Kontakt

Na Bazar Różyckiego wszyscy się zjeżdżają
Na Wschodzie i Zachodzie LUDZIE go znają
Tu wszystko można kupić, można nie
Warszawska atmosfera każdy o tym wie

Bazar Różyckiego to był żywioł życia, bo tu się działo, tu życie trwało. Od otwarcia, do zamknięcia, od rana do ściemnienia. To był wielki kombajn ludzi, jak stocznia w Gdańsku.

Wszystko jest tu autentyczne. Prawda i fałsz. Soczystość owoców i blask złota. Chodzę już pół dnia po bazarze i jego obrzeżach: Targowej, Brzeskiej, Ząbkowskiej. Wchodzę i wychodzę, i tak w kółko. Miałam kupić to, czego nie ma gdzie indziej. Kupiłam, ale mi się nie spieszy, słoneczko wyszło zza chmurek i ładnie przygrzewa, ocieram się o tłum i przepycham, torebkę mam blisko ciała.

- Ohyda – powiedziała znajoma i, kupiwszy co trzeba, czym prędzej opuściła Brzeską, a ja zapatrzyłam się na pijaka, co sprzedawał własne buty, stojąc na bruku w dziurawych skarpetkach. Myślałam jak Epiktet, że rzeczy zdają się być niedoskonałe, ograniczone i złe, ale nie istnieją dla siebie, tylko dla całości. Pozorna niedoskonałość jest w rzeczywistości korzystna i konieczna dla losów świata. Nie może być dnia bez nocy, męstwa bez tchórzostwa, prawdy bez fałszu, cnoty bez występku. I ta właśnie niedoskonałość poszczególnych rzeczy składa się na doskonałość całości, na jej wewnętrzną harmonię.

Czasami robiliśmy te mety. Zaczajaliśmy się i jak klient wychodził z połówką, to my cap klienta, ładowaliśmy się z nim z powrotem na metę i kipisz. Wiedzieliśmy dobrze, gdzie chowają wódkę. Towar był, świadek był i od razu wieźliśmy na „tryby”. Obowiązywał wtedy dodatkowo przepis, że alkohol można sprzedawać od trzynastej. Na bazarze nikogo to nie obchodziło. A więc zwijaliśmy i za 222 (Artykuł 222 „Kodeksu karnego” dotyczył spekulacji.), i za nieprzestrzeganie tej godziny. Leciały wyroki.

Najwięcej ludzi przychodziło na metę, kiedy ogłaszano prohibicję np.: 1 maja czy 22 lipca.

Wielu ludzi zwijaliśmy za alkohol. Handlowano nim wszędzie – na bazarze i pod. Brzeska, Ząbkowska – każda brama to meta.

Pracowałem w Universamie w sklepie nocnym. Milicjanci przyjeżdżali po służbie. Mówią, że chcą wódkę. A my nie mieliśmy już nawet schowanej. I mówię, że jak wiedzą gdzie, to ja z nimi pojadę. No i wsiadłem w Nyskę i pojechałem. To była chyba Brzeska 18. Pukamy. Zza drzwi słychać „Co trzeba?” My że po wódkę przyjechaliśmy. A z za drzwi „Wczoraj byliście i wszystko wybraliście”. „Ale my dzisiaj prywatnie.” „A ile chcecie?” „Cztery.” „Ale za to żeście wczoraj wybrali, to drożej będzie”. I tak z milicją na mecie wódkę kupowałem. To byli normalni ludzie. Trzeba było dać żyć. No, zdarzali się służbiści. Musieli wykazywać normy. Więc wiedzieli, do kogo mają iść, jak trzeba taką normę wykazać. Każdy przestępca wiedział, że czasami musi dać się złapać. Ale przestępstwa nigdy nie były w PRL-u potępiane.

SB nie posiadało takich środków łączności, jak ci co handlowali wódką. Jedziemy samochodem, ja pokazuję palce, tyle ile chcę flaszek, ale z tego pokazywania na razie niewiele wynika, bo jeszcze muszę wyjąć banknoty i pokazać. I jadę dalej. Trzy bramy dalej dostawałem wskazaną liczbę flaszek.

Jechałem z koleżanką. Impreza miała miejsce po pracy, należało zaopatrzyć się w alkohol. Jedziemy i ja tylko przystanąłem. Ona mówi „otwórz okno” i nagle butelka wódki wpadła. Pani, która stała na Ząbkowskiej przy krawężniku przez otwarte okno wrzuciła nam w torebce półlitrówkę.

Przyjechałem do Warszawy z Częstochowy w 82 roku. Studiowałem polonistykę na UW. Pierwszym moim mieszkaniem był słynny akademik KIC na Grochowie, na ul. Kickiego. Najbliżej naszego akademika funkcjonowała meta u Pani Pułkownikowej na ul. Kobielskiej. Ale zdarzało się, że Pani Pułkownikowa była spłukana z towaru i następnym przystankiem stawały się wówczas okolice bazaru Różyckiego. Towarzystwo zrzucało się na taksówkę i wyruszało w podróż na Brzeską. Tam nie było zbyt bezpiecznie, więc szybka akcja zamieniała się w prawdziwą wyprawę z dreszczykiem. To był 1982 rok.

Stan wojenny – czas prohibicji i braku papierosów. W szarym ciemnym przejściu podziemnym obok bazaru Różyckiego stał wtedy facet i chował coś za pazuchę. Nalewał do brudnej szklanki „setę”, którą podawał przechodniowi. „Na popitkę” częstował papierosem.

Czas płynął szybko, wybuchły strajki, powstała Solidarność, odszedł wielki Edward Gierek, na bazarze pojawiły się wojskowe patrole, opustoszały sklepowe półki, a ja ciągle tkwiłem na swoim posterunku. Kiedy nie było papierosów – handlowałem papierosami, kiedy brakowało wódki – pędziłem bimber.

W czasie stanu wojennego – „Eleganta” – króla bazaru spotkałem po lewej stronie Wisły. Pędził do pałacu Mostowskich, gdzie miała siedzibę Stołeczna Komenda Milicji.

– Do swojego oficera – powiedział z rozbrajającą szczerością.

– Jak to? – zdumiałem się.

– Przecież muszę mieć swoją osłonę – dalej był szczery.

Jaką cenę płacił temu oficerowi? Jakie informacje mu przekazywał? Kogo oszczędzał? A kogo wydawał? Już go nie widziałem więcej.

Jest rok 1982. Styczeń. Stan wojenny. Miałem właśnie wyjść z więzienia. Jestem w celi przejściowej, gdzie czeka się na „dolewki”. „Dolewki” – to znaczy, że przyjdzie poczta i każą siedzieć dalej, więc zawsze była niepewność do ostatniej chwili. Wychodziłem z kolesiem, który miał na nogach dwa lewe buty, strój więzienny, obszarpany, niedopasowany, za duży. Na głowie wciśnięta tzw. „kaniołka” czyli okrągła, szara, więzienna czapka… Jakiś taki pokraczny typ. Wyglądał trochę na niedorozwiniętego, a trochę na inwalidę – w każdym razie na kogoś przypominającego Quasimodo. Taka pokraka. No i odebraliśmy z magazynu ciuchy… Koleś założył cytrynowy golf, skórzaną marynarkę, kaszkiet, lakierki na słoninie i… z robaka przeistoczył się w pięknego motyla. Okazało się, że to wysoki, przystojny brunet. Chodził bardzo energicznie od ściany do ściany. Bez przerwy w nerwach powtarzał: „Ciekawe czy bazar czynny? Mam nadzieje, że bazar jest czynny".

To były bardzo smutne czasy. Przed Bożym Narodzeniem. 13 grudnia weszli od Ząbkowskiej; żołnierze i dużo milicji. Poniszczyli, pokopali choinki. Wszędzie funkcjonowała kontrola wojskowa. Zatrzymywali samochody, kto miał benzynę w karnistrze to mu ją zabierali. Jednak Bazar w stanie wojennym funkcjonował. Pracowaliśmy cały czas. Nie było przerw.

Pracowałem w milicji, aż nam się zachciało związków zawodowych. Chcieliśmy się bronić, bo wyglądało wcale niewesoło. Podejście dowódców – tragiczne. Oni tylko czekali, by kogoś gdzieś utopić. Nie liczyli się z nami zupełnie. Przy ulicy Stalingradzkiej znajdowały się milicyjne garaże i my w grudniu 1980 albo w styczniu 1981 zablokowaliśmy je. Stu dwudziestu ludzi, wszyscy z bronią. Nasze dowództwo z Komendy Stołecznej w portki robiło ze strachu. Zainteresowały się tym zachodnie telewizje, chciały z nami robić wywiady, ale my ich nie udzielaliśmy, bo nam zapowiedziano, że kto to zrobi, tego zaraz wywalą. Siedzieliśmy tam chyba z tydzień i w końcu rozwiązano cały batalion pogotowia i nas przerzucili do wydziałów w dzielnicach. Ja trafiłem na Pragę Południe w pobliże bazaru.

Obok najbardziej wysuniętego kiosku warzywnego usadowił się grubas z czerwonym nosem i wykrzykuje.

– Proszę państwa, proszę o chwilę uwagi. To, co pokażę i powiem, przyda się w dzisiejszych czasach. Oto mam chusteczkę bajecznie kolorową, jak powiedział pewien poeta (pociąga spory łyk z półlitrowej butelki.) Nie, to nie wódka, w pracy nie piję. Przystępujemy do dzieła. Robię plamę na chusteczce. Za chwileczkę jej nie będzie, bo posypuję moim cudownym proszkiem i plama znika. Oto, proszę patrzeć, jest ów proszek. Kto ma plamę z oleju, smaru, słodkich wódek i kartofli, powinien kupić mój środek. Jedyna okazja. To nie cuda, proszę państwa, to tylko chemia. Nie ma znaku. Państwo pozwolą, że się napiję, bo w gardle mi zaschło.

Kilka metrów dalej, głosem równie donośnym inny sprzedawca przywołuje klientów.

– W kuchni rzecz niezbędna. Kapustę biorę, dzielę na dwa kawałki, szatkuję. Za godzinę – 20 główek, za dwie godziny – tonę, a do wieczora – cały wagon. Okazja za jedyne 300 zł. U mnie tak: firma krzak, krzak się wyrwie i po firmie.

Gdy słodycze w stanie wojennym sprzedawano na kartki, kupowało się je od innych ludzi, co nie przepadali za czekoladą. Na początku 1980 roku ludzie zapisywali się u mnie na czekoladę z laskowymi orzechami. Nie nadążałam z dostawami. Wtedy marża wynosiła ponad sto procent.

Wśród tej ciżby można dostrzec zawsze kilku Cyganów w wieku poniżej 30 lat, trzymających po dwie patelnie w rękach. Kręcą nimi i od czasu do czasu podrzucając, zachęcają przechodniów do kupna tych wyrobów.

Bardziej na prawo, przy kolejnej bramie, od godziny 8:00 aż do zamknięcia bazaru, stoją lub siedzą na skrzyniach po owocach staruszki, które sprzedają słodycze.

– Po czemu to kakao?

– Dwieście pięćdziesiąt.

– A ptasie mleczko i torcik?

– Siedemset i sześćset (w sklepie odpowiednio 285 i 240 zł, ale brak).
– Nie za drogo babciu spekulujecie? – rzuca ktoś z tłumu.

– Spierdalaj, synku, to nie ZUS.

Już po czasach „Perfectu” szedłem tam z kolegą. Słyszałem za sobą komentarze, że jestem inaczej ubrany itp. Mój kolega z bazaru odwrócił się i powiedział do jednego z zaczepiających.

- Zamknij mordę, bo to jest mój wafel i nie zaczepiaj go!

Chłopak zorientował się, że przesadził i zawołał:

- Poczekaj, poczekaj – co chcesz? Ja Ci wszystko załatwię. „Gana” chcesz kupić?

Od strony ulicy Ząbkowskiej, bezpośrednio w bramie, robotnik mógł sprzedać swoje sorty mundurowe tzn. drelich, buty, rękawice, ubiór ocieplający (i zamienić to na 0,5 l, by wypić z kolegami). Te sorty natychmiast zakupywane zostawały przez drobnych przedsiębiorców, którzy mogli ubrać w to swych pracowników. Ja przez kontakt bazarowy miałam załatwione łóżeczko dla dziecka i używaną pralkę. Idąc w głąb bazaru, każdy przechodzień był zaczepiany pytaniem, co ma do sprzedania.

Przechodząca kobieta mamrocze pod nosem „Kartki, kartki na mięso”. Duże po tysiąc złotych, małe po sześćset. 35 lat temu, kiedy na bazarze stało 1650 stoisk handlowych, w 17 budkach rzeźnicy sprzedawali mięso i wędliny. Teraz nie ma ani jednej.

Na deptaku przy alei głównej można się zaopatrzyć w kartki żywnościowe oraz w to, co można za nie kupić: alkohol, słodycze, kawę.

Można dostać papier toaletowy, smalec, mięso, ubrania, dywany, meble, wszystko. Kartki na żywność i talony na benzynę.

– Pani czegoś uważa? – słyszało się co chwilę.

Moja koleżanka ze Śródmieścia przyjeżdżała na bazar, żeby sobie polędwicę czy szynkę kupić. Też się dziwiłem „Że się nie boisz tak bez żadnej ochrony sanitarnej”. Mówi „Ja wiem, że tutaj jest zdrowe mięso, przecież od tylu lat jem i nie otrułam się”. I to mówiła pracownica handlu zagranicznego. Ona pół świata zjeździła, więc wiedziała, co mówi.

Na bazarze jestem od trzydziestu lat. Mieszkałam obok na Ząbkowskiej. Handlować zaczęłam jako nastolatka. Pomagałam rodzicom. Zaczęłam najpierw od małych rzeczy, jak rajstopy, podwiązki, czy damska bielizna, a skończyłam na mięsie. Do handlu to trzeba mieć dwie rzeczy: cierpliwość i dobrą gadkę. Trzeba psychologicznie klienta wyczuć, bo z handlem jest jak z tańcem. Trzeba klienta prowadzić. Gadać tak, że gdy człowiek nic nie kupi, to ma odchodzić zawstydzony. Ma myśleć, że stracił wielką okazję.

Jest wcześnie rano, kupujących jeszcze brak. Są dostawcy. Dwaj mężczyźni. Wysoki wyjmuje z dużej torby cytryny i orzeszki ziemne, niski z brodą targuje się o cenę przywiezionych mandarynek. Obaj przyjechali prosto spod drezdeńskiego miasteczka, gdzie są na kontrakcie. Po ósmej bazar się ożywia. Otwierają się jedna po drugiej zielone budki. Sprzedawcy wykładają towar. Na bazarze jest 488 punktów handlu nieuspołecznionego oraz 63 państwowe i spółdzielcze. Drewniane budki o wymiarach 2,5 na 3 metry nie mają ogrzewania ani kanalizacji. To wszystko na powierzchni 1,5 ha. Bazar jest największym targowiskiem tego typu we wschodniej Europie.

Oczywiście. Ludzie, którzy się posługiwali takim językiem, mieli wysoko postawioną kulturę i honor. Dzisiaj już nie ma takiego poczucia, dziś ludzie nie znają, co to kultura. Wtedy może nie potrafili się wysławiać, ale zachowywali się jak trzeba.

Niech więc wszystko tak zostanie jak jest,
Warszawo Ty masz gest,
Bazar niech nam dalej służy,
Bawi, zaopatruje, oby jak najdłużej,
Bo w nim tyle Warszawy zostało,
Że chciało by się to wszystko zatrzymać tak, jak dawniej bywało.

W „Bazarze” znalazłam frazy, które wydają mi się typowe dla gwary warszawskiej: „Bo fason musi być – w kulturze trzeba żyć” – prosta rymowanka, a jednak wierny obrazek tych ludzi, środowiska.

Ja się urodziłem na Targówku i całą swoją chmurną młodość tam przeżyłem. Posługiwałem się dwoma językami – jednego uczyła mnie szkoła, drugiego ulica. Teraz, pisząc, posługuję się właśnie gwarą.

Wiersz „Bazar Różyckiego” napisany jest gwarą. Z czego to wynika?

Bywałem na bazarze i pomyślałem sobie, że jest to ważny relikt przeszłości. Warszawa ginie, to zapiszmy to, co jeszcze można ocalić. Niech to zostanie, niech to nie zginie. Jeżeli pisze się o Warszawie, uważam, że nie można opuścić bazaru – jest to część wielkiego tematu. To jest prężna instytucja handlowa i społeczna – dawała pracę, utrzymanie, wyżywienie. Był to jeden z głównych ośrodków, które odbudowywały Warszawę. A ja poezję widzę wszędzie. Znana jest np. historia pucybuta bazarowego, który nie chciał pieniędzy od żadnej pięknej pani, mówił tylko że chciałby ją pocałować w kolano…

„Bazar Różyckiego”. Jak się narodził ten utwór? Dlaczego w latach osiemdziesiątych?

Właśnie, obserwowałem. Oczywiście, należało się odpowiednio ubrać, odpowiednio zachowywać. Jak wchodziłem na Bazar, to miałem ręce w kieszeni, papieros w gębie, żeby się nie rzucać w oczy. Bazar od razu wyczuje, że ktoś nie swój i nikt z Panią nie będzie chciał gadać. A ja sobie zawsze porozmawiałem. A umożliwiło mi to posługiwanie się gwarą. Wie Pani „proszę pana, bardzo pana przepraszam”, kochana, to już jest smród. A jak Pani przyjdzie, porozmawia o tym, o tamtym, to nie będzie Pani brana za urzędnika skarbowego albo za tajniaka.

Jest Pan poetą! Pisze Pan o Warszawie, o Pradze, o bazarze Różyckiego. Co Pana inspirowało, gdy Pan obserwował Bazar?

A kiedy człowieku ujrzysz groch, kaszę, fasolę
W workach, woreczkach w stu gatunkach rozłożone na stole,
I wiszące na metry grzybki suszone,
Nie wierzysz oczom, ileż tego tu nagromadzone!
Brać i wybierać, ceny ruchome.
Rano wysokie, po południu obniżone.
Jeśli tylko przez trzy dni deszcz nie pada,
Wszystko idzie w górę, cebulka, sałatka, nawet oranżada.
Okazja cenę kształtuje,
Oranżadę też z owoców się produkuje.
Klient nasz Pan i Panem się czuje,
Zapłaci słono, ale się potarguje,
Dla obopólnej przyjemności,
Bo tu jest warszawski bazar, proszę wschodnich i zachodnich gości!

Alejka zieleniaków tymczasem nabrała egzotycznych barw. Piętrzą się banany po dwa tysiące za kilogram, winogrona po trzy tysiące, pomarańcze i mandarynki (kg za 1800 zł) ogrzewane sodowymi żarówkami. I rarytas: włochate oliwkowe owoce kiwi po sześćset złotych sztuka w oryginalnym opakowaniu.

U bram Bazaru pączki sprzedają,
Lukrowane, słodziutkie. Nawet od Bliklego wysiadają.
Towar wyłożony na wózeczkach, lekko przykryty,
Aby widać było
I co nieco mniej się kurzyło,
Sprzedawczynie w prawie białych kitelkach
Zachęcają do kupna. Podają na papierkach.
Bo fason musi być.
W kulturze trzeba żyć!
Jak zaczniesz bracie od słodkości
To zakupy pójdą fajnie, proszę gości.

Życie bazaru Różyckiego zaczynało się o siódmej. Latem o godzinę wcześniej. Wchodzę od Ząbkowskiej. Wewnątrz nie ma nikogo prócz dozorcy Marczaka z pękiem kluczy. Wpuścił właśnie od Brzeskiej pierwsze handlarki drobiem. Przy wejściu od Targowej czeka już bazarowy poborca – pan Zbyszek.

Pan Zbyszek trochę się spóźnił. Bliżej miał przez Ząbkowską, woli jednak tamtędy nie chodzić. Nie to, żeby miał coś na sumieniu, ale zawsze znajdzie się ktoś, co by mu chętnie przyłożył.

Ludzie w stanie wojennym zrobili się solidarni. Trzymali się razem. Wiadomym się stało, że istnieją jakieś struktury organizacyjne. Ale to nie było tak, żeby ktoś trzymał cały bazar. Wołomin istniał wtedy tylko jako jeden z gangów kieszonkowców, drugi to były Kielce. Rzecz jasna my mieliśmy swoje metody operacyjne, żeby tę ich solidarność przełamywać. Najprostszą metodą stało się napuszczanie jednych na drugich. Łapaliśmy jakiegoś ludka i mówiliśmy, że ktoś go wystawił. No i oni jak dzieci, dawali się na to łapać. A jak przypucował tego kogoś, to już musiał współpracować. Bo jak nie, to jeżeli rozniosłoby się na bazarze, że kablował, to byłby skończony. Jasne jest, że bez „ucha” nie da się pracować. Z drugiej strony wtedy nie załatwiano spraw przy pomocy bejsboli. Lepiej było konkurencję po prostu podpierdolić. Jak ktoś z zewnątrz chciał wpuścić duże dostawy dżinsu, to pozwalali mu na jedną, dwie dostawy i wystawiali go. I już po kliencie. Jasne, że ci handlarze za nami nie przepadali. Nie miały miejsca żadne „znajomości”. Stało się to obustronnie niebezpieczne. W tym sensie, że jeżeli stałem dłużej przy którymś z handlarzy, rozmawiałem z nim, to zarówno ja jak i on mogliśmy zostać posądzeni o współpracę. Czyli konkretnie ja, że biorę coś od niego, a on, że jest moim „uchem”. Dla każdego taka znajomość oznaczała kłopoty. Stosunek kupców do mnie to był taki – śmiech z zaciśniętymi zębami, „jak na budyniu”.

Wódka, papieros – narkotyk zawsze się sprzeda. Zawsze idzie. Tak to jest. Truciznę ludzie biorą, bo człowiek jest głupi. Chleba se nie kupi, a truciznę kupi. Funkcjonował tu taki jeden, co w latach 80. na tym trzepał. Wtedy mi się wydawało, że to starszy facet, bo z brzuszkiem. Taki jasny kożuch miał podszywany. Paser. Narkotyków nie miał, bo mówił, że to grzech. Zegarkami handlował, łańcuszkami. Większość kradziona. I przynosili mu te ćpuny to, co ukradli. Na głodzie, to za grosz oddawali, a ten przebicie miał stokrotne. Na nieszczęściu ludzkim żerował. Pamiętam przed Bożym Narodzeniem to było. Zimno, ale ludzi pełno. Stoją i chuchają w zmarzłe dłonie. Przychodzi do niego taki, widać, że jakiś naćpany. Chudy, policzki zapadnięte, sine oczy. Obdartus trefne rzeczy chciał sprzedać. Weszli za budę. I zaraz, dziesięć minut nie minęło, milicjant wpada. Pewnie mieli cynę, ale paser uratował tego ćpuna. Siebie i ćpuna. Obaj by poszli do mamra. Milicjant chce dokumenty od tego młodego. Wylegitymować znaczy. Ten nie ma, ale stoi w bezruchu, a po kieszeniach kradzione fanty. Wtedy paser jak nie pieprznie młodego w twarz. Drzeć się zaczął. Od chujów zaczął wyzywać, żeby się od jego córki odpierdolił. Że to nie dla niego i że jak się dowie, to mu jajca z dupy powyrywa. Młody się skulił, leżał na tym brudnym śniegu. Ten go kopać chciał, ale nie trafił. Może specjalnie. A milicjant ogłupiał. Rozdzielać chce, uspokajać. W końcu staremu pod kolano przypieprzył pałą aż jęknął. Zaraz wypisał mu na kolegium wezwanie i poszedł. Stary zapłacił i się rozeszło po kościach. A młody jeszcze tylko raz przyszedł na bazar i zniknął.

Byłem na imieninach u Stasia na Brzeskiej. I wychodzimy z żoną rano, o siódmej z bramy, a dwóch takich mówi „Panie Sylwku, kup pan flaszkę, bo całą noc ani jedna flaszka nam nie poszła”. Ja mówię „Nie, nie, bo jakiś trefny towar...” „Nie, dla pana to będzie glanc pomada, pan się nie martwi”. Dobrze, wziąłem. A nie potrzebowałem, bo miałem u siebie w barku, po co mi ta flaszka. Wróciłem do domu koło 8 rano, żona poszła spać, a ja w kuchni usiadłem i jak nigdy nie piję sam, nie idę solówką, jak to się mówi, to te pół litra ciągnę i ciągnę. I coś mnie kurka wodna męczy. Nagle dzwoni szwagier. „Słuchaj Sylwek, samolot spadł. Halinka”. Siostra. Od razu otrzeźwiałem. Po całej nocy i jeszcze to pół litra, jakby ze mnie to zeszło. Pojechałem z nim na to lotnisko w Pyrach, nikt nie przeżył.

To była melina. Na stole leżał obrus, którym można było się pokaleczyć, tak czysty; czerwona lampka nad obrazem „Ostatniej Wieczerzy”, parawan między dwoma stolikami i pani mówiła „Co chcecie, litr wódki czy dziesięć piw?”. Dla dwóch mężczyzn tyle się należało; i jeszcze schabowy na dwa palce i gorący chleb. O każdej porze. Ja tam bywałem o dziwnej porze, ile kosztowało, nie pomnę. Niedużo.

Sklepy nocne nie istniały. Tylko knajpy funkcjonowały w nocy. Ale gdzie do knajpy? Zapłacisz tam pięćset parę złotych – na tamte pieniądze – a w sklepie kosztowała wódka sto złotych. Na bazarze sto dwadzieścia. Dwie dychy do przodu. Dlatego wokół bazaru funkcjonowało pełno melin.
Melina to jest takie mieszkanie, gdzie możesz sobie usiąść, wypić i wyjść. Melina nie jest miejscem handlu, ale miejscem spotkań. A meta to tam, gdzie się kupuje wódę w nocy.

Różne informacje przenikały z Monopolu na Ząbkowskiej, bo to przecież było blisko. Facet przyjeżdżał do Monopolu wozem, odbierać pełne skrzynki wódki, no i kiedyś koń się potknął i dyszel opadł. No i tu awantura, bo w metalowym dyszlu litry spirytusu. Mówi się też o instalacjach w Monopolu, że się wkręcali w te instalacje, tak jak dzisiaj w gazociągi. Przecież nikt wtedy w takich małych fabrykach nie zakładał ciśnieniomierzy i nie kontrolował tego, ile ubywa.

Moja mama miała na bazarze najpierw stragan z warzywami i owocami, później zaczęła handlować złotem, a potem alpagami, piwem, wódką. Wszyscy, co mogli sobie zarobić na tym, to zarabiali. Kupowało się alkohol dzień wcześniej: wódki, wina te patykiem pisane, alpagi, piwo i przed godziną trzynastą odbywał się handel. Również jak się nie chciało jeździć do Peweksu, to byli od tego dostawcy. Płaciło się – załóżmy – 100 złotych z kawałkiem, a na bazarze sprzedawało się po 120. Z Peweksu. Za dolary kupowało się alkohol i za bony.

Jeden z oficerów miał swojego „tajnego współpracownika”, no i ten podpisywał mu „etatowo” kwity na mety z wódką. Doskonale wiedzieliśmy, gdzie one są, kto tam handluje. Ale żeby zrobić sprawę, należało mieć świadka. No i ten miał takiego świadka. Jak było trzeba, to podpisywał mu oświadczenie, że w tym właśnie miejscu kupował wódkę. No i tak się złożyło (sądziła tego dnia akurat sędzina Kucyk), że jednego dnia, na wokandę wjechało kolejno 6 spraw w których on stawał jako świadek. No to przy którejś sprawie, ta Kucyk, zaczęła rozważać, czy nie należało by świadka skierować na przymusowe leczenie antyalkoholowe.

Cała Warszawa przyjeżdżała wówczas po kury na Różyca. Najlepszy rosół z takiej kury był. A smak tego rosołu to coś nie do opisania. Po prostu nic się z nim równać nie mogło. A na przeziębienie najlepszy lek.

Swoje stoisko założyłam w 1986 roku. Tak jak mama sprzedawałam sery, jajka, grzyby, ryby. I tak jak ona wiedziałam, że bazar uczy wielu pozytywnych wartości. Choćby tolerancji. Bazar to miejsce dla każdego, więc można tu spotkać wielu obcokrajowców. Znałam nawet Afgańczyka. Ismail handlował kawiorem i został przyjacielem naszego domu. Najbardziej lubił polską Wigilię, bo wiedział, że na stole nie znajdzie się żadna potrawa z wieprzowego mięsa.

W tym czasie bazar zmienił się. Kupowano zza pleców. Może dlatego, że czasy nastały kartkowe. Kupowało się wędlinę, tyle że w warzywniaku. Na hasło „Czy jest świeża kapusta?”, pani która mnie znała, wiedziała, że świeża kapusta to schab. Schab pakowano na zapleczu w gazetę lub szary papier. Rozwijało się i widziało, co kupiło. Żeby dostać mięso, musiałam zostać protegowana przez panią, u której przez tyle lat kupowałam z tatą jarzyny. Spytałam się jej, czy przypadkiem nie wie, gdzie można dostać mięso. Ale ona, jak się okazało, sprzedawała cukier. Poszłam więc z nią kilka stoisk dalej, gdzie powiedziała „To jest moja klientka” i ja mogłam już potem kupować. Każda handlarka miała coś innego, jedna wołowe, druga wieprzowe. Bazar dużo stracił, kiedy do Warszawy zaczęły przyjeżdżać baby ze wsi z mięsem, które obchodziły klatki schodowe, pukały do mieszkań i sprzedawały mięso, które leżało pod jajkami w wiadrze. Ja nie miałam zaprzyjaźnionej baby. Miała teściowa i kupowała u niej cielęcinę, ale pozostałe mięso kupowałam na bazarze. Głównie schab, ale tak samo wątróbkę drobiową dla dziecka. Wątróbkę sprzedawano w słoiczkach i pani palcami wyciągała jedną czy dwie, w zależności ile się chciało.

K. Jugo: – A powiedz o tym Szwedzie!

E. Jugo: – Szwedzie?

K. Jugo: – Kiedy kolega ze Szwecji przyjechał, ten go na Różyca wziął na kolację. Szwed powiedział, że ze względu na bazar, to on się do Polski przeprowadza.

E. Jugo: – Pani Maria miała punkt, w którym tylko ona urzędowała. Chciałaby pani wiedzieć gdzie to miejsce? Jak się idzie Brzeską, to w tym miejscu zaczyna się bazar. Z jednej strony jest wnęka, a tam zaraz stoi kiosk ruchu. Za tym kioskiem Pani Maria królowała od godziny dwudziestej i kwitło życie towarzyskie oraz pyzy, gulasz i schabowe. A najważniejsze, że można się było tam nachlać. I tam schodziły się, proszę pani, tłumy. A kiedy milicja przyjeżdżała, Michał czy Czesiek brali dwa talerze, lecieli do tego radiowozu i zanosili im schabowe. Wówczas ci odjeżdżali.

K. Jugo: – Jak ktoś był z Pragi to wiedział gdzie zacząć biznes.

K. Jugo: – On tam z kolegą ze Szwecji wódkę chodził w nocy pić. Pani Maria tam trzymała punkt.

K.A. Kuta: – Panie Eugeniuszu, a pan to co miał z bazarem wspólnego oprócz tego, że panią Krysię pan odwiedzał?

K.A. Kuta: – A pani zagrała kiedyś pani Krysiu?

K. Jugo: – Gdzie! Nie, to należało zwariować, żeby zagrać. No dobrze, raz proszę pani zagrałam. Poleciałam po rajstopy, bo mi oczko poszło. No i oni – „Pani Krysiu, zagra pani”. Już mieli wszystko przyszykowane. I zaraz mówią, wygrała pani dychę. Bardzo szybko zabrałam tę dychę i poszłam sobie po nowe rajstopy.

Oczko niżej plasują się handlarze książkami. Rozkładają towar na ziemi i stolikach.

„Blaszany bębenek” Grassa za 3 tysiące złotych, „Dzieła” Stachury – 4 tysiące, „Seks partnerski” Starowicza – tysiąc, „Playboy” i „Penthouse” po dwa.

Zostaliśmy z żoną zaproszeni przez rodzinę mieszkającą przy ul. Dąbrowszczaków. Niby przyjęcie niezobowiązujące, ale buty, w których aktualne chodziłem, wydały mi się nieodpowiednie na tego typu okoliczność. Szybka decyzja, kupimy na bazarze.

Już od pierwszych stoisk widać było, że wszędzie panuje ten sam typ obuwia w eleganckim kolorze głębokiej szarości. Mówiona reklama głosiła, że but włoski i nie do zdarcia.

Z każdego stoiska śpiewnie zachęcano:

– No, co kochanieńki, bucików szukamy?! Tu pięknie zapraszamy! Bucik w bucik perełka natury z najlepszej skóry! Kupisz nie kupisz, spróbuj, jak się w nich czujesz, to nic nie kosztuje!

Długo nie szukałem. Przymierzyłem, zapłaciłem z eleganckim upustem i wróciłem do domu w nowym nabytku. Wieczorem oczywiście wizytowałem rodzinę, szczycąc się, że tak sprawnie w tak ciężkich czasach udało mi się dokonać zakupu na pobliskim bazarze.

W niedzielę szykowna para obuwia zaczęła wzbudzać we mnie delikatny niepokój. Ponieważ w tamtym czasie każdego dnia biegałem rekreacyjnie tak do 10 km, to postanowiłem obuwie sprawdzić w ciężkich warunkach terenowych. Po biegu okazało się, że szwy puszczają. To stało się przyczynkiem do reklamacji. Coś mi jeszcze nie pasowało. Usiadłem wygodnie w fotelu, buty postawiłem na stoliku.

W tym momencie okazało się, że różnica w wysokości cholewek wynosi około dwóch centymetrów…

W poniedziałek skoro świt pojechałem na bazar. Pokazałem usterki, mówiąc, że chętnie przymierzę inną parę, bo buty fajne. Wszystkie miały identyczną wadę! Sprzedawczyni oddała pieniądze, narzekając:

– Ależ mnie pan urządził… Zwrot w poniedziałek… Cały tydzień będzie do bani…

Popatrzyłem jeszcze w innych budkach. Wszędzie stały identyczne. Kiedy wychodziłem już prawie na Targową z ostatniej budy obuwniczej usłyszałem kobiecy głos.

– Mistrzuniu kochany, mam dla przystojniaczka idealne buty. Zapraszam do środka. Pierwszy sort. Made in Italllyyy!

Nic nie ryzykowałem, wszedłem, usiadłem i przymierzyłem prawy but. Pasował idealnie.

– Może mi pani pokazać lewy?

– No, właśnie jest pewien problem… Widzi pan, dosłownie przed chwilą przyszedł do mnie hurtownik, Arab i wziął sporo par, ale… Okazało się, że w tej błyskawicznej transakcji trochę się zagoniliśmy i został mi lewy od innej pary, dwa numery większej…

Zacząłem się śmiać.

– Przecież nie da się chodzić w dwóch różnych butach. Zabiję się…

– Ależ da się! W ten za duży włoży pan kawałek gazety i będzie pięknie. Przy chodzeniu nic nie będzie widać, a jak pan stanie albo siądzie, to wystarczy cofnąć odrobinkę lewą nogę i nikt się nie pozna… Obiecuję solidny upuścik…

Naręczniak handluje rzeczami używanymi i przywiezionymi z zagranicy, straganiarze wyrobami rzemiosła. Kaniewski na przykład sprzedaje męskie obuwie, jakiego nigdzie nie uświadczysz. Na szeroką wiejską nogę. Trzyma też but modny, na wysokim obcasie z wąskim noskiem.

Następna kategoria handlarzy to tak zwani „ręczniacy”. Ręczniak miał wszystko zawieszane na ramionach i chodził z towarem jak choinka. Oczywiście nic nie mówił, tylko paradował, zmieniał miejsce. Ale z drugiej strony musiał stale patrzeć w dal, czy nie idzie milicja, która od razu zgarniała delikwenta. Jak ktoś miał cenny towar, to musiał być szczególnie czujny.

O seksie też są książki, ale o takiej treści,
Że młody by się uśmiał, bo wie lepiej, jak dziewczynę pieścić.
Koran na honorowym miejscu stoi.
Biblii nie ma, a może sprzedawać razem nie przystoi
Jak widać mahometan w Warszawie przybyło,
Koran idzie jak woda, ile by go nie było!
O hodowli kanarków można dowiedzieć się dużo
I o tym, jak stara baba może stać się piękną różą!
Do wyboru, do koloru każdy sobie wybiera,
To co wydrukowano już dawno i teraz na cierpliwym papierze.
Ludzie kupują, chcą wiedzieć jak to w kosmosie
Jak dawać lubczyk, jak kochać koleżankę Zosię.
Dobrze, że książki też tu się sprzedaje,
Bo człowiekowi nie tylko garnitur i kiecka w życiu się przydaje.

Kiedy już kupujący pokrzepił ciało,
Pomyślał, że coś dla ducha by się przydało.
Bukinista wyłożył książki w przyzwoitym wyborze
Z ciekawymi tytułami i w ładnym kolorze.
Leczenie ziołami, historie Słowian, Mostowicza tragedie,
Romanse bogatych i tych, co żyją biednie.

Na bazarze funkcjonowały trzy kategorie handlowców. Budki wynajmowane przez kupców, którzy zostali zarejestrowani. To był handel legalny. Jeśli ktoś miał budkę to znaczyło, że płacił podatki i ma kontrole – nieliczna grupa. Przeważnie ludzie związani z partią, bo o takie zezwolenia nie było łatwo. Handel uważano za coś złego. Dla komunistów handlowcy to spekulanci, którzy naciągali ludzi. Taka istniała opinia o handlu, nawet o tym legalnym – był zwalczany.

E. Jugo: – I została mu ta portiernia i pusty plac.

K. Jugo: – „Kwiatek”, no bo wie pani, sztuczne kwiaty zwoził do wieńców. To kiedyś szło. A potem przestało.

E. Jugo: – A jeden wymyślił sobie, że kupi plac. I portiernię zrobi. Zaczął od budowy portierni. Skończył tę portiernię i padł na bazarze. „Kwiatek” nazywał się, pamiętasz?

E. Jugo: – On nie był sobie w stanie wyobrazić, że coś takiego może się w Polsce dziać. W Metropolu mieszkał, później się przeniósł do mnie na Radzymińską. O godzinie 21. wychodzimy, jedziemy na Brzeską. Zobaczył te tłumy, że policjanci dostają schabowe. On nie mógł zrozumieć. Pyta jak to? Mówię, no jak? Widzisz, jak.

E. Jugo: – Tam przeważnie przychodzili ci wszyscy, co grali na benklu. Taka przystań: kawa, herbata i szli znowu grać.

K.A. Kuta: – O której otwieraliście „Tempo Bar”?

K. Jugo: – O 8. rano. Konsumenci już o 8. punkt przylatywali na śniadanko, no bo od 6. walczyli.

K. A. Kuta: – I co zamawiali?

K. Jugo: – Kawę, herbatę. Wódeczka oficjalnie występowała od 13., ale szła w filiżankach do kawy. No jako kawa, od 8. rano proszę pani. To były takie grube, gastronomiczne filiżanki z napisem „Społem” i etykietką krakowiaków: chłopca i dziewczynki tańczących. A wódka to winiak klubowy – taki, którego już nie ma. Ten winiak szedł za ruski koniak, za brandy, za wszystko. Był brązowego koloru i wyglądał jak herbata. Po 100 gram tego się wlewało. Cukier oczywiście kładłyśmy w kostkach na talerzyku, żeby wyglądało jak należy.

K.A. Kuta: – A do filiżanki to co na śniadanko zamawiano?

K. Jugo: – Żurek z kiełbasą i ziemniaki. Szefowa wiedziała, że konsumenci coś na gorąco zawsze chcą. Wszyscy ten żurek zamawiali. Przeważnie każdy klient, co miał kaca, a żurek pomagał.

Na bufecie pracowałam. Zaczęłam w 84. roku. „Tempo Bar” znalazłaby pani zaraz przy wejściu na bazar. Ci, co handlowali na Różycu, dawali mi w ramach napiwku kartki na mięso. I proszę pani, to nie parę kartek. To był cały bloczek z przeróżnych miejscowości, z różnymi stemplami. Człowiek z początku bał się iść do mięsnego. Ale przecież, jak sklepowe złapały kartkę, to nie oglądały tych stempli. W tamtych czasach miałam wędlinę i psa, który jadł tylko wołowinę.

Pan Eugeniusz Jugo grał w zespole „No to co” i z kolegą Szwedem na bazar chodził pić wódkę do pani Marii. W Śródmieściu urodzony, dokładnie w Hotelu Polonia, bo matka Pana Eugeniusza pracowała jako recepcjonistka. Z okna później widział, jak budowali Pałac Kultury. Teraz 40 lat tu żyje na Pradze, przy Radzymińskiej, w malutkim mieszkaniu z panią Krysią. Pani Krysia Jugo na Woli urodzona, całe życie pracowała w gastronomii, przez co teraz musi nosić dwie protezy w kolanach.

– Pani Krysiu, a co pani na Bazarze robiła?

Robiono również zmasowane akcje, naloty. Zamykano bramy. Wszystko obstawiała milicja, a potem rewizje. Bywało, że z tych nerwów to ludzie nawet umierali. Przykładowo, pracuje tu jeszcze pani Krysia, której brat zmarł na zawał w trakcie takiego nalotu. Miały miejsce bardzo nerwowe sytuacje. Panował ciągły strach.

Raz przyjechali gdzieś koło południa. Szukali waluty. Sprawdzali wszystkich, którzy nie handlowali w budkach. Ludzie wyrzucali towar. Kibelek zapchał się złotą biżuterią na amen. Ci, co handlowali złotem, wyrzucali to złoto, cinkciarze wyrzucali pieniądze, to wszystko się poniewierało po bazarze. Tyle pieniędzy! Wszyscy patrzyli, ale każdy bał się podnieść.

Wiadomo, że funkcjonowali na bazarze agenci, którzy krążyli po jego terenie. Podskoczył do mnie facet. Ja już wyszedłem z bazaru po dokonaniu transakcji. Zaczepił mnie. Ja mu odpowiedziałem „spierdalaj”. Spierdalaj, tak? To zobacz – powiedział i wyciągnął legitymację służbową i z napisem Służba Bezpieczeństwa. Wsiadłem do samochodu. On mówi: Dawaj szmal! Dałem. Dwa razy miałem taką sytuację. Raz ubek odczepił się dopiero na Chmielnej, kiedy dałem mu sporą łapówkę.

Miałem na ręku ubrania z Turcji, dżinsy, jakieś kurtki damskie. Widziałem takiego pana, który naprzeciwko mnie miał budkę. Przyglądał mi się zawsze. Nie wiem, czym on handlował, bo stale tylko wszystko obserwował. Później zorientowałem się, że to tajniak. Zanim mnie aresztowali, podszedł i powiedział, że mam uciekać, bo milicja idzie po mnie. Za chwilę podchodzi do mnie po cywilnemu dwóch facetów i mówią, żebym szedł z nimi na komisariat. Poszliśmy na piechotę na Cyryla i Metodego. Zabrali mi dowód. W maluchu zaparkowanym pod bazarem miałem o wiele więcej towaru niż przy sobie. Kluczyki włożyłem do tylnej kieszeni. Opatrzność czuwała nade mną, bo jak mi robili rewizję osobistą to zapomnieli o tej kieszeni. Gdyby znaleźli te kluczyki byłoby po mnie. Później wzięli mnie do radiowozu i zabrali do domu, żeby zrobić rewizję. W pokoju, w którym mieliśmy magazyn, spała teściowa. Otworzyłem im najpierw szafy w innym pokoju z naszymi ubraniami. Fakt, że też tam były dżinsy i sukienki, którymi handlowałem, ale zostawili to, bo widać było, że to nasze. Drzwi od pokoju-magazynu początkowo nie zauważyli, dopiero jak już chcieli wychodzić. Już mieli tam wejść, ale powiedziałem im wtedy: Panowie, tu jest staruszka dziewięćdziesięcioletnia, proszę nie wchodzić, dla niej to będzie bardzo duży szok. No i posłuchali mnie. Ja myślę, że oni się tak ze mną delikatnie obchodzili, bo pracowałem w wojsku. Miałem w dowodzie napisane: pracownik wojska. Oni się jednak trochę z tym wojskiem liczyli. Widziałem, że rewizję traktują pro forma, bo nie weszli do tego pokoju-magazynu. Mimo to, noc musiałem spędzić w areszcie. Niepokoiły mnie tylko te kluczyki od malucha. Schowałem je głęboko w skarpetę. Poza tym jak samochód zostałby na noc na Brzeskiej to już by było po sprawie. Na szczęście mój syn, Grzegorz, domyślił się. Wziął zapasowe kluczyki od mojej żony i odwiózł samochód pod dom. Przez klawisza w areszcie dostałem cynk, że syn załatwił sprawę. Wtedy już siedziałem spokojny. Ale jeszcze do godziny pierwszej w południe straszyli mnie kolegium.

Miałem dwa pudełka po bananach. I pan Józio czy Kazio, nie pamiętam, z rana chodził i w głównej alejce rozstawiał pudełka. I tam już nikt nie mógł stanąć.

– Co by było, jakby pan stanął?

Ten pomysł tak „Mecenasa” zaskakuje, że milknie na dłuższą chwilę, po czym wybucha śmiechem i mówi.

– No jak, no… no to wpierdol. Proszę pana, to jest niemożliwością, takiego odważnego to tam nie było. Ludzie trochę myślą.

Pan Kazio wiedział, kto może stanąć przy których pudełkach. No bo dostać wtedy budę było w ogóle nieprawdopodobne. Nawet takie pudełka dostać, to było nieprawdopodobne.

Oni, z budek, handlują uczciwie, płacą podatki, a wśród „chodzonych” naręczniaków trafi się spekulant. Fakt, że naręczniak i cała ta otoczka robi bazarowi złą opinię, ale pokaż pan bazar bez otoczki. Lepiej żyć z nimi w zgodzie. L. się naraził i dostał łańcuchem po twarzy.

Pewnego zimowego przedpołudnia, w samym środku stanu wojennego, cały kilkuhektarowy teren otoczony został przez opancerzone samochody marki SKOT. Paniom kupcowym, tym co starszym, nie bez kozery, na myśl przychodziły obrazki z powstania warszawskiego. Miarowo, noga za nogą, ze sterczącymi w górę lufami automatów Kałasznikow szły alejkami bazarowymi trójki żołnierzy służby zasadniczej i zmilitaryzowanego ZOMO – awangarda i ariergarda władzy robotniczej, co robotnikom po raz ostatni kit wciskała, że oto robi wreszcie porządek z tą… babcią 90 –letnią, co w reklamówce schowaną ma całą krajową produkcję: od czekolady, przez przeciery dla niemowląt marki Bebiko, papier toaletowy, po sznurek do snopowiązałek.

Mama siedziała w swojej budce, z lekceważeniem patrząc na to całe przedstawienie. W wieczornych wiadomościach TV pan, nomen – omen Kozera, z triumfem komentował obrazki zdejmowania z dachów budek toreb wypełnionych deficytowym dobrem: już to czekolad „Jedyna” z nieodległego Wedla, już to naręcza dżinsów światowej marki… „Odra”.

Do dzisiaj opowiada mamuśka, jak to w pewnym momencie wpadła do niej, jak do bunkra ostatniej obrony, jakaś pani z ręczniaka, z całą walizą trefnego ptasiego mleczka. O mało tam mamie z nerwów nie umarła.

Po skończonej pokazówce, po dojściu do siebie, pani ta przyniosła mamie największego, jakiego znalazła „na bazarze”, lizaka. Mama ze stoickim spokojem wyciągnęła ze skrytki… nienaruszoną walizę z ptasim mleczkiem i, patrząc z nieskrywaną pogardą w kierunku pakujących się na „Skoty” zomowców, powiedziała z całą, na jaką jedynie kupcowe z bazaru stać, ekspresją.

– Mogą nas w dupę pocałować!

Tę główną aleję nazywaliśmy „aleją uciekinierów”, bo jak wchodziliśmy tam, szczególnie całą grupą, to wszyscy uciekali. Ci od lalek z plastiku to porzucali towar. Wiedzieli, że z towarem nie mają szans na ucieczkę. Nie przedarliby się przez tłum. Ale najśmieszniejsze to, to że my tych od lalek wcale nie zatrzymywaliśmy. Człowiek nie chciał stać się pośmiewiskiem na komisariacie. Jak by to wyglądało z tymi lalkami. Kiedyś stoimy tak nad tym porzuconym towarem i myślimy co z nim zrobić. Podchodzi matka z dziewczynką. My po cywilnemu. „Podoba ci się dziewczynko ta lalka? Tak? No to masz. Weź ją sobie”. Na początku, zdarzały się nam takie sytuacje, że legitymujemy ludka, a tu myk i zostajemy z towarem i dowodem osobistym, a ludka nie ma, spierdolił. Raz pamiętam „zwijamy” gościa. Sięga po dowód do kieszeni i nagle łyk, coś połknął. To były kolczyki. Jeden utkwił mu w tchawicy. Musieliśmy wzywać samochód i wieść go do szpitala. Oni to robili ze strachu. Innym razem powieźliśmy gościa za parę kurtek. Pojechaliśmy do mieszkania na przeszukanie i tam też znaleźliśmy towar. Następnego dnia afera. Na komendę wpada pułkownik Wojska Polskiego w służbie czynnej, odprasowanym mundurze i drze się, jak śmieliśmy przeszukiwać jego mieszkanie? Że on nas z roboty powypierdala! No i takie tam… Miał rację, bo żeby wejść do mieszkania wojskowego, musieliśmy robić to z ich żandarmerią, z WSW. Tylko my nie wiedzieliśmy, że to mieszkanie wojskowego. Ten zatrzymany to okazało się jakiś jego kuzyn, u niego zameldowany. Ale jak tak… no to zadzwoniliśmy i powiadomiliśmy WSW. No i po tygodniu pułkownika wypierdolili z pracy. Załatwił sobie, na własne życzenie, wcześniejszą emeryturę.

Operacyjnie to okazała się bardzo prosta robota. Rozeznanie. Wjazd. I wyjazd z klientem. Ma towar, 99% że nie wiadomo skąd, a cena wyższa niż w sklepie. A to była właśnie spekulacja. Obowiązywała wtedy ustawa o trybie przyspieszonym. Dostarczaliśmy klienta do sądu i sprawa od razu stawała na wokandzie bez żadnego obrońcy. Sędzia, protokolant i oficer milicji jako oskarżyciel. Raz, dwa, i wyrok. Pamiętam takiego gościa, nazywaliśmy go „Szybki”. Postawił kiedyś trzy różne sprawy na jednej wokandzie. Żeby szło szybciej. Ten nasz – przyprowadzony za ciuchy. Jeden z tamtych dwóch też ciuchy, a drugi… już nie pamiętam. W każdym razie wszyscy – spekulacja. No i „Szybki” mówi do pierwszego.

– Przyznajesz się?

– Nie.

– 30 tysięcy grzywny!

Do drugiego:

– Przyznajesz się?

– Tak.

– 20 tysięcy grzywny.

Do trzeciego:

– Przyznajesz się?

No ten, już wiedział co jest grane i mówi:

– Tak, tak, przyznaję się! I zaczyna nadawać co jak, kiedy… No to „Szybki”:

– Ach ty spekulancie! 50 tysięcy grzywny!

Jak „psy” robiły te swoje wielkie naloty, to najpierw włazili na bazar ci po cywilnemu, w małych grupkach. Rozłazili się i węszyli. Niuchali… kogo by tu zwinąć. A potem podjeżdżały suki pod wszystkie bramy. Zamykali je. I czesali. Tutaj, gdzie stała paserka, co tu się działo! Naparzaniny, szarpaniny, strzelaniny… No bo za paserkę, a jeszcze w recydywie, to był kurs na „Białą” (więzienie w Białołęce).

No i dobra. Siedzę sobie normalnie pod celą na Mokotowie. Dodaję sobie ducha, żeby nie zwariować. Głupota, można było z tego wyjść. A do tego patrzę, a tu „Świnia” jest, oddziałowy klawisz, co go znam już dobrze. Od razu mnie poznał, jak się zaczął cieszyć.

 – A co – mówię – ty mój wujek chrzestny jesteś?

Uśmiał się tylko. A naczelnik miał ksywę „Bandyta”. Trochę był świrek i nerwowy. Jak się potłukli między sobą chłopaki, to szedł pod celę i wyciągał tego, co mniej zarobił. Czapkę zdejmuje, mundur zdejmuje, nikogo nie ma.

– No to co, teraz mnie tłucz, chojraku. Ja jestem teraz cywil, wal mnie w bęben.

Ten stoi zażenowany, no co, naczelnika będzie bił? To naczelnik buch go w zęby i buch go w brzuch.

– No co, ja cię nie oskarżę, próbuj się ze mną – taki wariat był.

W końcu bili się z nim więźniowie. Pierwszy taki Mietek Aniołkowszczak. Podskoczył naczelnikowi raz i drugi. Raport. Naczelnik mówi.

– Żadnej nie będzie sprawy, ja z Aniołkowskim będę miał wspólną sprawę. Wszyscy poszli do łaźni. Naczelnik zdejmuje łachy, a Mietek też nie czekał, tylko do niego i buch go w cymbał. I się leją. Naczelnik dostał parę razy, Mietek dostał parę razy. I po meczu naczelnik chciał mu rękę jeszcze podawać, a Mietek mówi:

– Co pan, rękę, czyś pan zwariował?

I nic nie było, nie dostał nawet karca. Mietek siedział za słynną sprawę. Na farmazon chodził, na szkiełka, co opisywali to obszernie w „Przyjaciółce”. Mieli szkiełko oszlifowane, jakiś fachowiec im to zrobił, elegancko. Szli z tym przed sklep jubilerski. Jeden w berecie udawał Francuza, bo parę słów umiał, wybierali jakiego kasjera, czy innego nadzianego skoczka i tłumaczą mu.

– Ten pan to przywiózł z Francji, to z przemytu jest. Za pół ceny, za pół darmo, jedyna szansa. Klient chciał jeszcze iść do jubilera, żeby to sprawdzić, ale tak go zabajerowali, wkręcili, że płacił z ręki. Towarzysze partyjne, dyrektor, kasjerka – wszyscy padali na szkiełkach. I takie były mądre, taka chytrość była ludzka i pazerność, że pieniądze państwowe szły za te głupie szkiełka. A w akcie oskarżenia 48 ofiar. Mietka wspólnicy to był Kuba i taki stary Chaberbusz, farmazonista, oszust tak zwany. Jak on opowiadał, to Mietek się wnerwiał na sali sądowej, bo stary przyznawał się do sprawy, a Mietek mówi.

– Wysoki sądzie, ja nic z tym człowiekiem nie miałem.

– Ale świadkowie mówią, że pan miał.

– A brat mój mówi, że miałem?

– No nie.

– No właśnie.

– Ale świadkowie widzieli pana, że pan beret zmieniał.

– A i koszulę, i skarpetki też zmieniałem. To i beret zmieniałem – on też taki szybki miał refleks i sąd faktycznie trochę nie wiedział, co powiedzieć. Dostał 14 lat za ten farmazon. Nie mogli se z nim poradzić, bo na te szkiełka jednak paru czerwonych położył.

A ten stary dziadek, on już miał siedem dych. Puścili go, parę dni na wolności pobył i umarł. Mietek później z chłopakami na Pradze na szop chodzili, kradli po sklepach, czy skórę, czy płaszcz, czy spodnie. Potem na Różyk i na gorzałę wszystko. Się rozpił podobnież. Kobieta z dziećmi odeszła od niego. Potem u takiej Haliny – pijaczyny na Brzeskiej żywocił. Ale na tych szkiełkach ładny hajc, ładny kurz zrobili. Tam nieraz i na sto baniek padli. To i Orły przebili na szkiełkach. Był skok na bank pod Orłami. Nie znaleźli winnych, bo to była ubecka robota. To na odczep się wszystkich recydywistów wtedy posadzili. Po mieszkaniach jeździli i zwinęli nas wszystkich, tośmy się w końcu spotkali. I każdy ten skok na siebie brał.

– Ja milion ukradłem.

– A ja dwa.

Tak przekrzykiwali się nawzajem, a śmiechu było, chachaliśmy się do rana. To znana sprawa była, bo banki na grube pieniądze wtedy poszły i nikt tego nie odkrył, bo nikt nie chciał.

Miała zawsze najpiękniejszy towar, dżinsy, kurtki dżinsowe, na podbiciu, ze sztucznego misia… Przepiękne rzeczy, męskie i damskie. No i ją dzisiaj zwinęli, towar jej zabrali, a ona za dwa dni znowu jest, znowu handluje. Jak się okazało, kobitka była tak zwanym uchem, współpracowała, ale z Komendą Główną, a nie z nami. My nic o tym nie wiedzieliśmy, bo maluczcy byliśmy. Niby z Komendy Stołecznej, ale jednak mali. I tu się ją zamykało, a zaraz się widziało, że ona dalej handluje i się śmieje nam w oczy.

Szczególnie ci policjanci, którzy pracowali w komendach rejonowych z Pragi Północ, mieli swoich informatorów. Te osoby zgodnie z papierami funkcjonowały jako tzw. osobowe źródła informacji - OZI i TW – tajni współpracownicy, którym się płaciło. Bo OZI się nie płaciło, oni mówili w celach społecznych.

Nazywali ją Maryśka. Wyglądała jak pomylona. Chodziła i żebrała. Ludzie dawali jej datki, no bo taka obdarta, biedna wariatka. Wołali „Maryśka, zaśpiewaj coś!” I ta kobiecina coś tam fałszowała, wydurniała się, podrygiwała. Jak już odszedłem z bazaru, to ją poznałem. Wcale nie była wariatką. Z tych bazarowych datków postawiła sobie piękną willę. Jak sobie tak policzyłem, miała miesięcznie minimum trzydzieści tysięcy! Bez podatku! Na czysto! Widzi pan, taka kobiecina, a też wiedziała „o co chodzi”.

Bardzo charakterystyczny był „Jaś-król”, który cały dzień kręcił się po bazarze w złotej koronie z tektury, zagadując do wszystkich. Jeśli ktoś był dla niego grzeczny, to OK. Jak kogoś nie polubił, to krzyczał, wyzywał i wyśmiewał. Jaś został ofiarą urzędu skarbowego, który strzelił mu domiar finansowy za rzekome nieujawnienie dochodu z handlu i warsztatu samochodowego. Zabrali mu wszystko i Jasio zwariował.

Na pierwszym roku mieszkaliśmy w akademiku po sześciu w pokoju i z otwartymi gębami słuchaliśmy opowieści: o spirytusie, jeansach, walucie i dalekich portach. Nikt nie poszedł do Szkoły Morskiej z miłości do morza, czy chęci przygód – tylko dla pieniędzy.

W Pewexie pół litra wódki kosztowało wtedy 50 centów. W Finlandii dostawałem 8 do 10 dolarów. Bardziej się opłacało wozić spirytus, kosztował wtedy 90 centów a płacili 20 dolarów. Ten alkohol wynosiliśmy ze statku i zasypywaliśmy w śniegu. Facet przyjeżdżał, dawał gotówkę do ręki i dostawał informacje gdzie kopać.

Pewnego dnia spotkałem w Warszawie, na bazarze, starego znajomego. Gdy się dowiedział, że pływam do Helsinek, to powiedział, gdzie mam iść i z kim rozmawiać.

Trafiłem, brałem całe komplety, wszystkie kolory. Czarnych wstążek do kwiatów w Finlandii nikt nie chciał, a tu szły na pogrzeby. I tak interes się kręcił w dwie strony. W ten sposób po kilku miesiącach zarobiłem na samochód. Mój wspólnik przestał narzekać, że latam samolotem z Warszawy do Gdańska.

Na każdym statku, tak jak na bazarze, istniały osoby, które pracowały dla milicji. To nie było tak, że mogłeś ze wszystkimi, o wszystkim rozmawiać. Dlatego mój wspólnik chciał mnie mieć u siebie w kabinie, bo dowiedział się, że ja jestem czysty człowiek. Bał się, że mu podeślą kogoś, kto kabluje, a wszyscy wiedzieli, gdzie są biznesowe linie. I na tych statkach im lepszy biznes, to tym więcej kapusiów instalowali. Razem robiliśmy interesy, on mnie wszystkiego wyuczył.

Potem przyszedł Singapur. Długa linia, tam pływałem tylko wtedy, gdy musiałem. Radia, aparaty fotograficzne, kasety – kosztowały grosze. Na Wyspach Kanaryjskich brałem cztery razy więcej. Płacili od ręki. Do Polski, na bazar, przywoziłem tylko kasety z muzyką. Z 40 centów na sztuce robiłem nawet 4 dolary. Pamiętam, jak pewnego razu miałem jakieś 1000 kaset, nie przyszło łatwo wynieść to z portu.

Jednak najlepsza, złota linia to był Hamburg, Rotterdam i Antwerpia. Woziłem złote monety, zwykle dwudziestodolarówki. W Polsce po wojnie, ludzie, którzy mieli pieniądze, bali się z nimi pokazać i kupowali złote monety. To lata 40. i 50. Wtedy złote dolary marynarze przywozili z Antwerpii do Polski. Kupowali je na Zachodzie i sprzedawali w Polsce. Niestety, trafiały się też monety fałszywe, były ze złota, ale już wiele mniej warte.

I teraz ja praktycznie te same monety woziłem z powrotem na Zachód. I myk polegał na tym, że ja zostałem dobrze przez tych Żydów z Antwerpii wyszkolony, by nie kupować tych fałszywych. Bo oni ich nie chcieli lub płacili za nie tyle, co za złom. Mówiłem ludziom, których znam, że szukam monet. Najwięcej mi dostarczył kelner, który pracował w Adrii. Ale potem kupowałem też bezpośrednio.

Te oryginalne, stare, zaczęły już nabierać wartości numizmatycznej. Ja w Polsce, za monetę w dobrym stanie, bo zniszczonych nie brałem wcale, płaciłem od 60 do 100 dolarów. Ja też nie chciałem oszukiwać, zwłaszcza, gdy sprzedawała mi to staruszka, co to chciała mieć na dwa kolejne miesiące życia. Mogłem kupić tę monetę od niej za 60 dolarów, ale jak moneta była naprawdę w dobrym stanie, to dawałem i 100 dolarów, nawet tym, co się nie znali. Często ludzie je trzymali na czarną godzinę. Przychodzili też tacy, co wiedzieli, że to ma wartość. Im należało dać tak ze 150 dolarów. Ale handlarz w Antwerpii dawał za każdą co najmniej 500. Podobno istniały takie rzadkie okazy, za które można było dostać nawet 200 tysięcy dolarów, ale ja takich nigdy nie miałem.

Z powrotem do Polski płynęły złote łańcuszki i złote zegarki. Robiłem złoty interes, dosłownie i w przenośni. Handlarze z bazaru kupowali łańcuszki cały rok, a sprzedawali tylko ten jeden miesiąc w roku, przed komuniami. A dlaczego zegarki? Nawet nie miałem dużego przebicia, może 100%. Zegarek stawał się wygodny, miałem dużo gotówki w Antwerpii i brałem taki zegarek na rękę, nic nie musiałem przemycać. Czy zegarki, czy łańcuszki, procedura stała się ta sama. Razem z żoną jechaliśmy na bazar bez towaru. Ona miała za zadanie coś kupić. Kurtkę, bluzkę, cokolwiek, nieważne. Chodziło o to, by się na Różycu trochę pokręcić. Gdyśmy tak chodzili po bazarze, to ja już wtedy byłem stary handlarz i przemytnik. Gdzieś przy budce mimochodem mówię „Pani Marysiu, jutro o 10, tam gdzie zwykle”. I to cały mój kontakt. Nawet jak ktoś by patrzył na mnie, to nie wiedział, że ja z tą osobą coś załatwiałem. My staliśmy przy budce, ludzie się kręcili, ja patrzyłem, że nikogo nie ma i tylko tyle mówiłem. Ona mówiła „w porządku”, żona coś od niej kupowała, oglądała. Ja mówię „Tego to nie kupuj” i szliśmy dalej. Chodziliśmy po bazarze jeszcze nawet godzinę i dopiero wychodziliśmy.

Na statku musiałem udawać głupiego, że jestem mały człowieczek i robię to samo co wszyscy. Czyli miałem swoje 50 par rękawic roboczych i woziłem je do Hamburga. U nas po 10 centów, tam brałeś dolara. Były naprawdę dobrej jakości. Z powrotem brałem parę jeansów, że niby te parę spodni tylko przewozisz. Nikomu nie mogłeś się pochwalić, że wozisz coś więcej, bo na ciebie doniesie, albo powie „Bierz mnie na wspólnika, albo Cię jutro podkabluję”. To się fajnie dziś opowiada, ale na statku panowały bandyckie układy.

Z tą mendownią stąd dało się żyć. Często bywało, że jak ktoś został już zakuty, to chłopaki biegli do mnie, ja brałem pół litra, kiełbasę, coś tam jeszcze… wszystko w ładną reklamówkę i niosłem im. Wszystko można załatwić, kiedy człowiekowi zależy.

Kiedyś miałem taki przypał – kupiłem od dziewczyny złoto. Sygnet, łańcuszki, jakieś duperele… I w tydzień potem siedzę sobie na bazarze, a tu słyszę „to on!”. Podnoszę głowę i nim zobaczyłem tę dziewczynę, to już zostałem skuty. Okazało się, że ona to złoto podprowadziła starym. Siedzę na komendzie, przesłuchanie. No, nie mam ruchu. Kazali mi czekać na korytarzu. Patrzę, a tu idzie jeden z tych z bazaru. „Za co cię zwinęli?” – pyta. Tłumaczę, co i jak. Poszedł, wraca i mówi tak. „Wiesz, »Łysy«, jest afera, bo ten sygnecik to jakiś rodowy, tatusia… Musisz go oddać. Oddasz i nie ma sprawy. Masz dwie godziny”. No to ja szybko w taryfę, bo cały ten blit dawno już ożeniłem. Wpadam do gościa, szybko mu kasę, on mi sygnecik i już jestem z powrotem. Jest dobrze. Protokół idzie do kosza. W tym momencie wchodzi jakiś pies. Patrzy tak na mnie i mruczy „Krótko ostrzyżony, krępy, nieogolony…” – i do tego, co mnie przesłuchiwał „Ty! Potrzebny ci ten klient? Pasowałby mi do napadu na Wileńskiej. Daj mi go – prosi – zamknąłbym sprawę i miał wynik”. Rozumiesz? Nieważne, ja czy nie ja. Gdybym ich nie znał, to już bym kiblował.

Po paru latach poszedłem na bazar, bo chciałem kupić żonie prezent na rocznicę ślubu i tak ją jakoś wyczułem, że chciałaby dostać złoty komplet. Poszedłem do znajomego jubilera i nagle słyszę pytanie od kogoś, czy „coś trzeba, panie Szefie”. Od takiego zupełnie obcego faceta. To mówię, że potrzeba, no ale trzeba się dogadać co do ceny. A on mówi, że się dogadamy, bo on wie, że tu pracowałem, on tu też pracował, tylko nigdy mu się jakoś w oczy nie rzuciłem.

I po cenie złomu kupiłem to złoto. Żadnego przestępstwa. Kupiłem wszystko legalnie.

Żeby zdobyć informację i mieć wyniki, to sprawy załatwiało się przez alkohol. I to ostro. Bo na przykład, żeby od kogoś wyciągnąć informację, to należało iść o 15., pod fajrant już, i pić prawie do rana. A następnego dnia do pracy. Więc żona miała prawo być niezadowolona i była, nawet bardzo, tym bardziej że w tym czasie jak zacząłem pracować na bazarze, urodziła mi się córka.

Jak córka się urodziła, to spóźniłem się do pracy, bo czekałem na informację. Kiedy przyjechałem w końcu, to wszyscy pytają mnie, co mam. Ja mówię, że córkę. I zaczęli mnie koledzy pocieszać (bo jak każdy młody facet chciałem mieć potomka) tak fajnie pocieszać, że „każdy pokraka zrobi chłopaka”, albo „u zucha jest pierwsza dziewucha”… I jakoś pod fajrant koledzy pytali, czy postawię. Ja tam parę butelek postawiłem, a pół bazaru chodziło pijane. Nie z moich butelek, tylko od tych, którzy handlowali. Byłem lubiany, informacja poszła lotem ptaka, że milicjantowi się urodziła córka, więc każdy przychodził, składał gratulacje i przynosił butelkę. Powiem, że wtedy w tym pomieszczeniu to mieliśmy setki butelek i to przeróżnych – cały przekrój świata. Tak jak teraz się idzie do sklepu typu Alkohole Świata, to tam tak wtedy wyglądało. Nie każdy przychodził z czystą wódką. Przynosili koniaki, brandy, różne rzeczy których nie można było kupić w sklepie. I jak ktoś przyniósł flaszkę, to zostawiał flaszkę, ale z drugiej musiał się napić. W końcu wróciłem do domu, bo tam teściowa czekała. Należało jeszcze wieczorem iść pod szpital i pomachać żonie, i następnego dnia jakoś wyglądać.

Wziąłem się za złoto. Głównie wisiorki, łańcuchy i pierścionki. To był handel wymienny; trzymało się towar w kieszeniach. Jak obcy pytał o złoto, mówiłem, że nie mam, bo nie wiadomo na kogo się trafi. W domu zrobili mi 3 rewizje, ale nic nie zabrali, bo miałem podkładkę. Na bazar przychodził klan Cyganów – 7 dziewczyn i dzieci. Co ukradli, znosili wujowi Cyganowi. On mi dawał dowód, a ja sobie spisywałem nazwisko od kogo niby kupiłem taką a taką rzecz. Jak się zdobyło dane, nie mogli zrobić sprawy za paserstwo. Przyjeżdżali tu też więksi kupcy; zbierało się dla nich towar. Ci, którzy mieli dolary, przynosili do mnie do sprzedania. Łańcuchy po 100-200 gramów najbardziej lubili złodzieje samochodów i Cyganie. Jak takiego łapały psy to on nie ma kasy. Dawał łańcuch, psy myślały, że to ma dużą wartość, że z dychę kosztowało, a to schodziło za 3-4 tysiące.

Na końcu „konikowej alei” odnaleźć można „złoty placyk”, czyli bazarowe centrum handlu złotem. Tutaj w kilku rządkach stoją żywe stragany – kobiety obwieszone złotem. Na każdym palcu u jednej i drugiej ręki po cztery, pięć pierścionków. Jak u jubilera, różne rozmiary, fasony i oczka różnokolorowe.

- Sygnecik dla pana… czy na paluszek dla narzeczonej? –