Kontakt

Całe dzieciństwo mieszkałam w kamienicy dokładnie vis a vis głównego wejścia na bazar, przy ulicy Targowej.

Z balkonu na trzecim piętrze widać było całą ulicę od Cerkwi i Dworca Wileńskiego – po lewej stronie, do przejazdu kolejowego nad Targową – po prawej, a naprzeciwko rozciągał się widok na bazar. Zawsze stanowił szaro-czarny patchwork.

Do tego mieszkania przy Targowej, dziadkowie wprowadzili się po wysiedleniu Żydów do getta. Pewnego dnia koleżanki powiedziały babci, że na Pradze są „wolne mieszkania po Żydach”. Ponieważ babcia pracowała w fabryce u Wedla, to lepszą lokalizację trudno było sobie wyobrazić. W tym domu w 1943 roku urodziła się moja mama. Niecały rok później dziadek siedział już w obozie koncentracyjnym. Najpierw w Oświęcimiu, potem został przeniesiony do obozu pracy, do kopalni w Wansleben. Wojnę na szczęście przeżył. Właściciele mieszkania nie przeżyli, więc dziadkowie na Targowej zostali.Jeszcze się rwały pociski, ale handel na Bazarze już funkcjonował – i od Ząbkowskiej, i od Targowej.

Chodziłem do szkoły na Kamionku Warszawskim, na ul. Grochowskiej. Codziennie przez 5 lat jeździłem ulicą Targową, tramwajem, bo mieszkałem na Muranowie. Wracając ze szkoły, zawijaliśmy na Bazar Różyckiego. Moja ciotka miała tam stragan.

Jestem z rodziny, w której dziadek reprezentował prywatną inicjatywę, handlował fryzjerskimi produktami. Byłem więc wdrożony w kapitalizm obwoźny, zakazany. Na Bazarze Różyckiego dziadek miał swoich dostawców i odbiorców. Należeliśmy do konfraterni kupców i sprzedawców, którzy mówili wielkie „nie” komuchom. Próbowaliśmy kontynuować najbardziej normalną rzecz na świecie, czyli kupowanie i sprzedawanie. Mój dziadek zamawiał u prywatnych przedsiębiorców wałki do włosów i sprzedawał je w prywatnych drogeriach. Poznałem wszystkie drogerie w Warszawie, w Wołominie i w Tłuszczu. Dziadek pozostawał wolnym człowiekiem, nigdy nie pracował dla systemu komunistycznego. Dlatego atmosfera bazaru bardzo nam pasowała, reprezentowała nasz świat. Stanowiła wycinek rzeczywistości, w zupełnej kontrze do PRL-u, enklawę normalnej, wolnej Polski, gdzie życie toczyło się niezafałszowane, nieposiniaczone przez ten koszmarny ustrój. To było cudowne doświadczenie znaleźć się na bazarze, bo życie aż tam skwierczało. Bazar miał swoje dźwięki i wibracje.

Człowiek wchodził na bazar i był mile widziany. Natomiast w PRL-u klient to był wróg.

Urodziłam się na ul. Stalowej, gdzie mieszkałam przez trzy lata. Niedaleko bazaru Różyckiego pracowała w lodziarni moja „przyszywana” ciocia. Zawsze, gdy przyjeżdżała do nas, przywoziła lody z cukierni przy ul. Ząbkowskiej. Mieszkał tam również mój wujek, który miał motocykl z przyczepą. Woził mnie w tej przyczepie po Warszawie. Na bazar Różyckiego jeździłyśmy z babcią bardzo często. Interesowały nas przede wszystkim ciuchy.

Na tych „ciuchach” spełniały się marzenia! A ja całe życie marzyłam o lakierkach. Można je było dostać tylko tam. Konkretnie marzyłam o pantofelkach, które zapinały się na paseczek i były ozdobione perełką albo kokardką. Kosztowały ok. 400 złotych i długo nie było mnie na nie stać.

Ogólnie jednak ceny obowiązywały niskie a ubrania sprzedawano ciekawe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. Pamiętam szpileczki i dziwne szerokie sukienki, które pasowały do epoki rock’n’rolla. Kupiłam sobie kiedyś modny komplecik z dzianiny tzw. „bliźniak” – różowy pulowerek i na to sweterek. Pamiętam też amerykańską żółtą sukienkę, trochę falbaniastą, którą kupiłam jako dwunastoletnia dziewczynka. Występowałam w niej w przedstawieniu – w kółku teatralnym prowadzonym przez Krysię Kłosowską. Grałam Żabkę Wścibinoskę. Sukienka była żółta, słoneczna i pasowała do roli. Doszyło się trochę zielonego tiulu, przyczepiło oczka na głowie i żabka gotowa!

Miałam już 18 lat i pojechałam na bazar Różyckiego kupić buty. Jacyś ludzie trzymali pieska na sznurku. Zobaczyłam go i zamiast butów przywiozłam do domu psa. Wtedy wszyscy młodzi ludzie czytali „Przeminęło z wiatrem”. Nazwałam go Rhett – jak Rhett Butler. Miał z niego wyrosnąć wilk syberyjski.

Kiedy byłam mała, w naszej rodzinie zamieszkała pani Helena, która pracowała jako salowa w Szpitalu Praskim. Ta pani się mną opiekowała. Ona bez tej Pragi nie mogła żyć, mimo że mieszkaliśmy na Ochocie. Jazda na Pragę stała się dla mnie codziennością, a pretekstem do tego były zakupy na bazarze Różyckiego. Bazar niesamowicie różnił się wówczas od kolorytu ulic reszty miasta. Wokoło panowała głęboka komuna, a więc wszystko szare, w sklepach pustki, tymczasem na bazarze kipiało życie – nawoływania, wrzawa, ludzie krzyczeli i śmiali się. To było miejsce wielu kolorów, wielu głosów. Sklepy komunistyczne trawiła ospałość, tymczasem bazar się ruszał. Jeździliśmy tam przynajmniej raz w tygodniu tramwajem, albo dorożką. Na bazar jechało się głównie po prawdziwy nabiał, po jajka, po ser, no i przede wszystkim po masło, które było zupełnie czym innym niż to w sklepach sprzedawane. Na bazarze kupowało się zające z futrem, ale też kurę na rosół. Tu funkcjonowała Warszawa, która sobie radzi, która radzi sobie z trudnym życiem.

Tu kwitła spontaniczność. Słyszało się „Chodź tu paniusiu, mam coś ładnego dla pani.” To było zupełnie coś innego niż milcząca sprzedawczyni w państwowym sklepie, która powtarzała w kółko „Nie ma”.

Na bazarze istnieli ludzie, z zawadiackim poczuciem humoru. Pamiętam taką sytuację: ktoś z bazaru wybiega i prawie wpadłby pod koła tramwaju. Usłyszałam wtedy „To, że Twojej mamusi dobrze jest w czarnym, to nie znaczy, że musisz tak biegać.” Kiedyś szukałam jakiegoś mebla. Sposób, w jaki ten pan, który sprzedawał, do mnie mówił zapamiętałam do dziś. „Pani dokładnie powie, ja pani załatwię, to już jest moja sprawa, jak”. To jest też bardzo charakterystyczne dla tego miejsca, nie pytamy, nie wnikamy, załatwiamy.

W dzieciństwie mieszkałem na Muranowie. Wyprawy na Pragę odbywały się na dyszlu od tramwaju wystającym z tyłu wagonu. Nazywaliśmy to „jeżdżenie na cycku”. Wskakiwaliśmy na „cycek”, przejeżdżaliśmy przez most Gdański i wysiadaliśmy przy ZOO albo obok bazaru. Wyjazdy za Wisłę, przekraczanie linii rzeki tramwajem, to było dla nas zagłębienie się w tajemniczy, nieznany świat – tak naprawdę przedwojenny. Wielkie wrażenie robił na mnie fakt, że bazar to „zjawisko wiejskie”, że to jest wieś w mieście. Siedziały tam kobiety z żywymi kurami w klatkach, albo martwymi, które skubały z piór na oczach klienta. W tle stały furmanki wożące ziemniaki i ogórki. W powietrzu unosił się zapach końskiego potu. To było dla nas niezwykle egzotyczne.

Tam jeszcze panował warszawski sznyt. „Tu się sprzedaje, tu się kupuje – odejdź gówniarzu, bo cię opluję” – cały czas leciała „nawijka”. Hazard, trzy karty, ścisk, gwar… Tłum ludzi przepływających nieustannie we wszystkich kierunkach. Rejwach wszędzie. Tu istniało kipiące życie w środku Polski Ludowej.

Na Pragę przyjeżdżało się najeść – słynęła z tego. Na Śródmieście jechało się za kulturą, żeby iść do teatru, kawiarni, a na Pragę w celach przyziemnych – zakupy, jedzenie. Centrum to była mekka kultury, a na bazarze kwitło życie.

Ale jak ktoś zapytał się, gdzie ta Praga, to mówili: koło bazaru Różyckiego, Brzeska – i już każdy wiedział, o co chodzi. Sprowadziłem się na Brzeską z Bródna. Na Bródnie wtedy jeszcze krowy się pasły, a tu już było wielkie miasto.

Jak ktoś przyjeżdżał do Warszawy, to mówiło się taksówkarzowi: ZOO jest na Pradze potem kościół i Różyckiego bazar. Na Różyca to musieli się kierować właśnie tak: most Śląsko-Dąbrowski, kościół św. Floriana, przez Pragę do Wileńskiego.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Dorota Zbińkowska

mieszkanka Pragi

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Stanisława Celińska

wokalistka

Marek Dzierżyński

mieszkaniec Pragi

źródło: AHMMWP

Pan Czarek

kupiec

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Joanna Szczepkowska

warszawianka, aktorka

Rodzice jednego z moich kolegów mieli pracownię torebek przy ul. Brzeskiej. Często, bywając tam, widziałem, jak od zaplecza ktoś zaglądał z pytaniem:

– Szefowo, czy można pożyczyć szklaneczkę?

Mama kolegi kolekcjonowała musztardówki, by w tego typu okolicznościach bez bólu, udzielić bezzwrotnej pożyczki potrzebującym. Dzięki takiemu zabiegowi żyła z tubylcami dobrze i mogła liczyć na nietykalność.

Wokół bazaru znajdowała się meta przy mecie. Wtedy alkohol sprzedawano droższy na mecie niż w sklepie. Gdyż był dostępny przez 24 h. Tymczasem oficjalnie sklepy z alkoholem były czynne jedynie w dziwnych godzinach, np. do 19. lub od 14. Tu w co drugiej bramie handlowali alkoholem. A z czego mieli żyć? Wódka na metach pochodziła tylko ze sklepu, oryginalna. Bo jakby ktoś raz sprzedał gównianą wódkę, to od razu tracił klientów. Cenę wszyscy mieli taką samą. Jak ktoś miał dużo taniej, to zaraz reszta go pytała „Co ty robisz?! Psujesz interes!” Jako nastolatki dorabialiśmy na sprzedaży wódki w bramie. Robiliśmy wyścigi, kto szybciej upłynni towar.

Raz w nocy na bazarze chciałem kupić wódkę, a facet się spytał, ile butelek, a ja że jedną: „A co pan jest chory?”, potem się spytał czy chciałbym zakolegować się za stówkę z jedną panienką. Nie była za bardzo w moim typie, więc powiedziałem, że nie, wtedy zapytał: „A co, pan jest pedał?”.

Nie trzeba na bazarze filmików z gołymi babami oglądać. Można było sobie prawdziwą gołąbeczkę za flaszkę przygruchać. A te to potrafiły takie cuda zrobić, że facet i kilka razy pod rząd mógł małym powywijać, a i kaktus mu następnego dnia nie wyrósł. Pizdki miały przepastne, wilgotne, a tyłeczki grubiutkie, aż nie wiadomo było, w co się zanurzyć… Skończyła taka, to majtki na dupę podciągała, kiecę w dół i bez zbędnego gadania… Te Niemki z tych filmików pornograficznych, to by się od naszych sporo mogły nauczyć.

Prostytutek mnóstwo. W dzień to na bazarze można je spotkać, a wieczorem to przeważnie w bramach. W podwórkach załatwiały swoje sprawy. Jedną nawet znałem, bo do podstawówki z nią chodziłem. Taka niby niewinna, grzeczna, a potem to się wycwaniła. To były takie modelki, że tylko po dużym pijaństwie i zasłonięciu twarzy, to może by coś z tego wynikało. Były strasznie brzydkie. Przerzucały się nawzajem przezwiskami. Słyszałem, jak jedna drugiej coś tam przygryza, a tu odzywa się trzecia. – Co wy chcecie? Przecież ona starsza kurwa, jak syrenka warszawska! – W śmiech cały bazar poszedł… Prostytutki można było rozpoznać od razu, po wyglądzie. Może nawet nie zawsze ubierały się w sposób wyuzdany, ale miały to coś, co sprawiało, że wiedziałeś, że to panna lekkich obyczajów. Może tak bardziej kolorowo ubrane, wymalowane, z papierosami w ustach. Klient wiedział, jak je znaleźć, gdzie ich szukać. One gromadziły się zwykle w okolicach sprzedawanych flaków. Wystarczyło, że się tylko odezwały. Po ich mowie można było wyczuć, że to prostytutki. One same zaczepiały.

Panie te zwykle były utrefnione, znaczy wytapirowane. Umalowane. Szminka na czerwono, paznokcie na czerwono, makijaż ostry jak nóż. To te co się źle prowadziły, te gorszego pochodzenia.

Urodziłem się w 1948 roku w bardzo biednej rodzinie. Ojciec mój był alkoholikiem, ciężko chorym na gruźlicę. Dorywczo pracował na bazarze Różyckiego, matka natomiast nigdzie nie pracowała, ponieważ wychowywała czworo dzieci. Ojciec umarł młodo w wieku 33 lat. Ja miałem wtedy lat 13, starszy brat miał 15, a pozostali 11 i 8 lat. Mieszkaliśmy tam, gdzie się urodziliśmy, to znaczy na słynnym Targówku. Była to dzielnica o nienajlepszej sławie, o której jednak śpiewano piosenki. Na przykład „Na Targórku szwagra zięć, ulica Mokra numer pięć”.

W naszym drewnianym domku, który składał się z jednej izby o powierzchni 20 m2, nie było światła ani żadnych wygód. Przeciekał dziurawy dach. Przed swoją śmiercią ojciec dostawił do tego budynku kuchnię z pojedynczej cegły, pod dachem bez sufitu, i tak żyliśmy. Niewielu czytelników potrafi to sobie wyobrazić, jak mieszkało nam się zimą. Nie mogliśmy się nawet umyć, ponieważ woda w wiadrze była zamarznięta, a na węgiel nie było nas stać. Trochę przepalaliśmy drzewem. Po śmierci ojca matka musiała pójść do pracy, ponieważ nie otrzymaliśmy żadnej renty. Pracowała jako sprzątaczka zarabiając 850 zł miesięcznie. Dodatkowo dorabiała jeszcze na pół etatu, za co otrzymywała 400 zł. W sumie zarabiała 1250 zł, ale pracując tle godzin dziennie, nie miała czasu zająć się nami.

Musieliśmy sami dawać sobie radę.

Różni dobrzy ludzie przychodzili do mojej matki i doradzali jej, żeby dwóch synów oddała do domu dziecka. Będzie jej trochę lżej i dzieciom będzie lepiej. Matka nie zgadzała się na to i mówiła, że ma nas czterach i wszystkich jednakowo kocha. Pamiętam, że pewnego razu przyszedł do naszego domu mój nauczyciel. Podsłuchałem ich rozmowę, stojąc pod drzwiami. Nauczyciel przekonywał matkę, aby oddała mnie do domu dziecka. Odpowiedziała mu, że nie może tego zrobić. Nauczyciel nie dawał za wygraną. „Może pani. Trzeba powiedzieć dzielnicowemu, że syn przynosi do domu kradzione kury. Sami go zabiorą”. Stawał się coraz bardziej natarczywy, a ja z bijącym sercem czekałem, co powie matka. Nie zgodziła się.

Mama na długo przed urodzeniem mnie, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Nie bardzo odpowiadało tej urodziwej dziewczynie, „wyemigrowanej” ze wsi pod koniec lat 40, siedzenie w domu na garnuszku dwutysiącozłotowej pensyjki męża. Więc po zrobieniu 2 klas wieczorowego LO, przeplatanego pracą windziarki w fabryce żarówek im. Róży Luksemburg, urodzeniu mojej siostry, trafiła na bazar. Nie mając jakiegokolwiek kapitału, podpatrzonym gdzieś sposobem zgarnęła pod pachę wystane na mieście kaprony (pończochy z nylonu), ówczesny szał, i zaczęła nimi handlować.

Po jakimś czasie, a nie było to kilka tygodni, a raczej kilka lat, dochrapała się regularnej budki 2x2 m, handlując tam już to torbami, już to kreacjami ślubnymi.

Mój ojciec przed rokiem 1939 pobierał nauki w Pracowni Krawieckiej przy ul. Wilczej 15 w Warszawie. Po wojnie – pracując w Służbie Ochrony Kolei – skorzystał z możliwości zasiedlania ziem odzyskanych i założył rodzinę w Sławnie koło Słupska. Tam też doszedł do wniosku, że jako wykwalifikowany krawiec może produkować na własną rękę czapki. Uznał ten fragment męskiej garderoby za niezbędny, a jednocześnie mniej kłopotliwy w szyciu od skomplikowanych jesionek czy garniturów. Poza tym czapka wymagała sporo mniej materiału, co w owych ciężkich czasach nie było bez znaczenia. W 1951 roku wrócił na Mazowsze i osiedlił się w Marysinie Wawerskim. Czapki za namową znajomego zaczął sprzedawać na bazarze Różyckiego.

Do tego celu stolarz z sąsiedztwa skonstruował mu drewnianą walizę o rozmiarach 28x55x85 cm. Pamiętam, jak wypakowaną czapkami taszczył do pobliskiej stacji Kolei Nadwiślańskiej. Szybko dogadał się z jakimś właścicielem bazarowej budy i zaczął zostawiać u niego swój mały stragan.

Pamiętam wizytę z mamą na bazarze. Walizka taty stała gdzieś pod murem, bo jej wieko stało o niego oparte.
Z wieka połyskiwało lusterko, które
pomagało klientom w dokonywaniu wyboru.

Pan Czarek

kupiec

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Bogusław Bocheński

mieszkaniec Pragi,
członek projektu „Cała Praga śpiewa z nami”

Henryk Niewiadomski, „Dziad”

kupiec, domniemany przywódca gangu wołomińskiego

„Świat według Dziada. Sensacje XXI wieku”, redakcja, korekta, skład i łamanie, druk i oprawa Henryk Niewiadomski – pseudonim „Dziad”, więzień polityczny III Rzeczpospolitej, Warszawa 2002, s. 5-6

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Dariusz Osiński

mieszkaniec Pragi

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Janusz Głowacki

pisarz, dramaturg

Paweł Smoleński, „Bida musi pofolgować, czyli na szlaku hańby”, wywiad o piciu z Januszem Głowackim. „Gazeta Wyborcza”, 21.05.2009

Klient

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie Bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 88

Jeden przyjdzie w to środowisko i ono go nie zrazi, nie wtopi się w to, nie podda się. A są tacy, co wpadną w nałóg. Załamują się. Piją.

Za mojej młodości, w latach 60., na Bazar chodziło się głównie na piwo. Ja i moi znajomi mieliśmy swoje miejsce po lewej stronie od bramy od strony Targowej. Nikt nie mówił, że dokładnie tam będziemy się spotykać, ale finalnie zawsze lądowaliśmy w tym miejscu.

Mój ówczesny znajomy o ksywie „Łysy” był wtedy dobrze znany na Pradze. Szkoda, że już nie żyje, bo to od niego mógłby pan usłyszeć najciekawsze historie. Niestety, miał w zwyczaju wychodzić z domu przez okno i po rynnie, pewnego razu się pośliznął i już nie ma człowieka.

Gdy tylko potrzebowałem coś kupić lub załatwić, zwracałem się do Stefana, czyli „Łysego”, a on mówił „Dzieciaku, gdzie będziesz szedł? Choć lepiej ze mną na bazar” i faktycznie cokolwiek by to było, zawsze załatwiał w którejś budzie lub, jeśli sprawa tego wymagała, poza budą.

W trakcie picia zawsze panowała pełna kultura. Nie spotkałem się z rozróbami czy bijatykami, chyba że akurat trafił się ktoś „nie stąd” i chciał po swojemu urządzać picie. Miejscowi tego nie tolerowali. Od razu takiego jegomościa prosiło się o opuszczenie bazaru, jeśli nie chciał i się stawiał, to wtedy pojawiały się innego rodzaju argumenty.

Pamiętam jak piliśmy spokojnie piwo. Nagle Stefan się poruszył i mówi „Idziemy. Teraz”, na co ja odpowiadam, że przecież spokojnie, mamy jeszcze browary, gdzie mu się spieszy. Kazał mi wszystko zostawić i iść ze sobą. Po chwili pytam, co się stało, a on na to krótkie „Psy szły”. On jako starszy wiekiem i dobrze zaznajomiony z bazarem poznawał ich po twarzach.

Idąc po Pradze z „Łysym” zawsze czułem się bardzo pewnie. Nikt nie mógł się do mnie przyczepić. Stefanowi to w ogóle załatwiłem występ w telewizji! Był taki cykl „To się w głowie nie mieści” i „Łysemu” został poświęcony cały program dotyczący mundurów wojska niemieckiego z czasów ostatniej wojny. Łysy to był prawdziwy oryginał – artystyczna dusza, malarz, a miał swój system, w którym szedł do więzienia przetrwać każdą zimę. Dokonywał jakiegoś małego przestępstwa, dawał się złapać i miał całą zimę z głowy. W więzieniu na Białołęce znali go wszyscy łącznie z naczelnikiem, któremu zwyczajowo malował mieszkanie.

Andrzej Tomaszewski

kierownik pracowni ślusarskiej
w Teatrze Powszechnym

Pan Czarek

kupiec

Początek lat 60. Pamiętam brudny kraj. Ludzie ubierali się po prostu w to, co mieli, co było dostępne w sklepach. Uczniowie chodzili w jednakowych mundurkach. Dziewczynki ubrane w granatowe spódniczki. To wspomnienie przypomina trochę obrazki z Korei Północnej. Raz na jakiś czas można było w sklepach trafić np. płaszcze ortalionowe. Wtedy 80% ludzi na ulicach pojawiało się w jednakowych płaszczach. „Socjalistyczna moda” charakteryzowała się tym, że jednakowo ubrana chodziła połowa Polski. Produkowano np. trzy miliony par butów w jednym wzorze. Wszystko było jednakowe. np. jednakowe jesionki z materiału w jodełkę. Jakby nie istniały inne materiały! Po raz pierwszy na bazar Różyckiego trafiłem jako czternastolatek, czyli w roku 1964 lub 1965. Moja ukochana cioteczna babcia jako jedyna w rodzinie rozumiała moje „zachcianki” i dbała, żebym był szczęśliwy i mógł je spełniać. Woziła mnie raz lub dwa razy w roku na bazar i pozwalała mi wybierać wymarzone spodnie i buty. Po takich zakupach wywoływałem swoim wyglądem sensację. Chodziłem ubrany najmodniej z całego podwórkowego towarzystwa. Bazarowe ubrania wyróżniały się od razu! Choćby spodnie! Standardowo nosiło się zwykłe spodnie. Potem „normą” były spodnie z patkami na dole. Ale marzenia chłopców były zupełnie inne! Chcieli nosić tzw. „rurki” (obcisłe niemal jak damskie rajtuzy). Nie można było ich kupić w żadnym państwowym sklepie. Wizyta u „zwykłego” krawca stawała się wtedy dużym wydatkiem. Tymczasem na Bazarze funkcjonowali tani krawcy szyjący seryjnie spodnie o takim fasonie. Nazywaliśmy je „opnijdupki”, bo materiał był tak skąpo krojony, że rozłaził się, gdy kupiło się za mały rozmiar. Jednak istotny był modny fason! Krawiec nie zwracał uwagi na detale, nie dobierał najlepszych podszewek itp. Czasami nawet rezygnowało się z kieszeni w spodniach, jeśli klientowi bardzo zależało na czasie. Wszyscy byli zachwyceni! Spodnie kosztowały ok. 300 zł, podczas gdy uszycie ich u zwykłego krawca to wydatek ok. 1000 zł.

Kupcy sprzedający na straganach z ubraniami brali miarę z klienta, inkasowali zaliczkę i już nawet za trzy dni przychodziło się po odbiór gotowych spodni. Na zapleczu jednego ze stoisk krawcowa wyposażona w maszynę na pedały i inne instrumenty potrzebne do szycia, dokonywała od razu poprawek.

Na Bazarze oferowano spodnie np. w kolorze bordowym czy nawet czerwonym. Wtedy noszenie takich szokowało. Można było też kupić niedostępne gdzie indziej „spodnie sztuczkowe” czyli uszyte z materiału w prążki lub cienkie paski. Co najważniejsze – podobne ubrania widywaliśmy na zdjęciach np. Rolling Stonesów. Gdy szedłem ulicą ubrany w takie spodnie, przechodnie zaczepiali mnie i pytali, skąd je mam. Duma człowieka rozpierała!

Miałem znajomego, który pracował w Monopolu Spirytusowym na Ząbkowskiej i on ciągle miał alkohol, i wszyscy się zastanawiali, jak on to wynosił. Dopiero po wojnie zdradził swój sekret. Podczas pracy wpompowywał alkohol w ramę roweru i po przyjeździe do domu spuszczał z ramy prawie pół litra. Codziennie był pijany. W czasie okupacji, gdy był wypłacany deputat alkoholowy, by rozpić społeczeństwo, to on był ciągle na bani. Pewnego dnia zebrały się sąsiadki i poradziły jego żonie, żeby troszeczkę z nim piła, to wtedy będzie miała wszystko pod kontrolą. I gdy już w latach sześćdziesiątych, w okresie pracy w Teatrze Wielkim, pojechałem na Pragę, bo kręciliśmy tam krótki film o Ząbkowskiej, spotkałem wtedy tego pana, no i widzę, że on w świetnej formie, elegancko ubrany i spytałem. „Co słychać u pana?” „U mnie wspaniale” – mówi, „A „żona” spytałem. „Rozwiodłem się, przecież to alkoholiczka”. Kręciliśmy wtedy na Nieporęckiej vis a vis mojego domu i robotnicy remontowali fasadę tego domu i krzyczeli „Panie Wiesiu, dopieprz im pan” i to jest typowo praskie, że nie wie się o co chodzi, ale się wtrąca.

Wiesław Ochman

śpiewak operowy

Zbigniew Hołdys

muzyk

Każdy człowiek musi należeć do jakiegoś plemienia. W celu zachowania tożsamości szuka się innego plemienia, o odmiennej tożsamości, które staje się jego wrogiem.

Powojenna Warszawa odbudowała się jako miasto imigrantów z wielu miejsc i środowisk. Pragę wojna zniszczyła najmniej więc przetrwała w swoim charakterze i z mieszkańcami z czasów międzywojennych. Zrujnowane Śródmieście odbudowano i zasiedlono przyjezdnymi spoza Warszawy – mieszkańcami wsi, młodymi oficerami. To powodowało różnego rodzaju starcia. Przybysze ze wsi uważali Warszawiaków za zadzierające nosa mendy. Rdzenni Warszawiacy natomiast przyjezdnych uważali za „ćwoków”, bo zdarzało się, że w centrum stolicy, na balkonach hodowali świnie albo kurczaki.

Stąd wzięły się wojny między dzielnicami. Mieszkańcy Pragi i Woli – dzielnic robotniczych, mogli się jeszcze dogadać ze sobą. Ale z mieszkańcami Śródmieścia już nie. Na te konflikty międzydzielnicowe nałożyło się w latach 60. pojawienie się hipisów. W tamtym czasie mężczyźni nosili włosy bardzo krótko ostrzyżone, elegancko, z przedziałkiem na bok. A hippisi chodzili z włosami do łopatek i to prowokowało. Zadaniem milicji stało się wyłapywać ich i aplikować przymusowe strzyżenie.

Takie akcje zdarzały się wszędzie. Tymczasem na bazarze hippis mógł spotkać się najwyżej z nieuprzejmą obsługą. Jeśli handlarzowi zależało na pieniądzach, to nie dał nic po sobie poznać. Jednak co do zasady, ubrań dla hippisów tam nie było. Ewentualnie w grę wchodziły damskie bluzki, jeśli miały wystarczająco duże rozmiary i np. żaboty. Przypominały ubrania z XVII i XVIII wieku, z epoki płaszcza i szpady. I to już było w stylu hipisowskim.

Jak przyjechał Charles de Gaulle do Polski w 1965 roku, to strasznie się zrobiły modne tzw. czapki degolówki – okrągłe, cylinder z daszkiem. Na Marchlewskiego, gdzie mieszkałem, stały prywatne pawilony i tam sprzedawano degolówki. Sprzedawano je również na bazarze Różyckiego. Zapanował szał, wszyscy młodzi faceci chcieli chodzić w degolówkach. Ja nie chodziłem, bo nie byłem zwolennikiem Charlesa de Gaulle'a.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Hipisi udawali się na bazar głównie po dzwony, z nogawkami obcisłymi i mocno rozszerzanymi u dołu. Nogawka obcisła w kolanach potrafiła mieć 40-50 cm klosza w dolnej części, jak spódnica. Jednak poza dzwonami hipisi mieli potrzeby estetyczne, których nie dało się zrealizować na bazarze. Oni chcieli mieć np. spodnie w kwiatki, a takich spodni nie sprzedawano. Przede wszystkim z powodów kulturowych. Praga uważała, że hipisi to frajerstwo i cwelostwo. Traktowano ich, jak mężczyzn poprzebieranych za kobiety – czym Praga pogardzała i pogardza do dziś. Miała do nich stosunek podobny do podejścia Putina do homoseksualistów. Jednym słowem: co do zasady dla pedałów na bazar nie sprowadzano ciuchów. Niechętnie patrzono też na mężczyzn z długimi włosami. Mnie trochę rozpoznawali i dawali mi święty spokój, ale wszędzie toczyła się swoista wojna kultur.

W latach 60-tych Warszawa została podzielona na dzielnice- podwórka. Miały miejsce walki, alianse. Wola nienawidziła Ochoty, Praga trzymała z Wolą. Ci wszyscy chuligani chcieli się modnie ubierać. Pojawiały się zespoły rockowe. Przyjeżdżali do Polski Animalsi, Johny Hallyday, Rolling Stonesi. Pojawiły się kolorowe koszule. Kwiaty na nich malowane, wielkie, dosyć ordynarne. Wzory te nie były subtelne i to się od razu rzucało w oczy. Nastała moda hipisowska. Wtedy już noszono modne dzwony. Chodzenie w prawdziwych dzwonach to był największy szpan. Tłumaczyłem krawcowi, żeby mi uszył dzwony. Odbieram spodnie w umówionym terminie, a one są proste. Jego mały móżdżek nie zrozumiał, że ja chcę dzwony.

Ja mieszkam tu już od 60. lat i nie jestem ani złodziej, ani bandyta i żyję jak normalny człowiek. Mam żonę, dzieci a teściowa siedzi. Zostałem git człowiekiem z Brzeskiej. Po prostu jest frajer, cwel, nygus i są normalni ludzie, którzy na policji nie kablują. Praga, wiadomo, nie dla frajerów. No i jak szedł jakiś gitowiec, to on się pytał „Kto ty jesteś?” I trzeba było odpowiedzieć „Zapytaj się ludzi”. „Jakich ludzi?”, „Tych ,z którymi chodzę”. Takie były odzywki. Jak źle odpowiedziałeś, to dostałeś w nos. Tak jak w więzieniu, są zasady.

Sześćdziesiąte lata to ten czas, kiedy garownicy byli bardzo szlachetni. Porozumiewali się swoim językiem, czyli grypserą, w więzieniu. Funkcjonowała też gwara złodziejska tzn. kmina. Jak to się mówi, złodzieje kminili. Grypsera to był język więźniów, żeby klawisze nie skumali, o co chodzi. Grypsera nie była jeszcze „sprzedana”, potem ulica zaczęła tym mówić czyli gitowcy. Jest różnica pomiędzy garownikami, a gitowcami. Garownicy byli szlachetni. Wyróżniali się kodeksem honorowym, mieli sznyty, cięli się, mieli dziary, mieli cyngwajse pod lewym okiem. Kropka, która znaczyła, że to jest git człowiek. Kropka między oczyma znaczyła, że to świr. A pod prawym, że to cwel. A na ustach to jeszcze gorszy cwel. Oni się tą mową, grypserą, na początku nie porozumiewali poza więzieniem. Jak została „sprzedana” na zewnątrz, to ulica – czyli tzw. gitowcy, ci gówniarze, chuligani, którzy często nie siedzieli, nie garowali – przejęli ten język grypsery. Nawet jeżeli ktoś nie należał do tego środowiska, musiał ten język znać. Pewne słowa stanowiły tabu. Jeżeli się źle odpowiedziało, można było zostać zgwałconym, a nawet zabitym.

"Gierek"

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów Bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004,
s. 26-27

 

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

My, hipisi, byliśmy znienawidzeni przez gitowców. Walczyliśmy z nimi. Musieliśmy też wiedzieć, jak z nimi rozmawiać, żeby nie narazić się na ciężkie pobicie, zgwałcenie, a nawet zabicie. Żyliśmy w lekkim terrorze.

Ja jeździłem na Pragę do szkoły, tam ludzie nie lubili długowłosych. Hipisi byli tępieni również przez gitowców. Na bazarze Różyckiego na szczęście nie było gitowców. To znaczy byli, ale to nie było ważne. Tam po prostu chodziło o to, żeby coś sprzedać i kupić.

Pan Czarek

kupiec

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Kto na Pradze nie grypsował, ten zostawał frajerem. Frajerowi nikt piątki nie przybijał. A sam by człowiek nie przeżył. Bójek miało miejsce sporo. Ale funkcjonowały zasady. Solo. Jeden na jednego. Nie należało kopać. Chyba że sobie zażyczono wolnoamerykankę, ale to też tylko z kolana można było twarz obić. Miałem wtedy dziewczynę na Muranowie. Jolka. Zdrowa kicha, duża klata. Chodziłem z nią. Raz mnie zobaczyli ci „mistrzowie” stamtąd, potem drugi raz, trzeci. Podchodzą i pytają, czego szukam. I coś mi tam churgoczą. To ja im mówię „A co wy jesteście, tacy figuranci? Że jestem sam? Poczekajcie pół godziny, przyjedziemy tu całym wagonem i zobaczymy, kto jest mocny”. No to zaczyna się gadka: „A znasz tego i tego?” A ja na to, że znam, i to dobrze. I tak się wypytywali. A jak się wypytali to mówią „Git jesteś, też ich znamy”. Piątka, piątka i w porządku. Potem z Jolką się rozstałem, a kumple zostali.

Muzyka zapamiętana z bazaru w latach 60. to było coś, co istniało jeszcze przed „muzyką chodnikową”. Słyszało się przeboje w rytmie „umpa, umpa”. Określiłbym je jako ludowo-pornograficzne. Słowa piosenek najczęściej bardzo wulgarne i bardzo erotyczne. Oczywiście młodych ludzi to niezwykle ekscytowało. Wiadomo – PRL to pruderia, a bazar to ludyczność. Zasłyszane tam piosenki ociekały ludowym, wyuzdanym seksem. Funkcjonowało absolutnie niecenzuralne, erotomańskie „podziemie piosenkarskie”, które śpiewało o tym, co Maniek z Kaśką robili w szczegółach… Moim zdaniem to już zaczynało się chamowo – nie było to warszawskie. Warszawskie to miało swój sznyt, a te piosenki to chamowo, kilka pięter niżej od folkloru warszawskiego.

Ta muzyka, to był folklor praski, często jeszcze przedwojenny. To był folklor najdłużej utrzymujący się, niezależny. Druga wojna światowa, okupacja nie zrobiła mu zbyt wielu szkód, bo kwitło życie warszawskie. Kapele, zespoły, gwara i zasady. Na bazarach leciała muza warszawska, Wielanek, Grzesiuk.

Na początku lat 60. kupowałem piosenki Presleya, Beatlesów, Rolling Stonesów, pierwsze nagrania Cliffa Richarda i Wandy Jackson. Pamiętam jak dziś, że miałem jakieś 14 lat i dokonywałem aktów bliskich masturbacji słuchając Rolling Stonesów i Kinksów. Wybrałem się na bazar Różyckiego i odnalazłem stoisko z płytami pocztówkowymi. Leżały skatalogowane, ponumerowane, w kopertach. Do drewnianej obudowy straganu przypięto gwoździem kartkę z listą przebojów. Jak się okazało, co tydzień ogłaszano w ten sposób listę najlepiej sprzedających się płyt. Ja pytałem oczywiście o płyty Rolling Stonesów. Sprzedawca ze zdziwieniem odpowiedział, że u nich sprzedaje się tylko najlepsze płyty, czyli te z piosenkami Janusza Laskowskiego.

– Znasz Laskowskiego?

 Nie znałem. Pierwszy raz słyszałem to nazwisko. Nie miałem pojęcia, kto to jest.

– Człowieku!... jak ty nie wiesz, co to jest „Żółty jesienny liść” albo „Beata z Albatrosa”, to co ty w ogóle wiesz…?

Rzuciłem okiem na listę przebojów. Obejmowała ok. 40-50 tytułów. Pierwsze 20 to niemal wyłącznie piosenki Laskowskiego. Okazało się, że to ten sam autor, który później napisał słynne „Kolorowe jarmarki”. To była zupełnie inna kategoria muzyki – piosenka podwórkowa.

Tamtego dnia zdałem sobie sprawę, że reprezentuję zupełnie inną kulturę. Wydumaną trochę, piękną, ale wywodząca się ze źródeł anglosaskich. Chcieliśmy grać jak Anglicy i Amerykanie. Naszymi polskimi idolami byli: Czesław Niemen, Polanie, Czerwono-Czarni. Oni wszyscy chcieli grać jak Amerykanie. A na Pradze spotkałem się z zupełnie inną kulturą, rdzennie polską. Z muzykami grającymi warszawskie melodie pod oknami, na podwórkach. Rozbrzmiewało tam wtedy np.: „Na lewo most, na prawo most” itp. a ludzie rzucali z okien pieniądze. Na Chmielnej grała Orkiestra z Chmielnej. I tkwił w tym wszystkim nieznany mi Janusz Laskowski, który śpiewał „Żółty, jesienny liść o Tobie mi opowiedział…”

Można powiedzieć, że tamtego dnia „spadłem z krzesła”. Dotarło do mnie, że istnieje inna kultura, której w ogóle nie znam. I to kultura dominująca tak naprawdę. Po dziś dzień ewoluuje i jej odmiany funkcjonują. Nadal mamy takie swego rodzaju „dwa światy”.

Tamto odkrycie było dla mnie fascynujące. Kupiłem wtedy chyba z 10 tych pocztówek, żeby posłuchać, co to jest, o co w tym chodzi.

Wśród nagrań znalazłem m.in. piosenki więzienne. „Przyleciał do mnie na kraty, biały gołąbek skrzydlaty, spojrzał na nędzne me szaty i odleciał w siną dal”. Zostałem sprowadzony do parteru! To doznanie otworzyło mi oczy. Początkowo nie mogłem „dogadać się” z tą sytuacją. Wcześniej sądziłem, że muzyka, jakiej słucham ja i znajomi z mojego szkolnego środowiska, była najważniejsza na świecie. Tymczasem okazało się, że są ludzie, którzy nie mają takich aspiracji. Chcą wyglądać tak, jak wyglądają – po prasku (a to też jest do dziś trochę różniąca się od reszty świata moda) i chcą mówić swoim językiem.

Nigdy złotówki z tych pocztówek nie było tylko paczka śliwek w kapelusz i popalić. Podpisywałem je na festynach. To były czasy „Dzisiaj, jutro zawsze”… czy „Boguś trzymaj się”. Potem w „Życiu” Wołka któraś z kupcowych wyznała „U mnie ubierali się Polański i Łazuka”. Paszporty pozostawały wówczas nie do osiągnięcia, ale atrakcyjną wizą pozostał bazar Różyckiego.

Bogdan Łazuka się nie przyzna, ale on był mistrzem, gdy pojawiły się pocztówki dźwiękowe. Pocztówka kosztowała 10-15 zł, chociaż może trochę więcej. A na bazarze istniało studio i można było nagrać taką pocztówkę (z grubsza to brzmiało „dla mojej kochanej Heli”). Tam sprzedawano różne piosenki i należało dograć coś od siebie. Łazuka zaśpiewał jedną piosenkę pocztówkową i się wstawiało dowolne imi „Daniela, Daniela, moje oczko w głowie…”

Jako fan muzyki byłem oczywiście zagorzałym słuchaczem płyt – towaru deficytowego w Polsce. Czasem ktoś przywiózł z zagranicy „winyla” [płytę winylową]. Drogo kosztowały. Nawet trudno mi to opisać… to były relikwie. Posiadacz nowej płyty Beatlesów lub innego tego typu zespołu nosił ją w specjalnej folii. Nie pozwalał dotykać. Bał się, by jej nie uszkodzić. To były dla nas święte przedmioty!

Prawo autorskie wtedy nie istniało. Istniała za to produkcja płyt pocztówkowych podłej jakości sprzedawanych na bazarze. Dziś nazwalibyśmy ten proceder piractwem. Jak to wyglądało? Całą powierzchnię pocztówki (widokówki, kartki pocztowej) pokrywało się specjalną, plastikową folią, przypominającą taśmę „skocza”. W środku wycinało się otwór i nakładało na specjalne urządzenie, które działało odwrotnie niż gramofon: igła ryła melodię odtwarzaną z innego urządzenia. Powstawała płyta bardzo złej jakości. Trzeszczała niemal od nowości. Magnetofony były bardzo drogie. Kasetowce jeszcze nie istniały. Co mógł zrobić fan przeboju usłyszanego w radiu? Pozostawało mu jedynie modlić się, żeby piosenkę nadano ponownie, żeby mógł ją usłyszeć. Płyta pocztówkowa rozwiązywała ten problem. Wydatek rzędu 7 złotych umożliwiał słuchanie muzyki na gramofonie w dowolnym miejscu i czasie. Wytwórnie oferowały nie tylko gotowe pocztówki z piosenkami, ale umożliwiały również nagranie własnych życzeń – jeśli płyta miała stać się prezentem dla bliskiej osoby (np. na święta czy urodziny).

Na bazarze słychać było muzykę. Mój ojciec miał koncesję na patefony. One działały na korbkę. Stalowe szpile jeździły po płycie. Wkładało się je i przykręcało śrubeczką. To jest płyta „Muzy” – była taka wytwórnia. Płyta „Muzy” i bardzo stare pudełko do szpilek. O! „Z igłami Marshalla osiąga się najdelikatniejszy i najbardziej naturalny odbiór/odtwarzanie. Nazwa Marshall gwarantuje jakość”. Na drugiej stronie jest pierwsze wejście z opery „Lohengrin” Ryszarda Wagnera. „O dzięki ci łabędziu mój” i tak dalej. Wielki tenor Fernando De Lucia śpiewa. Widocznie wytwórnia była w Czechach, ale to jest „Voice”. I one są z 1920 roku, to około stu lat temu. Dlatego łyknąłem trochę sprawę opery. I śpiewu. Bo na bazarze nie było warunków do słuchania płyt, a przychodzili melomani. I ojciec pierwszy zbudował (bo był złotą rączką) na bazarze adapter. Adapter, czyli odtwarzacz płyt. Elektryczny. I miał stos tych płyt i klienci sobie wybierali i przesłuchiwali. To jest Enrico Caruso, ten król największy. „Zakazana pieśń”, „Addio” Tostiego. Enrico Caruso – tenor. Te płyty grają jeszcze. Ktoś się uprze, to spuszczam z ceny. O! To jest bardzo stara płyta. „Home, sweet home” Allan McLuckie. To się potem z encyklopedii Metropolitan dowiedziałem. To była mezzosopranistka pochodzenia żydowskiego. Ta śpiewaczka. To jest jednostronna płyta. I ta płyta już ma ponad sto lat. Z bazaru! Rodzice byli bardzo wesołymi ludźmi, bawili się. Ja mam jeszcze cały album płyt rozrywkowych. Tu jest słynna aria „Z cieniem” z opery „Dinorah” Meyerbeera. Śpiewa wielki sopran koloraturowy Luiza Tetrazzini…

Na bazarze spotykały się dwa światy. Ci co przyjeżdżali spoza Warszawy, szli z Dworca Wileńskiego, a ta grupa warszawska – która na nich żerowała – sprzedawała im i ich okradała.

Kiedy ja zdałem na dziennikarstwo, wśród ludzi na bazarze funkcjonował niejaki „Otello”. Przyprowadziłem go na uniwerek i poznałem ze wszystkimi. Pamiętam reklamę, którą wygłosił „Otello” na dziedzińcu uniwersyteckim. Powiedział „Najlepsza jest amerykańska koszula w kratę”. Wszyscy pytają „Dlaczego?”. „Jak to dlaczego? Kupujesz pół litra, idziesz nad Wisłę, otwierasz, wypijasz i rozpinasz kołnierzyk – najlepsza jest amerykańska koszula w kratę – o!”

Ksywę „Otello” dostał, ponieważ gdy już go przyprowadziłem na Krakowskie Przedmieście, to on zakochał się w Jadzi, która pracowała jako barmanka w winiarni. Był bardzo zazdrosny i nikt nie mógł jej ruszyć, bo zaraz dostawał w dziób, a on miał około dwóch metrów wysokości. Pochodził z Pragi, z ulicy Wileńskiej. Drugi to „Szajba”. Człowiek, który założył orkiestrę i kontraktował koncerty na jeden wieczór – rozrywkowe, taneczne. I robił to w ten sposób, że po pół godzinie gry wywoływał bójkę (on się bardzo dobrze bił), przyjeżdżała milicja, zamykała imprezę, a on z całą orkiestrą udawał się gdzie indziej. Tam też po pół godzinie wywoływał bójki. Zamykali imprezę a on jechał na trzecią zabawę, gdzie znowu grał. W ten sposób w jeden wieczór zarabiał trzykrotną stawkę. „Szajba” był związany z bazarem, bo tam funkcjonowała giełda takich kontraktów. Tam się wszystko ustawiało.

Facet trzymał na rękach ancug to jest garnitur i wrzeszczał: „Takie szycie wyśmienicie, cztery lata przechodzicie, nim na gwoździu powiesicie. Drobny  żwir przepuszcza wody ni kropelki”.

Sprzedawano tu najbardziej egzotyczne alkohole. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na bazarze butelkę wódki z zatopionym w niej jaszczurem z Korei.

Pamiętam bazarową zabawkę. Kiedy dmuchnęło się w specjalnie umocowany krążek wielkości dzisiejszej pięciozłotówki, ten obracał się i z dziwacznych zygzaków zapisanych po obu stronach rodził się napis DUPA. Ten gadżet był do kupienia na głównym ręczniaku. Gumowe, czarne główki diabełków, które po naciśnięciu z charakterystycznym kliknięciem wyrzucały z siebie długi czerwony język, można było kupić przy głównym wejściu od ulicy Targowej.

Pierwsze modne lusterka z aktorkami i grające pocztówki też najszybciej tu się pojawiły.

Inny genialny aktor na sztalugach miał ustawione lustro, w ręku kawałek świńskiej skóry, na której tkwiła jeszcze szczecina. Mazał skórą lustro tak, że pojawiały się straszliwe tłuste plamy. I mówił, cały czas mówił – prowadził wielki aktorski monolog: „Ludzie, ludzie, co ja robię, patrzcie, jakie to obrzydliwe, nie, już nic nie widzę, już się nie widzę, całe lustro jest brudne, nie ma mnie, nie ma mnie, ale nagle...” i tu brał ten cudowny aparacik do rąk, a ludzie zamierali... „Ale nie. Nie. Jest ratunek”. Obok miał wiadro z mydlinami i dalej ciągnął – „Proszę państwa, dużej matury nie trzeba” i przesuwał wynalazkiem po tym lustrze. Nawet plamy po szczecinie schodziły. Mogłem godzinami stać i go obserwować.

Magiczne umiejętności posiadali handlujący różnego typu gadżetami do obierania i obróbki warzyw. Szybkie pokazy powodowały duże zainteresowanie patrzących i spory popyt. Dałem się nabrać na przyrząd krojący całego kartofla w spiralę. Przy pierwszej próbie w domu rozleciał się on na składniki pierwsze i był nie do naprawienia. Filozofię tego typu handlu zapamiętałem w reklamie wykrzykiwanej przez niezbyt trzeźwego gościa oferującego preparat na odciski, pumeksy, sznurowadła i coś idealnego na szczury:

– Maść na szczury! Maść na szczury! Łapiesz pan szczura, smarujesz pod włos i po dwóch tygodniach bydle zdycha. Maść na szczury! Maść na szczury!

Jak przekraczało się bramę bazaru to nie czuło się komuny. Tam funkcjonowały inne prawa. Ze względu na ludzi chodziłem na bazar, bo tam przychodzili ci, którzy uprawiali sztukę kreacji. Tam słyszałem: „amerykańska automata do wiązania krawata: co się nie namęczem, co się nie natrudziem, krawata nie zawiążem, koszule wybrudziem, a jednakowoż krawata nie zawiążem – amerykańska automata do wiązania krawata”. Nie pamiętam, jak wyglądała ta automata, ale pamiętam, jak była reklamowana. Pierwsze wrażenie to jakbym wszedł do teatru. Zobaczyłem ludzi, którzy uprawiali sztukę użytkową! Czyli kreowali zapotrzebowania na towary, które mieli – mniej lub bardziej potrzebne. Stałem z otwartymi ustami, jakbym wszedł do teatru iluzji.

Tu na bazarze funkcjonował fragment luksusowych warzywniaków, czyli nie do uwierzenia: pomarańcze i cytryny sprzedawane na sztuki. Później zamieniano te pieniądze na zwykłe, proste używki, typu „Kto kraj uwielbia i ojczyznę kocha, codziennie zażywa C2H5OH”. Tu sprzedawano łososie i kawior. Wielu ludzi, sławnych dzisiaj, nie będzie chciało się przyznać, że tatuś ambasador bardzo często tu towary przywoził, bo przecież miał możliwość.

Na jednym z pobliskich podwórek – studni, z mikroskopijną kapliczką pośrodku, miała mama swoje interesy. Pan z parteru dla niej szył torby. U starszej babci naprzeciwko mieli swój nieodkryty nigdy przez tajniaków magazyn. Interesy rozwijały się, wręcz kwitły. Ich załatwianie przekroczyło granice bazaru, Targowej, Pragi. Jeździłem aż na Wolę jako kurier, gdzie jakiś pan krawiec garniturowy produkował kurtki. Z ilością nie należało przesadzać, aby nigdzie po drodze nie rzucać się w oczy.

Dworzec Wileński. Tu o drugiej w nocy przyjeżdżały pociągi linii Małkinia – Białystok. Tu czekały w nocy riksze towarowe i na te riksze brali ludzie towary z pociągu dla pani Wiśniewskiej, Kowalskiej czy Grzybowskiej. I specjalnie dla tego pana z rikszą w nocy otwierano bazar. I pan kładł towar przy budce, plandeką przykrywał i kamieniami okładał. Tu nikt nikomu tego nie ukradł, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Ci ludzie się znali, oni się wzajemnie gościli, rodziły się związki. Połowa mieszkańców okolicy żyła z bazaru. To było wzajemne utrzymywanie się.

Na Brzeskiej miałem rodzinę. Cioteczny brat ojca był dozorcą pod dwudziestym. Wszystko, co tu widziałem, dla mnie wydawało się wtedy straszne. Co chwila ktoś kogoś zaczepiał. Chciał coś sprzedać, coś kupić. Rodzice mówili mi, żebym się nie zatrzymywał, bo tu przestępcy łapią dzieci. Bałem się, że mnie złapią i gdzieś wywiozą. Więc tylko z bramy wyglądałem. Brzeska tętniła życiem przez całą noc. Kiedy już dorosłem, to wiedziałem, że wszystko tu można kupić: i gorzałkę, i zakąski. Babiny siedziały tu całą noc. Ludzie śpiewali, pili, wesoło było. A już koło trzeciej nad ranem przyjeżdżali dostawcy z warzywami i rynek ożywał.

Mój kolega pochodził z Pragi i – co najważniejsze – używał praskiego języka, tamtejszego slangu. Wbrew pozorom jest on trudny do rozpoznania. Brzmi trochę inaczej, ma inny akcent i słownictwo niż zwykła polszczyzna. Nie wolno powiedzieć np.: „posuń się” – tylko: „przesuń się”. Powiedzenie do kogoś „posuń się” jest niebezpieczne, bo to w praskim slangu znaczy „pierdol się”. Byłem u kumpla na Pradze. Kobieta z pobliskiego budynku wyszła na spacer z psem. Zwierzę weszło na sąsiedni trawnik, a właścicielka do niego:

– Kajtuś, kurwa, wracaj, nie opuszczaj swojego terytorium!

Żadna kobieta nigdzie indziej tak nie powie. To jest praski slang, rodzaj języka więziennego, którym tam mówią nawet do psów.

Funkcjonował ścisły podział na Targówek i Pragę, granica szła po torach kolejowych. Słyszałem taką historię, że bandyta, który uciekł z więzienia, znalazł się na Pradze, ale on coś miał krzywo – tak się mówiło, skiepścił się na Targówku. Ci z Pragi pobitego nie wydali policji, tylko go przerzucili przez te tory na Targówek, aby ci ludzie z Targówka nim się zajęli. Nie oddawało się człowieka na policję, broń Boże, tylko na drugą stronę torów. Załatwiało się sprawy między sobą.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Zbigniew Hołdys

muzyk

Zenon Jędra

kupiec, prezes Stowarzyszenia KBR

Zbigniew Kozłowski

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Mentzel

pisarz, eseista

rozm. Maciej Miłosz, „Życie Warszawy”,
nr 92, 18 IV 2008

 

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Marek Piwowski

reżyser

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Hołdys

muzyk

Bohdan Łazuka

aktor, piosenkarz,
prezenter radiowy i telewizyjny

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Zbigniew Hołdys

muzyk

Wiktor Skowroński

zamieszkały przy ul. Brzeskiej,
aktor z Teatru Powszechnego

Marek Piwowski

reżyser

Józef Makowski (Max)

rozmawiał Przemysław J. Olszewski <<Praga gada>> Fundacja Animacja

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

 

Dariusz Osiński

Praca na konkurs „Cała Warszawa opowiada dzieje Bazaru Różyckiego”

 

Piotr Ikonowicz

polityk, działacz opozycji w PRL, publicysta

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Chodziliśmy do baru „U Era”, na ulicy Ząbkowskiej. Nam chłopakom z szkoły imponowało chodzenie do takich barów. Został tam folklor absolutnie przedwojenny – knajpa, w której królowała wódka, zagrycha, i nóż w kieszeni – miejsce prawdziwe, autentyczne. Picie tam nas wywyższało. To stanowiło wielki szpan powiedzieć, że było się w barze „U Era”.

Biegałem z kolegami po bazarze i zbierałem historyjki z „Donaldów”, gum do żucia. Wtedy jeszcze nie każdy wiedział, że te mini komiksy są w gumach i wyrzucał opakowania. A my dzieciaki lataliśmy po bazarze i jak leżał jakiś papierek, to się go podnosiło. A potem konkurowaliśmy, kto ma więcej tych historyjek. W lany poniedziałek kupowało się jajka-sikawki na bazarze i jak szły ładne dziewczyny, to stało się pod bramą i sik pod spódnicę. Funkcjonował na Targowej ogródek pod 46-tym i tam spotykali się ludzie z Brzeskiej. Tam się w piłkę grało, alpagi piło. Kiedy skończyłem ósmą klasę, to stała tam wiata i my gitowcy się pod nią spotykaliśmy z dziewczynami. Były wśród nich: duperki, takie co nic i takie normalne. Z nami chodziły takie normalne. No i kupowaliśmy alpagi na zakończenie ósmej klasy. Wypiło się pół i człowiek był nagrzany jak nic. Wtedy właśnie milicja wpadała, a my uciekaliśmy po podwórkach.

Jednym z najbardziej chodliwych towarów na bazarze była guma Wrigley’s, amerykańska. W normalnym obiegu sklepowym nie dało się jej kupić. A tu leżała niemal na każdym straganie. Jako chłopcy marzyliśmy o niej, bo to był przecież smak Zachodu, smak Ameryki.

Urodziłem się w ‘58 roku, w roku w którym po raz pierwszy ukazał się „Dziennik Telewizyjny”. Wtedy głównym jego bohaterem był Gomułka. Nie miałem telewizora i nic o tym nie wiedziałem. Moim oknem na wielki świat pozostawało okno mieszkania na Targowej 45. Przez to okno widziałem bazar Różyckiego. Dla małego chłopca z biednej rodziny był to świat z bajki. Zbierałem komiksy o Hansie Klossie i marzyłem o kolorowym świecie, którego skarbami handlowano na bazarze. Rodzice byli jednak biedni i to babcia dawała mi kieszonkowe. Zacząłem myśleć o własnych pieniądzach. Kobieta pracująca w kiosku szczelnie zasuwała małe okienko, aby nie tracić ciepła. Gdy ktoś zapukał w szybę, zdziwiła się, bo przed kioskiem nie było nikogo. Dopiero po chwili zauważyła chłopca, tak małego, że musiał stanąć na palcach, aby go zobaczyć. Gdy poprosiłem o dziesięć „Expresów Wieczornych”, zdziwiła się jeszcze bardziej. Po piętnastu minutach przyszedłem znowu. Pierwszym kioskiem, do którego przywozili gazety, był ten na Kijowskiej. Leciałem tam o wpół do pierwszej, kładłem 5 zł i kupowałem 10 sztuk „Ekspresu…”, wlatywałem na Targową do „Oazy” i tam sprzedawałem te pierwsze dziesięć. Potem wracałem i brałem 20, i szybko do „Inwalidów”. Na koniec prułem na Różyca i tam sprzedawałem ostatnią partię. Zarabiałem nawet po 50 zł dziennie. 50 złotych! To stanowiło olbrzymie pieniądze. To było życie! Początkowo trochę się wstydziłem, bałem się, że ludzie będą mnie gonić, ale okazało się, że nie. Jak wielu innych chłopców w moim wieku oszczędzałem wówczas głównie na gumę do żucia.

Kamil Sipowicz

filozof, poeta, rzeźbiarz

Pan Czarek

kupiec

Zbigniew Hołdys

muzyk

"Gierek"

Później to zaczęło się zmieniać. Być może była to po części zmiana pokoleniowa, uważam jednak, że przede wszystkim na bazarze zaczęło się pojawiać zbyt wielu obcych. Coraz częściej wybuchały burdy. A my byliśmy spokojni. Wbrew temu co mówiło się o Pradze, nasze towarzystwo zawsze zachowywało się odpowiednio. I trzymaliśmy się razem bez względu na wszystko. Mój znajomy, który mieszkał wtedy na Ząbkowskiej, nigdy nie zamykał pod domem swojego auta. Doskonale wiedział, że nikt by mu go nie ukradł. Znał swoich sąsiadów, dał komuś zaskórniaka na piwo czy kupił flaszkę i wiedział, że nic nie może się stać. Między mieszkańcami miała miejsce wielka solidarność. Ludzie z Pragi trzymali się razem. Potem to się zmieniło.

Jeżeli tu ktoś przychodził i nie zaczepiał, czyli z pozycji gościa, to nikt mu nic nie zrobił, bo każdy wiedział, stojąc w bramach, że jeżeli ten człowiek odważył się przyjść, to albo ma tu rodzinę, więc go się nie rusza, albo dopiero co się wprowadził, więc też się go nie rusza. Żaden inny człowiek nigdy by tu nie przyszedł, bo jakim cudem.

Nie należało na przykład zaczepić faceta, który szedł w towarzystwie kobiety. Można było podejść do niego, wziąć na bok i powiedzieć „Jutro masz być tu sam”. To taki rodzaj praskiej szarmancji, która nie obowiązywała w innych dzielnicach. Takich odrębności i smaczków kulturowych funkcjonowało mnóstwo. Panowie mieli w zwyczaju  nosić torebki swoich pań podczas wspólnych spacerów. To taki przejaw rycerskości – kobieta miała dzięki temu swobodne ręce. Jednocześnie oznaczało to swoistą oznakę związku. Kiedy facet szedł z panią pod rękę, a pod drugą ręką trzymał jej torebkę, to oznaczało, że idzie w towarzystwie kogoś więcej niż koleżanka. Jeszcze w latach 60. ten zwyczaj stosowano powszechnie – zarówno wśród dojrzałych mężczyzn, jak i młodych chłopaków. W tamtym czasie popularne wśród pań były bordowe torebki crepes. W związku z tym wszędzie widziano wyposażonych w nie mężczyzn. Ja też chodziłem z tymi torebkami pod pachą…

Swój swojego nie wydawał i słowo „honor” było bardzo ważne. Swój swego nie okradał, nie bił, nie napadał i nikomu nie robił krzywdy. Funkcjonowały zasady i jak się jakąś transakcję przeprowadziło, to jak na targu końskim przybijało się ręką, przyklepywało się i nawet się spluwało.

Funkcjonował ciągle kodeks. Jak kobieta szła z torebką, to nikt jej nie ruszył. Jak ktoś szedł pijany, to go zaprowadzili do domu, nie okradli.

Joanna Mazurek

mieszkanka Pragi

Pan Czarek

kupiec

Andrzej Tomaszewski

kierownik pracowni ślusarskiej
w Teatrze Powszechnym

Grażyna Dylewska

mieszkanka Pragi

źródło: AHMMWP

Zbigniew Hołdys

muzyk

Tu przyjeżdżali i z Czech, i z Korei, i proszę pani Murzyni tu też przyjeżdżali, i wozili rzeczy ze swoich stron. Raz proszę pani do tego komisu od ul. Ząbkowskiej złodzieje zrobili podkop. Podkopali się do tego komisu i ukradli dużo rzeczy.

To przy komisie znajdowały się najlepsze na bazarze miejsca. Tu pracowała elita. A sprzedawano… to się w głowie nie mieści… W sklepach nie było nic, a tu futra, lisy, dżinsy. Wszystko co najlepsze. Niektóre kobiety przychodziły tu tylko po to, by dotknąć takiego lisa, czasem na chwilkę przymierzyć i poczuć się jak królowa angielska. Przeciętnym ludziom nawet nie śniło się, żeby to kupić, a taki ze wsi, to nawet wstydził się spojrzeć, nie mówiąc, żeby dotknął.

Produkty zagraniczne przyjmowano w komis i ja