Kontakt

Na bazarze Różyckiego zacząłem pracować w latach dziewięćdziesiątych. Ciągle handel kwitł, bo po przemianach roku 89., to jednak towarów jeszcze tak dużo w sklepach nie leżało.

Pan Zdzierski

kupiec

„Ta dzielnica nazywa się Praga”

tekst: Henryk Rejmer
muzyka: melodia tradycyjna

Robert Dłużniewski

Praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Beata Malisz

Praca na konkurs
„Cała Warszawa opowiada dzieje bazaru Różyckiego”

Pan Marek

kupiec

Pan Marek

kupiec

Historyk 

Beata Krupa

Laboratorium Reportażu

Rzucam w pracy hasło „bazar Różyckiego”. Wszyscy podnoszą oczy znad komputerów i nagle się ożywiają. „Kupiłam tam buty do ślubu”, „znalazłem tam pierwszą kasetę Eminema”, „zawsze się targowałem z tymi handlarzami” – przekrzykują się nawzajem. Kiedy milkną, odzywa się jeden z naszych zazwyczaj najgłośniejszych kolegów „Niedaleko bazaru ukradłem kiedyś samochód”.

Miałem 13 lat, jak ostatni raz widziałem ojca. Rozwiódł się z matką i zwiał. Mieszka gdzieś pod Wrocławiem. To on mnie pierwszy zaprowadził na Bazar. Pamiętam, że opowiadał, jak żołnierze radzieccy wynosili z jednostek broń i sprzedawali nielegalnie „na Różycu”. Zapamiętałem to – skoro da się tam opchnąć spluwę, to bez problemów sprzedam wszystko, co tylko chcę – kombinowałem. Moja matka nie miała łatwo. Pracowała jako sprzątaczka i musiała sama utrzymywać dwóch synów. Ojciec oczywiście nie poczuwał się do płacenia czegokolwiek. A ja nie byłem aniołkiem. Roznosiło mnie. Tłukłem gówniarzy, zabierałem ich drobne z portfela, a później wydawałem na jakieś totalne głupoty. No i chodziłem często na wagary. Jak nie mieliśmy co robić, to szliśmy na bazar Różyckiego i zaczepialiśmy ludzi. Kradliśmy cukierki z wystaw i takie tam głupie pomysły. Policja nas spisała kilka razy, ale poza tym uważali nas za nieszkodliwych łepków. Ale ja ciągle kasy nie miałem. I myślałem, skąd ją wziąć. Podbierałem drobne z portfela dzieciaków, może i starczało na bułkę w sklepiku, ale ja przecież miałem większe ambicje. No to próbowałem różnych rzeczy. Jak ktoś coś większego wywalił na śmietnik w naszej kamienicy, to zanosiłem na bazar.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. Młody byłem, długo szukałem pracy i tak się w końcu potoczyło, że zająłem się rozprowadzaniem niemieckich gum do żucia. Nazywały się Maoam. Któregoś dnia razem z kumplem trafiliśmy na bazar. Trochę pokrążyliśmy i w końcu zauważyliśmy małe stoisko ze słodyczami. Prowadziła je para staruszków. I pytamy, czy nie chcieliby kupić od nas trochę gum. „Ile macie?” – pytają. Mówimy, że prawie całą ciężarówkę. „Po ile?” Mówimy, że tanio. „Bierzemy wszystko” – mówi kobieta. Zdziwiliśmy się, bo stoisko nieduże, ale – jak to się mówi – klient nasz pan. Poprosili, żeby przywieść im to wszystko do mieszkania. No to pojechaliśmy. Zaprowadzili nas przez bramę na obskurne podwórko. Baliśmy się, że nas koś napadnie i okradnie. To był Grochów, okolica nieciekawa. Zaprowadzili nas na górę, pokazali swoje mieszkanie i poprosili, żeby przynieść towar. Wtedy nam zapłacili. Gotówką. Pamiętam, że dużo jej było. Kiedy wnieśliśmy ostatni karton, to zaprosili nas na herbatę. Kobieta wyjęła z lodówki sernik. Pytali nas jak żyjemy i co robimy. Bardzo sympatyczni ludzie. My też chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o nich, ale nie bardzo chcieli mówić. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że może mieli jakąś trudną przeszłość, że los skierował ich na bazar i nie chcą o tym mówić. Wtedy kobieta zapytała męża „To co? Pokażemy im?” On, nic nie mówiąc, wstał od stołu i otworzył dużą, drewnianą, starą szafę. I stanął dumny przodem do nas. „Czasem otwieramy szafę, patrzymy i zastanawiamy się, co moglibyśmy z tym zrobić. Ale tylko się zastanawiamy. To wszystko co mamy”. Na każdej półce stały słoiki różnych rozmiarów. W słoikach banknoty. Mnóstwo banknotów.

Znalazłem się na bazarze bo tu były pieniądze. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych czułem, że jestem na fali. Miałem 22 lata. Początkowo próbowałem handlować ciuchami. Rynek pozostał chłonny. Miałem dwukrotne przebicie ceny. To były moje najlepsze lata. Jak tu nie szło, to jeździłem jesienią na słynne cebule (tulipany, lilie) do Holandii. W Norwegii zbierałem truskawki. Najmniej płacili w Izraelu. W dziewięćdziesiątym drugim roku zarabiałem 11 guldenów dziennie. W miesiąc tu bym tyle nie zarobił. Wyjeżdżałem w sezonie, a od stycznia wracałem na bazar. Tu poznałem moją drugą żonę. Dzięki bazarowi siedziałem też dwa lata. Teraz bym nie dostał tyle. Na początku coś się kupiło, coś się sprzedało. Parę sygnetów, pierścionki. Żyłem przekonany, że zaraz to sprzedam. Zdawałem sobie sprawę, że mogą pochodzić z kradzieży i wpadłem. Pani sędzia, jak wydawała wyrok dwa lata z art. 215 (paserka), to powiedziała, że mnie skazuje za włamanie. Wierzyła, że to ja ukradłem. Po pół roku złapali złodzieja, ale mnie już nie wypuścili. Miałem wtedy 25 lat. Miałem niefart. Po pół roku nastąpiła amnestia, to się ucieszyłem, że pewnie wyjdę. Ale nie – odsiedziałem swoje od deski do deski.

Ta dzielnica kojarzy się źle.

Ta dzielnica z bezprawia w krąg słynie,

Tu niejeden na złą drogę zszedł.

Na Różycu się wszystko zaczęło,

W benkla uczył szulerki mnie brat,

Potem wyrok i w kiciu z przytupem pięć lat,

Ciasna cela, prycza i bat.

 

I tak tu jest od lat,

Tu przez kraty się patrzy na świat

I wolno płynie czas,

Ten, co siedział, ten wie co i jak.

 

Tu pod celą ferajna szpanuje,

Każdy złodziej gangsterem być chce.

Do Perszinga na staż się szykuje

Rudy Felek stryjka szwagra zięć.

Mnie w tym bajzlu z kretesem obrzydło,

Podłe żarcie, klawisze i psy,

Blinda w lipie, grypsera i cały ten szyk,

Gites wzorki i knajacki szyk.

 

 I tak tu jest od lat,

Tu przez kraty się patrzy na świat,

 I wolno płynie czas,

Ten, co siedział, ten wie co i jak.

 

Przed świętami rakietę dostałem,

Smalec, fajki, kiełbasę i dżem,

A nad listem od matki płakałem,

Ojciec chory i czuje się źle.

Pozostało mi jeszcze dwa lata,

Ma dziewczyna z kimś innym już jest,

Gryps dostałem z wolności, brat pisze mi że,

To jest frajer, farmazon i leszcz.

 

To chyba jakiś żart,

Ma dziewczyna z ferajny jest wszak.

Czy ze mną w pchełki gra?

Tego ścierpieć się nie da, ot tak.

 

Co z tym fantem ja teraz mam zrobić,

Niech się zajmie tą sprawą mój brat.

Trza frajera ciupasem odprawić,

Trza mu zrobić facjatę na glanc.

Brat frajera fajkami częstuje,

Pyta grzecznie, wyjaśnia w czym rzecz,

Gdy ten kluczy, kugluje i odgraża się,

Brat go wali gazrurką przez łeb.

 

I tak tu jest od lat,

Tu o szczęście z fantazją się gra.

Tu każdy wie kto zacz,

A ferajna zasady swe ma.

 

Ma dziewczyna frajera pognała,

Zrozumiała że nygus, że leszcz,

W skrusze grypsy do kicia mi słała,

Lecz mój honor to święta jest rzecz.

Po miesiącu ja z tonu spuściłem,

Bo me serce to przecież nie lód.

Będzie czekać, warunek mam pewny jak z nut,

Wcześniej wyjdę i bierzemy ślub.

 

I tak tu jest od lat,

Tu o szczęście z fantazją się gra,

Tu każdy wie kto zacz,

A ferajna zasady swe ma.

Ludzi na bazarze znałem może z czterystu. Dużo więcej mnie znało. Wiedziałem, z którym z nich co można załatwić. Nie chciałem wiedzieć o ich nazwiskach. Imiona wyleciały mi z pamięci, a gdyby nawet nie, to nie wiadomo, czy by sobie życzyli zostać personalnie wspomniani, no i czy ja bym chciał, by mnie z niektórymi znanymi kojarzyć. Wycofałem się z bazaru w 1991 r. Czas pokazał, że ludzie poszli różnymi drogami. Dziwnie wielu, zamiast spożytkować zarobione pieniądze, podłożyło się lepszym od siebie cwaniakom. Oddawali je kasynom gry. Już wówczas bazar tracił swój koloryt. Nieraz wcześniej myślałem sobie, jakież to wyjątkowe stanowisko pracy dał mi los. Kilkanaście lat bez szefów, w atmosferze absolutnej niezależności, swobody, akceptacji i sukcesu. Szczerze – niemniej gdzieś pod skórą miałem też dość. Podobnych dni, tych samych widoków, podobnych tras…

Do Ruskich uwielbiałam chodzić, bo praktycznie zawsze mieli jakieś zabawki i przedmioty, które bardzo mnie fascynowały. Co najważniejsze, nie kosztowały dużo, więc często udawało mi się na nie naciągnąć rodziców. Lubiłam się targować. Dopiero kiedy poszłam do szkoły, to zrozumiałam, dlaczego to moje targowanie wszystkich bawiło. Targowałam się, używając jednego znanego mi słowa - "skolko?". Niezależnie od odpowiedzi, pytałam zawsze w ten sam sposób, po kilka razy o jedną rzecz. Jeśli tylko miałam żądaną kwotę, z zadowoleniem wręczałam banknoty. Jeżeli nie miałam, albo rodzice nie aprobowali zakupu, odchodziłam z płaczem. Czasem wzruszałam handlarzy na tyle, że oddawali wybrany towar za bezcen, a nawet za darmo. Od bazarowych Ruskich miałam na przykład bombki choinkowe - różowego misia, kolorową babę i różową panią w futrze. Miałam też papiery kolorowe i plastelinę. Używałam ich do robienia dziecięcych makiet. Do niczego innego się nie nadawały, bo były bure (czyli, jak to się obecnie nazywa, w kolorach ziemi). Żywsze kolory miały kanciaste kredki świecowe, o których zakup dość długo prosiłam. Za to nożyczki z czerwonym uchwytem i plastikową osłonką "upiększoną" buźkami chłopca i dziewczynki, trzymających transparent, służyły mi świetnie. Podobnie jak bardzo ostre "dorosłe" nożyczki, które do dziś są w naszym domu i zajmują honorowe miejsce obok ruskiego otwieracza słoików. Od bazarowych Ruskich pochodził też prezent, który dostałam na piąte urodziny – dwa żółte telefony w kształcie psich głów (było to o tyle absurdalne, że mieszkaliśmy wtedy w mikroskopijnej kawalerce, gdzie brakowało miejsca na rozciągnięcie kabla aparatów). Uwielbiałam składany na płasko kubeczek turystyczny. Nigdy nie doczekałam się za to wańki-wstańki ani kolorowych gumowych "piszczków". Bawiłam się nimi jednak u rodziny, która mieszkała obok bazaru, na Brzeskiej, i odnajmowała kąt handlującym na bazarze Ruskim. Brzeska była ich pełna. Pamiętam jak bawiliśmy się "ruskim towarem", który przez jakiś czas stanowiły żywe żółwie.

Rosjanki przyjeżdżały na Dworzec Wileński i szły Brzeską. W bramach stało dwóch, trzech mężczyzn i dzieciaki. Jak szła jakaś Ruska objuczona torbami, to oni podlatywali i kłuli ją szpilką w rękę. Ona z bólu puszczała torbę i dzieciaki łapały tę torbę i ciągnęły do bramy. A gdy ona się zorientowała i chciała lecieć za nim, to dorośli, którzy stali w bramie, podkładali jej nogę. Zanim się pozbierała już dzieciaki pouciekały. A torba znikała.

Tam było naprawdę strach przejść. A ile tam osób zniknęło. Kiedyś w okolicach Bazaru na Brzeskiej stała większa skrzynia. Koło niej góra piachu, którym posypywało się ulice, jak śnieg spadł. W tej skrzyni znaleźliśmy z kolegami rzeczy kobiety: ubranie, dokumenty, klucze, paszport, torebkę i album ze zdjęciami. Należały do młodej Białorusinki. Prawdopodobnie musieli ją uprowadzić. Zawieźliśmy do ambasady Białorusi dokumenty. Bardzo mnie gryzło sumienie, że nie mogłem nic zrobić, zastanawiałem się, co się stało z tą kobietą. Album trzymałem w domu bardzo długo, nie mogłem się z nim rozstać. Za to koledzy zabrali te jej znalezione ubrania i torebkę, handlowali tym na bazarze, bo wszystko znajdowało się jeszcze w bardzo dobrym stanie.

„Trójkąt bermudzki”, tak w żargonie określają ten teren policjanci, zawsze należał do obszarów największego zagrożenia. To obszar o bardzo wysokim wskaźniku przestępczości, a zarazem najniższej wykrywalności. To świat „met” i ciemnych spraw. Dla jednych rejon wywołujący dreszcz zgrozy, dla innych to po prostu raj. Pod względem przestępczości Praga-Północ plasuje się w pierwszej dziesiątce w skali całego kraju. Do niedawna dokonywano tu 30-40 włamań na dobę. O gwałtach, rozbojach, morderstwach nie wspomnę.

Wiosną 90 roku nasiliły się napady na, wegetujących w zaułkach źle oświetlonych ulic, Rosjan. Na początku odpowiedzią na zorganizowane ataki miejscowych było utworzenie czegoś w rodzaju komitetu samoobrony, który szybko przekształcono w gang. Dziś do Rosjan dołączyli Ormianie, Gruzini, Uzbecy. Od kilku miesięcy także Rumuni, Bułgarzy, Czesi i Jugosłowianie. Największy bazar Europy środkowo-wschodniej stał się międzynarodowym „pchlim targiem”, wschodnim „Flohmarktem”.

Właśnie tu, w okolicach ulic Targowej, Ząbkowskiej i Brzeskiej przybywający Litwini, Białorusini, Łotysze i Ukraińcy zdobywali doświadczenia i poznawali smak rodzącej się polskiej wolności. W małym sklepiku praskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” usytuowanym w pobliżu bazaru Różyckiego wykupywali flagi, nalepki i znaczki „Solidarności”. Podejrzewam, że tu rodziło się i dojrzewało marzenie o niepodległości.

Brat Wojtek

– Zamieszkałem na Brzeskiej w 94. roku. Wielokrotnie widzieliśmy wówczas napady na Rosjan. Nie wiem do końca, czy to byli Rosjanie, mówiło się na nich Ruscy. Wiele razy to widzieliśmy i słyszeliśmy krzyki na ulicy.

Brat Kazek

– Na Brzeskiej działała mafia. Siedział starszy facet i miał 3-4 brygady po 3-4 ludzi i tylko wskazywał palcem. Nawet nic nie mówił. Podchodzili do wyznaczonej osoby, zatrzymywali, zabierali towar. Koniec. Osoba taka nie miała żadnych szans. Nikt jej nie pomógł. Widziałem te zatrzymania z okna kilka razy. Próbowałem telefonować na policję, bez rezultatu. Wydaje mi się, że ta mafia funkcjonowała w doskonałej zmowie z policją. Takich regularnych napadów, jakie tam miały miejsce, ja w życiu nie widziałem, a mam już 70 lat.

Brat Mirek

– Nie wiedzieliśmy, jak sobie dać z tym radę. Słyszeliśmy w nocy krzyki i wołanie o pomoc. U nas na Brzeskiej i na Ząbkowskiej czasami nawet w biały dzień chuligani wyrywali Rosjankom torebki. Któregoś dnia szła sobie ulicą starsza pani i trzech młodych chłopców w wieku komunijnym próbowało jej wyrwać torebkę, tak jakby na niej ćwiczyli. I ona odparła atak trzech, po kolei. I tak pomyślałem sobie, co dalej będzie z tymi dziećmi?

Brat Andrzej

– Po południu, gdy wracałem z pracy, to na klatce schodowej stały czasem te torby zostawione przez bandziorów. Okradali ludzi z towaru, ale zostawiali w torbach dokumenty. I ci ludzie nie musieli iść na komendę, zgłaszać, co się stało, bo najważniejsze dla nich były te papiery. Mamy kaplicę od strony ulicy, czasem słyszałem tam krzyki okradanych, policja w ogóle się tym nie interesowała.

Brat Kazek

– „Gazeta Wyborcza” zorganizowała w końcu akcję. Dziennikarze porobili zdjęcia złodziejom. Zza szyb samochodów, z pięter szpitala kolejowego. Po kilku dniach tej akcji, jak uciął nożem, napady się skończyły.

Brat Andrzej

– Tak od razu się nie skończyło, najpierw miały miejsce patrole policyjne, które chodziły z jednej strony ulicy na drugą. Ale jak policjanci stali w jednym końcu, to na drugim kradli. Więc zrobili dwa patrole, które się mijały.

Brat Wojtek
– Pamiętam, że któregoś razu naliczyliśmy przed szpitalem kolejowym 17 patrolujących policjantów.

Woziliśmy praktycznie wszystko, zaczynając od zabawek dziecięcych, kończąc elektryką, alkoholem, papierosami. Niektórzy wozili na sprzedaż wędzone węgorze. Duże torby pełne węgorzy zastawiały całe miejsce w autobusie. Jeździli do Polski wszyscy a dokładniej wszyscy, którzy mieli dostęp do towaru, ponieważ na Białorusi też trwał kryzys. Dojeżdżaliśmy do bazaru w Warszawie, sprzedawaliśmy, co kto przywiózł, i wracaliśmy do domu. Wszystko było zorganizowane. Nawet mieliśmy przewodnika. Można powiedzieć, że wtedy panowała moda handlować w Polsce na bazarze.

Tuż przed granicą białorusko-polską, z lasu jak wilki, wyskakiwały samochody. Jeden z przodu przecinał drogę, drugi dociskał z tyłu. Kierowca musiał hamować. Z samochodu wysiadali „chłopaki”, przystawiali przez okno kierowcy pistolet do głowy, drzwi autobusu się otwierały. Każdy pasażer musiał zapłacić za przepustkę 20 dolarów i oddać część swojego towaru. Zazwyczaj interesował ich alkohol, a najbardziej lubili szampan. Na szczęście w powrotnej drodze już nikt nas nie dotykał. Musieliśmy tylko powiedzieć, że „grupa »Alex« nas już sprawdzała” i wszyscy od razu się odczepiali. I tak za każdym razem, wjeżdżasz – płacisz.

Jednego razu pojechało z nami kilka nowych kobiet i nie za bardzo orientowały się w sytuacji. Znów spotkała nas grupa „Alex”, a nowe kobiety siedziały na pierwszych miejscach. Zbulwersowane, odmówiły pieniędzy. Wtedy naprawdę zaczęliśmy się bać. Te kobiety natychmiast wyciągnęli z autobusu, przynieśli butle z paliwem i zapytali pasażerów: „Czy chcecie, żebyśmy wam tu urządzili »Katyń«? Jeżeli nie, to wiecie, co macie robić”. Wszyscy zaczęli szukać kasy. Wtedy zebrali najwięcej. Handlując na bazarze, koleżanka poznała jednego z kierowników grupy „Alex” ,chodzącego z towarzyszącą mu dziewczyną. Niektórzy mówili, że oni szukali nowych ofiar, niektórzy, że po prostu robili zakupy. Wracając z Polski, do pełna tankowaliśmy swoje torby ubraniami, butami. Wtedy polskie ubrania były bardzo modne i popularne na Białorusi. Mieć polskie buty albo dżinsy oznaczało prestiż i pieniądze. Do dziś mam dżinsy z polski. Mają ponad 20 lat, zachowałam sobie na pamiątkę.

Po kolejnym udanym handlu rozjeżdżaliśmy się po Warszawie i każdy załatwiał swoje sprawy. Robiąc zakupy, spóźniłam się na autobus i zostałam z torbami na dworcu. Dobrze, że miałam adres Pani Basi – koleżanki z bazaru, do której udałam się na nocleg. To była jedyna znajomość i jedyna nadzieja. Mieszkała Pani Basia niedaleko od bazaru. Bez żadnej znajomości językowej, świetnie się porozumieliśmy. Najbardziej charakterystyczna cecha, którą u Pani Basi zapamiętałam do dziś, to papierosy i rum. Miała około siedemdziesiątki. Dobrego serca człowiek. Zawsze otwarta i pomocna.

Na ziemi, na gazetach i kartonach rozkładają swe dobra. Jak zwykle są tu czajniki, samowary, wiertła, gumowe zabawki dla dzieci, matrioszki, zegarki, podejrzanie wyglądające pastylki i tabletki. Nie brakuje też kolorowych, plastykowych pasków, suwaków do spodni i spódnic, garsonek o rozmiarach jak dla słonia.

Tam od tyłu wyburzono wtedy część pawilonów i zrobił się mały placyk. Ludzie z Różyca nazywali go „Plac Czerwony”, bo tam sami Ruscy stali.

Jak przyjeżdżali z Litwy, z Rosji, z Ukrainy, to sytuowali się od Brzeskiej, tam mieli swoje stoiska. W różnych innych częściach też, ale ta część to przede wszystkim przez nich była zajmowana.

Wczesne lata dziewięćdziesiąte. Do Warszawy jeżdżę do lekarza. Tego dnia mamy sporo czasu, bo lekarz się spóźnił, a my z mamą siłą rzeczy spóźniłyśmy się na pociąg. Na dokładkę wyniki się pogorszyły i byłyśmy wcześniej w przyszpitalnym hotelu. Dlatego też mamy ze sobą ogromną torbę. Dla zabicia czasu wybieramy się na bazar Różyckiego, stajemy trochę bezradnie i zastanawiamy się, co począć, może jedna będzie oglądać a druga pilnować tej nieszczęsnej torby? Nasze rozważania przerywamy, bo widzimy jakieś niezdrowe zainteresowanie handlarzy naszymi osobami. W końcu podchodzi do nas rosła kobieta (bardziej w szerz niż wzdłuż) i krzyczy „won mi stąd”, patrzymy ogłupiałe mama na to „Ale co my tu Pani przeszkadzamy?”. Kobieta patrzy ze zdziwieniem do niej dochodzi jakiś starszy facet i mówi; To wy nasze? To przepraszamy, myśleliśmy, że Ruskie ze swoim towarem chcą się tu rozłożyć…

Wysiadłem z autobusu 125 przed bazarem Różyckiego i sztychem przebijałem się do ulicy Brzeskiej. Przystanąłem w miejscu, gdzie handlują złotem. Kruszec ma tu lekko czerwonawy odcień, co znaczy, że pochodzi z Rosji.

Tutaj nie ma straganów. Handlarki siedzą na stołkach, a cały dobytek zawieszają na sobie.

Pani Violetta z Brzeskiej pożera hamburgera. Nie może ugryźć, więc miażdży kanapkę ciężkimi od kilkudziesięciu pierścieni palcami. Nieszczęsna bułka krwawi pikantnym sosem. Kobieta goni rozchylonymi wargami uciekające od łokcia strużki, błądzi szybkim językiem pomiędzy gruzołami sztucznych rubinów, malachitów i akwarynów.

– Co potrzeba? – pyta i pod nos podstawia mi upierścienioną dłoń jak do pocałowania.

– Ach! Ja to bym całom tom rączkę urżnął – próbuję zabłysnąć bazarową galanterią.

– Niektórym to nawet jęzory urzynają.

Wyczuła obcego.

Moi ludzie też mieli różne sytuacje. Kiedyś tam chodzili po bazarze, sprawdzali, czy wszystko jest pozamykane, czy wszystko jest w porządku. Stała budka, w której sprzedawano suknie ślubne i garnitury i babka paliła tam zawsze światło. Weszli złodzieje fachowcy do tej budki, nie uszkadzając zamka. I ochraniarze podchodzą, a tam złodziej stoi i udaje manekina. Jeden ochroniarz mówi „Ty, to nie manekin, oczami mruga”. Temu złodziejowi wreszcie ręce osłabły i je opuścił, bo ile można manekina udawać. Zresztą okazał się trochę pijany. No i go złapali.

Załatwiłem komuś budkę na bazarze po staruszkach. Ci znajomi remontując budkę, znaleźli pod podłogą skrytkę ze złotem i srebrem. Dali mi pierścionek, ale tam znaleźli dużo więcej.

W innym miejscu, przy wejściu na bazar handlował znajomy mojego znajomego. Miał budkę z futrami, mocno stał finansowo. Zrobił sobie skrytkę w swojej budce, bo tam naloty milicji dokuczały bardzo. W budowaniu skrytki pomagało mu dwóch Ukraińców. On później zachorował, a ci Ukraińcy tam handlowali, jakoś się do tej skrytki dostali i wszystko zabrali. Jak wyszedł ze szpitala, to oni już pojechali na Ukrainę. A jak szli do pociągu na Dworcu Głównym, to syn tego faceta im pomagał nieść bagaże i się dziwił, że takie wielkie zakupy zrobili.

Nie wiem, czy do dziś tych skrytek nie ma. Kto wie, czy jak na bazar wjadą kiedyś spychacze, to takich skrytek jeszcze nie znajdą.

Chłodnie odkryliśmy, kiedy zostałem dyrektorem ochrony na bazarze – początek lat 90. Kolega Staś konserwował kanalizacje i mówi, że rury pękły i woda gdzieś bokiem ucieka. Okazało się, że część piwnic pod bazarem jest zasypana albo zalana wodą, ale wyjście znajduje się przy ul. Targowej. Tam istniały chłodnie, w których przechowywano żywność – mięso, warzywa. Nie posiadano kiedyś lodówek jak teraz i stąd piwnice. To były lata 60., 70. A później chodziła inspekcja sanitarna i obowiązywał zakaz handlu mięsem na bazarze. I od tamtej pory te chłodnie niszczały, część została zasypana, bo nikt o to nie dbał. Tam stały drewniane chłodnie, wisiały haki, leżały jakieś pordzewiałe siekiery, młotki. Ja tam tylko kawałek zobaczyłem, ale ten facet, który konserwował rury, doszedł do połowy bazaru. Później opowiadał, co tam widział. Dał mi maczetę stamtąd.

Niech pani popatrzy za kalendarzem. Są to pozostałości po włamaniach. Tu się nie przekłuli. Tam (wskazuje sufit), jest dziura po większym włamaniu. Kiedyś zegarek miał większą wartość. Taki dzieciak z Pragi czuł się szczęśliwy, nawet jak posiadał zegarek popsuty. Widzi pani, do mnie zawsze przychodziły dzieci. Do dziś przychodzą. Przed drzwiami zakładu stanął przed chwilą siedemnastoletni chłopak – widziała Pani. Rozmyślił się i odszedł zaraz. To jeden z tych, co przychodzili od dzieciaka. Płacę mu dwadzieścia złotych za sprzątanie podwórka. Kiedyś, w 1988 zdarzyło się włamanie. Zginęły narzędzia, jakieś wkrętaki. Same duperele. Ale na ladzie zostały odciski butów, tak wyraźne, jakby zrobione celowo. I ja je sobie zapamiętałem. Tomek przychodził i przesiadywał u mnie wtedy często. Przychodziło dużo dzieci, ale on pojawiał się częściej. I jego buty mi się zgadzały. Byłem pewien, że to on te odciski zostawił, choć nigdy mi się do tego nie przyznał. Zainteresowałem się nim, bo to był dzieciak z Pragi, z rozbitej rodziny. Załatwiłem, że zabrali go do domu dziecka. Uciekał stamtąd kilka razy, zawsze wtedy przychodził do zakładu. I zawsze przyjeżdżała po niego milicja, żeby zabrać go z powrotem. „Panie Jurku, przyjedzie Pan do mnie?”. A ja patrzyłem, żebym za daleko nie zabrnął, bo potem można kogoś rozczarować niemiłosiernie. Obiecałem mu kiedyś, że za dobre stopnie na świadectwie zabiorę go na wakacje. Miał same szóstki, więc pojechaliśmy z nim na Roztocze. Miał zostać tam na całe wakacje. Któregoś dnia zapolowaliśmy na kaczki. Psy nie chciały kaczek przynosić, więc on wskoczył do wody i sam po te kaczki popłynął. Wróciliśmy z polowania i okazało się, że jego matka zmarła. Za dużo wypiła. O ten urlop miałem w domu problem z żoną. Bo ja zacząłem myśleć o czymś takim, żeby go do domu wziąć, żeby go zaadoptować. Tylko widzi pani – ja mam dwójkę swoich własnych dzieci. Kuba cztery lata młodszy od Tomka i widziałem, że jest zazdrosny. Czy Tomek przychodzi tu jeszcze? Często. Jego narzeczona właśnie urodziła synka. Przyszedł ostatnio i zapytał, czy nie chciałbym zostać ojcem chrzestnym… Chciałem, żeby mi kiedyś powiedział, czy to on, czy to nie on zostawił te ślady na ladzie.

W tym zawodzie konieczna jest niesamowita cierpliwość. Anielska wręcz. Nie mam humorów, nie jestem złośliwa, ale czasami źle się czuję i nie mam ochoty rozmawiać. A jak się nie rozmawia z klientem, to niczego się nie sprzeda. To jest bardzo ciężka branża. Mama mi kiedyś mówiła „Dziecko, zastanów się, co ty robisz!” No i na początku ciężko wszystko przeżywałam. Nie radziłabym nikomu tej branży. Chociaż jest sympatyczna, czysta, biała, rzadka. Nie mam żadnych sentymentów na widok sukni ślubnych, co to, to nie. Jestem uodporniona. Wszyscy w tej branży jesteśmy uodpornieni. Patrzymy przede wszystkim na to, czy młoda w sukni dobrze wygląda, czy jej ona pasuje. Suknia ślubna, niezależnie od kroju, zdradza wszystkie mankamenty figury. Nasłuchałam się tego wszystkiego od mamy. Siedziałam pod budką, słuchałam, jak klientki mierzyły. Także po sukienki komunijne kolejki stały przed budką. Rzecz już dziś zupełnie niemożliwa. Suknie komunijne są strasznie ciężkie do sprzedania. Trudniejsze od ślubnych. Matki mają po prostu za duże wymagania. Ślub nie jest wcale taki ciężki do sprzedania, trzeba mieć towar, fasony, owszem, ale można sprzedać. Trzeba mierzyć, doradzić, ale jakoś idzie. Sukienkę komunijną może pani mierzyć i pół dnia i tak nie kupią, pójdą dalej. Od paru lat mam też dodatki ślubne, kartki, książki, kwiaty, ozdoby na samochody, na sale, szarfy. Ludzie o to pytali, a na Warszawie tego nie ma. A firmy, które ubierają samochody, biorą straszne pieniądze. Ludzi po prostu nie stać. Sama brałam ślub w brzydkiej sukience. Wymyśliłam sobie ją sama, a potem żałowałam. Mam ją do dzisiaj, bo podobno sukienki się nie sprzedaje. Mama mi zabroniła, a wiązankę ślubną kazała spalić. Suknia została uszyta z atłasu, na 12 tiulowych halkach, z marszczonymi, drapowanymi bufiastymi rękawami. Krawcowe szyły tę sukienkę ręcznie 3 tygodnie. Miałam stroik, który przywiozłam sobie z Grecji. Później go sprzedałam i jeszcze na nim zarobiłam.

Mój zakład przyklejony jest do bazaru, co było jego błogosławieństwem i zmorą zarazem. Dziwna sprawa, chciałem być gajowym, a zostałem zegarmistrzem. Naprawiam i psuję zegary. Za dużo, żeby umrzeć, za mało żeby żyć. Kiedyś kolejka do mnie wychodziła aż na ulicę. Długo pozostawałem drugim zakładem w Warszawie, który robił elektroniki. „Ty się bierz za elektroniki, bo to jest przyszłość”, mówił mój kolega. Rzeczywiście, do 90. roku żyłem jak panisko. No i przede wszystkim byłem wolny. Mogłem jechać na tydzień na polowanie, na kozły. Niedawno naprawiałem z ciekawości Patka. Zrobiłem go za trzysta złotych. Napisałem na rachunku pięćset, bo zrobiło mi się wstyd, że za takie pieniądze naprawiam Patka. Chciałem zobaczyć, co w tej cenie jest. Muszę przyznać, że się rozczarowałem, bo to urządzenie niczym się nie różni od zegarka za tysiąc złotych. Wolę elektroniki. W łebku od zapałki mieści się tyle liczników, dzielników, przekaźników. Cudów. Na imieniny podarowałem tacie elektronika „Synku, co to za zegarek, który nie cyka?”, pytał tata. Patrzę, za miesiąc tata go nosi. „Wiesz co? Nie nakręciłem zegarka, a ten ciągle chodzi”.

Suknie ślubne to bardzo dobry interes, co jest widoczne na Różycu: tyle tam sukni ślubnych, chyba najwięcej w Warszawie. Wtedy, w latach 90., ludzie mieli jeszcze państwowe posady, większe czy mniejsze pensje, ale było ich stać. Moda w sukienkach zmienia się mniej więcej raz w roku. Na Zachodzie raz do roku wychodzą katalogi z sukniami ślubnymi. Zauważyłam, że do nas, do Polski moda ślubna dociera z rocznym opóźnieniem. Modne pozostawały najgładsze sukienki, zupełnie proste. Mało halek u dołu, kliny, delikatne hafty. Dużo odkrytych ramion, co jest nie dla wszystkich. No i welony do pasa. Popularny stał się też kolor różowy, ale generalnie biel. Teraz, po 2000 roku panny młode są biedniejsze i bardziej wymagające. To jest połączenie, którego nie da się zrealizować. Ludzi zmieniły ciężkie czasy. Kiedyś nawet młode dziewczyny wiedziały, na co sobie mogą pozwolić. Teraz klientki są bardzo wymagające, a co najgorsze w ogóle nie mają gustu. Kierują się portfelem. „Zastaw się, a postaw się”. Jak koleżanka miała sukienkę za 3000 to ja muszę mieć za 3200. A to, że gorzej wyglądam, to nie ma znaczenia. Taki snobizm.

Na początku bazaru, od strony Ząbkowskiej stały pawilony. Potem asortyment ogrodniczy, nasiona kwiatów, warzyw, sadzonki, w zależności od pory roku. Potem galanteria, w zależności od tego jakie mody, jakie trendy. Z jednej strony warzywa: kartofle, marchewki, pory, selery, włoszczyzna na wagę, a z drugiej strony okienko. W okienku kupisz spożywcze produkty, a więc i chlebek, ale przede wszystkim mąka, cukier, proszki do ciasta, na wagę. Od Brzeskiej kwiaciarki sprzedawały kwiaty, dalej ryby smażone. Dalej jatki, a więc mięso: wołowe, wieprzowe, cielęce i baranie, a czasem i końskie. A tu i mięso, i jatki, i wolna sprzedaż, a za budynkiem ubiory, firany, dywany, a dalej to i suknie ślubne.

Powróciłam do Polski w 1994 r., jednak Różyc stał się już wtedy innym bazarem, potraciłam dawne kontakty, nikt już nie słyszał lub nie chciał słyszeć o moim Cyganie. Po bazarze zostały tylko szczątki dawnej świetności: nie słyszałam już gwaru rozmów, wszędzie hulał wiatr, nawet słońce świeciło inaczej przez dawne daszki budek. Kiedy przechadzałam się tymi uliczkami, ciągle dochodziły do mnie słowa Cygna „Co jest? Nie chcesz wejść?”.

Dostałem jeszcze pół roku, bo zapragnąłem bardzo wolności. Pracowałem na Żeraniu, zobaczyłem, że mogę się oddalić, to poszedłem. Przyjechał klawisz z Białołęki, to powiedziałem żonie, że lepiej jeśli on mnie odprowadzi. „Oddaliłem się” na dwa tygodnie. Zachłysnąłem się wolnością. I tak musiałbym swoje odsiedzieć. Wszystko zależy od człowieka – jednego złamie rok, drugiego dziesięć. Mnie potrzeba było pół roku, po pół roku nie wytrzymałem. Uciekłem. To umieścili mnie w Strzelcach Opolskich jako niebezpiecznego. Po wyjściu wróciłem na bazar. Wyglądał jakoś inaczej.

Anna Pniewska z Golubia-Dobrzynia

list do redakcji powieści

Jacek Hugo-Bader

reporter

Jacek Hugo-Bader „Ulica Brzeska”, „Gazeta Wyborcza”, 05.09.1997

Konstanty Królik

szef ochrony bazaru

Pan Jurek

zegarmistrz

 

Jolanta Chodyna


kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

 

Pan Jurek

zegarmistrz

 

Jolanta Chodyna

kupcowa, prezes Spółdzielni KBR

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

 

***

***

Pani Ola

kupcowa z Białorusi

 

Grażyna Dylewska

mieszkanka Pragi

Mirosław Mikulski

proboszcz Parafii św. Floriana na Pradze

 w latach 1989 – 1996

 

Pan Jan

portier Teatru Powszechnego

 

SON, dziennikarz

„Kurier Polski”, 22.07.1992.

Policjant A.

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 78

Kunegunda Sanir

mieszkanka Pragi

***

Mali Bracia Jezusa

katolicka wspólnota zakonna

Andrzej Białowąs

dziennikarz

"»Sowiecki gang« w Warszawie”, „Gazeta Krakowska”, 11-12.1990, s. 1-2

***

Brat Kazek
– Oczywiście my jako zakonnicy musimy zawsze zapytać miejscowego biskupa, czy on akceptuje naszą obecność. I wtedy dwóch naszych braci, Moris i Jurek, zapytało biskupa Romaniuka, czy on się zgadza. Powiedział „z błogosławieństwem”! No dobrze, ale co zrobić? Jest 89 rok, zameldować się w Warszawie nie jest łatwo. W administracji powiedziano nam, że jeżeli ktoś chce wyremontować na własny koszt mieszkanie na Pradze, to oni to zaakceptują. Należło pójść na Kłopotowskiego do Urzędu Dzielnicy i oni wyznaczyli – Brzeską. Próbowano zasugerować nam Floriańską, ale to znajdowało się za blisko kurii, katedry. Za blisko! Trzeba pracować w jakimś naturalnym środowisku. Któregoś dnia dzwonią, że mają mieszkanie na Brzeskiej na ostatnim, IV piętrze. Idziemy. Schody wiodą na rozwalający się strych, gdzie drzwi są zabite deskami. Urzędniczka każe wybić. I Jurek bach, z kopniaka. Przeszedł służbę wojskową, młody, zdrowy. Rozwalił. Wchodzimy. Znajdowały się tam dwa zdemolowane mieszkania, każde składało się z kuchni i pokoju. Te mieszkania zostały po pożarze dachu zalane wodą. W każdym razie mieszkanie było po pożarze i po dzikich lokatorach. Obraz nędzy i rozpaczy.

Brat Andrzej
– Jacyś narkomani tu urzędowali, wszędzie leżały strzykawki.

Brat Kazek
– Mieszkanie otrzymaliśmy pod koniec 92 roku. I w Sylwestra czterech braci z wiadrami i szczotami pojechało tam robić porządek. Sufit zarwany, pełno gruzu, jakieś stare rzeczy, brud niewyobrażalny. Ludzie przygotowywali się do Sylwestra, a my do roboty. Oczywiście należało coś zjeść. I wtedy bazar Różyckiego przyszedł nam z pomocą – „flaki, gorące flaki”. Inne życie. Jak jest zimno to flaki gorące i bułeczka do tego mogą uratować życie. Wtedy po raz pierwszy zamknęliśmy nasze mieszkanie na klucz. Tydzień później dotarła do nas informacja, że mieszkanie jest ponownie zalane. Co się okazało. Przyszła odwilż – woda w rurach odmarzła. Mimo, że ja pozakręcałem kurki, rury popękały i zalało mieszkanie. Drugi raz. Mało tego! Zalało jeszcze kogoś, kto mieszkał pod nami. Zbyszek tam poszedł, a Kazio, świętej pamięci sąsiad z dołu, za „łapkę” (to jest narzędzie murarskie do wyciągania gwoździ) i – „ty taki owaki, żeś mnie zalał, ja ci tutaj zaraz”… A Zbyszek jest chłopakiem bardzo spokojnym, uśmiechniętym. Opuścił ręce i nic. I tamten opuścił łapkę i nic. Zaprzyjaźniliśmy się z tą rodziną. Z Kaziem, z Gienią, z dziećmi. I tak się zaczęło to nasze mieszkanie na Brzeskiej.

Brat Andrzej
– Spisaliśmy całą listę określonych robót do wykonania.

Brat Kazek
– Pojechałem tam na kilka dni popatrzeć co i jak. Potem dołączył Andrzej, który jest fachowcem elektrykiem, hydraulikiem. Ja jestem murarzem i tynkarzem. Żeby było ciekawiej remontowano w tej kamienicy jeszcze dwa inne mieszkania. Też na IV piętrze, tylko w innej klatce. I wszyscy myśleli, że my jesteśmy robotnikami. Jak tam zamieszkaliśmy, to od razu staliśmy się swoimi ludźmi. Czas obowiązywał przejściowy. Niby komuna się skończyła, ale środowisko pozostawało to samo. Gros stanowili ludzie, którzy pracowali, mieli rodziny. Mieli swój język, dosyć kwiecisty, ale w czym problem? Mieli swoje zwyczaje, ale w czym problem? To byli rodzice, mężowie, żony, coś zwyczajnego. Ale cała ulica zaniedbana, bruk taki, że niewidomy jakby szedł po chodniku, to by się 10 razy zabił. Żadna latarnia się nie świeciła, bebechy z nich zostały wyprute.

Brat Mirek
– Na ulicy panowały egipskie ciemności. W tych ciemnościach rzucano kamienie z dachów na przechodniów, na policjantów.

Brat Kazek
– Jestem w mieszkaniu, naraz słyszę silnik. Ktoś zostawił samochód. Błyskawicznie chłopaki go otworzyli, wsiedli, rozpędzili, bach do tyłu w latarnię, bach do przodu w latarnię i dyla. W początkowym okresie mojego mieszkania na Brzeskiej zobaczyłem kilku wyrostków, którzy obrabiali starszą panią w naszej bramie. Krzyknąłem „Co robicie?”, a oni uciekli. Podszedł do mnie starszy mężczyzna. „Pan chce tu mieszkać? Wkrótce nie będzie pan tu mógł żyć”.

Któregoś dnia idę sobie Brzeską. Tam jest szkoła. Patrzę, a dwie dziewczynki i dwóch chłopaków slangiem rąbią, że coś niesamowitego. Mówię do nich – „Co to za rzucanie mięsem? Spokój!” Uciszyło się. Odszedłem kilka metrów i słyszę jedną z dziewczyn „Sam jesteś kurwa jebany!” A ja na pięcie i do nich. Wszyscy się rozbiegli. Ona wpada do szkoły Ja za nią. Drogę zagrodziła nam nauczycielka i ta dziewczyna mówi do niej „Kurwą mnie nazwał”! Myślę sobie – „jasny gwint, dopiero będzie cyrk”. W końcu trafiliśmy do wychowawczyni. I ona znowu „Kurwą mnie nazwał”. Ja mówię, „Może pani nie wierzyć, ale to było tak”. I opowiedziałem, jak było. Wychowawczyni do niej – „Karolina, proszę zmyć paznokcie”! A do mnie – „My to wszystko posprawdzamy, czy to pana zadowala?”. Ja oczywiście przytaknąłem, bo najchętniej bym stamtąd uciekł. Kilka dni później idę – naprzeciwko mnie jakaś trójka dzieci. Patrzę – Karolina. „Dzień dobry panu” mówi.

Typy z Brzeskiej są cudowne. Umownie nazywamy ich bramkarzami. To jest już trzecie pokolenie. Oni pracują, czasami ciężko i wszystko praktycznie przepuszczają przez gardło. Schorowani, umierają młodo. Jest taki Zbyszek. On kiedyś został kajakarzem, reprezentantem Polski. I później coś mu się stało, nie mógł trenować i pije. Ale człowiek do dzisiaj uśmiechnięty, zadowolony z życia, chociaż zbiera złom. Jak bywał trzeźwy – no to zjadł z nami obiad. Jak pił, no to trudno, nie akceptowaliśmy tego. Jak rozmawialiśmy z tymi, ludźmi to często okazywało się, że posypały im się rodziny, albo się rozpili. Mieli dobre zawody, no ale jak teraz startować od początku?

Myślę, że w głębi duszy każdy człowiek jest jakoś dobry, tylko trzeba odkryć tę jego dobrą stronę. Wszędzie, gdzie mieszkamy, mamy kaplicę. Modlimy się najczęściej za ludzi, którzy nas otaczają, za sąsiadów, za tych, którzy z nami mieszkają, za tych, którzy rozrabiają. Za tych, którzy są poszkodowani. Żyjemy w tym środowisku. I ja wierzę, że obecność tam Jezusa w Najświętszym Sakramencie daje dobre rezultaty.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs „Moje miejsce magiczne”. I ja napisałem, że moim miejscem magicznym jest ulica Brzeska i zostałem wyróżniony. Bo czytałem artykuły w „Wyborczej…”, jak tu bandy grasują, które mają przejście po strychach, po piwnicach, że tam można kupić Uzi. Ludzie! Co wy myślicie, że tu same bandziory mieszkają? Ja napisałem, że tu 80% jest normalnych ludzi, którzy chcą żyć, mieć dzieci, wychować je i cześć! Ulica Brzeska jest piękna. Z jednej strony secesja, z drugiej w podwórzach – kapliczki. I na naszym podwórzu też jest kapliczka. Wprawdzie tam stały trzy jednakowe posążki Matki Bożej. Ja pytam dlaczego aż trzy. „Bo jedna jest Matka Boża i ma dwie służące” – powiedziano mi. Nie szkodzi, niech tak myślą.

Brat Mirek
– Ja pochodziłem z zupełnie innego świata, z tzw. porządnej rodziny. Kiedyś Moris – jeden z braci, który tu mieszkał – powiedział do mnie, „A czy ty myślisz, że jesteś lepszy od tych ludzi?” Zaskoczyło mnie to pytanie, ale dotarło do mnie, że może rzeczywiście tak myślałem, że jestem lepszy. Z czasem odkrywałem, że nie jestem lepszy. Ci ludzie kryją w sobie bardzo duże bogactwo i wewnętrzne piękno, pomimo pozorów. Ludzie z Brzeskiej łatwiej wyrażają swoją emocjonalność. To nie jest wada, przez to łatwiej można z nimi nawiązać kontakt, przez tę ich większą prostotę. Ja to bardzo cenię.

Na pierwszym piętrze w naszym domu od pokoleń mieszkała rodzina. Wszyscy zmarli, wszyscy byli alkoholikami. Bardzo się z nimi związałem, mieliśmy dużo ciekawych spotkań i rozmów. Jeden z nich – Witek –. miał niesamowita wiedzę, którą potrafił się dzielić i prowadzić rozmowy na wysokim poziomie. Rozmawialiśmy o życiu albo o innych, zwyczajnych rzeczach. Miał spojrzenie na świat, które cechowała duża wrażliwość. Witek często siadał przy ulicy, na chodniku. I tak sobie siedział, nie zaczepiał ludzi, po prostu patrzył. Lubiłem z nim siadać. Wiedziałem, że to zupełnie zmienia perspektywę. Ludzie przechodzą, często się spieszą, gdzieś pędzą. A tutaj można patrzeć, jak mija życie.

Żyła obok nasza sąsiadka – Gienia i jej mąż Kazik. Ona pracowała w Koneserze. Często ją widywałem, jak stamtąd wracała. Gienia już nie żyje. Przez wiele lat miałem coś takiego, że mi się wydawało, że ją tam widzę, jak idzie w takiej swojej specyficznej pozie. I tak sobie myślałem, że to coś znaczy, to nie jest obojętne, przyzwyczaić się do człowieka.

***

Idę przez bazar, ścisk taki, że nie można przejść przez główną alejkę. Przeciskam się. Oczywiście trzymam ręce w kieszeni, bo tam cokolwiek się posiada, to wyciągną. Portfel to miałem tak schowany, żeby się nikt nie dobrał.

Na bazarze udawało mi się kupić buty czy spodnie. Ja nie ukrywam, że zaopatrywałem się tam na pielgrzymki. Kupowałem sobie zwyczajne, robocze spodnie – luźne, cienkie. Kupowałem też buty jakie dawano robotnikom. To były dobre, solidne buty, świetnie sprawdzały się na pielgrzymce. Szyto je tylko dla robotników pracujących w fabrykach. A wiadomo, że buty dostawały nóg, same z fabryk wychodziły i trafiały na bazar. Może kupowanie tych rzeczy było trochę niemoralne, ale gdyby istniała możliwość kupienia ich z legalnego źródła, to by się kupowało w sklepach.

Działał na Pradze słynny ksiądz – Henryk Stasiak. Oryginał, którego znała cała dzielnica. On potrafił w sutannie i komży, a jednocześnie w hełmie strażackim i z toporkiem witać papieża, bo został duszpasterzem strażaków. Ksiądz bardzo lubiany, chociaż szalony. I jego nieśmiało ktoś poprosił „A czy ksiądz by nam budki na bazarze nie poświęcił?” Jak się rozeszło, że on przyjdzie… Trzy czwarte tych bud święcił, błogosławił. Kiedy się idzie ulicą w sutannie, to różne rzeczy można usłyszeć pod swoim adresem. Chociaż tu na Pradze nie jest źle, ludzie raczej patrzą życzliwie. Natomiast chodzić po zatłoczonym bazarze i błogosławić ludzi i budki, to było coś. A jednocześnie jakaś taka normalność i prawość tych ludzi, wynikająca z ich wiary, że oni jednak chcieli księdza. Trzeba wspomnieć, że kupcy to ludzie ofiarni. Proboszczowi, który budował wieże u Floriana, ksiądz Stasiak przynosił sporo datków. Stasiak nie pełnił funkcji proboszcza, ale jego uważali za proboszcza, bo on się tak rządził, jakby tym proboszczem był.

Jak w jednym roku złamał nogę i nie poszedł na kolędę, to oni czuli się bardzo zawiedzeni… bo na bazar żaden ksiądz nie miał odwagi iść. Dopominali się, że oni tylko księdza Stasiaka chcą, tylko jego pamiętali. Nie śledziłem nigdy tego, ale mogę powiedzieć – w większości bud krzyżyk, Matka Boża, święte obrazeczki wisiały. Ludzie pozostawali tacy powiedziałbym kościelni, jak większość społeczeństwa. Ale czy to się jakoś objawiało? Procesji Eucharystycznej to tam raczej nie odprawialiśmy. Ale ta odwaga księdza Stasiaka imponowała. Kiedy szedł w tej sutannie pośród tego tłumu – możecie sobie wyobrazić. Moje doświadczenia są inne.

Idę Brzeską na kolędę. Pukam, otwiera mocno zanietrzeźwiony pan, poczochrany, w krótkich spodenkach. Ja – „ojej, widzę, że pan nieprzygotowany…”, na co on: „Ja zawsze jestem przygotowany, proszę wejść!” I trzeba było wejść. Innym razem kobieta mówi „Ja wpuszczę księdza, ale nie będę paliła światła, bo mam bałagan i się wstydzę”. Przy świeczce siedzieliśmy. Czułem, że jest niezły Sajgon dookoła. Wchodzę do kolejnego mieszkania, siedzi dwóch kolegów, jeszcze trzeźwi. Widać, że czekali na księdza i prawdopodobnie zaczną pić po jego wyjściu. Wszystko przygotowane – krzyżyk, talerzyk, świeca, woda świecona. Ksiądz pomodlił się, porozmawiał chwilę, zbiera się do wyjścia. A jeden z nich unosi talerzyk, a pod nim 20 złotych. „Proszę księdza, to na wiarę.”

Kłaniają się z daleka. Dzisiaj ludzie idą na skróty, zwykle mówią „Szczęść Boże”, a na Brzeskiej mówią często „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

Ksiądz Mikulski pewnie by opowiadał o tym, jak organizowaliśmy procesje na Brzeskiej, jak całowali krzyż. Pamiętam, że ktoś z nich zadał takie pytanie – „Przepraszam, czy mogę ucałować relikwie?”

Na ogół nie daję tym pijaczkom, menelom, ale raz musiałem dać. Wiedziałem, że daję na piwo wbrew sobie, ale tekst, jaki usłyszałem pod swoim adresem, po prostu mnie rozbroił. Profesor Polskiej Akademii Nauk by tego nie wymyślił. „Szlachetna duszo o potężnym umyśle, nie wsparłbyś potrzebującego?”

Kiedyś szedłem Brzeską bez sutanny. I zbliża się do mnie jeden taki, który kojarzył mnie z kościoła. I tak patrzy na twarz – zgadza się, ale widzę, że czegoś mu brakuje, nie ma sutanny. I tak zawahał się i w pewnym momencie „Aaaaa, witaj mistrzu kropidła”. To są poeci. Ja opowiedziałem to księdzu arcybiskupowi, to i on mnie poczęstował historią, jak szedł tu z kurii do siebie. Praga. Floriańska. Ale styl bazaru. Arcybiskup mówi tak – idę w sutannie, naprzeciwko mnie pijany, bałem się, że mi coś przykrego powie. Bujnął się na nogach, zrobił znak Victorii i do mnie; „Kaaaaaróluj nam Chryste!”…

Ksiądz Bogusław Kowalski

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11.2011

Joanna Wiśniewska

Laboratorium Reportażu

Pan Bóg sobie z tym poradzi, ale ja czasem mam problem, jak to pogodzić. Z jednej strony się modlą, a potem robią różne niecne rzeczy. Komu więcej dano, od tego więcej się wymaga. A komu mniej – mniej. Ja nie wiem, co tam w ich sercu się kryje, jak oni sobie układają to sumienie. My żyjemy według dekalogu, według zasad, których nauczyliśmy się w domu. A oni co wynieśli z domu? Może dla nich nie jest to aż taki problem. Jak można zaakceptować złodziejstwo? No nie można! Ale jak to się w duszy tych ludzi rozgrywa? Ja podejrzewam, że to jest jakieś pokłosie mentalności, w której oni są wychowywani. Z reguły na Brzeskiej mieszkania przechodzą z pokolenia na pokolenie. I to, co robili rodzice, robią też dzieci. Styl, urządzenie tych mieszkań, zachowanie, przestawanie w bramach – ojciec stał i syn stoi. Ja tego broń Boże nie usprawiedliwiam, ale podejrzewam, że to gdzieś w podświadomości tych ludzi się dokonuje, że oskubać bogaczyka to może jest trochę nie w porządku, ale bez przesady. Przecież on pójdzie do pracy i se zarobi, a ja nie pracuję. Ten człowiek sam sobie wyznaczył moralność. A to, że oni szanują święte miejsca, że figurki nigdy nie są sprofanowane, że kapliczki są zadbane, to dobrze, bo tam z chodzeniem do kościoła jest naprawdę różnie. Raczej od przypadku do przypadku. Natomiast na Brzeskiej mają poczucie sacrum, oni gdzieś tego Pana Boga nad sobą czują. To jest tak, jak dziecko zasłania twarz i mówi „nie ma mnie”, niby że się chowa. Oni podświadomie czują, że Pan Bóg jest i z Panem Bogiem nie ma co wojować, no ale z czegoś trzeba żyć.

Poszedłem niedawno na Brzeską. Idę do swojej wyznaczonej bramy. W bramie stoi około 50-letnia kobieta, tleniona blondyna. Nagle odzywa się tym charakterystycznym głosem – „A przepraszam, który pod jedenastkieee”? Mówię, że ja. „Proszę ze mną, matka leży chora, przyszłam z placu Hallera, żeby otworzyyyć”. Ja już jestem taki mały. Ona nawet nie zdawała sobie sprawy z tego tonu, jakim mówiła. Jakby rozmawiała z dzieciakiem. I wchodzimy do mieszkania, matka leży, rzeczywiście. Pomodliliśmy się. A ona się nie obcyndala i mówi do mnie tak „A przepraszam, długo ksiądz tu już jeeest”? Mówię, że cztery lata. „A ile ksiądz ma laaat”? „Pięćdziesiąt cztery”. „Mleeeczaaak”. Mleczak! I ja sobie przypomniałem, że kiedyś tak się mówiło na młodego, ale to na dzieciaka. Dla niej to zero skrępowania. Okazało się, że ona całe życie prowadzi budę na bazarze, a matka – od wojny. Po prostu idzie to z pokolenia na pokolenia. Ten styl mówienia, taki handlowy, taki z góry, taki „nie dam ci się” i to się wyczuwa. Ja sobie wyobrażam, jak ona rozmawia z ludźmi „Niech mi pan tutaj nie gada głupot, dobrze leży ta marynareczka. Nooo, a może koszulkę dobierzemy? Albo krawaciiik? Halinka, podaj tutaj coooś” To jest ten styl, to są ci ludzie przesiąknięci bazarem.

Budrewicz pisał „Mieszkańcy Brzeskiej zapalają świeczki pod figurkami i obrazami świętych na podwórkach, a zaraz potem biorą się za łby lub wkładają łapę do cudzej kieszeni”. Jak ksiądz by to skomentował.

Grażyna Dylewska

kupiec

 

Karol Bulski

przewodnik praski, mieszkaniec Pragi

Alex Kłoś

reporter

Piotr Machajski

dziennikarz

„Walizki z pieczątkami”, „Gazeta Stołeczna”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, 22-23.10.2005

Pan "Marek"

Policjant X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Trio, Warszawa 2010, s. 182

„Gierek”

Piotr Kulesza „Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego”, Książka i Wiedza, Warszawa 2004, s. 39

Informacja prasowa

„Życie Warszawy”, 15.06.1995

Mieczysław Janiszewski

przewodnik

Grzegorz Pikora

dziennikarz

Grzegorz Pikora „Kiedyś to tu był raj”, „Życie”, 01.30.1997

Policjant Y

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 181

Policjant X

Jacek Kurczewski, Mariusz Cichowski, Krzysztof Wiliński „Wielkie bazary warszawskie: środowisko społeczne, kultura i problem społeczny”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 139

Ksiądz Bogusław Kowalski,

proboszcz Parafii św. Floriana od 20.11.2011

***

W 2002 r. na ulicy Ząbkowskiej pojawiła się restauracja „Szemrana”. Jej twórcą i właścicielem był pan Andrzej Poleszuk – biznesmen, który robił interesy na Ukrainie. Stworzył tam pierwsze prywatne salony optyczne. Na Ukrainę trafił z Rembertowa, gdzie również handlował okularami. Kiedy na Wschodzie zarobił już kasę, postanowił wrócić do swoich korzeni, a był człowiekiem z Pragi. Zapragnął stworzyć swoje miejsce, w którym mógłby spokojnie sobie siedzieć. Nazwa knajpy w sposób idealny korespondowała z klimatem ulicy i sąsiadującym z nią bazarem Różyckiego. To była pierwsza po transformacji ustrojowej prywatna restauracja z warszawską kuchnią, czyli pyzy, flaki, lorneta – dwie „lufy” ze śledziem lub minogą. Na barze stały popielniczki z cegłówek. Wejście do ubikacji wyglądało jak drzwi do komórki na węgiel. Na ścianie widniał fresk z ulicą Ząbkowską, namalowanym niebem i płynącymi po nim obłoczkami. Na parkiecie tańczono i odbywały się wieczorki zapoznawcze. Pan Andrzej lubił śpiewać. Kiedyś przejeżdżałem przez Pragę w nocy i zajrzałem do „Szemranej”. Usłyszałem jego głos. Śpiewał karaoke: ore, ore, siabadabada amore. Robił to świetnie, miał fantazję. Pojawiłem się tam znów po jakimś czasie i dowiedziałem się od właściciela, że jest problem. Pan Andrzej powiedział mi, że siedział w pustej knajpie ze starym gangsterem. Ten gangster wycofał się już z obiegu i regularnie wpadał do „Szemranej” na obiady. Jedli więc razem obiad, gdy do lokalu weszło dwóch facetów. Podeszli do ich stolika. Wyglądali dość dziwnie, dlatego że oczy pociągnięte mieli kredkami konturowymi, które ich maskowały. Nagle wyciągnęli broń i zastrzelili gangstera. Dostał kulę w głowę. Upadł twarzą w talerz. Z głowy wylało mu się trochę krwi. Pan Andrzej powiedział, że to nie jest tak jak w filmach – że ta krew tryska. Od tego momentu „Szemrana” zaczęła gasnąć i wkrótce została zamknięta. Dokładnie w jej miejscu pojawił się funkcjonujący do dziś posterunek policji

Z rodzicami tu nie przyjeżdżałem. Moja mama nienawidziła Pragi i to, że ja tu mieszkam, też nigdy jej się nie podobało. I pamiętam, jak jeździliśmy do babci na wieś z Dworca Wileńskiego, to wysiadaliśmy na Kijowskiej i musieliśmy przejść całą Targową, ale zawsze przechodziliśmy na przeciwną do bazaru stronę ulicy. Wynikało to z tłoku, ale też widziałem po mamie, że ona jak najprędzej chce przemknąć przez to wszystko i nie widzieć całej tej atmosfery bazarowej. Kiedy mieszkałem już na Pradze, to na Różyca chodziłem kupować pastę do butów i sznurówki, bo dział obuwniczy jest tu cały czas bardzo prężny. No i przechodziłem tędy, idąc do domu. Na bazarze cały czas funkcjonuje instytucja gości, którzy stoją przy bramach, pytają co potrzeba i są strażnikami wejścia na bazar. Czyli funkcjonuje ktoś, kto jest potrzebny do wsparcia całej instytucji. W tym przypadku taka osoba staje się być rodzajem przewodnika, kogoś kto wprowadza do świata bazarowego. Tego dnia kupiłem narzutę na łóżko, którą zrobili mi na Targowej. Mieszkałem w kamienicy na Brzeskiej. Szedłem z tą narzutą przez bazar i obstąpiło mnie kilku kupców. Pytali co to jest i po ile. Więc ja mówię, że po 200 zł. Zrobili mi ją za 50 zł, bo to było ze sztucznego materiału. Oni tak po sobie patrzą i mówią „Po dwieście? Po dwieście?” Ja mówię „Dobra, 150 zł! Za 150 zł puszczę”. A oni „Nie, no 150?”. To im mówię, że to jest ze zwierzęcia. Oni tego dotykali z pogardą, oglądali komisyjnie. Ich twarze i głosy mówiły, że jakość jest nienajlepsza. Pogadaliśmy jeszcze przez chwilę. W końcu poszedłem i usłyszałem za sobą jak gość krzyczał na cały bazar „Okrycie na całe życie!”. Nie kupili jej ode mnie, bo za dużą cenę podyktowałem. Zresztą to też pytanie, na ile oni chcieli to kupić, a na ile im chodziło, że dla zasady jak ktoś idzie z towarem przez bazar, to trzeba z nim porozmawiać. Chodzi o kontakt międzyludzki. Dla nich to było coś ciekawego w ciągu dnia i dobra zabawa.

Bazar jest przepięknie skonstruowany, lepiej niż supermarkety. Bo w supermarketach najpierw musisz przejść wszystkie zabawki, pierdoły, mydełka, pachnidła, żeby kupić jedzenie, bo oni uważają, że po drodze coś kupisz. Bazar jest… skonstruowany tak jak należy. Główne wejście jest na Brzeskiej i wchodzi się na jedzenie od razu. I słusznie, bo jak się idzie na bazar po jedzenie, to się wchodzi na jedzenie. Jeżeli ktoś nie chce jedzenia, to nie wchodzi tędy. Wchodzi z innej strony a tam już stoją cinkciarze, a dalej sprzedają buty. Wszystko ułożone w kolejności: buty, palta, czyli jesionki, płaszcze, garnitury, sukienki. Potem wchodziło się w sferę ekskluzywną czyli towary kolonialne. Najlepsze ryby ze świata, kawiory, czekolady. Mogłaś zamknąć oczy, upić się w trupa i iść na azymut. Pamiętałaś, że tam to było, wchodzisz i jest. Nawet ten sam człowiek za każdym razem, który cię pięknie witał. Bazar to dla mnie tak jak u Harolda [Harrodsa – przyp. K.S.]. Wszystko co najmodniejsze. Handel kwitł tu zawsze. To jest jedyna dziedzina współżycia międzyludzkiego na świecie, której nie zniszczyły ani podboje, ani wojny. Ci na górze ze sobą walczą, a ci na dole handlują. Kiedy pojechałam do Izraela to byłam zdumiona, bo z jednej strony… walczą. Jedni zakładają na siebie bomby, inni na czołgach i bombardują, a normalni ludzie – Palestyńczycy i Żydzi – współżyją ze sobą, handlują, bo przecież mają się o krok, rozmawiają, zapraszają się na swoje imprezy. Bazar jest podstawą, jest zawsze, jest wszędzie.

W 2005 roku, po prowokacji przeprowadzonej przez dziennikarzy jednej z ogólnopolskich gazet, dokonano zatrzymań niektórych z fałszerzy dokumentów. Uzbrojeni po zęby antyterroryści wyciągnęli wczoraj z łóżek dziewięciu mężczyzn. Zaczęło się od 40-letniego Dariusza Z. W jego mieszkaniu w Markach Policja nie znalazła jednak nic ciekawego poza kluczami do innego mieszkania przy ulicy Skoczylasa. Ale tam odkryła trzy walizki wypełnione podrobionymi pieczątkami. – Pieczątek są tysiące – Na tym jednak nie koniec. W mieszkaniach innych zatrzymanych policja odnalazła kolejne pieczątki oraz dokumenty: świadectwa, dyplomy, indeksy uczelni z całego kraju oraz niewypełnione blankiety prawa jazdy, dowodów osobistych i paszportów. Magazynek z lewymi dokumentami policjanci odkryli też w jednej z bud na bazarze Różyckiego. Oprócz paszportów i praw jazdy były tam między innymi zaświadczenia lekarskie.

Jedni poszli w stronę Pruszkowa drudzy Wołomina. Najpierw działał benkiel, potem chodził spirytus – słynne podrabianie wódy. Wszyscy nagle zapragnęli robić fortuny. Przez miesiąc można zarobić do 100 000 dolarów. Ja się na to nie załapałem. Z drugiej strony nie żałuję, bo sporo tych ludzi już nie żyje. Żyli dobrze, ale krótko. Niektórzy jeszcze siedzą. Niektórzy są nadal wysoko ustawieni w grupach przestępczych. Przerzucili się na narkotyki. Część z nich to znani biznesmeni. Policja wie swoje, ale nie ma na nich haka. Czekają. Wielu jest też takich, którzy się nie wstrzelili. Złote lata dla matactw i fałszerstwa zaczęły się, jak weszła demokracja. Ludzie zachłysnęli się pieniędzmi. No i wielu też zapragnęło mieć maturę. Pracują przy tym przynajmniej dwie osoby: ja i pisarz. Pisarz to ten, co pisze na dokumentach. Zaopatrywali się u nas wszyscy. Nawet policjanci. Kiedyś przyjechał jeden po świadectwa maturalne dla całego posterunku z nowosądeckiego. Paszport – nie ma żadnych problemów, nawet czerwony. Najlepiej byłoby, jakby ktoś się zgodził dać swój czerwony paszport. On zostanie przerobiony, wstawi się dane drugiej osoby. W tej chwili najlepiej idą matury. Najczęściej jest to kradziony dokument, do tego wkleja się zdjęcie i stawia pieczątki. Nowe prawo jazdy jest zbyt kosztowne – trzeba by było zainwestować w narzędzia. Stare – nie ma żadnych problemów. Jest to najprostsza rzecz do zrobienia. Praktycznie każdy papier jest do podrobienia. Piszę na kartce i orientuję się szybko, czy da się to załatwić. Jak chodzi o dokument z Warszawy, to załatwiamy w godzinę. Jak spoza, najczęściej na drugi dzień. Studia wyższe – też nie ma żadnego problemu. Na miejscu nikt nie robi dokumentów. Tu się idzie od razu po gotowe. Jak trzeba zrobić, to dzwonię do odpowiednich osób spoza bazaru. Mamy gościa, który wypisuje. Ma wzory różnych szkół. Ważne czy chodzi o liceum, czy technikum. W każdej szkole są inne przedmioty. Potem składa się pięć podpisów, np. na maturze. Są dokumenty, np. First [First Certificate of English], których nie zrobię, bo są za dobrze zabezpieczone. To by musiały być szalone pieniądze. Wchodzimy do mojej budki i ustalamy, co potrzeba. Ustalamy dane, ustalamy cenę. Wpłaca się zaliczkę. Minimum połowę. Potem przychodzi klient, siadamy, on akceptuje i wychodzi. Patent żeglarski najtańszy, śródlądowy kosztuje 450 złotych. Inne dokumenty idą od 600 złotych w górę. Są dystrybutorzy, którzy mają towar. Pytam, czy akurat mają konkretny dokument od ręki. Przebywają tutaj, a gdzie mieszkają, to mnie nie interesuje. Taki policjant jakby chciał nagrać jakąś akcję, to nie ma problemu. Trzeba tylko trochę sprytu. Pojawiał się tu taki. Już tak się zachowywał, jakby był nasz. Ale zgubiło go to, że on biegł za mną i patrzył, do kogo ja idę po dokumenty. Teraz też boję się kontroli i policji, ale staram się nie mieć nic przy sobie. Oni doskonale wiedzą, czym my się zajmujemy. W każdej chwili mogę wpaść. Próbowałem handlować czymś innym: bluzy różne, potem miałem bar, ale to się nie opłaca. Mam tu kolegów. Znam praktycznie wszystkich. Ale trzymam się sam. Gdyby coś się stało, to ja wpadam sam. Nie muszę się martwić, że poplączą mi się zeznania. I w razie czego mogę mówić, co mi ślina na język przyniesie.

Ostatecznie benkle zniknęły z Różyca na początku lat dziewięćdziesiątych. Sytuacja ich zmusiła. Musieli stąd odejść, bo nie mieli klienta. Nie mieli kogo oszukiwać i naciągać – na bazar przychodziło coraz mniej ludzi. Benkiel stawał się jedynie wspomnieniem. Zastąpiły go mafie.

Ten, co to nas sprzedał, to musiał się powalić. Przyszedł do mnie na wiosnę i wziął jednego gana. A potem zajrzał za trzy miesiące i zamówił trzy sztuki. Rozumiem, trzy sztuki to jest kawał grosza. Wakacje mam już prawie za darmo. Gościu – mówi – przyszykuj mi na jutro. Mówię, w porządku. I koniec. I on przyjechał. A od samego rana kręciło się więcej tych po cywilnemu. Od groma. Więcej niż kupujących i sprzedających. Jeden, ten cały ich szef, to pięć czy siedem razy podchodził do mnie do stolika i ciągle pytał o to samo radio. I tak się patrzył jak szpak w dupę. No i potem przyszedł tamten. Poszliśmy ze wspólnikiem po towar. Wychodzimy. Wspólnik pierwszy i od razu go pod mur. Ja wychodzę, mnie pod mur. Ręce na ścianę! Jeden leciał przez jezdnię z czterdziestką piątką, chyba bęben, na pewno. I krzyczał: kurwo, tylko się rusz, to ci łeb odstrzelę. Skuli nas jak psy, rzucili do kanciapy. A ten młody takiego kopa mi zapierdolił, że przez dwa miesiące nie mogłem oddychać. Potem rozbrajał granaty, to śmiać mi się chciało. Wspólnik, gdy zobaczył, jak on to robi, to mówi do mnie „Gieruś, lepiej zamknij oczy”. Z godzinę te granaty rozbrajał. Wspólnik robi to w 15 sekund. Wpadłem, siedziałem na Białej, a potem wyszedłem. Bazar już nie ten i ja już nie ten. Wiele rzeczy odeszło bezpowrotnie.

Policja z Pragi Północ zlikwidowała skład broni

Wielki arsenał broni, amunicji i materiałów wybuchowych wykryła wczoraj stołeczna policja w pomieszczeniach prywatnej firmy przy ul. Ząbkowskiej. Sprawę prowadzą funkcjonariusze z komendy rejonowej na Pradze Północ.

Zatrzymaliśmy na razie trzy osoby – właścicielkę firmy i dwóch mężczyzn w wieku 56 i 35 lat. Wszyscy są mieszkańcami Warszawy – mówią północnoprascy policjanci. – Kobieta wynajmowała pomieszczenia i, jak twierdzi, nie miała pojęcia, że były one nielegalnym arsenałem. Zatrzymani mężczyźni nie tylko przechowywali, ale także rozprowadzali broń. Jest bardzo prawdopodobne, że współpracowali ze zorganizowanymi warszawskimi grupami przestępczymi. W pomieszczeniach firmy znaleziono tysiące sztuk amunicji, broń ostrą, m.in. mausery, browningi, pistolety gazowe, tzw. strzelające długopisy, kilkukilogramową kostkę trotylu i dwa granaty bojowe typu F-1, zwane potocznie cytrynkami, oraz pistolety własnej produkcji. Policja przeszukała także mieszkania obu zatrzymanych mężczyzn. W jednym z nich znalazła dużą ilość złotej biżuterii – bransolety, łańcuszki, pierścionki, sygnety, kolczyki, obrączki i monety – pochodzące prawdopodobnie z kradzieży.

Kto rządził tym wszystkim? Różnie. Takich postaci działało wiele, jak Niewiadomski. Po Afganistanie szefem bazaru został facet, którego policjanci nienawidzili, tłukli go do tego stopnia, że on chodził bez koszuli po bazarze, cały pocięty. Jak go już tak strasznie poturbowali, to wtedy – ku ich przerażeniu – pokazał, że jeden mógłby ich wszystkich zabić. To działo się przy jabłkach. Pokazał uderzenie, po którym wywaliła się cała ściana budki. No i dzięki temu został tutaj szefem.

Oni troszkę obyczaje tu pozmieniali. Nie dalej jak kilka lata temu jeden Rusek pokonał grubasa Tadka, od skór handlarza. Tadek przez wiele lat był tu jeden z największych. Nikt nie dawał mu rady. A ten Rusek raz palnął. Tadek na ziemię poleciał i uciekać musiał, bo się tak mocno przestraszył. Najwięcej to ostatnio u mnie Ruskie kupują. Hurtem biorą krzyżyki, łańcuszki i Matki Boskie, bo u nich podobno teraz takie rzeczy idą.

Tu na Różycu to Rosjanie służyli do bicia, podczas gdy od połowy lat dziewięćdziesiątych ich mafia kontrolowała już cały stadion. Dla mnie stało się zaskoczeniem, kiedy dwóch [przedstawicieli mafii wołomińskiej i pruszkowskiej] przyszło do nas na rozmowę. Proszę pana, ja nie zapomnę nigdy słów „Wy [policjanci] w ogóle nie dacie sobie z nimi rady, bo my już sobie nie dajemy. My wam pomożemy, ale dajcie nam też coś za coś”. Oni chcieli po prostu pewien immunitet nietykalności i oni by wystawili wszystkich Rosjan. Oni dali nam na początek parę spraw, żeby być wiarygodnymi.

Częścią członków mafii rosyjskiej byli „Afgańczycy”, czyli dawni żołnierze radzieccy szkoleni na potrzeby wojny z Afganistanem, którzy po ustaniu działań zbrojnych „musieli z czegoś żyć”. Jednym z przywódców grupy, która wchodziła na bazar i dogadywała się z naszymi [polskimi przestępcami], był major wywiadu radzieckiego i myśmy go zatrzymali, ale wyjechał – prokuratorzy bali się go zatrzymać, pan sobie wyobraża – mieliśmy stuprocentowe dowody na niego. To jest osobna bajka, w to by człowiek nie uwierzył.

Rosjanie to była najbardziej „pechowa” grupa w okresie ostatnich pięćdziesięciu lat. Jak nie okradli ich przed bazarem, to w drodze na niego, jeśli zaś to się nie udało, to na miejscu albo przy wyjściu, a na dobranoc, w domu też różnie bywało.

Ruscy mieli u nas tak przesrane, że nawet policjanci się z nich nabijali. Ale szacunek! Oni mają takie wschodnie zawzięcie i nie upłynęło parę lat, jak się odkuli, a bazar bez nich upadł. No i kto wyszedł na głupiego?

***

Urodziłam się w 1961 roku, więc wychowałam się naprawdę na bardzo dobrej muzyce. Próbowałam handlować bluzkami, ale wyszło na to, że to co mi się podoba, nie podobało się klientom. Stwierdziłam, że skoro nie mam takiego gustu, by móc wstrzelić się w gusta masowe, to muszę zmienić dziedzinę. A muzykę bardzo lubię, znam ją, wiem gdzie kupić, jak ją zdobyć. Muzykę należy mieć bardzo różną, zwłaszcza tutaj, no przede wszystkim zespoły warszawskie, biesiady. A jeśli chodzi o ambitniejszą, to ludzie zamawiają i staram się zdobyć, jeśli klientowi mocno zależy. Z muzyką na bazarze to jest tak, idzie człowiek, który specjalnie nie jest klientem Empików ani innych sklepów muzycznych, raptem usłyszy melodię, ona mu przypomina jakąś sytuację, epizod z dzieciństwa, być może pierwszą narzeczoną – „Och, jakie to piękne, ja muszę to mieć”. Ludzie zatrzymują się i płaczą. Mam tu taką płytę biesiadną i m.in. jest tu piosenka „Matko moja, ja wiem” i przychodzi pani, która całkiem niedawno matkę swoją pochowała. Zatrzymuje się przy mojej budce i szlocha. I to jest płacz dziecka prawdziwie zranionego, skrzywdzonego, pełnego poczucia straty. Przychodzi też pan, który od wielu lat grywa co jakiś czas na bazarze. Traktuje to zarobkowo. On, harmonia, jego głos, jego interpretacja. Teksty ładnie opanowane, tekstów, które śpiewa, nawet ja nie słyszałam. On śpiewa piosenki prawdziwie podwórkowe, które być może są już w kulturze zapomniane, ale śpiewa to z sercem, wokal może mu nie pracuje jak trzeba, bo trochę za dużo pije i pali, ale to i tak się czuje. Nawet jeśli ktoś będzie po konserwatorium, technicznie profesjonalny, a robi to bez serca, bez przekonania, to nie będzie poruszające. Nie wiem proszę pani, jak on się nazywa, gdzie mieszka. On po prostu się zjawia, raptem słyszę jego akordeon, jego śpiew, przyjdzie i wyjdzie. Ludzie uśmiechają się, podrygują, ale inni wzruszają ramionami i mówią „Ooo, wiocha!”. Co jakiś pan z akordeonem, kiedy on ma mp3. Ludzie młodzi nie czują tego klimatu, dla nich to prostactwo, zapominają, że to jest część kultury i historii miasta, tego miejsca. Tutaj zdarzało się tańczyć ludziom przed moją budką. Ludzie zatrzymują się, ponosi ich muzyka i tańczą. Ulubione piosenki to „Bal na Gnojnej”, „Przyznaj się”, „Skrwawione serce”. Te słowa, melodyka mają urok – jeśli się posłucha uważnie.

Grały tu przeważnie dwu lub trzyosobowe grupy. Składały się najczęściej z akordeonu, skrzypiec. Na bazarze jak płynął tłum, to zdarzało się tak, że muzykanci nie mieli warunków, żeby przejść. Przede wszystkim główną aleją przemaszerowali i muzykowali. Straganiarzom się podobała ta muzyka, podrygiwali, rzucali monety. Te kapele grały utwory takie jak: „Czerwone maki”, „Ostatnia niedziela”. Większość piosenek nie pasowała do tańca, śpiewali raczej ballady. Sporo z tych utworów powstawało w więziennych celach. Układane były na melodię kolęd. Teksty wiązały się z perypetiami miłosnymi opryczników (bandziorów), ulicznych złodziejaszków.

Ja na Pradze się chowałem,

Tutaj jest mój dom.

W kryminałach garowałem

Za niejeden skok.

Kiedy ojciec siedział w kiciu,

Ja grandziłem na Różycu,