Bazar, targ, handel uliczny z natury rzeczy był od wieków czymś niezwykłym. Był znaczącym elementem życia towarzyskiego, okazją do spotkań, zawierania znajomości, żywą kroniką wydarzeń lokalnych i światowych. Klimat tworzyli kupcy, handlarze i klienci, ale także wydrwigrosze i linoskoczki, domorośli muzykanci, żebracy i dziady proszalne, wspaniałe ludzkie typy. Do zwyczaju i dobrego tonu należało targować się z zapamiętaniem. Bazar był krainą nieograniczonych możliwości, był fantastycznym kolorowym miejscem, pełnym energii, zdarzeń i wyzwań wśród których handel był tylko jednym z wielu.

***

Pod koniec XVIII w. Warszawa miała 17 targowisk. W drugiej połowie XIX w. i na początku XX w., kiedy zaczynamy naszą opowieść, kwitły więc już bazary, kwitł handel uliczny. Możemy to zobaczyć nie tylko na rycinach z ówczesnej prasy, ale i na rodzącej się wówczas fotografii. Dzieje bazaru Różyckiego mają więc swoje tło, swój background. Spójrzmy na to otoczenie, przyjrzyjmy się miejscom. Które z nich mogły oglądać oczy Juliana Różyckiego.

***

Andrzej Newelski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Jadwiga Wierzbicka

kupcowa

Olgierd Budrewicz

reporter

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Ryszard Wójcicki

fryzjer

Bohdan Tomaszewski

dziennikarz sportowy

Stefan Kłyszewski

kupiec

"Ferajniarz"

ur. 1918

Jan Kruszewski

gawędziarz praski
i znawca warszawskiego handlu

Marek Nowakowski

pisarz

Piotr Kulesza

prawnik, student LR

Marek Miller

reporter

Zanim wszystko się zaczęło, bardzo często na ulicach Pragi można było obserwować zgrabny powozik zaprzężony w białego konia, w którym z dość pokaźną miną jechał starszy Pan. Ciekawe, że niemal jedna trzecia przechodniów kłaniała mu się i pozdrawiała go. Wiadomo bowiem było wszystkim od początku do końca, że jedzie sam potentat finansowy Pragi, właściciel aptek i bazaru, pan magister Julian Różycki.

 

Byłem na bazarze Różyckiego złodziejem i kochałem się w siostrze "Pięknego", Róży. To najładniejsza dziewczyna na Brzeskiej, tak wszyscy mówili. Pachniała słodyczami. Dosłownie słodyczami, bo często pomagała matce, która na bazarze trzymała kram z grecką chałwą, czekoladą i cukierkami. Róża miała świetne balkony, no i pięknie się całowała. Nie zamykała oczu, tylko patrzyła. Trzy lata później, w obozie koncentracyjnym, Niemcy spalili ją żywcem…
 

Byłem na bazarze kupcem. Żonę poznałem, kiedy swój pierwszy sklepik prowadziłem. Jej siostra tam przychodziła, to była ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać. Podobała mi się, ale naciągała mnie. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No to z tą przyszłą żoną zacząłem chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje.
 

Bywalcem bazaru był "Kolka". Antoni Kolczyński uderzał przeważnie w ucho i jego punkt to było ucho. Cios to miał japoński – uderzał i jednocześnie przekręcał pięść. Tak jakby wyrywał to ucho. Kiedy ktoś tak dostał, to chodził zamroczony i "Kolka" go lał. Przed wojną walczył z nieoficjalnym mistrzem świata Jimem O’Malleyem, Amerykaninem. Wyjechał na mistrzostwa świata jako jedyny polski bokser. Miał wtedy 19 lat.
 

Po wojnie mieliśmy już w boksie nowych bohaterów: Kukiera, Stefaniuka, Chychłę i Drogosza. Widywano "Kolkę" już tylko od czasu do czasu. Co prawda na stadionie sportowym, ale już w innej roli. W potłuszczonej czapce i zniszczonym paletku stał przy wejściu i przedzierał bilety. Marniał w oczach.
 

Kolczyński lubiał sobie pochlać. W każdej knajpie przesiadywał. Najczęściej u Wicka Marynarza, bo to byli koledzy.
 

 

Wicuś Marynarz, czyli Wincenty Andruszkiewicz, do wybuchu II Wojny Światowej służył w marynarce wojennej, gdzie dostał się do niewoli. Prowadził na bazarze bar-budę, która stała się punktem skupowania broni dla podziemia i zdobywania od Niemców informacji. Po wojnie staje się właścicielem "Schronu u Marynarza", legendarnej knajpy na ul. Brzeskiej.
 

Kiedy Wicuś Marynarz kroczył Targową, to jakby sam król wyszedł na spacer. Ze wszystkich sklepów, zza wózków i straganów witały go przyjazne ukłony i pozdrowienia. Wicuś szedł wolno, lekko powłócząc lewą nogą, sapał, podpierał się swą grubą lagą.
 

Wysoki był, tęgi z brzuchem.
 

 

Tęgi? Wicek ważył chyba ze 130 kg.
 

 

 

Proszę sobie wyobrazić: monstrum. Ważył 200 kilo. Głowa mała, barczysty, w jakimś zdartym płaszczu wojskowym, swetrze albo marynarce niedopiętej, niechlujny taki. Spodnie miał krótkie, zawsze przed kostkę.
 

 

Straszny grubas. Dwieście pięćdziesiąt kilo wagi. Kwadratowy, wielki łeb, ciemny, krótko ostrzyżony.
 

 

To był ogromny kawał mięsa. Zawsze spocony, ważył jakieś 180 kg.
 

 

Ale żonę miał szczuplusieńką.
 

 

Mieszkał na Ząbkowskiej, nigdy nie chodził na piechotę. Sapiąc, toczył się wolno do bramy, a tam czekała już dorożka. Z pomocą dorożkarza ładował się do środka, a wokół zawsze zbierał się tłumek gapiów.
 

Nigdy chodnikiem nie chodził. Miał własną dorożkę na wzmocnionych resorach i wozaka, który mieszkał na Szmulkach.
 

 

Woził go Rysiek dorożkarz.
 

 

Mówiło się, że jak siadał do dorożki, to koń się na dyszlu podnosił.
 

 

Masa ludzi wychodziła na chodnik i czekała, kiedy pan Wincenty Andruszkiewicz usiądzie. On wchodził, a resory aż siadały do samej jezdni. Niektórzy patrzyli, ile centymetrów brakuje jeszcze, żeby ta dorożka siadła całkowicie. Za nim dzieciarnia leciała. A on nonszalanckim głosem żegnał tych ludzi, którzy stali i do niego machali… I wszystko szło dobrze, aż któregoś dnia przyszedł do niego ubek z propozycją nie do odrzucenia…
 

Różycki, Kłyszewski, "Ferajniarz", Andruszkiewicz, "Kolka" i inni. Co ich łączy? Można powiedzieć, że łączy ich bazar Różyckiego, ale co to znaczy "bazar"? Styl życia? Szczególne u tych ludzi poczucie niepokorności, niepodporządkowania, wolności i swobody. Facet mówi: "A co to ja będę szedł do roboty na ósmą. Ja szybki pieniądz lubię". Taki styl życia, takie… relacje. Relacje, w których każdy jest niezależny, ale gdzie jednocześnie najważniejsze jest to, co między ludźmi przepływa, co nie należy do nikogo, a jest własnością wszystkich. Właśnie bazar. Różycki, Kłyszewski, "Ferajniarz", Andruszkiewicz, "Kolka" i setki, tysiące innych postaci i twarzy, które przemijają, których nie sposób w pamięci zatrzymać, a które dzięki bazarowi składają się jak puzzle w twarz Boga. Poprzez wydarzenia ta twarz do nas mówi. Bazar do nas gada. Zanim wszystko ostatecznie przeminie, przyjrzyjmy się temu miejscu i wsłuchajmy się w to, co ono do nas mówi i co nam chce przez to powiedzieć.

Laboratorium Reportażu było dla nas niczym wspaniały jacht z sennych marzeń żeglarzy. Jacht miał nas zabrać na drugą stronę rzeki, do naszego eldorado, jakim okazał się bazar. Bazar był dla mnie areopagiem współczesnym, na którym nieustannie dokonuje się wymiana towarów, informacji, idei i wartości. To forum tętniące życiem i otwarte dla szerokiego ogółu tworzyło miejsce, w którym toczyło się autentyczne życie handlowe miasta i gdzie na światło dzienne wychodziły najlepsze i najgorsze strony ludzkiej natury. Dzięki bazarowi ludzie nawiązywali kontakt z innymi ludźmi i wydarzeniami, kształtując swoją opinię o świecie, w którym żyli, a nawet swoje rozumienie sensu życia. To wszystko już wiedziałem, zanim w Laboratorium pojawił się Marek Nowakowski. Wiedziałem, bo w dzieciństwie budził mnie stukot obręczy chłopskich furmanek na kocich łbach. Jechały z towarem na bazar. Chodziłem tam z rodziną na zakupy. Do dziś pamiętam niepokój i podniecenie, jakie tym wyprawom towarzyszyło. Ten niepokój, połączony z ryzykiem i ciekawością, towarzyszył mi przez całe życie. Gdziekolwiek się znalazłem: w Barcelonie, Paryżu, Wiedniu, Bangkoku, Jerozolimie, Kairze, gdy tylko mogłem, szedłem na bazar. Studiowałem temat, ale to dopiero Marek kazał mi przygotować wyprawę – wyznaczył kurs i postawił zadanie. Powiedziałem "kazał", bo to prawda. Nie prosił mnie i nie namawiał, nie argumentował, tylko po prostu kazał. Zawsze tak robił, kiedy był pewny swojego zdania, a ja byłem już wystarczająco dojrzały, żeby słuchać, żeby czuć, że jest to w najlepiej rozumianym interesie Laboratorium. Marek był bez wątpienia wybitnym pisarzem, a jednocześnie miał w sobie coś z dziennikarza i reportera. Lubił temat doświadczać sobą. Kochał życie, smakował je i wyciskał jak cytrynę. Był ciekawy ludzi, faktów, wydarzeń. Bazar widział w głębszej perspektywie, bliżej jądra, jakby to można powiedzieć za Conradem. Stał się dla nas kapitanem, a zarazem Marlowem snującym opowieść i nadającym jej ostateczny sens. Dla załogi Laboratorium został "gwarantem" wobec ludzi z bazaru, czuł się więc za nas odpowiedzialny. Z powodu mojego dzieciństwa czułem z nim pewne pokrewieństwo i bliskość poglądów. Byliśmy jak dwa psy myśliwskie, które złapały ślad. Pozostawałem wdzięczny Bogu za wsparcie, którego Marek nam użyczał. 
 

Bazar Różyckiego – azyl wolności w Polsce Ludowej – ostatnia Grenada. Bazar to fantastyczny paradoks. Bo zawsze tęsknił za wolnym rynkiem, za kapitalizmem, a kiedy kapitalizm wreszcie przyszedł, to go zabił. Kiedy zaczął się początek końca, to pomyślałem, aby zainteresować sprawą Marka Millera i jego Laboratorium Reportażu. W proces dokumentacji tematu zaangażowali się studenci, a w szczególności Piotr Kulesza, owocem czego był jego debiut – literacka próba opisu bazaru zatytułowana "Niebieski syfon".
 

Stoję z Markiem Millerem – mamy robić reportaż. Obok Nowakowski – wtedy dla mnie po prostu starszy gościu: gęsta czupryna, posiwiała broda, jakiś dystans. No i jeszcze z pięciu ludków takich jak ja – jednym słowem, wycieczka. W małym pomieszczeniu ledwo się mieścimy. Prezes wyciąga wycinki, ulotki, oświadczenia… recytuje, jak to w 1901 r. Julian Różycki… Wychodzę zapalić. Skręcam w pustą alejkę. Długi szereg pozamykanych bud. Zielona, złuszczona farba ledwo się trzyma starych desek. Pordzewiałe kłódki. Cmentarz. Mijam te nagrobki. Skręcam w główną alejkę. Niedobitki wielkiej wojny z wolnym rynkiem… liżą rany. Na ladach jakaś tandeta, stare książki, używane komórki, diabli wiedzą co. Przed biurem Prezesa spotykam Nowakowskiego. Proponuje, że mnie pozna z kimś z bazaru. Kiwam przecząco głową. – Wie pan, nie czuję tego. Facet patrzy na mnie, jakby ustawiał ostrość w obiektywie. Nic nie mówi. Odchodzę. Czy patrzył za mną? Nie sądzę, chyba poszedł w drugą stronę.
 

Piotr Kulesza był studentem Laboratorium, ale kilka lat starszym od reszty załogi. Wysoki, szczupły i niezwykle wyrywny, szybki, w gorącej wodzie kąpany. Zanim my znaleźliśmy się w połowie drogi on już wydał swoją książkę, po czym zniknął, przestał istnieć. Miał w sobie coś z tajemniczości Kurzta, choć nie wiem czy nie nadużywamy już tej analogii z arcydziełem. W końcu, to co piszemy to tylko reportaż. Niemniej, dedykujemy Piotrowi książkę, bo po Marku Nowakowskim wniósł w nią największy wkład.
 

Jedną z bazarowych postaci, którą zainteresowałem Millera, był mój przyjaciel Mieczysław Przyjemski, wyjątkowo nieudolny kryminalista. Przesiedział w różnych więzieniach prawie dwadzieścia lat - co wyszedł na wolność, to organizował kolejny nieudany skok i z powrotem wracał za kraty. Bywał i na bazarze - facet autentyczny. Namówiłem Millera, aby Laboratorium sfinansowało jego przychodzenie do szkoły i opowiadanie o swoim życiu. Studentka Zuzanna Pol opracowała i wydała w formie książki to jego opowiadanie. Nosiło tytuł "No i dobra siedzę sobie…" – to autentyczna opowieść prawdziwego człowieka, który mówił gwarą warszawską. Zuzanna Pol i Piotr Kulesza połknęli haczyk, co miało dla naszej historii swoje konsekwencje. W dzieciństwie z chęcią sam podążałem na Pragę: biedną, szemraną, pełną starych kamienic, ruder, zaułków, przechodnich bram. Byłem ciekawy świata. Chciałem poczuć życie. Na lewym brzegu Wisły wszystko było zniszczone. Stare miasto leżało w gruzach, ale na Pradze ocalały stare kamienice. Wojna zniszczyła miasto, ale nie zniszczyła ludzi, ludzie byli i bazar funkcjonował. Stał się i moim światem. Poznawanie Różyckiego było ważnym etapem w moim życiu. To było wspaniałe uczucie - bazar promieniował w tym szarym warszawskim świecie. Rozlewał się na ulice Targową, Ząbkowską, Brzeską, ludźmi, ich działaniami, rozmowami, interesami w bramach. Spotykałem tam przedstawicieli wielu różnych zawodów, grup społecznych, środowisk i to powodowało u mnie ferment. Dziś powstały na Pradze wielkie centra handlowe, hipermarkety, ale są jeszcze ludzie, którzy cenią bezpośredni kontakt człowieka z człowiekiem. Są jeszcze ludzie tęskniący za bazarem, tęskniący za życiem.
 

Naszym kapitanem i gospodarzem, jak już wspomniałem, był Marek Nowakowski. Wszyscy spoglądaliśmy ku niemu serdecznie, gdy tak stał między nami paląc papierosa. W całym mieście nie było nikogo, kto choćby w części wyobrażał postać tak bardzo związaną z tym miejscem. Przypominał pilota, który dla marynarza jest wcieleniem tego, co zasługuje na najwyższe zaufanie. Trudno było sobie wyobrazić, że teren jego penetracji nie leżał już het tam u początku dziejów, że nie znał samego Juliana Różyckiego. Wydawało się bowiem, że nie patrzył na bazar przelotnym spojrzeniem krótkiego dnia, a przywołaniem wielkiego ducha przeszłości. To wrażenie to było coś takiego, jak Wisła, która płynie dzisiaj i która płynęła, jak nas jeszcze nie było na świecie, kiedy jej brzegi porastała pradawna puszcza.

***

Wykaz stosowanych skrótów i skrótowców

1) AHMMPW – Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego
2) AHMMWP – Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi
3) Fot. – fotografował
4) LR – Laboratorium Reportażu
5) Mal. – malował, malowała
6) Oprac. – Opracowały
7) PAL – Polska Armia Ludowa
8) PAST – Polska Akcyjna Spółka Telefoniczna
9) PAN – Polska Akademia Nauk
10) PIW – Państwowy Instytut Wydawniczy
11) PR – Polskie Radio
12) Rozm. – rozmawiał, rozmawiała
13) Rys. – rysował
14) Ryt. – rytował
15) Sygn. – sygnatura
16) TPP – Towarzystwo Przyjaciół Pragi
17) YMCA – Young Men’s Christian Association (Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej)
18) ZWZ – Związek Walki Zbrojnej
19) ŻIH – Żydowski Instytut Historyczny

 

Spis inicjałów studentów Laboratorium Reportażu, którzy przeprowadzali rozmowy zawarte w powieści:

Aleksandra Gałka – Bogusław Bocheński, Pan Boguś, Pani Anna

Anna Jakubas – Krzysztof Mich

Anka Kołodziejczyk – Piotr Ikonowicz, Stanisława Celińska, Zbigniew Hołdys, Zenon Jędra, Mirosław Ikonowicz, Olga Wyżkocha

Agata Koschmieder – Pani Marysia

Agata Oleszkiewicz – Jan Kitwas, Marianna Lubrycht, Antoni Lubrycht, Janek z Różyca, Bronisława Magil,

Andrzej Rudnicki – Zygmunt Pągowski,

Aleksandra Samborska – Krystyna Kralkowska, Wiktor Skowroński, Grażyna Dylewska

Agnieszka Szymanik – Grażyna Dylewska

Anna Tłustochowicz – Sylwester Kozera, Stanisław Wielanek, Henryk Rejmer

Agnieszka Zubczyńska – Siostra Kaśki

Barbara Kaczmarczyk – Pan Grześ

Babara Kawczak – Pan Paweł

Beata Krupa – „Historyk”

Barbara Olpińska – Student

Basia Wycisk – Pan Józef

Daria Górka – Joanna Szczepkowska, Tadeusz Pawlak

Dorota Kalinowska – Janusz Korwin-Mikke

Dorota Kamińska – Zygmunt Broniarek

Dorota Rzelichowska – Zygmunt Broniarek

Emilia Leska-Łysiak – Kamil Sipowicz, Muniek Staszczyk

Grzegorz Kozera – Pan Jacek

Irena Gruca – Joanna Chodyna

Iga Herłazińska – Pani Krysia

Iwa Pawlak – Michał Komar

Izabela Smolinska – Pani Irena

Justyna Baran – Agnieszka, przewodniczka

Jakub Bielikowski – Pani Katarzyna

Joanna Chlebiej – Ryszard Jakubisiak, Pani Karolina

Joanna Sopyło – Andrzej Nowakowski, Pan Krzysztof (poeta)

Joanna Wilczewska – Jadwiga Wierzbicka, Barbara Biorysiuk, Bogumiła Kasprzyk, Stanisław Borysiuk, Sylwester Kozera, Stanisław Wielanek, Marian Pręgowski, Henryk Rejmer, Konstanty Królik

Joanna Wiśniewska – Bogumiła Kasprzyk, Sylwester Kozera, Stanisław Wielanek, ks. Bogusław Kowalski, Henryk Rejmer, Konstanty Królik, ks. Mirosław Mikulski, Bogumiła Kasprzyk, Mali Bracia Jezusa – katolicka wspólnota zakonna

Joanna Witek-Lipka – Elżbieta Pacłut, Alina Nowak, Maria Lipka

Karolina Anna Kuta – Krystyna Jugo

Karolina Gmurczyk – Pan Tadeusz

Kazimierz Kmiecik – Zbigniew Miller

Klaudia Kolasa – Bożena

Karolina Kubiak – Pani Z.

Karolina Ludwikowska – Pan Bohdan

Katarzyna Michałowska – Sergiusz Grudkowski, Wojciech Waś, Barbara Jarosławska, Marek Piwowski, ks. Bogusław Kowalski, Małgorzata Krzaczkowska, Bronisław Cieślak, Pan Marek, Pan Jurek, Pani Ula, Pan Marek, Pan Jurek

Karolina Mordacz – Karol Bulski, Pan Jan

Krzysztof Muszyński – Marek Piwowski, ks. Bogusław Kowalski, Bronisław Cieślak

Kasia Siewruk – Mieczysław Janiszewski, „Piotrek”, Piotrek, Policjant Z.

Katarzyna Sołowiej – Mieczysław Janiszewski

Karina Węgiełek – Pan Janusz, Pan Kazik

Kamil Zwierzchowski – Elżbieta Końca

Lyudmila Naidenowa – Pani L., Pani Krystyna

Leszek Nurzyński – Jerzy Potocki, Wiesław Ochman, Bohdan Tomaszewski, Krzysztof Rogulski, Czesław Jakubik, Andrzej Miskina, Ryszard Wójcicki, Konstanty Królik, Andrzej M., Beata Kampa „Edel”, Paweł Elsztein, Michał Potocki

Michał Amielańczyk – Andrzej Newelski, Zbigniew Bodziecki, Jerzy Woropiński, Zbigniew Radzicki, Zbigniew Rudnicki, Pani Z.

Marta Fiszer – Pan Zdzisław

Marcin Grabowski – Barbara Borysiuk

Marta Kamińska – Pan Czarek, Zenon Jędra, Pan Rysio

Marcin Komar – Zenon Jędra

Małgorzata Krzeczkowska – Pan Czarek

Marta Krzyżowska – Pani P.

Maciej Łopuszyński – Sylwester Kozera

Maja Moraczewska – Pan Stanisław

Magdalena Niebrzydowska – Pani L., Pan Wacek

Marek Pikuła – Marek Nowakowski

Małgorzata Pużyńska – Olgierd Budrewicz

Magda Rybak – Tadeusz Szurek

Magdalena Seweryn – „Siwy”

Marek Szymaniak – Pan Franciszek, Hanna Mertel

Miłosz Starzyński – Andrzej Newelski

Magdalena Ślusarczyk – Andrzej Newelski

Oliwia Kalinowska – Piotr Łąka, Pan Zdzierski

Olga Kowalska – Pan Zdzierski

Oliwia Kwiecień – Pani Wanda

Piotr Barejka – Maria

Paulina Gilewska – Pani Maria

Piotr Kulesza – „Gierek”, Elżbieta Ciechońska, Pani Tereska, Pani Małgosia, Bogdan Piasecki, Pan Jerzy, Tadek

Patrycja Macierewicz – Pan Grzegorz

Piotr Maślanka – Hubert Waliszewski

Patrycja Skorubska – Pani Bogumiła

Patryk Vega – Policjant U.

Renata Fabiańska – Czesław Soszyński

Renata Sudoł – Jadwiga Wierzbicka, P. Przybyłek, Marian Pręgowski, Pani Beata

Rusłan Szoszyn – Pani Ola

Tomasz Gordziński – Andrzej Tomaszewski

Wiktor Cyrny – Katarzyna Fidos

Wojciech Przesmycki – Marek Nowakowski

 

Wywiady przeprowadzili również:

Marek Miller – Zenon Jędra, Bohdan Tomaszewski, Elżbieta Pietrzykowska, Chris Niedenthal, Alex Kłoś, Hanna Krall, Michał Potocki, Alex Kłoś

Maria Dąbrowska (polonistka z LO im. Jacka Kuronia) – Pani Maria

„Grankar”, rzeczoznawca techniczny – Pan Gerard

 

Wiersze i piosenki bez przypisów udostępnili ich autorzy.

MAREK MILLER


Współpraca

Maciej Łopuszyński, Leszek Nurzyński

oraz

studenci Laboratorium Reportażu i Dokumentalistyki
 

Nota redakcyjna

Aby tekst stał się przejrzysty, zrozumiały, płynny i łatwy do odczytania, musieliśmy nieznacznie zaingerować w cytowane relacje, wspomnienia, artykuły, dokumenty. Ingerencje nasze dotyczą głównie montażowej płynności, eliminacji powtórzeń, wynikają także z konieczności dokonania skrótów. Nie narusza to naszym zdaniem w żaden sposób intencji i sensu cytowanych materiałów. Ze względu na skomplikowaną strukturę książki, pragnąc ułatwić jej czytanie, zamieszczamy również stosowane skróty.

Realizacja i montaż: Jakub Hordyj, Krzysztof Wargenau

Operator drona: Jan Owczarek

Producent: Grzegorz Kozera

Metoda

Unikalna metoda, według której powstaje rekonstrukcja scen z życia Bazaru polega na montażu relacji bezpośrednich uczestników i świadków wydarzeń. Zastosowana tu specyficzna narracja i dramaturgia pozwala osiągnąć efekt epickiej opowieści pozostającej nadal historycznym dokumentem.

 

Wyjątkowość i znaczenie projektu

Rekonstrukcja dokumentalna dziejów Bazaru Różyckiego ma wszelkie szanse stać się twórczym elementem polityki historycznej, elementem edukacji młodego pokolenia w poznawaniu historii, a zwłaszcza komunistycznych realiów PRL.

Dla obcokrajowców zwiedzających Warszawę multiplastikon jako obiekt - panorama, stanowiłby atrakcję turystyczną funkcjonującą na terenie Bazaru spełniając rolę promującą obyczaje, tradycje i dzieje Pragi.

 

Inspiracja, autorstwo, partnerzy

Inspiratorem i pomysłodawcą projektu był Marek Nowakowski (ur.1935) należący do tzw. pokolenia "Współczesności". W swojej twórczości zajmował się oficjalnie przemilczanymi w PRL obszarami życia, ludźmi z tzw. marginesu społecznego. Od wielu lat poprzez swoją twórczość związany z Bazarem Różyckiego. Autorem polifonicznej powieści dokumentalnej (reportażowej) jest Marek Miller (ur.1951), reporter i założyciel Laboratorium Reportażu. Wsparcie projektu: Narodowe Centrum Kultury, Muzeum Warszawy, Muzeum Warszawskiej Pragi, Burmistrz Dzielnicy Praga Północ, Wydawnictwo "Akces".

 

Podziękowania

Książka ta nie powstałaby bez pomocy wielu osób i instytucji, którym autor i wydawca chcieliby niniejszym podziękować:

- Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego w osobach wicepremier Wandy Zwinogrodzkiej i wiceministra Jarosława Sellina oraz Narodowemu Centrum Kultury w osobie dyrektora Rafała Wiśniewskiego za wieloletnie wsparcie projektu.

- Burmistrzom Pragi-Północ Pawłowi Lisieckiemu, Wojciechowi Zabłockiemu i Ilonie Soja-Kozłowskiej za wiarę w wartość projektu i wspomaganie nas cennymi uwagami i kontaktami.

- Muzeum Warszawy i Muzeum Warszawskiej Pragi w osobie dyrektor Ewy Nekandy-Trepki za współpracę merytoryczną oraz cenną pomoc w korzystaniu z archiwum historii mówionej i gromadzeniu ikonografii.

- Spadkobiercom Juliana Różyckiego, a zwłaszcza Stanisławowi Kazikowskiemu, Zdzisławowi Różyckiemu, Jerzemu Potockiemu, Michałowi Potockiemu i Marcinowi Widawskiemu za cierpliwe tłumaczenie rodzinnej historii i bezcenną pomoc w gromadzeniu dokumentacji.

- Katedrze Antropologii Mediów Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii w osobach prof. dr. hab. Roberta Cieślaka oraz dr. hab. Jacka Wasilewskiego za twórcze rady, za nieustającą życzliwość i zainteresowanie procesem pracy nad projektem.

- Naszemu przyjacielowi Januszowi Foglerowi, prezesowi ZAiKSu, który nie opuścił nas przez wszystkie lata pracy nad projektem wspomagając mądrą radą i stypendialnym funduszem.

- Mirosławowi Kulisiowi za wieloletnie wsparcie gdy brakowało nam funduszy „do pierwszego”, za niesłabnące zainteresowanie projektem i propagowanie go na łamach  tygodnika „Angora”.

- Naszym przyjaciołom wybitnym fotografikom: Tadeuszowi Rolke, Chrisowi Niedenthalowi, a zwłaszcza Jerzemu Woropińskiemu za współpracę merytoryczną i hojne serce w postaci darowanych nam zdjęć.

- Agencji fotograficznej East News w osobie naszego przyjaciela prezesa Jana Wojciecha Łaskiego za pomoc w archiwalnych poszukiwaniach i prezent w postaci kolekcji zdjęć.

- Agencji Gazeta w osobach Beaty Łyżwy-Sokół, Katarzyny Bułtowicz oraz Wojciecha Bartkowiaka za życzliwość i wsparcie projektu zdjęciami.

- Dziękujemy również za współpracę Polskiej Agencji Prasowej oraz Polskiej Agencji Fotografów Forum.

- Wszystkim osobom, które udostępniły na potrzeby książki swoje prywatne zbiory fotograficzne, przede wszystkim zaś Jackowi Andruszkiewiczowi, Krystynie Jandzie, Zenonowi Jędrze, Jolancie Nowakowskiej oraz Kamilowi Sipowiczowi.

- Absolwentom Laboratorium Reportażu Annie Korcz-Berak, Michałowi Kołydze, Emilii Leskiej-Łysiak za udostępnienie swoich fotograficznych reportaży z bazaru.

- Malarzom i grafikom oraz ich spadkobiercom za udostępnienie reprodukcji unikalnych kolekcji i ilustracji ukazujących warszawską Pragę, w szczególności zaś Barbarze Piegat, Jolancie Jaksztas, Krzysztofowi Radziewiczowi oraz Januszowi Lewandowskiemu.

- Spółce Liebrecht & wooD w osobie dyrektora ds. marketingu Moniki Piwońskiej za życzliwość i pomoc w gromadzeniu dokumentacji do książki.

- Spółce Port Praski w osobach Adama Pykela i Krzysztofa Pykela za wsparcie i serce do projektu.

- Jackowi Kurczewskiemu i jego zespołowi – autorom książki „Wielkie bazary warszawskie...”, z której to pozycji czerpaliśmy pełnymi garściami. To oni przetarli szlak, który wyznaczył nasz horyzont.

- Znawcom tematu Januszowi Owsianemu i Januszowi Sujeckiemu, z których dorobku i ocen krytycznych korzystaliśmy.

- Michałowi Bukojemskiemu, Maciejowi Drygasowi, Pawłowi Nowickiemu, Andrzejowi Sapiji, Piotrowi Wojciechowskiemu, naszej radzie artystycznej projektu, za trzeźwy, krytyczny stosunek do tematu, ratujący nas od wielu grzechów, błędów i pokuszeń.

- Piotrowi Bratkowskiemu i Adkowi Drabińskiemu, naszym dyżurnym krytykom i recenzentom, za cenne rady i wiele pomocnych uwag, dzięki którym książka przybrała ostatecznie obecny kształt.

- Maciejowi Łopuszyńskiemu i Leszkowi Nurzyńskiemu, moim (autora) asystentom, bez których ta książka by nie powstała.

- Zespołowi współpracowników tworzących projekt: Annie Figurze, Jakubowi Kulawczukowi, Krzysztofowi Wargenau, Rafałowi Borowemu, za wielką pracę, wiarę w projekt i cierpliwość do mojego trudnego charakteru.

- Studentom Laboratorium Reportażu i Dokumentalistyki, których wywiady stanowią główną materię książki, za ich mrówczą pracę, która tak pięknie zaowocowała.

- Joannie Dubel, dobremu duchowi projektu, koordynatorce i opiekunce studentów, dzięki której wszystko należycie funkcjonowało.

- Jackowi Beberokowi za ogromny trud organizacyjny włożony w powstawanie projektu, za zawsze dobrą wolę i talent do ogarniania całości.

- Tamarze Owczarskiej za to, że była naszą muzą, dzięki której nawiązywaliśmy znaczące kontakty umożliwiające realizację projektu.

- Kindze i Andrzejowi Zameckim, naszym wiernym przyjaciołom w Nowym Jorku, za opiekę i gościnność na amerykańskiej ziemi oraz za finansowe wsparcie projektu.

- Grzegorzowi Kozerze, wspaniałemu żeglarzowi, absolwentowi Laboratorium Reportażu, serdeczne podziękowania za pracę na rzecz internetowej wersji „Dziejów Bazaru Różyckiego” i finansowe wsparcie projektu.

- Alexowi Kłosiowi, reporterowi, za możliwość użycia filmu dokumentalnego jego taty, Macieja Kłosia, poświęconego Bazarowi Różyckiego, do wersji internetowej projektu oraz za cenne teksty dokumentalne.

- Mecenasowi Markowi Markiewiczowi za „szczęśliwą rękę” czyli zetknięcie autora z wydawnictwem Akces.

- Mieszkańcom Pragi, pracownikom Bazaru Różyckiego, Muzeum Warszawskiej Pragi, uczniom liceów praskich oraz wszystkim bohaterom naszej książki udzielającym nam swojego głosu. Dziękujemy za wsparcie, dobrą wolę, poświęcony nam czas i wiarę w wartość projektu.

- Mojej (autora) rodzinie, Teresie, Ani i Mateuszowi, za nieustającą pomoc, cierpliwość i wsparcie, za to, że byli ze mną w trakcie długiego i trudnego czasu pracy nad książką.

Laboratorium Reportażu dziękuje następującym instytucjom, firmom i organizacjom za udostępnienie fotografii oraz materiałów archiwalnych do wykorzystania w niniejszej książce: Archiwum Państwowemu w Warszawie, Bibliotece Narodowej, Bibliotece m.st. Warszawy – Bibliotece Głównej Województwa Mazowieckiego, Galerii Sztuki „Stara Praga” Filipa Stanowskiego, Instytutowi Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Ośrodkowi Karta, Muzeum Narodowemu w Warszawie, Muzeum Warszawy, Narodowemu Archiwum Cyfrowemu, Towarzystwu Przyjaciół Pragi, Telewizji Polskiej, Warszawskiemu Centrum Numizmatycznemu oraz Warszawskiemu Magazynowi Ilustrowanemu „Stolica”.

Julian Różycki (11.03.1834 - 23.04.1919)

Cel

Dzieje Bazaru chcemy zrekonstruować w formie praktykowanej przez nas polifonicznej powieści dokumentalnej (reportażowej), która stałaby się swoistym scenariuszem do filmu dokumentalnego, słuchowiska dokumentalnego, teatru faktu a wreszcie multiplastikonu – wirtualnego muzeum miejsca (obiektu odnoszącego się do idei panoramy zrealizowanej w technice 3D).

Materiały do dziejów Bazaru zbierane są przez studentów Laboratorium Reportażu, Dokumentalistyki, uczniów szkół praskich, także przez mieszkańców Warszawy zainteresowanych tematem.

Idea

Ideą projektu jest multimedialna polifoniczna opowieść o dziejach Bazaru Różyckiego. Dzieje te zaczynają się w drugiej połowie XIX wieku. Historia tego Bazaru po drugiej wojnie światowej to historia miejsca, którego władza nie była w stanie do końca ogarnąć i oswoić.

To historia PRL-u opowiedziana poprzez pieniądze. Poprzez niezależność, którą dają. Tu funkcjonował obok siebie kupiec i paser, prostytutka, złodziej, milicjant. Każdy z nich miał swój interes niepodporządkowany żadnemu innemu interesowi. Bazar Różyckiego nigdy nie wtopił się w komunizm. Był tyglem autentyzmu w morzu propagandowego współistnienia mas pracujących miast i wsi a jednocześnie w miarę upływu czasu stawał się miejscem gdzie wszystko i wszyscy są do kupienia, gdzie każdy może każdego zniszczyć i zgnoić, gdzie nikt nie jest ważny i nic nie jest ważne, gdzie więzi społeczne przekształcają się w relacje handlowe. To trwanie wspólnoty, jej rozkład i ponowna próba zmartwychwstania stanowi ideę projektu. Dzieje Bazaru Różyckiego odnoszą nas jednak daleko głębiej niż tylko historia polityczna i obyczajowa PRL stając się symbolem, metaforą życia samego z jego karnawałową istotą i zagadką.

Redakcja wersji internetowej projektu


Redaktor naczelny: Leszek Nurzyński

Redaktorzy techniczni, webmasterzy i webdesignerzy: Krzysztof Wargenau, Rafał Borowy, Anna Figura, Jakub Kulawczuk, Jacek Beberok

Gospodarze projektu: Katedra Antropologii Mediów Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizacja Dokumentalistyka oraz Fundacja Laboratorium Reportażu

To, co czytamy tu, słuchamy i oglądamy, to wirtualne muzeum miejsca i multimedialne archiwum tematu oparte na naszej polifonicznej powieści dokumentalnej

  Kliknij głębiej (Okładki alternatywne)

MAREK MILLER

 

 

 

 

 

czyli

Dzieje Bazaru Różyckiego

 

Pamięci Marka Nowakowskiego i Piotra Kuleszy

Znak Laboratorium Reportażu (dwie przecinające się elipsy) jest symbolem płodności, rozmnażania się idei i nieustającego dążenia do doskonałości. Logo Laboratorium Reportażu jest świadomym nawiązaniem do twórczości Juliusza Osterwy i Jerzego Grotowskiego. Laboratorium Reportażu to ośrodek poszukiwań i eksperymentów w dziedzinie zbiorowej pracy nad tekstem, multimedialnego opowiadania tematu oraz penetrowania przestrzeni pomiędzy dziennikarstwem a pisarstwem. Poszukujemy nowych możliwości reportażu. Jedną z nich jest prezentowana tu polifoniczna powieść dokumentalna.

Skomentuj:
Imię i nazwisko:
Twój e-mail:
Treść komentarza:
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Formularz został wysłany — dziękujemy.
Proszę wypełnić wszystkie wymagane pola!

Wstęp

Marek Miller

reporter

Marek Nowakowski

pisarz

Marek Miller

reporter

Marek Miller

reporter

Marek Miller

reporter

Prolog

Marek Miller

reporter

Marek Miller

reporter

Sergiusz Grudkowski

malarz

Sergiusz Grudkowski

malarz

Barbara Borysiuk

kupcowa

Barbara Borysiuk

kupcowa

"Ferajniarz"

ur. 1918

"Ferajniarz"

ur. 1918

Olgierd Budrewicz

reporter

Za Cara

Więcej niż bazar, więcej niż książka

Piotr Bratkowski

1.

Po ulicy Brzeskiej o północy spacerowały kobiety z dziecięcymi wózkami. W wózkach przeważnie rzeczywiście były dzieci. A oprócz nich – flaszki z wódką. Przyjeżdżało się tam w nocy nawet z odległych dzielnic, gdy w trakcie imprezy zabrakło alkoholu; w latach 70. W Warszawie działał jeden, jedyny całonocny sklep, na placu Zbawiciela, i zawsze stała pod nim gigantyczna kolejka. Owszem, można było tę niedogodność ominąć: na końcu tej kolejki kręcili się ludzie, oferujący alkohol jak na mecie, po trochę wyższej cenie. Ale – raz się kręcili, innym razem, spłoszeni jakimś patrolem milicyjnym, gdzieś się chowali. No i raz było tak, że sprzedali nam wódkę, po której wszyscy, nawet ci, którzy wypili tylko po łyku, ulegli ciężkiemu zatrucia.

Na Brzeskiej takie rzeczy były nie do pomyślenia, Brzeska była pewna. Nawet jeśli transakcja wyglądała na bardziej skomplikowaną i ryzykowną niż zwykle. Tak jak pewnego razu, gdy troskliwych matek akurat na ulicy nie było, a towar zaoferował jakiś facet. Poprowadził mnie na jakieś podwórko, z którego było przejście na drugie podwórko, a z tego drugiego – na trzecie. Nie ukrywam, że w pewnym momencie ta wędrówka zaczęła mnie trochę niepokoić, ale wszystko skończyło się dobrze. A jakość wódki była zgodna z ówczesną polską normą.

Brzeska była niejako tylną ścianą Bazaru Różyckiego, jego odpryskiem, wersją nocną i jednoznacznie nielegalną.

2.

Właściwie mógłbym udawać, że jestem z Pragi – na ile wiem, spędziłem tam cały okres prenatalny. Mama nosiła mnie w brzuchu, a gdy wracała do domu, chłopaki na Stalowej wołały za nią: - Ty, kto cie tak nadmuchał. Na to ktoś inny uspokajająco odpowiadał: - Zostaw ją, to dziewczyna naszego Janka.

Janek był moim ojcem, który do tego czasu, czyli do połowy lat 50. całe życie przemieszkał na Pradze. I nienawidził jej. A raczej – nienawidził tego, że pochodzi z „gorszej”, peryferyjnej (zwłaszcza w sensie kulturowym) dzielnicy. Praga była poniżej jego aspiracji, wyrywał się – skutecznie – do Śródmieścia. A pierwszy raz zgodził się oprowadzić ją po swych młodzieńczych, praskich matecznikach dopiero na początku lat 90. Na ścianie domu na Stalowej, gdzie kiedyś w swej płodowej nieświadomości mieszkałem, ktoś namalował graffiti: „Lepsze jutro było wczoraj”.

Odwrotnie babcia Bratkowska. Była wrośnięta w Pragę jak stary dąb. Kiedy zdarzała jej się z rzadka podróż na lewą stronę Wisły, mówiła: - Jadę do Warszawy. Raz, pamiętam, pojechaliśmyz ojcem przywieźć babcię do nas na Wigilię. Jechaliśmy przez centrum i babcia dziwowała się, jak to centrum zmieniło się architektonicznie. Szczególnie zaskoczyły ją Domy Centrum; stały na Marszałkowskiej.

Babcia była praska do szpiku kości. Córka tamtejszego piekarza i cukiernika, owszem – lubiła przeprowadzki. Z Małej na Strzelecką, ze Strzeleckiej na Ratuszową, stamtąd na Stalowej… Nigdzie dalej. No i oddawała się babcia bardzo „praskim” zajęciom. Podczas okupacji utrzymywała rodzinę, prowadząc budkę z papierosami na Bazarze Różyckiego. A później, już za mojej pamięci, pracowała w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej. Z ciekawą specjalizacją: była odpowiedzialna za doraźne zapomogi, przyznawane prażaninom właśnie zwolnionym z więzienia. Nic więc dziwnego, że gdy szła Targową, wielu ludzi kłaniało się jej w pas; nazywano ją w tym środowisku „prezesową Bratkowską”.

Wydawać by się mogło, że z takimi koligacjami rodzinnymi, Pragę mam w genach. Niby tak, tylko początkowo nie miał mi kto uświadomić. Ojciec nie chciał; dla niego to był tandetny, peryferyjny folklor. A babcia? Albo nie umiała o tym opowiedzieć, albo ja byłem zbyt młody i głupi, żeby słuchać. Zaś jeszcze na dodatek, w czasach, które najlepiej pamiętałem, babcia wylądowała w najmniej chyba praskiej części Pragi – w okolicach ówczesnego placu Leńskiego. Czym niby miały mnie zafascynować ulice Brechta czy Dąbrowszczaków? Tam było całkiem zwyczajnie.

Na Pragę zaprowadził mnie ktoś zupełnie inny. Nazywał się Marek Nowakowski i był wtedy młodym pisarzem. To młodzieńcza lektura jego opowiadań sprawiła, że wsiadałem w „szóstkę” i jechałem przez Most Gdański, powłóczyć się po Targowej i okolicach. To za sprawą Marka moja pierwsza wizyta na Bazarze Różyckiego nie była tylko prozaicznym wypadem po w miarę przyzwoitą pastę do zębów (akurat zabrakło jej w sklepach). Stanowiła swoiste przekroczenie; przekroczenie granicy, dzielącej codzienność epoki Gierka od świata, który stał się częścią literackiego mitu. Wkroczenie w rzeczywistość skarnawalizowaną, a jednocześnie przecież normalną: bo, to co uchodziło oficjalnie za obowiązującą normę, nie działało. Gdybym nosił kapelusz, pewnie z szacunkiem uchyliłbym go, wchodząc na Bazar.

3.

Nie dziwi mnie wcale, że to Marek Nowakowski zainspirował innego Marka – Millera, do stworzenia tej książki, czy może raczej – Księgi. I że stał się duchowym patronem tego niezwykłego przedsięwzięcia. Zaraz po debiucie, autorowi „Tego starego złodzieja” przylepiono etykietkę piewcy peryferii i marginesu społecznego. Przylepiono ją klejem zakakująco wysokiej jakości, co sprawiło, że gdy Marek pisał już o najważniejszych polskich sprawach, wciąż przez wielu krytyków uważany był za pisarza utalentowanego i ciekawego, ale jednak w jakimś sensie drugorzędnego, bo opisującego pobocza rzeczywistości. Trudno znaleźć równie duże pomylenie świata przedstawionego np. w „Weselu raz jeszcze!” z poruszanymi przez pisarza tematami.

Otóż jeśli Marek opisywał peryferie, to nie dlatego, że były egzotyczne i przez to ciekawe – zwłaszcza dla słabo znającej ten świat inteligenckiej publiczności. Tylko z przekonania, że peryferie są ważne. Zwłaszcza w takim kraju jak PRL, zwłaszcza w takim mieście jak ówczesna Warszawa. Stefan Kisielewski napisał pod koniec życia, że mieszkał bodaj w pięciu różnych Warszawach. Miasto szczególnie doświadczone przez historię straciło swoją ciągłość. A wraz z ciągłością – tożsamość. Inne ulice, inne domy. Dla Kisielewskiego miejscem, gdzie przetrwał warszawski esprit, był – paradoksalnie – Cmentarz Powązkowski. Marek Nowakowski szukał tej ciągłości i tożsamości na peryferiach – zresztą z czasem coraz szerzej rozumianych. Oczywiście – rodzinne Włochy i oczywiście Praga z Targówkiem czy Zaciszem. Ale także – a może przede wszystkim – to, co kryło się za fasadą PRL-owskiej rzeczywistości: geograficznie ulokowane w centrum: tzw. Dziki Zachód, czy ściśle już śródmiejskie ostańce schowanego na tyłach MDM-u.

Poznaliśmy się osobiście (żeby było zabawniej: w nobliwym Krakowie) w kilka lat po tym , gdy napisałem o twórczości Marka pracę magisterską. Spotykaliśmy się dosyć często – czasem umawialiśmy się, ale częściej – po prostu wpadaliśmy na siebie na ulicy. Zwykle wtedy spacerowaliśmy po mieście, według wyznaczonej przez Nowakowskiego trasy. Czasem było to Śródmieście, czasem Powiśle – zawsze jednak na tyłach tego, co oficjalne i sztandarowe. Marek opowiadał: miał jakąś historię związaną z niemal każdym mijanym budynkiem.

Dziś uświadamiam sobie, że nigdy nie byliśmy wspólnie na praskim brzegu Wisły, o Bazarze już nie wspominając. A przecież Marek, który w swych wczesnych opowiadaniach nieraz na Różyckiego zaglądał, w ostatniej fazie twórczości – gdy pisał kolejne tomy „Powidoków” – znów często powracał w te rejony. Niestety, często – by opisywać agonię kolejnych elementów, składających się na specyficzny, okołobazarowy sposób życia. Jaki? Skrótowo ujmując, można tu przywołać wielkiego poetę Blaise Cendrarsa, który wspominając po latach Paryż przełomu XIX i XX wieku, napisał: „To było miasto, w którym ludzie z różnych sfer jeszcze ze sobą rozmawiali”.

Jest przecież jeszcze jeden powód, dla którego Marek Nowakowski to idealny patron dokumentalnej powieści o Bazarze. Mniej oczywisty, zauważalny tylko dla wnikliwych i uważnych czytelników jego twórczości. Otóż autor „Benka Kwiaciarza” na przestrzeni lat często powracał do tych samych bohaterów. Ale robił to w znamienny sposób, stopniowo ich „deszyfrując”. Ta sama opowieść, która we wczesnej fazie jego twórczości ubrana była w konwencję fikcji literackiej, z biegiem lat zostawała z niej odzierana, aż zostawał z niej – jak choćby w „Nekropolis” czy „Powidokach” - sam dokumentalny rdzeń. Realny bohater ze swoją prawdziwą, nieupiększoną historią.

4.

Marek Miller wraz ze swoimi współpracownikami zaczął w miejscu, gdzie jego starszy imiennik skończył. I wyszła z tego – nie znajduję lepszego określenia – książka totalna. Nie dziwię się, że w posłowiu autor parokrotnie przywołuje „Ulissesa” Joyce’a – to nie jest uzurpacja, ani przyznawanie swemu dziełu generalskiej rangi; to tylko świadomość analogii. O arcydziele irlandzkiego mistrza powiada się, że gdyby Dublin został całkowicie zburzony, można by go dokładnie odbudować na podstawie „Ulissesa”. Coś podobnego można powiedzieć o „Co dzień świeży pieniądz” – z tą różnicą, że u Joyce’a istotna jest przede wszystkim przestrzeń miasta, natomiast w polifonicznej powieści o bazarze, pierwszoplanowa jest chyba przemiana tej przestrzeni *(i zachodzących w niej interakcji) w czasie .

Czym właściwie jest ta książka? W warstwie najbardziej oczywistej przynależy do coraz bardziej popularnego podgatunku „oral history”, historii niepisanej przez historyków i komentatorów, lecz opowiedzianej przez uczestników wydarzeń. Ale to nie tylko „historia mówiona”. W ostatnich latach modne stało się określenie „ludowa historia”. Dopiero co ukazała się „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego; wcześniej furorę na świecie zrobiła „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna. Każda z tych „ludowych historii” opisuje znane na ogół fakty, jednak odwrócona zostaje optyka. Tych historii nie piszą zwycięzcy, ale warstwy (czy też grupy etniczne) uciskane, często – wykluczone. „Co dzień świeży pieniądz” w dużym stopniu przynależy do tego nurtu patrzenia na historię. Mimo pozorów: rzecz jest przecież opisem (i pochwałą) ludzkiego dążenia do zarabiania pieniędzy, bogacenia się, często bez względu na normy prawne i moralne, poza dobrem i złem. Ale opowiadają ją wprawdzie ludzie przedsiębiorczy (i czasem nawet zamożni), to jednak w post-szlacheckiej kulturze polskiej zmarginalizowani i jakoś wzgardzeni, tak jak pogardliwie brzmi w polszczyźnie słowo „przekupka”. Ludzie bazaru chcą zarabiać pieniądze, a nie – zgodnie z romantyczną tradycją – współtworzyć Wielką Historię. Są jednak od niej w ogromnym stopniu uzależnieni, to właśnie Wielka Historia zgłasza się po nich, kształtuje losy, nierzadko – niszczy.

Poza wszystkim jednak to literacki eksperyment. Czy da się stworzyć powieść, która – żeby tak to ująć – napisała się sama? Okazuje się, że tak, choć zmontowanie z okruchów opowieści spójnej narracji wymagało precyzji co najmniej równej tej, jaka potrzebna jest do sklejenia w całość rozbitej w drobny mak porcelanowej filiżanki.

Mamy jednak tę filiżankę i w tym miejscu nie mogę nie przywołać osobistego wspomnienia. Otóż kilkanaście lat temu profesor Maria Janion zwierzała się z marzenia, które zresztą zapewne dzieli ze zmarłą w 2020 roku myślicielką wielu pisarzy. To marzenie o książce niemożliwej, w której zapisane by było absolutnie wszystko. „Co dzień świeży pieniądz” wyrasta z podobnej utopii. Co prawda opisuje tylko mały skrawek prowincjonalnego świata, ograniczony ulicami Targową i Brzeską, Ząbkowską i Białostocką, ale stara się opowiedzieć o nim „wszystko”. Dlatego nigdy nie będzie można jej ukończyć, wciąż będą ją wzbogacać nowe opowieści.

Marek Nowakowski (02.04.1935 - 16.05.2014)

Kontakt