisk zaczynają robić zakupy głównie na stadionie, co doprowadza bazar Różyckiego do upadku.
 

Luty 1998 – policja zabija jednego z szefów gangu wołomińskiego. Okazuje się, że utrzymywał on kontakty z wieloma znanymi postaciami publicznymi, a jego kuzyn zajmował wysokie stanowisko w policji.
 

Kwiecień 1998 – prezes Spółdzielni Kupców Bazaru Różyckiego, Krzysztof Włodarski, zawiera z Gminą umowę dzierżawy terenu bazaru na 30 lat.
 

Wrzesień 1998 – Krzysztof Włodarski zostaje odwołany z funkcji prezesa Spółdzielni Kupców Bazaru Różyckiego z powodu „złego zarządzania”. Nowym prezesem zostaje Jolanta Chodyna.
 

Styczeń 1999 – raport Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji podaje, że w Polsce działa 475 grup przestępczych skupiających około 4 tys. gangsterów. Przywódcy tych grup są w większości byłymi informatorami lub tajnymi współpracownikami SB, WSW lub MO, dlatego mają bardzo dobre kontakty z politykami.
 

Początek maja 1999 – odbywa się walne zebranie Spółdzielni Kupców Bazaru Różyckiego, na którym zostaje odwołany zarząd Jolanty Chodyny.
 

Październik 1999 – powstaje Stowarzyszenie Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego. Jego członkami są między innymi Zenon Jędra i Elżbieta Ciechońska. Stowarzyszenie ma stanowić organ reprezentujący interesy kupców i będący w opozycji do zarządu Spółdzielni Kupców Bazaru Różyckiego, mającego powiązania mafijne.
 

1999 – policja zatrzymuje Henryka Niewiadomskiego, posługującego się pseudonimem „Dziad”. Zostaje on oskarżony o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą (mafią wołomińską) oraz przemyt i handel narkotykami. „Dziad” jest dawnym „handlarzem” bazaru Różyckiego, na którym zajmował się między innymi nielegalnym handlem walutami i benklem.
 

Maj 2001 – Elżbieta Ciechońska i Zenon Jędra podpisują w imieniu Stowarzyszenia Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego umowę dzierżawy terenu bazaru na trzy lata.
 

2008 – targowisko na Stadionie Dziesięciolecia zostaje zlikwidowane. Na miejscu starego stadionu ma zostać wybudowany Stadion Narodowy.
 

29 stycznia 2012 – Stadion Narodowy zostaje uroczyście otwarty.
 

8 czerwca – 1 lipca 2012 – w Polsce i na Ukrainie odbywają się Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej UEFA Euro 2012. Mecze rozgrywane są między innymi na Stadionie Narodowym w Warszawie. Flagi, koszulki, piłki i inne gadżety dla kibiców stają się popularnym towarem na bazarze Różyckiego.

 Kalendarium

Dowiedz się więcej

Ostatni raz grałem „na blokach” – podwórkach w dziewięćdziesiątym chyba siódmym roku. Potem niebezpiecznie się zrobiło i gówniarstwo się śmiało. Młodzież sobie żarty robiła. Nastało takie rozwydrzenie, wie pan, „róbta co chceta”. Podchodził taki jeden z drugim, zaczepiał, a ja im mówiłem:

- Ty, gówniarzu, ty głąbie, ty wieśniaku, odejdź, bo jak ci splunę w oko! Jeszcze Kolumb Ameryki nie odkrył, ty kmiotku, a my w Warszawie country graliśmy! A tutaj tej wiochy swojej się wstydzisz? A amerykańską to chwalisz? Co to jest?

 

A jaki to wstyd? Jak to mówią wstyd to kraść i z dupy spaść. Przed drugą wojną światową ludzie poszli grać na ulicę kiedy w latach dwudziestych nastał kryzys. Trzeba było z czegoś żyć. Wtedy doszło nawet do tego, że na bramach wisiały napisy „Psom i muzykantom wstęp wzbroniony”. Co prawda cieć czasami wpuszczał. Ja znam to z opowieści od Jaworskiego, który prowadził Orkiestrę z Chmielnej. Były grupy, które się spotykały w Ogrodzie Saskim i tam się umawiały:

– My idziemy na Mokotów, a wy na Pragę.

Żeby sobie nie wchodzić w paradę. Później była okupacja. To już pan wie nawet z „Zakazanych piosenek”, że nawet muzycy z filharmonii grali na ulicy. Niektórzy z nich wtedy byli bardzo wykształceni. Jak pan posłucha Chmielnej, to słychać, że to były głosy szkolone. Słychać to. I ci ludzie grali zawodowo. Ja ich znałem. Kompozytorzy dawali im nutki jakiegoś przeboju, oni się uczyli, szli na ulicę i grali. Po wojnie też takie grupy istniały. W roku ’59, jak moja matka jeszcze żyła, kiedy podeszła Orkiestra z Chmielnej pod blok, to grała w dużym składzie, w dwanaście osób nawet… i ludzie tego słuchali. Moja matka to z czwartego piętra szła i dawała im pieniądze osobiście, nie rzucała z okna, bo to nie wypadało. Później, w latach ’90, też nie było co robić, nie miałem pracy, zmontowaliśmy grupę, chodziliśmy „na bloki” i tam to dopiero były zabawy. Jak się szło na Wolumen, jak ustawiliśmy wzmacniaczyk w niedzielę o 10 rano, jak zagraliśmy, okna się otwierały, biało się robiło, karteczki leciały z okien, a to „niech panowie to zagrają”, a to „panowie tamto”, zamówienia szły przez mikrofon. „Od tego pana z czwartego piętra, dla tej sąsiadki z ósmego”, „żebyś ty wiedziała jak mi się chce”, takie numery się robiło. To była zabawa. A później, jak się poszło na Orlik w dziewięćdziesiątym szóstym, to wyludnione miasto, nie było już nikogo, pusto, słońce świeci, my gramy, a tam żywej duszy. A repertuar nasz był szeroki, grało się nowe utwory. A później to już był rok ’97 i nie było co grać, bo już było niebezpiecznie.

Można powiedzieć, że Bazar Różyckiego to epicentrum kultury praskiej. Na przykład Wojtek Mścichowski z zespołu „Co wy na to” napisał o Bazarze coś takiego: „Ach Targowa, Ząbkowska, Kijowska/Ach te Szmulki, Targówek, Zacisze/Tu przyjezdny się łamie, tutaj kupisz gdzieś w bramie/lewe buty czyszczone na glanc/Na Bazarze Różyckim dziewczyny/sprzedają z kieszeni cytryny/nylony, stylony, świeże pączki, herbata de lux/Proszę zwrócić wycieczko uwagę/właśnie tu mamy dzielnicę Pragę/Z prawej strony jest Wisła/ jej bulwary, ta przystań/zakochanych gdzie zresztą nie brak/Środkiem leci arteria Targowa, każda inna ulica się chowa, słychać żargon nasz stary/ten warszawski: gdzie smutniaku się pchasz?”.

Zdaję sobie sprawę, że mam głos, jaki mam. Ja utwory po prostu po swojemu interpretuję. Nie staram się silić na nikogo. Chcę według mojego, własnego odczucia i mojego zrozumienia sprzedać tekst tak, jak ja go czuję. I niektórym to się podoba, a niektórym nie.

Byłem ze trzy miesiące temu w szkole na Żoliborzu, gdzie odbywało się spotkanie i rozmowa na temat folkloru. Przecież folklor warszawski to był kocioł różnych słów, i żydowskich, i rosyjskich. I te słowa się mieszały. W tej chwili, w języku też używane są zwroty angielskie, francuskie, jest czasem nawet używana chińszczyzna z Bazaru. I ten folklor cały czas żyje. Dopóki Warszawa będzie istniała, to będzie folklor. To wszystko się cały czas rozwija. Folklor warszawski nie zakończył się na Grzesiuku. Nowe pokolenie będzie znowu ten folklor przetwarzało na swój sposób. Mogą być inne bloki, mogą być inne samochody, mogą być inne zabawy, mogą być inne trendy, ale to cały czas będzie folklor, miejski folklor. Przecież w tej chwili np. ci, co pracują w biurach mają swój żargon, bankowcy mają swój, itd. Czasami jak się spotkają takie grupy to się nie rozumieją nawzajem. Młodzież na przykład to poszła już na takie skróty, że czasami ciężko zrozumieć, o czym oni mówią.

 

Sylwester Kozera

muzyk

Dowiedz się więcej

Duże brawa dostał ślusarz, który wyważył drzwi do biura spółdzielni kupców Bazaru Różyckiego. We wtorek walne zgromadzenie jej członków odwołało radę nadzorczą. Wczoraj nowe władze przeglądały w biurze zarządu dokumenty spółdzielni. Jednak najpierw trzeba było sforsować zamki i kraty.

– Proszę, jak mu ciężko oderwać się od dojnej krowy – mówią o byłym prezesie spółdzielni handlarki z bazaru, które razem z członkami nowego zarządu czekają na otwarcie drzwi do biura.

Czas mija, prezes nie przychodzi. Od wtorku, kiedy kupcy wybrali nowe władze biuro na Różyckim jest zamknięte. Nowy zarząd obraduje w „Barrakudzie” – bazarowym barze sąsiadującym z siedzibą zarządu. (…)

Zbliża się godz. 11. W barze nerwowa atmosfera. Do 11 Krzysztof Włodarski, były prezes spółdzielni, dostał ultimatum. Odda klucze albo zamki w drzwiach będą wyłamane.

– Wszystko jest zgodne z prawem. Wysłaliśmy dwa telegramy do byłego prezesa. Bez echa. O przystąpieniu do komisyjnego otwarcia biura powiadomiliśmy policję. Mam nadzieję, że przyjdą – denerwuje się Jolanta Chodyna, nowy prezes spółdzielni (…).

Jest już 11.15, pojawiają się policjanci. Ślusarz z włączoną piłą podchodzi do zamków. Kiedy drzwi ustępują słychać brawa. Do zdobycia została już tylko krata na schodach (…).

Sasza Mar

dziennikarz

„Nerwowo w Barrakudzie”, Życie Warszawy, 17.09.98

Za Solidarności

Epilog

Przepychanki kupców przed wejściem na walne zgromadzenie, na którym próbowano odwołać prezes Jolantę Chodynę. Kupcy postanowili zablokować Wisłostradę, by nie dopuścić do odjazdu autokarów z fałszywymi członkami spółdzielni, którzy mieli zapewnić kworum zarządowi.

Wycinek z artykułu TK, „Walka o handel”
fot. Robert Kowalewski, „Gazeta Stołeczna”, 8-9.05.1999

Blokujący autokary czekali na przyjazd prokuratora – tu są dowody oszustwa

fot. Maciej Figurski, „Życie Stolicy”, 8-9.05.1999

Przepychanki kupców przed wejściem na walne zgromadzenie, na którym próbowano odwołać prezes Jolantę Chodynę. Kupcy postanowili zablokować Wisłostradę, by nie dopuścić do odjazdu autokarów z fałszywymi członkami spółdzielni, którzy mieli zapewnić kworum zarządowi.

Wycinek z artykułu TK, „Walka o handel”
fot. Robert Kowalewski, „Gazeta Stołeczna”, 8-9.05.1999

Fragment artykułu Justyny Kamińskiej „Kupcy wolą handel w dotychczasowych warunkach”, „Życie Warszawy”, 6.07.1999 

fot. Cezary Kowalski

Informacja prasowa podpisana MAŁA „Kupcy na ulicy”, „Życie”, 6.07.1999
fot. Maciej Jeziorak

Artykuł Justyny Kamińskiej „Kupcy nie chcą nowoczesnego centrum handlowego”, „Życie Warszawy”, 6.07.1999,
fot. Cezary Piwowarski

Kupcy protestują przed urzędem dzielnicy. Wycinki z artykułu Alexa Kłosia, „Czyżby koniec Różyca?”, „Gazeta Wyborcza”, 6.07.199
fot. Wojciech Duszeńko

"Zamieszanie na Bazarze Rózyckiego”, podpisano jako Sasza, MAR,
„Życie Warszawy”, 20.09.1999

Dziennikarz podpiany TOM „Trwa okupacja”, „Życie Warszawy”, 30.09.1999

fot. Dominik Gryżewski

Fragmenty artykułu Justyny Kamińskiej i Anny Kameli „Nocne handlarzy czuwanie”
„Życie Warszawy”, 1.10.199, s. 14
fot. 1 i 3 Dominik Gryżewski
fot. 2 Damian Burzykowski

Fragmenty artykułu
Wiesława Orzęckiego i Justyny Kamińskiej
„Bitwa w nocy, obiecanki w dzień”

„Życie Warszawy”, 23.11.1999
fot. Dominik Gryżewski

Fragment artykułu Wiesława Orzęckiego i Justyny Kamińskiej
„Bitwa w nocy, obiecanki w dzień”,
„Życie Warszawy”, 23.11.1999

Elżbieta Ciechońska, fot. Arkadiusz Ścichoński
[w:] Alex Kłoś, „Przyjeżdżały tu nawet grupy przestępcze”, „Metro”, 12-13.2001

Ramka pod artykułem Alexa Kłosia, „Przyjeżdżały tu nawet grupy przestępcze”, „Metro”, 12-13.2001

Podpisanie umowy między kupcami a zarządem Pragi-Północ, fot. Marek Zieliński
[z:] Ewelina Cyranowska „Różyc wychodzi na prostą”, „Super Express”, 10.05.2001

Wywiad o zwycięstwie kupców z Elżbietą Ciechońską i pyzy podczas imprezy na bazarze 9 maja 2001 roku, fot. Arkadiusz Ścichocki, Alex Kłoś, „Znakiem tego na Różyckiego”,
„Gazeta Wyborcza”, 10.05.2001

kliknij, aby powiększyć

Czasem na taczkach, czasem koledzy mi pomagali. Kiedyś zwinąłem jakiemuś Ruskowi całą torbę fajek. Sprzedawałem je po kryjomu, bo się bałem, że mnie znajdzie. Niby szło dobrze, ale to były tymczasowe rozwiązania. A wtedy zaczęła się pseudomoda na zbieranie emblematów od samochodów, znaczków z logo BMW czy Mercedesa. Chłopaki się chwalili, ile to ich mają, jakie rzadkie modele albo dawali sobie wzajemnie na urodziny jako dodatek do flaszki wódki. Pomyślałem sobie, że skoro jest popyt, to ja zacznę się zajmować podażą – no i zacząłem kraść te emblematy. Sprzedawaliśmy je później w szkole albo na bazarze po dwie dychy za każdy. Dwadzieścia złotych w końcówce lat 90. to jak dzisiaj z pięć dyszek albo więcej. Miałem wtedy kurtkę z szerokimi kieszeniami, więc mieściło się tam dużo znaczków. Zacząłem się naprawdę bogacić. Zarabiałem chyba więcej niż moja matka. Interes rozkręcił się do tego stopnia, że za uzbierane pieniądze kupiłem na bazarze moją pierwszą skórę. Matka myślała, że ją ukradłem, więc prawie mnie zabiła, jak mnie w niej zobaczyła. Skóra oczywiście miała głębokie kieszenie, żeby dalej sprzedawać te loga. W pewnym momencie miałem ich tak dużo, że wypełniały trzy pudełka po butach. Wszystkie leżały pod łóżkiem, żeby matka nie znalazła. No oczywiście, bajka nie trwała długo. Ktoś na nas zwyczajnie doniósł. Kto? Tego nie wiem do tej pory. Konkurencja? Zazdrośni koledzy? Wiem, że policji zależało na tyle, że zdobyli nakaz i weszli do naszego mieszkania. Znaleźli te pudełka z emblematami. Zawiesili mnie w prawach ucznia, dali kuratora, a matka zlała mnie mokrą szmatą. Z tą kradzieżą auta to chciałem się zwyczajnie przed kolegami popisać. To nie był żaden wypasiony samochód, tylko głupi polonez. Rozumiesz? Poloneza ukradłem. Śmiech na sali, wstyd się przyznać. Chciałem tym debilom tylko pokazać, że umiem. Pojeździliśmy nim po mieście, dopóki się benzyna nie skończyła i odstawiliśmy gdzieś na Brudnie. Takie wesołe popołudnie. Niedługo po tej kradzieży auta jeden kumpel, z którym wtedy jeździłem, zawinął inny samochód. Wpadł. Trafił do więzienia, bo miał już 18 lat. Trochę mnie to ocuciło. A że nie byłem najgorszy w szkole i miałem niezłe oceny, to udało mi się wrócić na prostą. Interesowałem się II wojną światową. Dużo czytałem. Dzięki temu skończyłem historię na warszawskim uniwerku.

Wizualizacja Centrum Handlowego Bazar Różyckiego, [w:] Piotr Kulesza „Bazarowe wojny”, praca zaliczeniowa w Laboratorium Reportażu, czerwiec 2003

Kontakt